Piorun kulisty

Tekst
Autor:
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piorun kulisty
Piorun kulisty
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Piorun kulisty
Piorun kulisty
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zręcznie uchyliła się od odpowiedzi na moje pytanie i wiedziałem, że się przede mną nie otworzy. Może nigdy. Ale rozmawiało nam się łatwo i mieliśmy dużo do omówienia. Miała przenikliwy umysł; jej cięte uwagi sprawiały, że po skórze chodziły mi ciarki, a z tak chłodnym i racjonalnym podejściem nie spotkałem się wcześniej u żadnej kobiety.

Ani słowem nie wspomniała o swojej rodzinie, sprytnie zmieniając temat, gdy tylko rozmowa zaczynała zmierzać w tym kierunku. Dowiedziałem się tylko tyle, że oboje rodzice byli wojskowymi.

Nawet nie zauważyliśmy, kiedy zrobiła się druga w nocy. Świeca na naszym stoliku wypaliła się niemal do końca, zostaliśmy jedynymi gośćmi w restauracji. Pianista podszedł do nas i wyraźnie chcąc skłonić nas do wyjścia, zapytał, jaki utwór chcielibyśmy usłyszeć.

Starałem się wymyślić coś nieznanego, byśmy mogli jeszcze trochę posiedzieć, gdyby się okazało, że tego nie zna.

– Jest taka część Szeherezady, w której podróżuje Sindbad. Zapomniałem, jak się nazywa.

Pianista potrząsnął głową i poprosił nas, byśmy wybrali coś innego.

– Cztery pory roku – powiedziała Lin Yun, po czym zwróciła się do mnie: – Musisz lubić „Lato”, porę gromów i błyskawic.

Podczas gdy muzyk grał, rozmawialiśmy dalej, o mniej poważnych sprawach niż wcześniej.

– Jestem przekonana, że nigdy nie rozmawiałeś z najładniejszą dziewczyną w klasie – powiedziała Lin Yun.

– No to jesteś w błędzie.

Pamiętałem tę noc w bibliotece, kiedy piękna dziewczyna zapytała mnie, czego szukam, ale nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwiska.

Kiedy utwór się skończył, powinniśmy wyjść, ale Lin Yun uśmiechnęła się i powiedziała, żebym zaczekał.

– Zagram dla ciebie ten kawałek z Szeherezady.

Usiadła przy pianinie i popłynęły niczym wiosenny wieczorny wietrzyk te dźwięki Rimskiego-Korsakowa, które towarzyszyły mi podczas niezliczonych samotnych nocy. Patrząc, jak jej zwinne palce tańczą na klawiszach, zdałem sobie nagle sprawę, że chciałem usłyszeć ten utwór, bo miejsce, w którym się znajdowałem, było jak bezpieczny port. Śliczna major opowiadała mi muzyką o podróżach Sindbada, o oceanie ze sztormami i okresami ciszy, o księżniczkach, wróżkach, potworach i klejnotach, o palmach i piaszczystych plażach o zachodzie słońca.

Na stoliku przede mną leżał spokojnie w świetle gasnącej świecy najostrzejszy miecz na świecie.

* Czuła forma zwracania się do osoby młodszej.

SETI@home

Znowu zacząłem liczyć anioły na czubku szpilki, ale tym razem pomagała mi w tym Lin Yun.

Podczas tworzenia modelu przekonałem się, że chociaż nie dorównuje mi zdolnościami matematycznymi, posiada rozległą wiedzę z wielu dyscyplin i biegle się nią posługuje, czego wymagała jej dziedzina. Dobrze sobie radziła z komputerem, więc to ona programowała te modele. W ich skład wchodziły wizualizacje wyników. Jeśli obliczenia były poprawne, program pokazywał na ekranie ze wszystkimi szczegółami powoli poruszający się piorun kulisty oraz wyładowanie energii przy jego zniknięciu, umożliwiając jednocześnie śledzenie jego trajektorii na trójwymiarowej osi w drugim oknie. W porównaniu z suchymi tabelami i wykresami mojego wcześniejszego programu ten był dużo lepszy, i to nie tylko pod względem wizualnym i estetycznym. Gdy poprzedni program pokazywał wyniki obliczeń, trzeba było poddać je czasochłonnej analizie, by ustalić, czy symulacja była udana; teraz robił to automatycznie komputer. To oprogramowanie bardzo zmieniło nasze badania nad teorią pioruna kulistego.

Można było stworzyć nieskończoną liczbę teorii tego zjawiska, jak szkiców eseju. Trzeba było tylko zbudować matematycznie spójny, zgodny z prawami fizyki system wykorzystujący pole elektromagnetyczne dla skupienia energii w formie stabilnej kuli, która miała wszystkie znane cechy pioruna kulistego. Wymogi były jasne, ale ich spełnienie nie takie łatwe. Pewien astronom rzekł kiedyś: „Weźmy gwiazdy. Gdyby ich nie było, udowodnienie, że nie mogą istnieć, byłoby łatwe”. Ta ciekawa uwaga odnosiła się też do pioruna kulistego. Pojęciowe przedstawienie, w jaki sposób rozchodzące się z prędkością światła fale elektromagnetyczne można skupić w takiej kuli, było przedsięwzięciem, które mogło doprowadzić człowieka do szału.

Mimo to, jeśli się miało dość cierpliwości i entuzjazmu dla beznadziejnej sprawy, można było skonstruować takie modele matematyczne. Czy skutecznie przeszłyby eksperymentalną próbę, to zupełnie inna sprawa. Prawdę mówiąc, byłem niemal pewien, że eksperymenty się nie udadzą. Każdy ze stworzonych przez nas modeli wykazywał tylko pewien podzbiór znanych cech pioruna kulistego. Te, których nie było w jednym modelu, łatwo można było znaleźć w innym, ale żaden nie miał wszystkich.

Poza wspomnianymi wcześniej skupionymi falami elektromagnetycznymi jedną z najbardziej tajemniczych cech pioruna kulistego była selektywność wyładowania jego energii. W komputerze wirtualny piorun kulisty wytworzony na podstawie modelu matematycznego wyglądał jak bomba, która zamieniała wszystko wokół w popiół, gdy dotknęła jakiegoś obiektu albo wyładowała energię według swojego widzimisię. Kiedy to zobaczyłem, w moim umyśle odżyły wspomnienia zwęglonych książek w nietkniętej biblioteczce, upieczonego jedzenia w tak samo nietkniętej lodówce i spalonej koszuli na skórze pod nienaruszoną marynarką oraz zimnej powierzchni pomarańczy obok miejsca, gdzie siedzieli moi obróceni w popiół rodzice… Ale najbardziej wrył mi się w pamięć notes z na przemian nietkniętymi i zwęglonymi stronami, który dał mi Zhang Bin – arogancki pokaz jakiejś tajemniczej siły, która bezlitośnie zniszczyła moją pewność siebie.

Przeważnie pracowałem w Instytucie Wyładowań Atmosferycznych, ale czasem jeździłem do Nowych Pomysłów.

Większość współpracowników Lin Yun stanowili mężczyźni – żołnierze – i nawet poza pracą rzadko widywałem ją z koleżankami czy przyjaciółkami. Ci młodzi oficerowie byli członkami szybko rozrastającej się inteligencji i wszyscy odznaczali się tak rzadką we współczesnym społeczeństwie męskością. Napełniało mnie to poczuciem niższości, szczególnie dokuczliwym, kiedy Lin Yun zagłębiała się z nimi w dyskusję na temat spraw wojskowych, o których nic nie wiedziałem. A najbardziej imponujące wrażenie wywierał kapitan marynarki wojennej na zdjęciu stojącym na jej biurku.

Kiedy go w końcu poznałem, był już pułkownikiem, co oznaczało, że Lin Yun znała go od dość dawna. Miał trzydzieści kilka lat i wyglądał jeszcze młodziej niż na zdjęciu. Rzadko można było spotkać pułkownika w tym wieku.

– Jiang Xingchen, dowódca Zhufeng – powiedziała Lin Yun, przedstawiając mi go.

To, że nie wymieniła jego stopnia wojskowego, oraz krótka wymiana spojrzeń między nimi potwierdzały ich zażyłość.

– Lin Yun często mówiła o panu, doktorze Chen, i o tym pańskim piorunie kulistym.

Mówiąc to, patrzył na mnie łagodnie, zupełnie nie tak, jak sobie wyobrażałem spojrzenie dowódcy lotniskowca, a w jego oczach widać było szczerość, dzięki czemu poczułem się swobodnie.

Od razu zrozumiałem, że nie mogę z nim konkurować. Nie popisywał się ani nie przybierał groźnych póz, przeciwnie – cały czas starał się ukrywać swą siłę, jakby się bał, że może zranić kogoś takiego jak ja. Wyglądało to tak, jakby cały czas mówił: „Naprawdę przykro mi, że czujesz się w jej oczach gorszy. Zróbmy coś, by to zmienić”.

– Pański lotniskowiec kosztował każdego podatnika dziesięć juanów – powiedziałem, próbując się w ten sposób odprężyć, ale zaledwie te słowa wyszły z moich ust, zdałem sobie sprawę, jak niegrzecznie to zabrzmiało.

– W tej sumie nie mieszczą się nawet samoloty na jego pokładzie i krążowniki eskorty. Tak więc za każdym razem, gdy wychodzimy z portu, czuję się tak, jakbyśmy dźwigali na barkach ogromny ciężar – odparł zupełnie poważnie, po raz drugi wybawiając mnie z opresji.

Nie byłem tak przygnębiony, jak sobie wyobrażałem, że będę po spotkaniu z nim, przeciwnie, poczułem ulgę. Lin Yun stała się dla mnie mikrokosmosem doskonałości, światem, który ceniłem, miejscem, gdzie mogłem odpocząć, gdy byłem zmęczony, ale jednocześnie bardzo uważałem, by nie wpaść w jego sidła. Coś rozdzieliło nasze serca, coś, czego nie dało się wyrazić, ale co wyraźnie istniało. Była dla mnie czymś w rodzaju tego miniaturowego mieczyka, który nosiła w charakterze wisiorka – krystalicznym pięknem, które może zadać głęboką ranę.

Po stworzeniu kilku modeli matematycznych nabrałem w tym wprawy i następne, które konstruowałem, odzwierciedlały coraz więcej znanych cech pioruna kulistego. Ale wskutek tego wymagały one coraz więcej obliczeń i czasami mój komputer pracował przez kilka dni, zanim je wykonał. Lin Yun połączyła w Nowych Pomysłach osiemnaście maszyn i od tej pory dzieliliśmy modele na osiemnaście części, z których każdą można było opracowywać na osobnym komputerze, ale starając się, by wszystkie robiły to mniej więcej równocześnie, i łącząc wyniki, co bardzo zwiększyło naszą wydajność.

Gdy wreszcie ukończyłem model, który uwzględniał wszystkie znane cechy pioruna kulistego, zdarzyło się coś, czego od dawna bała się Lin Yun. Tym razem nie zaczęła pisać komputerowego programu modelu zaraz po jego otrzymaniu, ale przez kilka dni szacowała jego złożoność obliczeniową. Kiedy uzyskała wyniki, przeciągle westchnęła.

– Mamy kłopot – powiedziała. – Jeden etap obliczeń tego modelu będzie wymagał pięciu tysięcy godzin pracy na jednym komputerze.

Byłem wstrząśnięty.

– To… ponad pięć lat?

– Tak. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że z każdego modelu trzeba kilka razy usuwać błędy, zanim będzie się nadawał do przetestowania. W tym przypadku usuwanie błędów potrwa dłużej, bo jest bardzo skomplikowany. Na symulację możemy przeznaczyć tylko dziesięć dni.

 

Obliczyłem to w myślach.

– Potrzebowalibyśmy dwóch tysięcy pracujących jednocześnie komputerów.

Zamiast tego zaczęliśmy szukać odpowiednio dużego komputera. Nie było takiego ani w Instytucie Wyładowań Atmosferycznych, ani w Nowych Pomysłach – największą maszyną, jaką dysponowali, był AlphaServer. Wojskowe komputery o dużej mocy obliczeniowej były cały czas zajęte, a korzystanie z nich było obwarowane surowymi ograniczeniami, więc ponieważ to, nad czym pracowaliśmy, nie było zarejestrowanym projektem wojskowym, Lin Yun nie udało się, mimo wielokrotnie ponawianych prób, uzyskać do nich dostępu. Pozostała nam tylko nadzieja, że może uda się nam skorzystać z jakiegoś dużego komputera w sektorze cywilnym, gdzie ani Lin Yun, ani ja nie mieliśmy żadnych kontaktów. Zwróciliśmy się do Gao Bo, żeby podsunął nam jakiś pomysł.

Jego sytuacja nie była łatwa. Po objęciu stanowiska dyrektora przekształcił wszystkie działy instytutu w jednostki komercyjne, które były całkowicie zależne od rynku. Zwolnił dotychczasowych pracowników i przeprowadził ponowny, oparty na konkurencji nabór, wskutek czego duża część personelu znalazła się na bruku. W polityce kadrowej kierował się bardziej impulsem niż ostrożnością, co w połączeniu z jego słabym zrozumieniem panujących w kraju warunków i ludzkich uczuć sprawiło, że miał napięte stosunki z podwładnymi.

Jego biznesowe porażki były jeszcze większe. Po zajęciu stanowiska dyrektora skupił główne siły instytutu na nowych ogranicznikach i eliminatorach przepięć, bardzo różniących się od konwencjonalnych odgromników, w tym na eliminatorach półprzewodnikowych, zoptymalizowanych piorunochronach, odgromnikach laserowych, rakietowych i wodnych. Jednak mniej więcej w tym samym czasie na konferencji Podkomisji Koordynacyjnej Przepięć i Izolacji Komisji do spraw Wysokich Napięć Chińskiego Towarzystwa Elektrotechnicznego odbyła się dyskusja nad nowymi ogranicznikami i eliminatorami przepięć. Protokół tego spotkania pokazywał, że ponieważ nie wykazano dotąd ani w teorii, ani w praktyce, że te niestandardowe urządzenia są lepsze od tradycyjnych odgromników i wiele związanych z nimi problemów pozostawało nierozwiązanych, nie można ich było wykorzystywać w projektach inżynieryjnych. Było oczywiste, że dzięki autorytetowi, który miała ta grupa, oraz jej wpływom w państwowych programach ochrony odgromowej zostanie przyjęty punkt widzenia uczestników konferencji, co oznaczało, że ogromne środki przeznaczone na badania nad nowymi urządzeniami pójdą na marne. Kiedy przyszedłem do Gao Bo, by porozmawiać z nim o znalezieniu dostępu do dużego komputera, akurat mnie poszukiwał. Poprosił mnie, bym odłożył na razie badania nad piorunem kulistym i skupił się na opracowaniu nowego systemu detekcji i lokalizacji wyładowań atmosferycznych dla ochrony odgromowej systemów dostaw energii. Chciał też, bym stworzył plan ochrony odgromowej Stołecznego Teatru Pekińskiego. Tak więc nie było szans na duży komputer. Musiałem się zająć badaniami pioruna kulistego w wolnym czasie.

Lin Yun i ja próbowaliśmy innych dojść, ale okazało się, że w dobie utowarowionych komputerów duże maszyny są rzadkie.

– Prawdę mówiąc, mamy szczęście – powiedziała Lin Yun. – Poważnie. Nasze obliczenia to drobiazg w porównaniu ze światowymi projektami superobliczeniowymi. Ostatnio widziałam dalekie od zadowalających dane Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych dotyczące symulacji próby jądrowej, uzyskane na ich obecnych komputerach o mocy dwunastu teraflopów. Teraz tworzą zespół obejmujący dwanaście tysięcy procesorów Alpha, który może osiągnąć około stu teraflopów. W porównaniu z tym nasze obliczenia wyglądają na konwencjonalne, więc powinniśmy znaleźć rozwiązanie.

Cały czas zachowywała się jak wojowniczka. Bez względu na trudności parła naprzód, zmniejszając stres, w który wprawiały mnie te kłopoty. To ja powinienem być taki, nie ona.

– Między cyfrowymi modelami pioruna kulistego i próbami jądrowymi są podobieństwa – powiedziałem. – W obu przypadkach tworzy się symulacje procesu wyzwalania energii i pod pewnymi względami ten pierwszy model jest bardziej złożony. Tak więc w pewnym momencie nam też będzie potrzebna taka moc obliczeniowa, z jakiej oni korzystają. Ale na razie nie widzę dla nas żadnej możliwości.

Przez kilka następnych dni koncentrowałem się na pracy nad systemem lokalizacji wyładowań atmosferycznych i nie kontaktowałem się z Lin Yun. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie i powiedziała, bym zerknął na jedną stronę internetową.

Otworzyłem tę stronę i zobaczyłem szkarłatne fale radiowe przepływające wokół Ziemi na tle czarnej przestrzeni kosmicznej. Strona była zatytułowana SETI@home, co było skrótem od „Search for Extraterrestrial Intelligence at home”, czyli „poszukiwania inteligencji pozaziemskiej w domu”.

Słyszałem o tym już wcześniej – w ramach dużego eksperymentu połączono przez internet niewykorzystywaną moc dziesiątek tysięcy komputerów w celu poszukiwania inteligentnych istot w przestrzeni kosmicznej. Program SETI@home był specjalnym wygaszaczem ekranu, który analizował dane z największych radioteleskopów na świecie, by pomóc w tych poszukiwaniach. Kiedy dociera do twoich uszu zalew danych, które musisz przesiać, by znaleźć potrzebne ci informacje, potrzebujesz gigantycznego komputera, który sporo kosztuje. Naukowcy dysponujący skromnym budżetem znaleźli inne rozwiązanie – zamiast korzystać z jednej ogromnej maszyny rozdzielili pracę pomiędzy wiele mniejszych. Dane uzyskiwane przez obserwatorium Arecibo w Portoryko nagrywano codziennie na taśmy o wysokiej gęstości i wysyłano do bazy badawczej w Kalifornii, gdzie dzielono je na kawałki o pojemności około 0,25 megabajtów, które następnie główny serwer SETI@home przesyłał do komputerów osobistych. Użytkownicy internetu musieli tylko odwiedzić stronę centrum poszukiwań, po czym pobrać i zainstalować wygaszacz ekranu. Potem, gdy robili sobie przerwę w pracy, wygaszacz uruchamiał program i komputer, który wydawał się pozostawać w spoczynku, przyłączał się do poszukiwaczy inteligencji pozaziemskiej, otrzymywał i analizował porcję danych z SETI@home, automatycznie przekazywał wyniki do bazy, a potem brał następną porcję.

Ściągnąłem wygaszacz ekranu i uruchomiłem go. Też miał czarne tło, a w dolnej połowie pokazywał w trójwymiarowych współrzędnych sygnał odbierany przez radioteleskop, który przypominał ogromne, składające się z niezliczonych wieżowców miasto oglądane z lotu ptaka. Był to wspaniały widok. W górnej lewej części widać było dynamicznie zmieniającą się falę – część analizowanego sygnału – oraz procent wykonania, który po pięciu minutach wyniósł zaledwie 0,01.

– Cudownie! – krzyknąłem, przyciągając zaskoczone spojrzenia kolegów z pokoju.

Uświadomiwszy sobie, jak ci bogatsi naukowcy, napotkawszy taki sam problem jak my, znaleźli jego twórcze i owocne rozwiązanie, poczułem zażenowanie. Natychmiast pojechałem do Nowych Pomysłów, gdzie Lin Yun siedziała przy komputerze i, jak się spodziewałem, pracowała nad stroną internetową.

– Już prawie skończyłam i zlokalizowałam serwer – powiedziała. – Teraz pozostaje tylko znaleźć jakiś pretekst.

– Oczywiście stworzenie modelu pioruna kulistego!

– Absolutnie nie! Ile osób się tym interesuje? Powiem, że my też szukamy obcych.

– Nie możemy oszukiwać ludzi.

– To nie jest oszustwo. Trudno wyjaśnić zachowanie pioruna kulistego za pomocą praw czysto fizycznych, ale większość tych problemów da się łatwo rozwiązać, jeśli potraktuje się go jako pewną formę życia.

– Trochę za bardzo zalatuje to New Age.

– Już o tym pomyślałam. Życie rozwinęło się w świecie składającym się z atomów i cząstek, więc jeśli teoria Wielkiego Wybuchu jest poprawna, to w długiej historii ewolucyjnej wszechświata niewidzialny świat elektromagnetyczny istnieje dłużej niż świat atomów i cząstek. Dlaczego nie miałaby w nim powstać elektromagnetyczna struktura podobna do życia?

– To przesądza sprawę. Szukajmy obcych!

– Mamy przewagę nad SETI. Oni szukają obcych w odległości tysięcy lat świetlnych od Ziemi, a my w atmosferze – powiedziała Lin Yun, pokazując mi stronę domową, na której tło SETI@home zastąpiło błękitne niebo, a tytuł został zmieniony na „SEML@home” – „Search for Magnetic Life at home”, czyli „poszukiwanie życia magnetycznego w domu”. Wygaszacz ekranu pokazywał jasnoniebieską kulę ognia, która powoli przesuwała się po ekranie, ciągnąc za sobą purpurowy ogon światła i wydając niski huk.

Następnie trzeba było podzielić model, który musieliśmy obliczyć, na dwa tysiące równoległych porcji. Wymagało to mnóstwo pracy i zajęło nam pół miesiąca – programowanie było trudniejsze niż w SETI@home, ponieważ te porcje musiały przesyłać sobie wzajemnie dane. Potem podłączyliśmy wszystkie do wygaszacza ekranu i zamieściliśmy go na stronie internetowej. Na koniec ustawiliśmy tę stronę i z nadzieją czekaliśmy na wyniki.

Po trzech dniach zdaliśmy sobie sprawę, że byliśmy zbytnimi optymistami. Nasza strona miała niespełna pięćdziesiąt odwiedzin, z czego tylko cztery osoby ściągnęły wygaszacz ekranu. W naszej księdze gości znaleźliśmy dwa komentarze ostrzegające nas, byśmy nie zajmowali się paranauką.

– Pozostało nam tylko jedno wyjście – powiedziała Lin Yun. – Podstęp. Musimy wrzucić nasze dane do serwerów SETI@home. Nie będzie z tym żadnych kłopotów. Potem wszystkie komputery, które pobrały ich wygaszacz ekranu, wykonają dla nas robotę, a program odeśle nam wyniki.

Nie sprzeciwiłem się temu. Odkryłem już, jak słabe są hamulce moralne, gdy się czegoś pożąda. Ale starałem się zracjonalizować nasze postępowanie:

– Pracuje dla nich ponad sto tysięcy komputerów. My potrzebujemy tylko dwóch tysięcy i odłączymy się od nich, kiedy skończymy. Nie będzie to miało dużego wpływu na ich pracę.

Sumienie Lin Yun nie potrzebowało uspokojenia. Włączyła szerokopasmowy dostęp do internetu i zabrała się do dzieła. Pracowała tak wprawnie, że trudno mi było sobie wyobrazić, gdzie się tego nauczyła. Po dwóch dniach udało się jej umieścić nasze dane i programy na serwerze SETI@home (w Uniwersytecie Kalifornijskim, Berkeley, jak się później okazało).

Przekonywałem się, że Lin Yun ma o wiele mniej hamulców moralnych niż ja, bo w dążeniu do swoich celów nie liczyła się z niczym.

Zaledwie dwa dni później pobrano z serwera SETI@home dwa tysiące wygaszaczy ekranu i do naszego serwera zaczął płynąć strumień wyników obliczeń. Przez kilka dni siedzieliśmy oboje z Lin Yun, patrząc, jak rośnie góra danych, i wyobrażając sobie z ekscytacją dwa tysiące rozsianych po całym globie, pracujących dla nas komputerów.

Jednak ósmego dnia, kiedy włączyłem komputer i zalogowałem się do Nowych Pomysłów, odkryłem, że napływ aktualizacji się skończył. Ostatnim przekazem był plik tekstowy o takiej oto treści:

Przeznaczamy nasze skromne fundusze na największe przedsięwzięcie ludzkości, a tymczasem okazuje się, że padliśmy ofiarą bezczelnego wtargnięcia na nasze terytorium. Powinniście się wstydzić!

Norton Parker, dyrektor SETI@home

Poczułem chłód w piersi, jakbym wpadł w przerębel. Byłem zbyt przygnębiony, by zadzwonić do Lin Yun.

Za to ona zadzwoniła do mnie.

– Wiem – powiedziała. – Ale nie dlatego dzwonię. – I dodała: – Zerknij na księgę gości na naszej starej stronie.

Otworzyłem SEML@home i zobaczyłem w księdze gości inny wpis po angielsku:

Wiem, co obliczacie. PK. Nie marnujcie na to życia. Znajdźcie mnie!

Ulica 24, budynek 106, # 561, Niekrasowski Naukograd, Nowosybirsk, Rosja

PK. Skrót od piorun kulisty.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?