Wędrująca ZiemiaTekst

Autor:Liu Cixin
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wędrująca Ziemia
Wędrująca Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wędrująca Ziemia
Audio
Wędrująca Ziemia
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Jądro świata

>> Jeśli zrozumiałeś, co powiedzieliśmy, powinieneś się domyślić, jaka jest prawdziwa natura naszego świata.

– Czy to znaczy, że wasz świat był pustym jądrem planety? – wyraził swoje przypuszczenie Fan.

>> Trafny domysł. Nasza planeta jest mniej więcej wielkości Ziemi, jej promień wynosi około ośmiu tysięcy kilometrów. Jednak jej jądro jest puste. Ta przestrzeń ma średnicę około pięciu i pół tysiąca kilometrów, a my jesteśmy istniejącą w niej formą życia. Zrozumienie prawdziwej natury naszego świata zajęło nam jeszcze wiele wieków po odkryciu grawitacji.

Rozdział 7

Wojna warstwowa

>> Odkąd upowszechniła się teoria otwartego wszechświata, jedyną sprawą, która naprawdę nas interesowała, stało się poszukiwanie nieskończonej przestrzeni poza naszym światem. Przestaliśmy się martwić zużyciem tej, w której żyliśmy. Wkrótce jądro planety zaczęły wypełniać stosy odłamków skał z drążonych przez statki tuneli. Ten gruz unosił się wielkimi, gęstymi chmurami wokół miast. Doszło do tego, że poruszanie się w nich stało się równie trudnym zadaniem jak pokonywanie toru przeszkód. A ponieważ same miasta też się poruszały, sypał się na nas niszczycielski grad kamieni. Od tamtej pory udało się nam odzyskać tylko połowę przestrzeni zabranej przez gruz.

W owym czasie miejsce senatu zajął rząd światowy. Na politykach spoczęła odpowiedzialność za ochronę jądra planety. Starali się pohamować gorączkę eksploracji, ale ich działania miały mizerny skutek. Większość statków poszukiwaczy wkopała się już głęboko w warstwy skalne. Rząd wkrótce uświadomił sobie, że mogą je powstrzymać tylko inne statki. Zgodnie z tą logiką zaczął budować armadę ogromnych jednostek zdolnych do przechwytywania i niszczenia statków poszukiwaczy w głębi skały. Statki rządowe miały odzyskać zabraną przez nie przestrzeń. Naturalnie ten plan spotkał się z oporem poszukiwaczy i wybuchła długa wojna warstwowa, która toczyła się na polach bitewnych we wnętrzu skał.

– To bardzo interesujący sposób prowadzenia wojny! – krzyknął zaintrygowany Fan w stronę kuli.

>> I bardzo brutalny, chociaż początkowo tempo walk było w najlepszym razie ślimacze. Ówczesna technologia kopania pozwalała statkom komorowym przebijać się przez skały z prędkością najwyżej trzech kilometrów na godzinę. Najbardziej cenionym przez obie strony sprzętem były duże jednostki. Z prostego powodu: im większy był statek, tym dłużej mógł się poruszać bez uzupełniania paliwa. Poza tym zdolności ofensywne jednostek były wprost proporcjonalne do ich wielkości. Bez względu na rozmiary statki podczas wojny warstwowej budowano tak, by miały jak najmniejszy dziób. To też wynikało z prostego powodu: im węższy dziób miała dana jednostka, przez tym mniejszy obszar skały musiała się przebijać i tym szybciej mogła się poruszać. W rezultacie prawie wszystkie statki wojenne w tamtej epoce wyglądały z przodu bardzo podobnie. Z drugiej strony, bardzo różniła się długość ich kadłubów. W skrajnych przypadkach największe jednostki wyglądały jak bardzo długie tunele.

Oczywiście wszystkie były trójwymiarowe, więc ich walki wyglądały trochę podobnie jak wasze bitwy powietrzne, chociaż toczyliśmy je w dużo bardziej skomplikowanych warunkach. Kiedy statek napotkał wrogą jednostkę, najpierw musiał jak najszybciej poszerzyć swój dziób. Robiono to po to, by mieć na przodzie jak najwięcej broni. W takiej konfiguracji statek mógł przybrać kształt podobny do gwoździa. W razie potrzeby dziób mógł się też rozszczepić na wiele części, niczym gotowe do uderzenia szpony. Złożony charakter wojny warstwowej ukazywała również ówczesna taktyka – każdy statek mógł się w dowolnym momencie podzielić na wiele mniejszych i odwrotnie, mniejsze mogły się szybko połączyć w jedną wielką jednostkę. Gdy spotykały się wrogie zgrupowania bojowe, kwestia tego, czy się łączyć, czy dzielić, była przedmiotem głębokiej analizy obu stron w celu przyjęcia odpowiedniej taktyki. Co ciekawe, wojna warstwowa w niewielkim stopniu zahamowała pęd do dalszej eksploracji. W istocie przyspieszyła ona rewolucję technologiczną, która odegrała kluczową rolę w naszych przyszłych przedsięwzięciach. Nie tylko doprowadziła do stworzenia niezwykle wydajnych koparek, ale także do wynalezienia sejmoskopu. Umożliwiał on komunikowanie się przez warstwy skał i można go było wykorzystywać jako pewnego rodzaju radar. Dzięki temu zaczęto też używać jako broni potężnych fal sejsmicznych. Najbardziej wyrafinowanymi urządzeniami do komunikacji sejsmicznej można było nawet przesyłać obrazy.

Największy statek wojenny, jaki kiedykolwiek zbudowaliśmy, nosił nazwę Świat Linii. Został zamówiony przez rząd światowy. W podstawowym kształcie miał ponad sto pięćdziesiąt kilometrów długości, czyli był – zgodnie z nazwą – małym, wydłużonym, samowystarczalnym światem. Służba na Świecie Linii była dla członków jego załogi czymś takim, jak dla ciebie byłoby przebywanie w tunelu pod kanałem La Manche podczas jego budowy – co kilka minut przejeżdżałby koło ciebie szybki pociąg wiozący wykopaną ziemię na rufę. Oczywiście Świat Linii mógł się w każdej chwili podzielić na armadę mniejszych jednostek, ale przeważnie operował jako jeden statek. Naturalnie nie zawsze pozostawał w swoim podstawowym, „tunelowym” kształcie. Jego wydłużony kadłub mógł się tak zgiąć w ruchu, że tworzył pętlę, a nawet przecinał własny szlak i układał się w niezwykle zawiłe konstrukcje niszczące. Był wyposażony w najnowocześniejsze koparki, które pozwalały mu na osiąganie prędkości siedmiu kilometrów na godzinę. W walce mógł wykonywać manewry z prędkością przekraczającą dziesięć kilometrów na godzinę! Poza tym miał potężny sejsmoskop, dzięki któremu namierzał statki komorowe w promieniu czterystu pięćdziesięciu kilometrów. Wysyłana przezeń fala sejsmiczna miała skuteczny zasięg dziesięciu tysięcy metrów i miażdżyła albo rozbijała na kawałki wszystko, co znajdowało się na statku, na który została skierowana. Co jakiś czas Świat Linii powracał do Komory z przestrzenią odebraną poszukiwaczom w ładowniach. To właśnie niszczycielskie ciosy zadawane przez Świat Linii przyparły ostatecznie ruch poszukiwaczy do ściany. Wydawało się, że niespodziewanie skończył się wiek eksploracji. Poszukiwacze byli przez cały okres wojny warstwowej w defensywie. Co być może ważniejsze, nie mogli budować ani formować statków dłuższych niż osiem kilometrów, gdyż każda jednostka przekraczająca tę wielkość zostałaby szybko wykryta przez sejsmoskopy zainstalowane na Świecie Linii i na ścianach świata Komory, a potem niezwłocznie zniszczona. Tak więc jeśli chcieli poważnie kontynuować eksploracje, musieli zlikwidować Świat Linii.

Po długim i starannym planowaniu i przygotowaniu zawiązany przez odkrywców Sojusz Poszukiwaczy otoczył Świat Linii setką statków wojennych i przystąpił do ataku. Ani jedna z tych jednostek nie miała więcej niż cztery i pół kilometra długości. Walka, która rozgorzała dwa tysiące kilometrów od świata Komory, zyskała miano bitwy na dwutysięcznym kilometrze.

Sojusz zgromadził najpierw tysiąc kilometrów od Komory dwadzieścia statków i połączył je w jedną trzydziestokilometrową jednostkę, prowokując Świat Linii. Tamten połknął przynętę i ruszył do natarcia w kształcie tunelowym. Kiedy zbliżył się do swej pozornie bezbronnej ofiary, sojusz zatrzasnął pułapkę. Ponad sto statków zaatakowało Świat Linii jednocześnie ze wszystkich stron. Ogromny, stupięćdziesięciokilometrowy krążownik został rozerwany na pięćdziesiąt części. Jednak każda z nich mogła toczyć walkę jako osobny statek o dużej sile ognia. Wkrótce ponad dwieście statków zwarło się w zażartym boju, przedzierając się ku sobie chaotycznie drążonymi w skałach tunelami. Jednostki obu stron to łączyły się, to rozdzielały, tworząc bezkształtny rój. W ostatniej fazie walki mające trzysta kilometrów średnicy pole bitwy przypominało plaster miodu. Po bitwie na dwutysięcznym kilometrze pozostał trójwymiarowy labirynt trzy i pół tysiąca kilometrów pod powierzchnią naszej planety.

Wydawało się, że zawzięta walka na tym dziwacznym polu bitwy trwała całą wieczność. W miejscu tak odległym od jądra planety siła przyciągania miała już bardzo widoczne skutki, z którymi poszukiwacze byli znacznie lepiej obeznani niż siły rządowe. I właśnie to zaczęło powoli przechylać szalę na ich korzyść. Ostatecznie Sojusz Poszukiwaczy odniósł miażdżące zwycięstwo.

Rozdział 8

Pod oceanem

>> Sojusz Poszukiwaczy zebrał całą przestrzeń pozostałą po walnej bitwie i utworzył z niej kulę o średnicy stu kilometrów, po czym ogłosił niepodległość od świata Komory. Pomimo tej deklaracji nadal koordynował swoje działania z ruchem poszukiwaczy w Komorze. Z jądra płynął nieprzerwany strumień statków badawczych, których załogi przyłączały się do sojuszu, wnosząc w wianie duże ilości przywiezionej ze sobą przestrzeni. Dzięki temu terytorium sojuszu stale się powiększało, co w końcu pozwoliło mu przekształcić się we w pełni wyposażoną przednią bazę operacyjną. Rząd światowy, wyczerpany długą wojną, nie mógł tego powstrzymać. Nie pozostało mu nic innego, jak uznać legalność ruchu poszukiwaczy.

Im wyżej pięli się poszukiwacze, tym bardziej porowata stawała się skała, przez którą musieli się przekopywać. Nie była to jedyna korzyść z docierania na coraz większe wysokości; rosnąca grawitacja ułatwiała bowiem usuwanie gruzu i w tym nowym środowisku sojusz odnosił jeden sukces po drugim. Osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny pierwszy w naszych dziejach statek, Helisa, pokonał pozostałe trzy tysiące sześćset kilometrów, wieńcząc tym samym dzieło przekopywania się przez osiem tysięcy kilometrów od środka planety, czyli pięć tysięcy dwieście kilometrów od skraju świata Komory.

– No! No! Przebyliście całą drogę dzielącą was od powierzchni! Widok rozległych równin i prawdziwych gór musiał być dla was ekscytujący! – krzyknął Fan, pochłonięty opowieścią gości z kosmosu.

 

>> Nie było się czym ekscytować. Helisa dotarła do dna morza.

Fan gapił się na kulę z otwartymi ustami.

>> Kiedy to się stało, obraz z komunikatora sejsmicznego zaczął drżeć i nagle zniknął. Straciliśmy łączność ze statkiem. Inna jednostka, przedzierająca się przez skałę za nim, zdołała tylko wychwycić na swoich sejsmoskopach jeden dziwny dźwięk, który w otwartej przestrzeni zabrzmiałby jak odgłos obierania czegoś. Był to hałas ton wody wdzierającej się do próżni w Helisie. Na kontakt z wodą nie były przygotowane ani mechaniczne formy życia, ani technologia świata Komory. Potężny prąd elektryczny powstały wskutek spięcia w tych formach życia i sprzęcie niemal natychmiast zmienił w parę wszystko, czego dotknęła woda. Pod naporem fal załoga i instrumenty Helisy wybuchły jak bomba.

Po tym wydarzeniu sojusz wysłał ponad dziesięć statków w różnych kierunkach, ale wszystkie spotkał podobny los, gdy osiągnęły tę widocznie nieprzekraczalną wysokość. Poświęcenie załóg było daremne, ponieważ ani jednej nie udało się przesłać informacji, które umożliwiłyby nam zrozumienie tego tajemniczego dźwięku. Dwukrotnie zaobserwowano na monitorach krystaliczną falę, ale absolutnie nie mogliśmy pojąć, co ona oznacza. Następne statki starały się przeszukać za pomocą sejsmoskopów to, co leżało powyżej tej granicy, ale uzyskane dane były szczątkowe; wracające fale sejsmiczne pokazywały tylko, że znajduje się tam coś, co nie jest ani pustą przestrzenią, ani skałą.

Odkrycia te zachwiały teorią otwartego wszechświata, a w kręgach akademickich zaczęto dyskutować nad jego nowym modelem. Zakładał on, że wszechświat zamyka się w promieniu ośmiu tysięcy kilometrów. Uczeni doszli do wniosku, że zaginione statki badawcze dotarły do końca wszechświata i zostały wchłonięte przez nicość.

Niebawem dla ruchu poszukiwaczy nadeszła największa do tamtej pory próba. Przed wypadkiem Helisy przestrzeń, którą zabrały zaginione statki badawcze, pozostawała, przynajmniej w teorii, możliwa do odzyskania. Teraz jednak znaleźliśmy się u kresu wszechświata. Przestrzeń, którą dotychczas z takim zapałem pochłanialiśmy, wydawała się na zawsze stracona. W obliczu tego nawet najbardziej nieugięci poszukiwacze stracili hart ducha. Pamiętaj, że w naszym świecie, znajdującym się głęboko pod warstwami skały, raz utraconej przestrzeni nie można było już nigdy odzyskać. Z tą myślą sojusz postanowił wysłać ostatnią grupę statków, składającą się z pięciu jednostek. Po osiągnięciu wysokości czterech tysięcy ośmiuset kilometrów posuwały się niezwykle ostrożnie. Gdyby spotkał je ten sam los co wcześniejsze misje, oznaczałoby to koniec ruchu poszukiwaczy.

Stracono dwa z tych statków, ale trzeci, Kamienny Mózg, dokonał przełomowego odkrycia. Na wysokości czterech tysięcy ośmiuset kilometrów powoli piął się w górę, przekopując się z największą ostrożnością przez każdy metr skały. Gdy dotarł do dna morza, woda nie wdarła się natychmiast do całego statku i nie zatopiła go w jednej chwili, jak było we wszystkich poprzednich wypadkach, lecz pod wpływem olbrzymiego ciśnienia z góry tryskała z małej szczeliny silnym wprawdzie, ale cienkim strumieniem. Szerokość wiązki Kamiennego Mózgu wynosiła dwieście czterdzieści siedem metrów. Jak na statki poszukiwawcze była to duża jednostka i okazało się to niewiarygodnie szczęśliwym zrządzeniem losu. Z powodu wielkości statku woda potrzebowała prawie godziny, by wypełnić całe jego wnętrze. Przed zetknięciem się z wodą sejsmoskopy zarejestrowały morfologię morza i przekazały sojuszowi wiele danych i obrazów. Tamtego dnia Lud Rdzenia po raz pierwszy zobaczył ciecz.

Oczywiście można było sobie wyobrazić, że w pradawnych czasach w świecie Komory była ciecz, ale jeśli tak, to tylko wrząca magma. Kiedy w końcu ustały gwałtowne erupcje we wnętrzu naszej planety, magma musiała się zestalić. Nie pozostało nic oprócz materii stałej i pustej przestrzeni.

Mimo że nasi uczeni od dawna przewidywali teoretyczną możliwość istnienia cieczy, nikt nie wierzył, że ta legendarna substancja naprawdę istnieje gdzieś we wszechświecie. Teraz jednak uczeni zobaczyli ją na własne oczy na przesłanych przez sejsmoskopy obrazach. I to, co zobaczyli, wstrząsnęło nimi do głębi – byli zaszokowani widokiem białego, buchającego strumienia, powolnym podnoszeniem się lustra wody, tym, że ta demoniczna substancja przybiera przeróżne kształty i przywiera do każdej powierzchni z pogwałceniem wszelkich praw natury. Widzieli, jak wsącza się w najdrobniejsze szczeliny, i wydawało się im, że zmienia samą istotę skały, sprawiając, że staje się odrobinę ciemniejsza, ale przy tym lśni jak metal. Najbardziej jednak zafascynowało ich to, że chociaż większość rzeczy znikała w tej substancji, część szczątków załogi i resztek przyrządów unosiła się na jej powierzchni! Te rzeczy wydawały się niczym nie różnić od tych, które tonęły. Lud Rdzenia nazwał tę dziwną płynną substancję „skałą amorficzną”.

Od tej chwili odkrywcy znowu zaczęli odnosić sukcesy. Było ich długie pasmo. Najpierw inżynierowie z Sojuszu Poszukiwaczy opracowali prymitywną rurę ściekową. Było to w istocie długie na dwieście metrów, puste w środku wiertło. Po przewierceniu się przez ostatnie warstwy skały koniec tego wiertła można było otwierać jak zastawkę zaworu i czerpać wodę z morza. Druga zastawka znajdowała się u dołu rynny.

Na wysokość czterech tysięcy ośmiuset kilometrów wzniósł się drugi statek i zaczął wwiercać rurę ściekową w dno morza. Dla Ludu Rdzenia nie mogło być nic łatwiejszego, w końcu wiercenie było doskonale znaną im technologią. Pojawiła się jednak kolejna zagadka, a jej rozwiązanie wymagało technologii, której sobie nawet nie wyobrażaliśmy – plombowania.

Ponieważ świat Komory był całkowicie pozbawiony cieczy i gazów, technologia ta nigdy nie była potrzebna, a nawet nie przyszła nikomu do głowy. W rezultacie zastawka u dołu rury ściekowej nie była szczelna. Zanim zdążono otworzyć rurę, woda już zaczęła z niej wyciekać. Okazało się jednak, że był to szczęśliwy przypadek, bo gdyby otworzono rurę, siła tryskającej z niej wody byłaby dużo większa niż tego strumienia, który zalał Kamienny Mózg. Popłynęłaby ona rwącą strugą, która przebiłaby się niczym laser przez wszystko, co napotkałaby na swej drodze. A tak woda przesączała się przez nieszczelną zastawkę w dużo wolniejszym tempie. Możesz sobie wyobrazić, z jaką fascynacją załoga tego statku przyglądała się cieknącemu na ich oczach cienkiemu strumykowi wody. Ta ciecz była dla niej zupełnie nieznanym terytorium, podobnie jak elektryczność dla ludzi w dawnych wiekach.

Po starannym napełnieniu tą dziwną substancją metalowego pojemnika statek ruszył w drogę powrotną do niższych warstw, zostawiając rurę zakopaną w skałach. Podczas opuszczania się odkrywcy dokładali wszelkich starań, by próbka cieczy pozostawała bezpieczna w pojemniku. Dokładnie ją obserwując, dokonali niebawem nowego odkrycia: skała amorficzna była w rzeczywistości przezroczysta! Gdy po raz pierwszy zobaczyli wodę przebijającą się przez roztrzaskaną skałę, było w niej, oczywiście, dużo osadu i mułu. Lud Rdzenia przyjął, że jest to naturalny stan skały amorficznej. Po tym odkryciu statek nadal się opuszczał, a w miarę schodzenia coraz niżej podnosiła się na nim temperatura.

I nagle odkrywcy z przerażeniem uświadomili sobie coś strasznego – skała amorficzna żyła! Jej powierzchnia zaczęła się gotować ze złości i pokryła się niezliczonymi pękającymi bąblami. Ale kipiąca siła życiowa tego potwora zdawała się pochłaniać samą siebie, a jej ciało przemieniało się w upiornego białego ducha. Gdy cała skała amorficzna w pojemniku przeszła w ten widmowy stan, odkrywcy poczuli, że dzieje się z nimi coś dziwnego. W ciągu kilku chwil z ich ciał posypały się iskry spięć i zakończyli życie w fajerwerkach.

Fale sejsmiczne przekazywały ten straszny spektakl Sojuszowi Poszukiwaczy, dopóki nie pociemniały same monitory. Szybko wysłany statek ratowniczy spotkał taki sam los. Gdy tylko dotknął przeklętej jednostki, również jego załoga przemieniła się w snopy iskier. Wydawało się, jakby skała amorficzna stała się widmem śmierci wiszącym nad całą przestrzenią. Uczeni zauważyli jednak, że druga seria spięć nie była nawet w przybliżeniu tak gwałtowna jak pierwsza. Doprowadziło ich to do wniosku, że w miarę wzrostu objętości przestrzeni zmniejsza się cień śmierci rzucany przez skałę amorficzną.

Kosztowało to życie wielu z nas, ale w końcu Lud Rdzenia odkrył jeszcze jeden stan skupienia, z którym nie zetknął się nigdy wcześniej: gaz.

Rozdział 9

Ku gwiazdom

>> Te wielkie odkrycia poruszyły nawet rząd światowy i doprowadziły do jego pogodzenia się ze starym wrogiem, Sojuszem Poszukiwaczy. Wtedy również świat Komory przeznaczył swoje środki na rzecz tej samej sprawy, co zapoczątkowało okres intensywnej eksploracji i szybki postęp badań.

Chociaż jednak zaczęliśmy lepiej rozumieć naturę pary wodnej, nadal nie posiadaliśmy technologii jej szczelnego zamykania, która pozwalałaby naukowcom Rdzenia chronić nasz lud i maszyny przed zniszczeniem. Mimo to przekonaliśmy się, że powyżej czterech tysięcy pięciuset kilometrów skała amorficzna pozostaje martwa i bezwładna i nie może wrzeć. W celu badania tych dziwnych nowych stanów rząd światowy i Sojusz Poszukiwaczy zbudowały na wysokości czterech tysięcy sześciuset pięćdziesięciu kilometrów laboratorium, w którym zainstalowano stałą rurę ściekową. Naukowcy mogli się tam zająć na serio badaniem skały amorficznej.

– I dopiero wtedy mogliście podjąć dzieło Archimedesa – wtrącił Fan.

>> Masz rację, ale nie zapominaj, że nasi przodkowie wykonali już dzieło Faradaya.

Skutkiem ubocznym badań naukowców stało się odkrycie ciśnienia i siły wyporu wody. Udało im się też opracować i udoskonalić niezbędną przy pracy nad cieczami technologię ich zamykania. Dopiero wtedy w końcu zrozumieliśmy, że zamknięcie skały amorficznej jest niewiarygodnie prostym zabiegiem, w istocie prostszym niż przewiercanie się przez warstwy skalne. Potrzeba było do tego tylko dostatecznie szczelnego i odpornego na ciśnienie statku. Taki statek mógł się wznosić bez koparek z prędkością niewyobrażalną dla Ludu Rdzenia.

– Zbudowaliście rakietę – zauważył Fan z uśmiechem.

>> Raczej torpedę. Tą torpedą był metalowy, odporny na ciśnienie pojemnik w kształcie jaja, bez żadnego napędu. Był to statek przeznaczony dla jednej osoby. Tę osobę będziemy dalej nazywać „Gagarinem”. Wyrzutnia torpedy znajdowała się w wielkiej hali wykutej na wysokości czterech tysięcy ośmiuset kilometrów. Gagarin wszedł do torpedy na godzinę przed jej wystrzeleniem, po czym statek hermetycznie zamknięto. Po sprawdzeniu, czy wszystkie instrumenty pokładowe i systemy podtrzymania życia są sprawne, automatyczna koparka zaczęła przebijać się przez zaledwie dziesięciometrową warstwę skały oddzielającą halę od położonego nad nią dna morza. W pewnym momencie, pod ciśnieniem skały amorficznej, sklepienie hali zawaliło się z ogromnym hukiem. Torpeda natychmiast zanurzyła się całkowicie w morzu cieczy. Kiedy wszystko wokół się uspokoiło, Gagarin mógł w końcu zerknąć przez iluminator z przezroczystej stalowej skały na świat na zewnątrz. Ze zdziwieniem zobaczył, że przez skałę amorficzną przenika światło z dwóch umieszczonych na wyrzutni reflektorów. W świecie Komory, gdzie nie było powietrza, światło nie mogło się rozprzestrzeniać i tworzyć promieni. Po raz pierwszy jeden z nas ujrzał światło w ten sposób. Akurat wtedy przyszedł na falach sejsmicznych rozkaz startu i Gagarin pociągnął dźwignię zwalniającą.

Kotwice przytrzymujące torpedę puściły i zaczęła się powoli wznosić nad dno morza. Otoczona skałą amorficzną, zaczęła wkrótce przyspieszać.

Na podstawie znajomości ciśnienia na poziomie dna morskiego nasi naukowcy łatwo obliczyli, że skała amorficzna pokrywa planetę warstwą grubą na około dziesięć kilometrów. Gdyby nie wydarzyło się nic niespodziewanego, torpeda powinna wypłynąć na powierzchnię za mniej więcej piętnaście minut. Nikt nie miał pojęcia, co tam napotka.

Torpeda szła do góry bez przeszkód. Gagarin widział przez iluminator tylko nieprzeniknioną ciemność. Jedynie przemykająca od czasu do czasu w światłach reflektorów drobina piasku dawała mu pewną wskazówkę co do tego, jak szybko się wznosi.

Wkrótce w jego sercu zaczęła wzbierać panika. Całe życie spędził w świecie stałym. Teraz, gdy po raz pierwszy znalazł się w przestrzeni wypełnionej całkowicie skałą amorficzną, ogarnęło go poczucie beznadziejnej pustki. Miał wrażenie, że za chwilę się udusi. Piętnaście minut zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Starał się skupić na stu tysiącach lat poszukiwań, które doprowadziły do tego momentu…

 

Kiedy był już na skraju załamania, torpeda przebiła się przez powierzchnię oceanu. Pod wpływem bezwładności wznoszenia wystrzeliła na dobrych dziesięć metrów nad wodę, po czym runęła z powrotem do morza. Patrząc podczas upadku przez iluminator, Gagarin widział bezkresną, ciągnącą się jak okiem sięgnąć, dziwnie roziskrzoną skałę amorficzną. Nie zdążył jednak dostrzec, skąd bierze się to światło, bo torpeda zanurzyła się z głośnym pluskiem, wzbijając we wszystkie strony wielkie bryzgi. Potem wypłynęła i kiedy powierzchnia oceanu się uspokoiła, unosiła się na niej, łagodnie kołysząc się na falach.

Gagarin ostrożnie otworzył luk i powoli wyszedł na wierzch statku. Natychmiast poczuł powiew bryzy i po chwili uświadomił sobie, że jest to gaz. Gdy przypomniał sobie przepływ pary wodnej, którą widział raz przez stalowoskalny wizjer rury w laboratorium, jego ciałem wstrząsnął dreszcz strachu. Czy ktoś mógł wówczas przewidzieć, że gdziekolwiek we wszechświecie jest tak dużo gazu? Wkrótce jednak zrozumiał, że ten gaz bardzo się różni od tego, który wytwarza wrząca skała amorficzna. W odróżnieniu od tamtego ten nie wywołał w jego ciele spięcia.

Później tak opisał to w swoich wspomnieniach:

„Poczułem, jak po moim ciele przesuwa się delikatnie ogromna, niewidzialna ręka. Zdawała się wyciągać ku mnie z jakiegoś bezkresnego, zupełnie nieznanego terytorium i to terytorium było teraz przede mną i przemieniało mnie w coś całkowicie nowego”.

Gagarin podniósł głowę i w tym momencie skorzystał w końcu z nagrody, którą nasza cywilizacja otrzymała za sto tysięcy lat poszukiwań: zobaczył wspaniały cud rozgwieżdżonego nieba.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?