Wędrująca ZiemiaTekst

Autor:Liu Cixin
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wędrująca Ziemia
Wędrująca Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wędrująca Ziemia
Audio
Wędrująca Ziemia
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wirującemu w powietrzu, niemal nieważkiemu Fanowi zakręciło się w głowie. Miał wrażenie, że statek obcych kręci się wokół niego. Kiedy w końcu udało mu się przyjąć stabilną pozycję, stwierdził z przerażeniem, że unosi się nad wierzchołkiem wodnej góry.

Przetaczające się wokół szczytu gigantyczne fale wyglądały stamtąd jak długie linie i nadawały mu wygląd ogromnego wiru. Feng Fan miał wrażenie, że zatacza coraz szybciej coraz mniejsze kręgi. Niosło go wprost w oko cyklonu.

Gdy się tam znalazł, wiatr nagle osłabł. Niewidzialna ręka powietrza, która dotąd go trzymała, puściła i spadł na wodną górę, prosto w niebieską poświatę jej szczytu.

Zanurzył się w nim głęboko, nim poczuł, że znowu się unosi. Otaczała go ciemność i po paru chwilach ogarnął go strach przed utonięciem. Uświadomił sobie nagle z rosnącą paniką, że znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, bo po raz ostatni nabrał w płuca powietrza na dziesięciu tysiącach metrów! Na tej wysokości prawie nie było tlenu, a przy słabej grawitacji będzie się wznosił na powierzchnię bardzo wolno. Obawiał się, że nawet gdyby płynął z całych sił, nie wystarczy mu powietrza w płucach.

Doznał dziwnego uczucia déjà vu. Znowu był na Mount Evereście, wokół panowały kompletne ciemności i szalała zawieja śnieżna. Poczuł przytłaczający strach. Ale dojrzał w tych ciemnościach światło; kilka srebrzystych kul wznoszących się tuż obok niego. Największa z nich miała około metra średnicy. Patrząc na nie, uświadomił sobie nagle, że są to bańki powietrza. Słaba grawitacja pozwoliła na utworzenie się w oceanie ogromnych baniek tlenu. Wytężywszy siły, wepchnął się do tej największej. Gdy jego głowa przebiła srebrzystą powłokę, mógł znowu zaczerpnąć tchu. Powoli ustępowały spowodowane niedoborem tlenu zawroty głowy. Fan znajdował się teraz w otoczonej przez wodę kuli powietrza. Spojrzawszy w górę, zobaczył migoczącą powierzchnię. Unosząc się ku niej, poczuł nagły spadek ciśnienia, który spowodował raptowne poszerzenie się bańki. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jest uwięziony w jednym z baloników, jakie się wypuszcza na przyjęciach na świeżym powietrzu, i że wzlatuje w górę.

Niebieskie migotanie fal było coraz jaśniejsze, aż w końcu stało się tak silne, że Fan musiał odwrócić wzrok. Akurat w tym momencie bańka pękła z cichym trzaskiem. Był już na powierzchni, ale dalej się wznosił, bo słaba grawitacja wyniosła go na dobry metr w powietrze. Tam się zatrzymał i spadł, ale łagodnie, nie gwałtownie.

Opadając, Feng Fan zauważył niezliczone śliczne kule, które spadały razem z nim. Były one różnej wielkości, największa miała rozmiar piłki futbolowej. Wszystkie skrzyły się jak kryształy w niebieskim świetle dobiegającym z ogromnego statku nad nimi. Gdy się im przyjrzał bliżej, spostrzegł, że w istocie składają się z wielu warstw, które odbijając światło, sprawiały, że mieniły się takim blaskiem. Były to rozbryzgi wody, które wystrzeliły z oceanu, kiedy rozpruł jego powierzchnię. Niska grawitacja pozwoliła, by napięcie powierzchniowe nadało im taki kształt. Fan dotknął jednej z tych kul. Rozerwała się z dziwnym metalicznym dzwonieniem, które w niczym nie przypominało dźwięków, jakie w jego mniemaniu mogła wydawać woda.

Poza tymi kulami na szczycie wodnej góry panował spokój, napierające zewsząd fale załamywały się łagodnie. Było to bez wątpienia oko cyklonu, jedyne spokojne miejsce w ogólnym chaosie. Ciszę podkreślało dobiegające z dala wycie wiatru. Rozejrzawszy się, Feng Fan stwierdził, że razem z górą znajduje się w ogromnej „studni”. Jej ściany tworzyła wirująca, spieniona woda. Ta wodna masa powoli opływała górę i wydawało się, że sięga ona w przestrzeń kosmiczną. Przez wylot studni napływało światło statku obcych. Oświetlało całe jej wnętrze jak wisząca w kosmosie ogromna lampa. Fan widział tworzące się wokół statku dziwne chmury. Wyglądały jak oplatające go luźną siecią włókna. Roztaczały blask, który zdawał się pochodzić z ich wnętrza. Fan mógł się tylko domyślać, że składały się z kryształków lodu, które powstały, gdy ziemska atmosfera uciekała w kosmos. Chociaż pozornie otaczały statek, w rzeczywistości musiało je od niego dzielić dobrych trzydzieści kilka tysięcy kilometrów. Jeśli jego domysł był słuszny, atmosfera zaczęła już wyciekać, a wylot olbrzymiej, obracającej się studni nie był niczym innym niż dziurą w otoczce Ziemi.

„Nieważne – pomyślał Fan. – Wspiąłem się na szczyt”.

Rozdział 2

Słowa na szczycie góry

Nagle światło przenikające wszystko wokół Feng Fana się zmieniło. Zamigotało, a potem przygasło. Podniósłszy wzrok, Fan zobaczył, że niebieska poświata, która otaczała statek obcych, zniknęła. W tej samej chwili dotarło do niego, że było to światło tła pustego ekranu monitora; cały kadłub tego statku był jednym ogromnym ekranem. Zaledwie ta myśl przyszła mu do głowy, na wielkim ekranie pojawił się obraz. Było to ujęcie zrobione z dużej wysokości i przedstawiało postać unoszącą się na powierzchni oceanu ze zwróconą w górę twarzą. Tą postacią był on. Po trzydziestu sekundach obraz zniknął. Fan natychmiast zrozumiał jego znaczenie – obcy pokazali mu, że go widzą. Poczuł się, jakby naprawdę stał na dachu świata.

Ne ekranie pojawiły się dwie linijki tekstu. Napisane były znakami wszystkich rodzajów pism, jakie widział. Rozpoznawszy słowa „angielski”, „chiński” i „japoński”, domyślił się, że jest to lista wszystkich języków świata. Zauważył też ciemną ramkę szybko przesuwającą się pomiędzy tymi nazwami. Wydało mu się to znajome. Jego domysł wkrótce okazał się słuszny, bo odkrył, że ta ramka podąża za jego wzrokiem. Zatrzymał spojrzenie na znakach tworzących słowo „chiński” i ramka również się na nich zatrzymała. Mrugnął, ale nie otrzymał odpowiedzi.

„Może potrzebne jest podwójne kliknięcie” – pomyślał i zamrugał dwa razy. Ciemna ramka zamigotała i językowe menu ekranu zniknęło. W jego miejsce pojawiło się wielkie słowo po chińsku:

>> Halo!

– Halo! – zawołał Fan w stronę nieba. – Słyszycie mnie?

>> Słyszymy cię, nie musisz krzyczeć. Możemy usłyszeć szelest skrzydeł komara w dowolnym miejscu na Ziemi. Przechwyciliśmy fale elektromagnetyczne wyciekające z waszej planety i dzięki nim nauczyliśmy się waszych języków. Chcemy z tobą trochę pogawędzić.

– Skąd przybywacie? – zapytał Fan już znacznie cichszym głosem.

Na powierzchni ogromnej kuli pojawił się obraz gęstego skupiska czarnych punktów. Łączyła je skomplikowana siatka linii. Były tak zawiłe, że od ich widoku zakręciło mu się w głowie. Najwyraźniej była to jakiegoś rodzaju mapa gwiezdna. Jakby na potwierdzenie jego domysłu jeden z tych punktów zaczął lśnić srebrnym światłem, które stawało się coraz jaśniejsze. Niestety Fan zupełnie nie mógł się w tym połapać, ale był pewien, że ten obraz już gdzieś zapisano. Mogliby go zrozumieć ziemscy astronomowie. Na ekranie ponownie pojawiły się znaki, ale gwiezdna mapa nie zniknęła. Pozostała w tle, niemal jak pulpit na komputerze obcych.

>> Wznieśliśmy górę. Ty podpłynąłeś i wspiąłeś się na nią.

– Wspinanie się na góry to moja pasja – odparł Fan.

>> To nie jest kwestia pasji, my musimy się wspinać na góry.

– Dlaczego? – zapytał Fan. – Czy na waszym świecie jest dużo gór?

Zdawał sobie sprawę, że nie jest to najpilniejsze pytanie, jakie dręczy ludzkość, ale chciał się tego dowiedzieć. Wszyscy, których znał, uważali wspinaczkę górską za głupie zajęcie, mógł więc porozmawiać o tym przynajmniej z obcymi. W końcu przed chwilą powiedzieli, że mają skłonność do wspinaczek, a on wszedł tu sam, z własnej woli.

>> Góry są wszędzie, ale nie wspinamy się na nie tak jak ty.

Feng Fan nie wiedział, czy jest to dosłowny opis, czy abstrakcyjna analogia. Nie miał innego wyboru, jak się do tego przyznać.

– Zatem tam, skąd jesteście, jest mnóstwo gór?

>> Byliśmy otoczeni górą. Ta góra nas zamykała, więc musieliśmy się przez nią przekopać, by się na nią wspiąć.

Ta odpowiedź niczego nie wyjaśniała. Fan długo milczał, zastanawiając się, co obcy próbowali mu przez to powiedzieć.

Wtedy przemówili znowu.

Rozdział 3

Świat we wnętrzu góry

>> Nasz świat jest bardzo prosty. To przestrzeń kulista, o średnicy nieco ponad pięciu tysięcy siedmiuset kilometrów według waszych miar, otoczona zewsząd skalnymi warstwami. W którąkolwiek skierujesz się stronę, twoja podróż zawsze zakończy się przed ścianą litej skały.

Naturalnie ukształtowało to nasz pierwszy obraz kosmosu; zakładaliśmy, że wszechświat składa się z dwóch części. Pierwszą była ta przestrzeń, w której żyliśmy, drugą otaczające ją warstwy skał. Wierzyliśmy, że skały ciągną się bez końca we wszystkie strony. Dlatego postrzegaliśmy nasz świat jako pustą komorę w tym litym wszechświecie i tak też go nazwaliśmy, Komorą, a naszą kosmologię teorią litego wszechświata. Oczywiście teoria ta nie wykluczała możliwości istnienia innych komór w tych nieskończonych warstwach skał. Nie dawała jednak żadnych wskazówek, jak blisko czy daleko mogą się one znajdować. Stało się to dla nas bodźcem do podejmowania ekspedycji badawczych.

– Ale taki wszechświat nie może istnieć, nieskończone warstwy skał zapadłyby się pod własnym ciężarem – zauważył Feng Fan.

>> Wtedy nie wiedzieliśmy o siłach grawitacji. W Komorze jej nie było, więc żyliśmy, nie doświadczając siły przyciągania. To, że istnieje grawitacja, odkryliśmy dopiero wiele tysięcy lat później.

– A więc te komory były planetami w waszym litym wszechświecie? Bardzo ciekawe – skomentował Fan. – Gęstość w naszym wszechświecie jest tego dokładnym przeciwieństwem. Wasz wszechświat musi być prawie zupełnym negatywem rzeczywistego wszechświata.

>> Rzeczywistego wszechświata? W swojej ignorancji uważacie, że wszechświat jest taki, jaki teraz znacie. Nie macie pojęcia, jaki jest rzeczywiście. My zresztą też.

 

Upokorzony Fan postanowił trzymać się swojej dotychczasowej linii dochodzenia.

– Czy w waszym świecie były światło, powietrze i woda?

>> Nie i nie potrzebowaliśmy ich. Nasz świat składał się w całości z ciał stałych. Nie było na nim żadnych gazów ani cieczy.

– Żadnych gazów ani cieczy. Jak przetrwaliście? – zapytał Fan.

>> Jesteśmy mechaniczną formą życia. Nasze mięśnie i kości są z metalu, mózgi są jak układy scalone, a elektryczność i magnetyzm to nasza krew. Żywimy się radioaktywnymi skałami z jądra naszego świata, które dostarczają nam energii potrzebnej do przetrwania. Nie zostaliśmy stworzeni, wyewoluowaliśmy naturalnie z niezwykle prostych, jednokomórkowych mechanicznych form życia, gdy – przez czysty przypadek – energia radioaktywna utworzyła w skale złącza p-n. Zamiast ognia, jak to się stało u was, nasi przodkowie ujarzmili elektromagnetyzm. Prawdę mówiąc, w naszym świecie nigdy nie odkryliśmy ognia.

– Musiało tam być bardzo ciemno – stwierdził Fan.

>> W istocie było tam trochę światła. Wytwarzały je radioaktywne pierwiastki znajdujące się w ścianach naszego świata. Te ściany były naszym niebem. Światło z tego „nieba” było bardzo słabe i stale się zmieniało z powodu fluktuacji radioaktywności. Mimo to dzięki niemu powstały u nas oczy. Ponieważ jądro naszego świata nie wytwarzało grawitacji, nasze miasta unosiły się w ciemnej, pustej przestrzeni. Były mniej więcej wielkości waszych, a widziane z daleka wydawałyby się wam rozjarzonymi chmurami.

>> Proces ewolucji życia mechanicznego jest dużo wolniejszy od ewolucji organizmów opartych na węglu, ale w końcu osiągnęliśmy ten sam poziom rozwoju co wy, chociaż innymi środkami, i też zaczęliśmy się zastanawiać nad naszym wszechświatem.

– Dla mnie byłoby tam ciasno. Wy też mieliście takie odczucie? – zapytał Fan, rozmyślając o rewelacjach, które usłyszał od obcych.

>> Ciasno… To dla nas nowe słowo. W pewnym momencie zaczęliśmy odczuwać pragnienie większej przestrzeni, dużo silniejsze od podobnych pragnień, jakie mógł odczuwać wasz gatunek. Pierwsze wyprawy badawcze w głąb warstw skalnych zaczęliśmy wysyłać we wczesnej starożytności. Eksploracja oznaczała dla nas drążenie tuneli w celu znalezienia innych komór w naszym wszechświecie. Stworzyliśmy wiele fascynujących i urzekających mitów o tych odległych miejscach i prawie cała nasza literatura sprowadzała się do snucia fantazji o innych komorach. Jednak wkrótce zakazano eksploracji pod karą śmierci przez zwarcie.

– Zakazano? Zrobił to wasz Kościół? – domyślił się Fan.

>> Nie, nie mamy żadnego Kościoła. W cywilizacji, która nie widzi słońca i gwiazd, nie może powstać religia. Zakazując drążenia tuneli, nasz senat kierował się bardzo praktycznym powodem – nie dysponowaliśmy prawie nieskończoną przestrzenią, jaką macie wy. Nasz świat ograniczał się do tej komory o średnicy pięciu tysięcy siedmiuset kilometrów. Lądował w niej cały gruz powstały wskutek drążenia tuneli. Ponieważ wierzyliśmy, że warstwy skał ciągną się we wszystkie strony w nieskończoność, tunele mogły się stać bardzo długie, tak długie, że całą Komorę wypełniłby w końcu usuwany z nich gruz! Ujmując to inaczej, przekształcilibyśmy pustą kulę w jądrze naszego świata w bardzo długi tunel.

– Ten problem można by rozwiązać, przesuwając gruz w przestrzeń już wytworzoną przez kopaczy – zasugerował Fan. – Wtedy stracilibyście tylko tyle przestrzeni, ile potrzebowali kopacze, by przetrwać i móc drążyć dalej.

>> Faktycznie. Późniejsi kopacze wykorzystywali opisaną przez ciebie metodę. W istocie badacze tworzyli tylko małą komorę dla siebie, bańkę, w której mogli przeżyć i kontynuować swoją misję. Zaczęliśmy nazywać te wyprawy „statkami komorowymi”. Ale i tak każda z nich oznaczała, że w naszej przestrzeni znajdzie się sterta gruzu wielkości takiego statku i że musielibyśmy czekać do jego powrotu, by móc umieścić gruz znowu tam, skąd go wydobyto. Gdyby statek badawczy nie wrócił, ta mała sterta zajęłaby kawałek przestrzeni, ale byłaby ona dla nas stracona na zawsze. W tamtych czasach mieliśmy wrażenie, że taki statek kradnie nam tę część przestrzeni. Dlatego zaczęliśmy nazywać badaczy złodziejami przestrzeni.

W naszym klaustrofobicznym świecie cenny był każdy centymetr kwadratowy, a po zbyt wielu nieudanych wyprawach, z których nie wróciły statki, straciliśmy znaczną część obszaru. Właśnie z tego powodu w starożytności zakazano tych ekspedycji. Zresztą nawet bez zakazu życie w statkach komorowych było niewyobrażalnie ciężkie i niebezpieczne. Załoga takiej jednostki składała się zwykle z nawigatora i kilku kopaczy. W tamtych czasach nie mieliśmy maszyn górniczych, więc musieliśmy polegać na pracy ręcznej, co jest porównywalne z wiosłowaniem na waszych pierwszych łodziach. Starożytni eksploratorzy musieli niezmordowanie kopać z użyciem najprostszych narzędzi i przepychać swoje statki przez warstwy skał w bardzo powolnym tempie. Praca w tych ciasnych, otoczonych litą skałą tunelach, w niemal całkowitym zamknięciu, w pogoni za ulotnym marzeniem, niewątpliwie świadczy o niewiarygodnym harcie ducha badaczy.

Ponieważ statki komorowe wracały na ogół tą samą drogą, którą przebyły, podróż powrotna była zwykle dużo łatwiejsza. Wystarczyło tylko wypchnąć gruz. Jednak pragnienie odkryć, niczym nałóg hazardzisty, często doprowadzało załogi statków do punktu, z którego nie było już odwrotu. Nieszczęśnicy opadali z sił, kończyły się im zapasy i zostawali gdzieś w połowie drogi powrotnej, a statek stawał się ich grobem. Mimo to i mimo znacznego ograniczenia eksploracji nasz świat nigdy nie porzucił marzenia o znalezieniu innych światów.

Rozdział 4

Przesunięcie ku czerwieni

>> Pewnego dnia 33281 roku ery Komory – w waszych terminach chronologicznych, bo obliczanie czasu w naszym świecie jest tak odmienne od waszego, że byś go nie zrozumiał – w skalnym niebie nad naszym światem pojawiła się mała dziura. Wysypało się z niej trochę kamieni, których radioaktywne promieniowanie świeciło jak gwiazdy. Natychmiast wysłano tam oddział żołnierzy w celu zbadania tej szczeliny. (Pamiętaj, że w komorowym świecie nie ma grawitacji). Odkryli, że powrócił statek komorowy eksploratorów. Wyruszył on osiem lat wcześniej i dawno porzuciliśmy nadzieję, że jeszcze go zobaczymy. Nosił nazwę Czubek Igły i wkopał się na dwieście kilometrów w skałę. Żaden inny statek z tych, które wróciły, nie dotarł tak daleko.

Czubek Igły wyruszył z dwudziestoosobową załogą, ale w chwili powrotu na jego pokładzie pozostał tylko jeden naukowiec. Nazwijmy go Kopernik. Zjadł resztę załogi, włącznie z kapitanem. Prawdę mówiąc, w starożytności ten sposób przetrwania był najskuteczniejszą metodą przetrzymania długich wypraw w głębokie warstwy skał.

Za złamanie ścisłego zakazu organizowania wypraw i kanibalizm skazano Kopernika na śmierć. W dniu wykonania wyroku na centralnym placu miasta stołecznego zebrało się ponad sto tysięcy osób, by zobaczyć egzekucję. Gdy czekali na niesamowity spektakl doprowadzenia do zwarcia w jego układzie scalonym, któremu miał towarzyszyć piękny snop iskier, na plac wpłynęła grupa naukowców. Byli członkami Światowej Akademii Nauk i przybyli tam, by oznajmić o przełomowym odkryciu, którego dokonali, badając gęstość próbek skał przywiezionych przez Czubek Igły.

– Na waszym świecie nie ma grawitacji. Jak mogliście mierzyć gęstość? – wtrącił Fan.

>> Wykorzystywaliśmy w tym celu bezwładność. To bardziej skomplikowane niż wasze metody, ale mniejsza z tym. W każdym razie nasi naukowcy myśleli wtedy, że statek po prostu przypadkiem natrafił na nierówną warstwę skały. Jednak w następnym wieku wiele statków komorowych spenetrowało skały na większych głębokościach i wróciło z pobranymi stamtąd próbkami. Dokonały niewiarygodnych odkryć – gęstość skał z każdej strony zmniejszała się wraz ze wzrostem odległości, i to konsekwentnie! Wstrząsnęło to podstawami rządzącej niepodzielnie w naszym świecie teorii stałego wszechświata. Skoro w miarę wkopywania się w skały gęstość świata komorowego się zmniejszała, to można było zasadnie się spodziewać, że w końcu dojdzie do zera. Na podstawie zebranych danych nasi naukowcy obliczyli, że stanie się tak w odległości około trzydziestu tysięcy kilometrów.

– To bardzo przypomina sposób wykorzystania przez Hubble’a przesunięcia ku czerwieni! – krzyknął Fan.

>> Rzeczywiście. Nie mogliście wyobrazić sobie przesuwania się ku czerwieni z prędkością przekraczającą prędkość światła, więc doszliście do wniosku, że oznacza ona koniec wszechświata. Tam samo łatwo było naszym przodkom przyjąć, że obszar, gdzie gęstość równa się zeru, jest przestrzenią otwartą. Tak narodził się nowy model wszechświata. Zakładał on, że gęstość zmniejsza się proporcjonalnie do odległości od Komory i w końcu dochodzi do punktu, w którym przechodzi w nieskończoną przestrzeń otwartą. Nosi to nazwę teorii wszechświata otwartego. Jednak teoria litego wszechświata była tak mocno zakorzeniona w naszej kulturze, że jej zwolennicy zdominowali dyskusję. Wkrótce znaleźli sposób na jej podtrzymanie. Sprowadzał się on do twierdzenia, że zmniejszanie się gęstości oznacza tylko tyle, iż nasz świat otacza warstwa luźniejszych skał. Zgodnie z ich rozumowaniem, gdyby ktoś przebił się przez tę warstwę, nie napotkałby mniejszej gęstości. Według ich obliczeń miała ona grubość trzystu dwudziestu kilometrów. Niedługo potem statki dotarły na tę odległość i okazało się, że dalej gęstość jednak stale się zmniejsza. Wtedy wyznawcy teorii litego wszechświata oświadczyli, że pomylili się w obliczeniach i że warstwa luźnej skały ma naprawdę grubość pięciuset kilometrów. Dziesięć lat później i tam dotarł statek i znowu się okazało, że poza tym punktem gęstość nadal się zmniejsza. Co więcej, zmniejszała się w coraz większym tempie. Wtedy zwolennicy teorii litego wszechświata poszerzyli grubość warstwy luźnej skały do tysiąca pięciuset kilometrów…

W końcu los tej teorii przypieczętowało epokowe odkrycie.

Rozdział 5

Grawitacja

>> Statek, który wyszedł poza tę tysiącpięciusetkilometrową odległość, nosił nazwę Ostrze Piły. Był to największy statek badawczy, jaki kiedykolwiek zbudowaliśmy, wyposażony w potężną koparkę i zaawansowany system podtrzymywania życia. Dzięki temu nowoczesnemu wyposażeniu mógł przemieścić się dalej niż inne przed nim i zmienić bieg naszej historii.

Gdy znalazł się na głębokości – można by równie dobrze powiedzieć wysokości – tysiąca pięciuset kilometrów, główny naukowiec tej misji, nazwijmy go Newton, podzielił się z kapitanem zdumiewającym spostrzeżeniem. Otóż za każdym razem, gdy załoga zasypiała, unosząc się w środku statku, budziła się, leżąc na ścianie tunelu komory najbliższej naszego świata.

Kapitan uznał, że to rzecz bez znaczenia, że wskutek tęsknoty za domem załoga przesuwa się we śnie w miejsce, skąd jest tam najbliżej.

Zważ jednak, że w świecie Komory, a więc także na statku, nie było powietrza. Znaczyło to, że można się było poruszać tylko na dwa sposoby – albo odpychając się od ściany, co nie mogło się zdarzyć, skoro załoga lewitowała pośrodku statku, albo wydalając ekskrementy, by się przesunąć siłą odrzutu. Ale Newton nie znalazł niczego, co potwierdzałoby tę drugą hipotezę.

Mimo to kapitan nie dawał wiary jego argumentom. A powinien był, bo ta niewiara miała wkrótce doprowadzić do pogrzebania go żywcem. W dniu, kiedy się to wydarzyło, załoga była szczególnie wyczerpana po wykonaniu ostatniej części wykopu, więc nie przeniosła od razu gruzu na tył statku. Planowała to zrobić po odpoczynku. Kapitan przyłączył się do kopaczy i poszli spać w środku jednostki. Obudzili się nagle przysypani gruzem! Podczas snu przesunęli się wszyscy razem z odłamkami skał na rufę, bliżej świata Komory. Newton szybko się zorientował, że wszystkie rzeczy na statku miały tendencję do przemieszczania się w tamtą stronę. To przesuwanie odbywało się bardzo wolno i w normalnych warunkach było niemal niedostrzegalne.

– A więc wasz Newton nie potrzebował jabłka, by odkryć zasadę powszechnego ciążenia – zauważył Fan.

>> Myślisz, że to było takie łatwe? Dla nas odkrycie grawitacji było znacznie bardziej skomplikowanym procesem niż dla was i nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę środowisko, w którym żyliśmy. Kiedy nasz Newton odkrył, że przyciąganie działa tylko w jednym kierunku, musiał przyjąć, że jego ośrodkiem jest ta pusta przestrzeń, z której składał się nasz świat, więc nasza pierwsza teoria grawitacji opierała się na głupim założeniu. Doszliśmy do wniosku, że grawitację wytwarza pustka, nie masa.

 

– Rozumiem, jak do tego doszło. W tak złożonym środowisku waszemu Newtonowi było dużo trudniej pojąć, jak się rzeczy mają – rzekł Fan, kiwając głową.

>> W rzeczy samej. Rozwikłanie tej tajemnicy zajęło naszym uczonym pół wieku. Dopiero wtedy zrozumieliśmy prawdziwą naturę grawitacji i wkrótce potem udało się nam – przy użyciu instrumentów niezbyt różniących się od waszych – zmierzyć stałą grawitacyjną. Ale i tak trzeba było bardzo długo czekać, aż teoria grawitacji zostanie powszechnie przyjęta w naszym świecie. W końcu jednak stała się gwoździem do trumny teorii litego wszechświata.

Grawitacja nie dopuszczała istnienia nieskończonego litego wszechświata wokół naszej Komory. Ostatecznie zatryumfowała teoria otwartego wszechświata, a opisywany przez nią kosmos wywarł potężny wpływ na wyobraźnię mieszkańców naszego świata. Fizyka Komory przyjmowała nie tylko zasadę zachowania energii i masy, ale także prawo zachowania przestrzeni. Przestrzeń w świecie Komory miała średnicę zaledwie około pięciu tysięcy siedmiuset kilometrów. Drążenie tuneli w skale w najmniejszym stopniu jej nie powiększało, a jedynie zmieniało jej kształt i położenie. Poza tym żyliśmy w środowisku o zerowej grawitacji, więc nasza cywilizacja unosiła się pośrodku tej przestrzeni. Nic nie przymocowywaliśmy do ścian naszego świata i nasze życie było zupełnie nieporównywalne do waszego. Z tego powodu najcenniejszym skarbem w naszym świecie była przestrzeń. Cała historia naszej cywilizacji to jedno pasmo krwawych walk o przestrzeń. I oto nagle odkryliśmy, że bardzo możliwe, iż przestrzeń jest nieskończona. Czyż nie mogło to doprowadzić nas do gorączki? Wysyłaliśmy falę za falą statków przekopujących się przez skałę. Odkrywcy starali się jak mogli dotrzeć do tego raju gęstości zerowej, która zgodnie z przewidywaniami teorii otwartego wszechświata zaczynała się za mierzącą trzydzieści dwa tysiące kilometrów warstwą skały.