Piorun kulisty

Tekst
Autor:
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piorun kulisty
Piorun kulisty
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Piorun kulisty
Piorun kulisty
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lin Yun I

Złapałem taksówkę do bramy Zhongtian. Miałem zamiar dostać się na szczyt kolejką linową, ale kiedy zobaczyłem, ile osób na nią czeka, ruszyłem pod górę pieszo. Po ziemi słała się tak gęsta mgła, że drzewa po obu stronach ścieżki były niewyraźnymi cieniami, które wyżej niknęły w bieli. Od czasu do czasu w polu widzenia pojawiały się napisy naskalne z minionych epok.

Od czasu wyjazdu z Zhang Binem do Junnanu zawsze kiedy znalazłem się na łonie natury, czułem się nieco sfrustrowany. Patrząc na świat przyrody, jego tajemnice, jego niezmierzoną złożoność i dokonujące się w nim przemiany, trudno było sobie wyobrazić, że ludzkość mogła go ująć w wątłe więzy równań matematycznych. I za każdym razem kiedy o tym myślałem, przypominały mi się słowa Einsteina, który powiedział kiedyś, że każde drzewo za oknem, każdy kwiat przyciągający zapylające go pszczoły wymyka się wszelkiej wiedzy książkowej.

Ale irytację zastąpiło wkrótce zmęczenie fizyczne, bo widziałem przed sobą tylko kamienne stopnie ciągnące się we mgle w nieskończoność, a brama Nantian tuż pod szczytem wydawała się znajdować gdzieś ponad stratosferą.

I wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Przyciągnęła moją uwagę, bo odróżniała się od reszty ludzi wokół mnie. Widziałem, jak na schodach zatrzymują się kolejne pary, kobieta siedzi wyczerpana, a mężczyzna, ciężko dysząc, stara się skłonić ją do pójścia dalej. Kiedy mijałem kogoś albo, co się rzadko zdarzało, ktoś mijał mnie, słyszałem jego krótki, urywany oddech. Zmusiłem się do kroczenia za tragarzem, w którego szerokich brązowych plecach odnajdywałem siłę do dalszej wspinaczki, i właśnie wtedy przemknęła obok nas biała postać, kobieta, która w białych dżinsach i białej bluzce wyglądała jak skondensowana mgła. Gdy nas mijała szybkim, sprężystym krokiem, w ogóle nie słyszałem jej oddechu. Obejrzała się ze spokojną miną, nie na mnie, lecz na tego tragarza. Na jej twarzy nie było widać ani śladu zmęczenia, a jej gibkie ciało zdawało się pozbawione ciężaru, jakby wspinanie się tą wyczerpująca górską ścieżką było spacerkiem po promenadzie. Niebawem zniknęła w mgle.

Kiedy w końcu dotarłem do Południowej Bramy, pogrążona była w morzu chmur zabarwionych czerwienią przez słońce, które właśnie zachodziło.

Powłócząc ciężko nogami, doczłapałem do stacji meteorologicznej na Nefrytowym Cesarzu. Gdy jej personel dowiedział się, kim jestem i skąd się tam wziąłem, zachował się, jakby w niczym nie odbiegało to od normy – w słynnej stacji stale pojawiali się pracownicy meteorologii, by przeprowadzać różne badania. Powiedziano mi, że kierownik placówki akurat zszedł na dół, i przedstawiono mnie jego zastępcy. O mało nie krzyknąłem ze zdziwienia, gdy go zobaczyłem – był nim Zhao Yu.

Od naszej wyprawy do Junnanu minęły trzy lata. Zapytałem, jak wylądował w tym szczególnym miejscu.

– Przyjechałem tu w poszukiwaniu świętego spokoju. Świat na dole za bardzo mnie denerwuje.

– Wobec tego powinieneś zostać mnichem w świątyni Dai.

– Tam też nie ma spokoju. A co u ciebie? Nadal ścigasz te swoje duchy?

Wyjaśniłem, z jakich powodów tam przybyłem.

Potrząsnął głową.

– 1962 rok. To za dawno. Od tamtej pory wymieniono parę razy personel stacji, więc nie wyobrażam sobie, żeby ktoś wiedział o tym.

– To nieważne – powiedziałem. – Chcę się o tym dowiedzieć tylko dlatego, że wtedy po raz pierwszy jakiś pracownik stacji meteo w tym kraju zobaczył piorun kulisty na własne oczy. Przyjazd tutaj potraktowałem jako rozrywkę i, kto wie, może będę świadkiem burzy. Poza Wudang to najlepsze miejsce dla gromów.

– Kto ma czas siedzieć i przyglądać się błyskawicom? Chyba naprawdę przesadziłeś. Ale tak czy inaczej, tutaj nie uda ci się uniknąć burzy. Jeśli rzeczywiście chcesz coś zobaczyć, zostań tu na kilka dni, może akurat ci się poszczęści.

Zhao Yu zabrał mnie do swojego kwatery. Była pora kolacji, więc zadzwonił do stołówki, żeby przynieśli nam coś do jedzenia: cienkie i kruche naleśniki taishańskie, główki zielonej cebuli mające w obwodzie wielkość literatek i butelkę taishańskiej wódki.

Zhao Yu podziękował staremu mężczyźnie, który nam to przyniósł, i kiedy tamten już się odwracał, by odejść, przyszła mi do głowy pewna myśl.

– Mistrzu Wang, kiedy zaczął pan pracować w tej stacji?

– W 1960 roku, w tej samej stołówce. To były ciężkie czasy. Pana tu jeszcze nie było, panie dyrektorze Zhao.

Wymieniliśmy z Zhao zdumione uśmiechy.

– Widział pan piorun kulisty? – zapytałem z miejsca.

– Chodzi panu o… toczącą się błyskawicę?

– Właśnie! Tak to nazywają.

– Oczywiście. W ciągu czterdziestu lat widziałem ją trzy albo cztery razy.

Zhao Yu postawił jeszcze jeden kieliszek i zaprosiliśmy Lao* Wanga do stołu. Nalewając mu alkohol, zapytałem:

– A pamięta pan tę z 1962 roku?

– Jasne. Ją pamiętam najlepiej. Piorun zranił wtedy pewnego faceta!

Lao Wang zaczął snuć opowieść:

– Był koniec lipca, może trochę po siódmej wieczorem. Normalnie byłoby jeszcze jasno, ale zrobiło się tak ciemno, że bez latarni nie było nic widać. Zerwała się taka ulewa, że mogła cię przewrócić, gdybyś stał na dworze! Błyskało się raz za razem, bez przerwy…

– Pewnie była to burza przed przesuwającym się frontem atmosferycznym – wtrącił Zhao Yu.

– Usłyszałem jeden grzmot. Błyskawica, która go poprzedziła, była tak jasna, że prawie mnie oślepiła. Siedziałem w swoim pokoju. Potem jakiś pracownik na zewnątrz zawołał, że ktoś został ranny, więc wybiegłem na pomoc. W stacji były wtedy cztery osoby, które prowadziły obserwacje, i piorun trafił w jedną z nich. Kiedy wciągałem tego człowieka do pokoju, z jednej z jego nóg unosił się dym i krople deszczu, które tam padały, zaraz parowały, ale był w pełni przytomny. A potem pojawiła się tocząca się błyskawica. Wpadła przez zachodnie okno, a było zamknięte! Była wielkości… mniej więcej tego naleśnika, czerwona, krwawoczerwona, i napełniła tym czerwonym światłem cały pokój. – Podniósł kieliszek i przesunął go w powietrzu. – Poruszała się tak i tak. Myślałem, że widzę ducha, i byłem tak przerażony, że nie mogłem wymówić ani słowa. Ale ci naukowcy nie panikowali. Powiedzieli nam tylko, byśmy tego nie dotykali. Ta kula dryfowała przez jakiś czas, pod sufit i na dół, przez łóżko – na szczęście nikogo nie dotknęła – i w końcu wleciała do komina. A tam wybuchła z hukiem. Przez te wszystkie lata na szczycie słyszałem wiele grzmotów, ale nie pamiętam, żeby jakiś inny był taki głośny. Dudniło mi w uszach, a na lewe do tej pory źle słyszę. Zgasły wszystkie latarnie w pokoju, a ich klosze i podgrzewacze do butelek roztrzaskały się i zostawiły ślady przypaleń na łóżku. Potem wyszliśmy na zewnątrz i okazało się, że komin na dachu jest rozwalony.

– Skąd pochodziły te cztery osoby zajmujące się monitorowaniem?

– Nie wiem.

– Pamięta pan jeszcze ich nazwiska?

– Hmm, minęło tyle lat… Pamiętam tylko tego, który został porażony. Razem z dwoma ludźmi ze stacji zniosłem go na dół, do szpitala. Był bardzo młody, musiał być jeszcze studentem. Jedną nogę miał spaloną, a ponieważ szpital Tai’an nie był wtedy taki dobry, odesłano go do Jinan. Rany boskie, musiało go to okulawić na całe życie! Chyba nazywał się Zhang… a imię kończyło się jakby na „fu”.

Zhao Yu walnął kieliszkiem w stół.

– Zhang Hefu?

– Tak, zgadza się. To właśnie on. W szpitalu Tai’an opiekowałem się nim przez kilka dni, a po wyjeździe napisał do mnie list z podziękowaniami. Chyba z Pekinu. Potem straciliśmy kontakt i nie wiem, gdzie on teraz jest.

– W Nankinie – powiedział Zhao Yu. – Jest profesorem na moim dawnym uniwersytecie. Był naszym promotorem.

– Co? – Z wrażenia omal nie upuściłem kieliszka.

– Takiego nazwiska używał Zhang Bin, ale zmienił je podczas rewolucji kulturalnej, bo w brzmieniu za bardzo przypominało nazwisko Chruszczowa.

Przez długą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, aż w końcu Lao Wang przerwał ciszę.

– To nie jest jakiś dziwny zbieg okoliczności. Przecież zajmujecie się tą samą dziedziną. Był takim fajnym młodzieńcem. Noga tak go bolała, że zagryzał zęby, ale leżał w łóżku i czytał. Próbowałem go namówić, żeby trochę odpoczął, ale powiedział, że od tej pory nie ma czasu do stracenia, bo w jego życiu pojawił się cel. Miał zamiar zbadać tę rzecz i chciał ją wytworzyć.

– Co zbadać i wytworzyć? – zapytałem.

– Toczącą się błyskawicę! Piorun kulisty, o którym rozmawialiście.

Zhao Yu i ja popatrzyliśmy na siebie.

Nie zauważywszy naszych min, Lao Wang ciągnął:

– Mówił, że poświęci temu całe życie, i wiedziałem, że zafascynowało go to, co zobaczył na górze. Ludzie już tacy są – fascynują się czymś, czego nie znają, i przez całe życie nie mogą się uwolnić od tej fascynacji. Weźmy mnie. Dwadzieścia lat temu poszedłem do lasu po drzewo do kuchni, wyciągnąłem korzeń i już miałem wrzucić go do ognia, kiedy pomyślałem, że ma kształt trochę podobny do tygrysa, wypolerowałem go, odstawiłem i faktycznie ładnie wyglądał. Od tamtej pory fascynuje mnie rzeźbienie w korzeniach i dlatego zostałem na górze nawet po przejściu na emeryturę.

Zauważyłem, że Zhao Yu miał w pokoju mnóstwo rzeźb z korzeni różnej wielkości, które – jak mi powiedział – były dziełami Lao Wanga.

Potem nie rozmawialiśmy już o Zhang Binie. Chociaż przychodziły nam do głowy różne myśli, niełatwo było ubrać je w słowa.

Po kolacji Zhao Yu oprowadził mnie po stacji. Gdy przechodziliśmy koło jedynego oświetlonego okna w małym domku gościnnym, zatrzymałem się zaskoczony, bo w pokoju była ta ubrana na biało dziewczyna. Była sama i najwyraźniej pogrążona w myślach, chodziła tam i z powrotem między dwoma łóżkami i biurkiem zasłanym otwartymi książkami i papierami.

 

– Ej, zachowuj się przyzwoicie. Nie podglądaj ludzi przez okna. – Zhao Yu dał mi kuksańca w plecy.

– Widziałem ją na ścieżce do stacji – wyjaśniłem.

– Ma się zająć założeniem tutaj monitoringu błyskawic. Prowincjonalne Biuro Meteorologiczne zawiadomiło nas o jej przyjeździe, ale nie powiedzieli, kogo reprezentuje. Musi to być jakaś duża jednostka badawcza. Sprzęt dostarczą tu helikopterem.

Jak się okazało, następnego dnia nadciągnęły burze z piorunami. Pod wpływem uderzeń gromów szczyt trząsł się tak, jakby góra Tai była piorunochronem ściągającym wszystkie wyładowania atmosferyczne nad Ziemią. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyłem na równinie. Iskry sypiące się z dachów sprawiały, że po całej skórze chodziły mi ciarki. Huk gromu następował niemal natychmiast po błyskawicy i wprawiał w drżenie wszystkie komórki ciała, aż w końcu człowiek miał wrażenie, że góra pod jego stopami została roztrzaskana na kawałki, a jego przerażona dusza przemyka między oślepiającymi błyskami, nie znajdując żadnego miejsca, w którym mogłaby się ukryć…

Na końcu korytarza zobaczyłem ową kobietę w bieli. Wiatr smagał jej krótkie włosy, a jej szczupła postać wyglądała niezwykle krucho na tle sieci błyskawic oplatających gęste, czarne chmury. Stojąc nieruchomo pośród strasznych grzmotów, przedstawiała niezapomniany widok.

– Lepiej chodź tutaj! Tam jest niebezpiecznie, a poza tym przemokniesz! – krzyknąłem do niej.

Ocknęła się i cofnęła o dwa kroki.

– Dzięki. – Odwróciła się do mnie z promienną twarzą. – Może mi nie uwierzysz, ale tylko w takich chwilach czuję się bezpieczna.

To dziwne – normalnie trzeba krzyczeć, żeby cię usłyszano podczas trzasków gromów, ale chociaż mówiła cicho, jej łagodny głos w jakiś sposób przenikał przez nie i wyraźnie słyszałem jej słowa. Ta tajemnicza kobieta urzekła mnie bardziej niż piorun.

– Jesteś nie z tej ziemi – dałem głośno wyraz swoim myślom.

– A więc zajmujesz się elektrycznością atmosferyczną – powiedziała, ignorując moją uwagę.

Burza ucichła już na tyle, że mogliśmy rozmawiać swobodnie.

– A ty prowadzisz tu obserwacje wyładowań atmosferycznych? – zapytałem, starannie dobierając słowa, bo z tego, co mówił Zhao Yu, odniosłem wrażenie, że reprezentuje ona instytucję, o której nie wolno rozmawiać.

– Zgadza się.

– Jakie ich aspekty?

– Proces ich tworzenia. Nie chcę urazić twoich ambicji zawodowych, ale w fizyce atmosfery nadal trwają spory o podstawowe rzeczy, na przykład o to, jak w chmurach burzowych powstaje grom i jak działa piorunochron.

Zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli nie pracuje w dziedzinie fizyki atmosfery, to przynajmniej zajmuje się nią amatorsko. Tak jak powiedziała, nie stworzono jeszcze zadowalającej teorii tworzenia się błyskawic w chmurach burzowych i chociaż każdy uczeń wie, że piorunochron chroni przed piorunem, nie bardzo wiadomo, na jakiej dzieje się to zasadzie. W ostatnich latach precyzyjne obliczenia ładunku przenoszonego przez metalowy koniec piorunochronu wykazały, że jest on o wiele za mały, by zneutralizować ładunek wytworzony w chmurze burzowej.

– A więc zajmujesz się teorią.

– Ale nasze cele są jak najbardziej praktyczne.

– W oparciu o badania nad tworzeniem się wyładowań atmosferycznych? Hmm. Chodzi o eliminowanie piorunów?

– Nie. O sztuczny piorun.

– Sztuczny… piorun? Po co?

Uśmiechnęła się słodko.

– Zgadnij.

– Do produkcji nawozu azotowego?

Potrząsnęła głową.

– Do załatania dziury ozonowej?

Ponownie potrząsnęła głową.

– Do wykorzystania ich jako nowego źródła energii elektrycznej?

Znowu potrząsnęła głową.

– Nie, ponieważ wytwarzanie piorunów pochłaniałoby więcej energii, niżby z nich uzyskiwano. A więc zostaje tylko jedno…

– Zabijanie ludzi? – powiedziałem żartem.

Kiwnęła głową.

Roześmiałem się.

– No to musicie rozwiązać problem, jak trafić w cel. Pioruny poruszają się po przypadkowych torach i w sposób nieciągły.

Lekko westchnęła.

– Tym będziemy się martwić później. Na razie nie wymyśliliśmy nawet, jak je tworzyć. Ale nie interesuje nas, jak tworzą się pioruny w chmurach burzowych. Chodzi nam o rzadkie wyładowania z czystego nieba, ale ich obserwacja jest jeszcze trudniejsza… Co ci jest?

– Mówisz poważnie! – powiedziałem, wychodząc z osłupienia.

– Oczywiście! Przewidujemy, że największym pożytkiem, jaki może przynieść ten projekt badawczy, będzie stworzenie bardzo skutecznego systemu obrony powietrznej składającego się z dużego pola piorunów chroniącego miasto albo inny ważny obiekt. Po wejściu w ten obszar samoloty wroga będą przyciągać pioruny, a w tych warunkach problem trafienia w cel, o którym wspomniałeś, stanie się nieistotny. Gdyby jako jeden z biegunów wykorzystano ziemię, można by również uderzać w cele lądowe, ale z tym wiążą się dodatkowe problemy… Prawdę mówiąc, na razie przeprowadzamy tylko analizę wykonalności tego pomysłu i szukamy inspiracji w najbardziej podstawowych badaniach. Jeśli okaże się, że pomysł jest wykonalny, zwrócimy się do organizacji zawodowych, takich jak twoja, z prośbą o szczegóły jego wdrożenia.

Zrobiłem wydech.

– Jesteś z wojska?

Przedstawiła się jako Lin Yun, doktorantka Państwowego Instytutu Technologii Obronnych, specjalizująca się w systemach obrony powietrznej.

Burza ustała i zachodzące słońce rzucało złote promienie przez przerwy w chmurach.

– Popatrz, świat wygląda jak nowy, jakby się odrodził podczas tej burzy! – zawołała z podziwem.

Podzielałem to uczucie, chociaż nie byłem pewien, czy wywołała je burza, czy ta dziewczyna stojąca przede mną. W każdym razie nigdy wcześniej takiego nie doznałem.

Wieczorem Lin Yun, Zhao Yu i ja wybraliśmy się na spacer. Po krótkim czasie Zhao Yu wezwano do powrotu na stację, więc Lin Yun i ja poszliśmy dalej ścieżką pnącą się pod górę i dotarliśmy do Niebiańskiej Ulicy. Spowijała ją lekka mgła, przez którą było niewyraźnie widać światła lamp. Noc była spokojna i panowała taka cisza, że zgiełk leżącego w dole świata wydawał się tylko odległym wspomnieniem.

Kiedy mgła nieco się uniosła, na niebie pokazało się kilka gwiazd, a ich światło odbijało się w oczach Lin Yun. Patrzyłem w nie jak zauroczony, po czym szybko odwróciłem się i spojrzałem na same gwiazdy. Gdyby moje życie było filmem, to owej nocy na górze Tai czarno-białe dotąd kadry wybuchłyby wszelkimi kolorami.

Zwierzyłem się Lin Yun z moich najgłębiej skrywanych sekretów. Opowiedziałem jej o moich koszmarnych urodzinach sprzed tak wielu lat i o tym, czemu postanowiłem poświęcić całe życie. Po raz pierwszy tak się przed kimś odkryłem.

– Nienawidzisz pioruna kulistego? – zapytała.

– Trudno jest czuć nienawiść do niepoznawalnej tajemnicy, bez względu na to, jaką katastrofę może ona spowodować. Najpierw czułem tylko ciekawość, ale kiedy dowiedziałem się o nim więcej, ta ciekawość przerodziła się w absolutną fascynację. Stał się dla mnie drzwiami do innego świata, świata ukazującego cuda, o których od tak dawna marzyłem.

Powiał lekki wiatr i mgła zniknęła. Nad nami rozciągało się skrzące się od gwiazd letnie niebo, a w dole światła miasta Tai’an tworzyły własne pole gwiezdne niczym odbicie tego nieba w stawie.

Lin Yun zaczęła cichym głosem recytować wiersz Guo Moruo:

Odległe latarnie uliczne się palą

Jak niezliczone, skrzące się gwiazdy.

Na niebie pojawiają się gwiazdy

Jak światła niezliczonych latarń ulicznych.

Podjąłem:

Myślę, że w unoszącym się powietrzu

Muszą być piękne targi uliczne.

A przedmioty wystawione na tych targach

Muszą być rzadkościami niepodobnymi do niczego na ziemi.

Kiedy mówiła, do oczu napłynęły mi łzy. Z ich powodu obraz owego pięknego nocnego miasta przez chwilę drgał, a potem stał się jeszcze wyraźniejszy. Zrozumiałem, że gonię za marzeniem, a także to, jak niewyobrażalnie niebezpieczna jest droga, którą podążam, ale nawet gdyby z mgły nigdy nie wyłoniła się Południowa Brama do Nieba, wspinałbym się nią dalej.

Nie miałem wyboru.

* Grzecznościowa forma zwracania się do osób starszych [jeśli nie wskazano inaczej, przypisy są pióra autora amerykańskiego przekładu powieści, Joela Martinsena].

Zhang Bin

Dwa lata studiów doktoranckich, podczas których tworzyłem mój pierwszy model pioruna kulistego, szybko minęły.

Gao Bo był znakomitym promotorem, a jego mocną stroną była umiejętność pobudzania doktorantów do kreatywności. Jego obsesji na punkcie teorii towarzyszyła skrajna niechęć do eksperymentów, która czasami bywała nieznośna. Bez jakiejkolwiek podstawy eksperymentalnej mój model matematyczny był całkowicie abstrakcyjny. Mimo to obroniłem doktorat, który oceniono jako: „Nowatorskie ujęcie, oparte na solidnej podbudowie matematycznej i zgrabnie przedstawione”. Naturalnie nieszczęsny brak eksperymentów wzbudził gorący spór. Pod koniec obrony jeden z jej uczestników zakpił sobie ze mnie, mówiąc: „I ostatnie pytanie: ile aniołów mieści się na czubku szpilki?”, czym wywołał wybuch śmiechu na sali.

Zhang Bin był członkiem komisji egzaminacyjnej i jednym z recenzentów mojej rozprawy, ale zadał mi tylko jedno pytanie o mało istotny drobiazg i ograniczył się do wydania lakonicznej opinii. Przez te dwa lata z powodu, którego sam nie potrafiłbym wyjaśnić, nigdy nie wspomniałem przy nim wprost o górze Tai. Może przypuszczałem, że zmusiłoby go to do wyznania bolesnego osobistego sekretu? Jednak teraz, kiedy ukończyłem studia, nie mogłem się już dłużej powstrzymać przed zapytaniem go o to, co się wówczas stało.

Pojechałem do niego i opowiedziałem mu o tym, co usłyszałem na górze Tai. Gdy skończyłem, milczał przez długą chwilę, patrząc na podłogę i paląc papierosa. Wreszcie podźwignął się z fotela i powiedział:

– Chodź.

Zhang Bin mieszkał samotnie w dwupokojowym lokalu. Jeden pokój służył mu za sypialnię i salon, natomiast drzwi do drugiego były zawsze zamknięte. Zhao Yu powiedział mi kiedyś, że gdy pewnego razu odwiedził go szkolny kolega z jego miasta, zapytał Zhang Bina, czy mógłby u niego przenocować, na co tamten odparł mu, że nie ma miejsca. Mimo że Zhang Bin nie był zbyt towarzyski, nie można mu było zarzucić bezduszności, więc uznaliśmy, że za tymi zamkniętymi drzwiami musi się kryć jakaś tajemnica. Teraz zaprowadził mnie do tego pokoju.

Kiedy otworzył drzwi, pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, był istny mur z ustawionych jedno na drugim kartonowych pudeł. Za nim stały na podłodze inne kartony. Ale poza tym nie było tam niczego szczególnego. Na ścianie naprzeciwko drzwi wisiało czarno-białe zdjęcie kobiety w okularach, z krótkimi włosami w stylu z jej czasów. Przez szkła widać było iskierki w jej oczach.

– To moja żona. Zmarła w siedemdziesiątym pierwszym – powiedział, wskazując zdjęcie.

A jednak w końcu zauważyłem coś szczególnego – ten pokój ewidentnie należał do człowieka bardzo dbającego o zachowanie porządku wokół zdjęcia, bo pudła stały w pewnej odległości od niego, zostawiając półokrąg pustej przestrzeni. Ale tuż obok zdjęcia wisiała na gwoździu staromodna, ciemnozielona, gumowana peleryna, zupełnie niepasująca do tego miejsca.

– Jak się dowiedziałeś, od dnia, kiedy zobaczyłem na górze Tai piorun kulisty, fascynowało mnie to zjawisko. Byłem wtedy studentem i miałem do tego takie samo podejście jak ty. Nie muszę nic dodawać. Najpierw szukałem go w naturalnych burzach w wielu miejscach. To właśnie dzięki niemu poznałem moją przyszłą żonę. Była zapaloną badaczką. Wpadliśmy na siebie podczas wielkiej burzy, a później tropiliśmy go już razem. Warunki były w tamtych czasach złe – ponad połowę drogi musieliśmy pokonywać pieszo, sypialiśmy w domach miejscowych ludzi, w walących się świątyniach, w górskich jaskiniach, a bywało, że i pod gołym niebem. Pewnego razu podczas jesiennej burzy w odległym regionie, gdzie nie było lekarzy i brakowało leków, oboje złapaliśmy zapalenie płuc. U niej miało tak ciężki przebieg, że omal nie umarła. Napotykaliśmy wilki, kąsały nas węże, a do tego często dręczył nas głód. Niemało razy piorun uderzył w ziemię blisko nas. Te badania terenowe zajęły nam osiem lat i nie sposób zliczyć, ile w sumie przebyliśmy kilometrów, ile wycierpieliśmy i ilu niebezpieczeństwom musieliśmy stawić czoło. Dla dobra naszej sprawy postanowiliśmy, że nie będziemy mieć dzieci. Przez większość czasu byliśmy oboje w drodze, ale czasami, kiedy była zbyt zajęta nauczaniem albo badaniami laboratoryjnymi, wyprawiałem się w teren sam. Pewnego razu, na południu, zabłądziłem z aparatem fotograficznym i instrumentami na teren bazy wojskowej. Był to szczytowy okres rewolucji kulturalnej, a ponieważ moi rodzice byli kiedyś w Rosji, zostałem wzięty za szpiega i przesiedziałem bez oficjalnego postawienia mi żadnych zarzutów dwa lata w więzieniu. Przez te dwa lata żona kontynuowała badania terenowe burz. O jej śmierci dowiedziałem się od wiejskiej starszyzny. W końcu udało się jej znaleźć piorun kulisty i goniła za tą ognistą kulą przez gąszcz błyskawic. W tym pośpiechu dotknęła ją anteną miernika pola magnetycznego. Później uznano, że był to wypadek, ale ci, którzy tak orzekli, nie mieli pojęcia, co człowiek czuje, kiedy po prawie dziesięciu latach poszukiwań zobaczy piorun kulisty i jest o włos od stracenia okazji do jego obserwacji.

 

– Rozumiem – powiedziałem.

– Według relacji naocznych świadków, którzy byli dość daleko od miejsca tego wydarzenia, kiedy ognista kula zetknęła się z anteną, zniknęła i pojawiła się ponownie na odległym o metr drugim końcu miernika. W tym momencie moja żona była jeszcze cała i zdrowa, ale nie udało się jej uciec. Kula okrążyła ją kilka razy, po czym eksplodowała bezpośrednio nad jej głową. Kiedy błysk zgasł, żony już nie było. W miejscu, gdzie stała, znaleziono tylko ten płaszcz przeciwdeszczowy, rozpostarty na ziemi, nietknięty, a pod nim kupkę białego popiołu, którego większość spływała cienkimi strużkami z deszczem…

Spojrzałem na płaszcz, wyobrażając sobie, jak spowija tę młodą, pełną poświęcenia kobietę, i rzekłem cicho:

– Zginęła jak kapitan statku na morzu albo astronauta w przestrzeni kosmicznej. Jej śmierć była tego warta.

Zhang Bin kiwnął głową.

– Ja też tak sądzę.

– A zapis miernika?

– Też był nieuszkodzony. Zabrano go od razu do laboratorium, by określić poziom magnetyzmu szczątkowego.

– I jaki był? – zapytałem nerwowo. Były to pierwsze ilościowe dane obserwacyjne z pierwszej ręki w historii badań nad piorunem kulistym.

– Zerowy.

– Co?

– Nie było żadnego magnetyzmu szczątkowego.

– To znaczy, że przez przewód odbiorczy nie przepłynął żaden prąd. Jak zatem przepłynął?

Zhang Bin machnął ręką.

– Piorun kulisty ma zbyt wiele tajemnic, w które nie będę się tutaj zagłębiał. W porównaniu z innymi ta nie jest aż tak wielka. Chciałbym, żebyś rzucił okiem na coś jeszcze bardziej niewiarygodnego. – Mówiąc to, wyjął z kieszeni płaszcza notes w plastikowej oprawie. – Miała go w tej kieszeni, kiedy zginęła. – Położył notes na kartonowym pudle tak ostrożnie, jakby był to bardzo kruchy przedmiot. – Przewracając kartki, nie naciskaj na nie mocno.

Był to zwyczajny notes, ze zdjęciem Bramy Niebiańskiego Spokoju na okładce, trochę wytartej od częstego używania. Delikatnie otworzyłem notes i na stronie tytułowej zobaczyłem zapisane pełnymi wdzięku znakami zdanie: „Wejście do nauki jest wejściem do piekła – Marks”.

Spojrzałem na Zhang Bina, a on pokazał mi gestem, bym przewrócił stronę. Kiedy to zrobiłem, zrozumiałem, dlaczego prosił mnie, bym obchodził się z notesem delikatnie – pierwsza strona była zwęglona. Przewróciłem ją bardzo łagodnie. Następna była nienaruszona, gęsty tekst dobrze widoczny, jakby został napisany wczoraj.

– Przejdź do następnej – powiedział.

Trzecia była zwęglona.

Czwarta nienaruszona.

Piąta zwęglona.

Szósta nienaruszona.

Siódma zwęglona.

Ósma nienaruszona.

W całym notesie co druga strona była zwęglona. Z niektórych zostały tylko brzegi przy oprawie, ale na sąsiednich nie widać było żadnych śladów nadpalenia. Spojrzałem na Zhang Bina.

– Dasz temu wiarę? – zapytał. – Nigdy dotąd nie pokazałem go nikomu, bo wszyscy na pewno uznaliby, że to falsyfikat.

Patrząc mu prosto w oczy, oświadczyłem:

– Ja w to wierzę, docencie Zhang!

Potem opowiedziałem drugiej osobie o moich koszmarnych urodzinach.

– Domyślałem się, że masz jakieś przeżycia związane z tym zjawiskiem, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że były tak straszne – rzekł po wysłuchaniu mojej opowieści. – Po tym, co zobaczyłeś na własne oczy, powinieneś wiedzieć, że badanie piorunów kulistych jest głupotą.

– Dlaczego? Nie rozumiem.

– Ja sam uświadomiłem to sobie dosyć późno. Przez ostatnie trzydzieści lat, poszukując nadal piorunów kulistych pośród naturalnie powstających wyładowań atmosferycznych, większość energii poświęcałem jednak na pracę teoretyczną. Trzydzieści lat. – Westchnął. – Nie będę ci tego opisywał. Sam zobacz. – Wskazał otaczające nas kartonowe pudła.

Otworzyłem jedno z cięższych i przekonałem się, że jest po wierzch wypełnione zeszytami z obliczeniami! Wyjąłem dwa z nich – były gęsto zapisane równaniami różniczkowymi. Spojrzałem na ścianę kartonów i na myśl o tym, ile pracy wykonał w ciągu trzydziestu lat, aż gwizdnąłem z podziwu.

– A eksperymenty? – zapytałem. – Przeprowadzał pan jakieś?

– Niewiele. Miałem ograniczone środki. Na takie badania nie zdobędzie się dużych funduszy. Ale, co ważniejsze, żaden z tych modeli matematycznych nie jest wart testowania. Żaden nie opierał się na dobrych podstawach i po pewnym czasie zawsze odkrywałem, że pierwszy krok był błędny. Innymi słowy, nawet jeśli opracujesz wewnętrznie spójny model matematyczny, to nadal jesteś bardzo daleko od wytworzenia pioruna kulistego w laboratorium.

– Nadal prowadzi pan badania w tej dziedzinie?

Zhang Bin potrząsnął głową.

– Przestałem kilka lat temu. To dziwne, ale było to w tym samym roku, kiedy zacząłeś wypytywać mnie o piorun kulisty. W wigilię Święta Wiosny siedziałem pogrążony w beznadziejnych obliczeniach, kiedy usłyszałem dzwony obwieszczające nadejście nowego roku i radosne okrzyki studentów. Nagle zdałem sobie sprawę, że moje życie praktycznie się skończyło, i opanował mnie nieznany mi wcześniej smutek. Wróciłem tu, wyjąłem ten notes z kieszeni peleryny, jak robiłem to wiele razy wcześniej, i kiedy ostrożnie przewracałem jego strony, uświadomiłem sobie prawdę.

– Czyli co?

Podniósł notes.

– Popatrz na to i pomyśl o tym, co zdarzyło się wieczorem w dniu twoich czternastych urodzin. Nadal uważasz, że to wszystko mieści się w istniejących prawach fizyki?

Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.

– Obaj jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami. Może posunęliśmy się w badaniach dalej niż inni ludzie, ale mimo to pozostajemy śmiertelnikami. Możemy wyciągać wnioski tylko w ramach nakreślonych przez teorię elementarną i nie wolno nam wyjść poza nie, bo znajdziemy się w próżni. A w tych ramach nie jesteśmy w stanie dojść do żadnych sensownych wniosków.

Słuchając go, czułem taką samą frustrację jak ta, która ogarnęła mnie na zasnutej mgłą ścieżce na górze Tai.

– Ujrzałem w tobie – ciągnął – drugiego siebie, więc robiłem, co mogłem, żeby powstrzymać cię przed wkroczeniem na tę niebezpieczną drogę, chociaż wiedziałem, że mi się to nie uda. Będziesz nadal podążał tą drogą. Zrobiłem, co byłem w stanie zrobić.

Skończył i usiadł znużony na jednym z kartonowych pudeł.

– Panie docencie – powiedziałem – źle pan ocenia swoją pracę. Kiedy coś pana pochłonie, wystarczy za tym podążać. To już jest pewien sukces.

– Dziękuję za słowa pocieszenia – rzekł słabym głosem.

– Mówię to również samemu sobie. Gdy będę w pana wieku, właśnie tym będę się pocieszał.

Wskazał na pudła.

– Weź je, a także część płyt. Przejrzyj je, jeśli cię to interesuje. Jeśli nie, zrób z nimi, co chcesz. Wszystkie nie mają sensu… Aha, weź też ten notes. Cierpię, gdy na niego patrzę.

– Dziękuję – odparłem nieco zdławionym głosem. Wskazałem zdjęcie na ścianie. – Mógłbym je zeskanować?

– Oczywiście, ale po co?

– Być może po to, by pewnego dnia oznajmić światu, że pańska żona była pierwszą osobą, która bezpośrednio zmierzyła piorun kulisty.

Zdjął ostrożnie zdjęcie ze ściany i podał mi je.