Wędrująca ZiemiaTekst

Autor:Liu Cixin
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wędrująca Ziemia
Wędrująca Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wędrująca Ziemia
Audio
Wędrująca Ziemia
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Era wędrówki

Od tamtych wydarzeń minęło pół wieku. Dwadzieścia lat temu Ziemia przeleciała obok orbity Plutona i opuściwszy Układ Słoneczny, kontynuowała samotną podróż przez rozległą, zimną pustkę przestrzeni kosmicznej.

Ostatni raz byłem na powierzchni jakieś dziesięć lat temu. Towarzyszyli mi syn i synowa, jasnowłosa, niebieskooka dziewczyna. Była wtedy w ciąży.

Gdy wyjechaliśmy na powierzchnię, pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, był brak strumieni plazmy wyrzucanych przez silniki Ziemi, mimo że wiedziałem, iż nadal pracują pełną mocą. Atmosfera zniknęła i nic nie rozpraszało światła plazmy. Ziemię pokrywały dziwne, przezroczyste żółtozielone kryształki. Składały się z zestalonego tlenu i azotu, pozostałości po naszej zamarzniętej atmosferze.

Co ciekawe, atmosfera nie zamarzła równomiernie na całej powierzchni, lecz utworzyły się z niej nieregularne wzgórki. Skuta mrozem, niegdyś płaska i gładka tafla morza wybrzuszyła się w różnych miejscach i powstał fantastyczny, kryształowy krajobraz. Na niebie rozciągała się nieruchoma Droga Mleczna, jakby ona też zamarzła. Ale gwiazdy były jasne, zbyt jasne, by dało się na nie patrzeć.

Silniki Ziemi miały działać bez przerwy przez następne pięćset lat, nadając Ziemi przyspieszenie do pół procent prędkości światła. Miała ona lecieć z tą niewiarygodną prędkością przez kolejne tysiąc trzysta lat. Po przebyciu dwóch trzecich drogi mieliśmy odwrócić kierunek silników Ziemi i wejść w pięćsetletni okres hamowania. Po dwudziestu czterech stuleciach podróży mieliśmy wreszcie dotrzeć do układu Proxima Centauri. Wtedy Ziemia potrzebowałaby jeszcze jednego stulecia, by wejść na stałą orbitę wokół tej gwiazdy i stać się jednym z jej satelitów.

Wiem, że zostałem zapomniany

Ta podróż trwa i trwa

Ale zawołaj mnie, gdy nadejdzie czas

Gdy nowy świt zobaczy Ziemia ma

Wiem, że zostałem zapomniany

Z odejściem pogodzić się było trzeba

Ale zawołaj mnie, gdy nadejdzie czas

Gdy ludzie znów ujrzą błękit nieba

Wiem, że zostałem zapomniany

Wieki minęły od naszej ze Słońcem rozłąki

Ale zawołaj mnie, gdy nadejdzie czas

Gdy na każdej gałęzi znów zakwitną pąki

Za każdym razem, kiedy słyszę tę piosenkę, moje sztywne, starzejące się ciało zalewa fala ciepła, a do moich starczych oczu napływają łzy. Widzę oczami wyobraźni, jak nad horyzont wznoszą się jedno po drugim trzy złote słońca Alfy Centauri, opromieniając wszystko swoim ciepłym światłem. Zestalona atmosfera stopniała i niebo jest znowu czyste i błękitne. Z rozmarzniętej ziemi wykiełkowały zasiane tam przed dwoma tysiącami lat ziarna i tchnęły w planetę nowe życie. Widzę moich potomków, od których dzieli mnie sto pokoleń, śmiejących się i bawiących na zielonej trawie. Przez łąki płyną czyste strumienie, w których pluskają małe, srebrzyste rybki. Widzę Kayoko pochylającą się ku mnie nad zieloną ziemią. Jest młoda i piękna jak anioł…

„Ach, Ziemia, moja wędrująca Ziemia…”

GÓRA

Rozdział 1

Tam, gdzie jest góra

– Dzisiaj chcę cię w końcu zmusić, żebyś mi powiedział, dlaczego nigdy nie schodzisz na ląd – oświadczył kapitan, marszcząc brwi. – Pływasz ze mną już od pięciu lat i w tym czasie Otwarty Ocean cumował w tylu portach, że nie jestem w stanie ich zliczyć, a ty ani razu nie zszedłeś ze statku. Nawet kiedy wróciliśmy do Chin. I nawet w ubiegłym roku w Qingdao, gdzie statek musiał przejść remont. Jesteś ostatnią osobą, której musiałbym przypomnieć, że panowały tu wtedy niesamowity bałagan i hałas. A mimo to ty przez dwa miesiące siedziałeś w swojej kajucie – ciągnął kapitan, bacznie wpatrując się w Feng Fana.

– Przypominam ci tego faceta, którego grał Tim Roth w Człowieku legendzie? – zapytał Fan.

– Chcesz powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek zatopimy statek, to chcesz tak jak on pójść z nim na dno? – zaripostował kapitan, niepewny, czy Fan mówi poważnie, czy żartuje.

– Zmienię statek. Na statkach oceanicznych zawsze znajdzie się miejsce dla inżyniera geologa, który nigdy nie schodzi na ląd – odparł Fan.

Kapitan wrócił do pierwotnego tematu.

– To naturalnie rodzi pytanie: Czy na lądzie jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

– Wprost przeciwnie. Jest tam coś, za czym tęsknię.

– I cóż to takiego? – zapytał kapitan z zaciekawieniem, ale też z lekką niecierpliwością.

– Góry – powiedział Fan ze wzrokiem utkwionym w dal.

Stali na lewej burcie prowadzącego badania oceanograficzne statku Otwarty Ocean i patrzyli na wody równikowego Pacyfiku. Po raz pierwszy statek przepłynął przez równik rok temu. Ulegli wtedy kaprysowi i uczcili to odwieczną ceremonią organizowaną z okazji przekroczenia tej linii. Jednak odkrycie na dnie morskim złoża manganu sprawiło, że przekraczali ją potem więcej razy, niż ktokolwiek z załogi zdołałby spamiętać. Zdążyli zupełnie zapomnieć o tej niewidzialnej granicy.

Kiedy słońce zachodziło powoli za horyzont, Fan zauważył, że ocean jest niezwykle spokojny. Prawdę mówiąc, nigdy dotąd nie widział, by jego powierzchnia była tak gładka. Przypominał mu himalajskie jeziora o tak nieruchomych taflach, że wydawały się czarne i wyglądały jak oczy Ziemi. Pewnego razu on i jego dwaj towarzysze z zespołu podejrzeli kąpiącą się w jednym z takich jezior tybetańską dziewczynę. Nakryli ich na tym pasterze i rzucili się za nimi w pogoń z wyciągniętymi z pochew nożami. Nie zdołali ich dogonić, więc zaczęli rzucać w nich kamieniami. To niepokojąco celne bombardowanie nie zostawiło Fanowi i jego kolegom wyboru – musieli się poddać. Pasterze przyjrzeli się im i w końcu ich puścili.

Fan przypomniał sobie, że jeden z tamtych mruknął:

– To nie tutejsi. Na pewno nie mogli tutaj szybko wbiec.

– Lubisz góry? Tam się wychowałeś? – przerwał te wspomnienia kapitan.

– Nie – odparł Fan. – Ludzie, którzy spędzają w nich całe życie, na ogół nie zwracają na nie uwagi. Widzą je jako coś, co odgradza ich od świata. Znałem Szerpę, który czterdzieści jeden razy wspiął się na Mount Everest, ale za każdym razem kiedy jego zespół zdobywał szczyt, stawał i tylko się przyglądał, jak pokonują ostatni odcinek. Po prostu nie widział potrzeby, żeby tam wchodzić. I nie myśl, że nie dałby rady tego zrobić; mógłby w ciągu dziesięciu godzin dotrzeć tam zarówno północnym, jak i południowym wejściem.

Są tylko dwa miejsca, w których możesz naprawdę poczuć magię gór: odległe równiny i szczyty – ciągnął Fan. – Urodziłem się na rozległej równinie Hebei. Widać było stamtąd góry Taihang na zachodzie, ale między nimi i moim domem leżała szeroka płaszczyzna bez żadnych cech szczególnych i wyróżników. Niedługo po moich narodzinach matka wyniosła mnie po raz pierwszy na dwór. Moja głowa ledwie się trzymała na cienkiej szyi, a i tak zwróciłem ją na zachód i gaworzyłem z zachwytem. Gdy tylko nauczyłem się chodzić, pierwsze, niepewne kroki skierowałem w stronę gór. Kiedy trochę podrosłem, wyprawiłem się pewnego ranka w drogę wzdłuż linii kolejowej Shijiazhuang–Taiyuan. Szedłem tak do południa, dopóki burczenie w brzuchu nie kazało mi zawrócić, ale góry i tak wydawały się nieskończenie odległe. Już będąc w szkole, pojechałem tam rowerem, ale bez względu na to, jak szybko pedałowałem, góry zdawały się równie szybko oddalać. Miałem wrażenie, że nie zbliżam się do nich nawet na centymetr. Wiele lat później dalekie góry znowu stały się dla mnie symbolem nieosiągalnego, czegoś, co wyraźnie widzisz, ale do czego nigdy nie dojdziesz, marzeniem skrystalizowanym w niedosiężnej dali.

– Raz tam byłem – rzekł kapitan, kręcąc głową. – Te góry są nagie i jałowe, nie ma tam nic oprócz kamieni i skąpej trawy. Czekało cię rozczarowanie.

– Nic podobnego. Te rzeczy wzbudzają we mnie zupełnie inne uczucia niż w tobie. Ja widziałem górę i chciałem tylko jednego – wejść na nią. Kiedy wspiąłem się po raz pierwszy i zobaczyłem równinę w dole, poczułem się jak nowo narodzony.

Kiedy Feng Fan skończył, zdał sobie sprawę, że kapitan w ogóle go nie słuchał – siedział z zadartą głową, wpatrując się w gwiazdy.

– O, tam – powiedział kapitan, wskazując fajką punkt na niebie. – Tam nie powinno być żadnej gwiazdy.

Ale była. Mała, ledwie widoczna.

– Jesteś pewien? – Fan przeniósł wzrok z nieba na kapitana. – Czy GPS nie sprawił, że sekstans wyszedł z użytku? Naprawdę tak dobrze znasz te gwiazdy?

– Oczywiście, że znam – odparł kapitan. – Znajomość gwiazd to jeden z podstawowych elementów żeglugi. – Obróciwszy się do Fana, wrócił do poprzedniego tematu. – Ale mówiłeś, że…

Feng Fan kiwnął głową.

– Później, na uniwersytecie, założyłem grupę himalaistów. Wspinaliśmy się na siedmiotysięczniki. Naszym ostatnim celem był Mount Everest.

Kapitan przyjrzał mu się uważnie, po czym powiedział:

– Tak myślałem! To naprawdę ty! Zawsze mi się wydawało, że skądś znam twoją twarz. Zmieniłeś nazwisko?

– Tak. Dawniej nazywałem się Feng Huabei – przyznał Fan.

– Kilka lat temu wywołałeś niezłe poruszenie. A więc to, co mówiono o tobie w mediach, było prawdą? – zapytał kapitan.

– W zasadzie tak. W każdym razie tych czterech wspinaczy nie żyje – odparł Fan ponuro.

Pocierając zapałkę, by zapalić wygasłą fajkę, kapitan powiedział:

– Myślę, że kierowanie zespołem wspinaczy nie różni się od dowodzenia statkiem: najtrudniej jest nauczyć się nie tego, kiedy walczyć, lecz kiedy się wycofać.

– Ale gdybym wtedy się wycofał, byłoby nam bardzo trudno zrobić następne podejście – odparł natychmiast Fan. – Wspinaczki wysokogórskie to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, a my byliśmy studentami. Niełatwo by nam było znaleźć sponsora. – Przerwał i wziął głęboki oddech. – Wynajęci przez nas przewodnicy nie chcieli iść dalej, więc dotarcie do miejsca, gdzie założyliśmy pierwszy obóz, zajęło nam więcej czasu, niż przewidywaliśmy. Prognoza pogody zapowiadała burzę, ale po przestudiowaniu obrazów i map doszliśmy do wniosku, że mamy jeszcze dwadzieścia godzin do jej nadejścia. Przedtem zdążyliśmy już założyć drugi obóz na wysokości siedmiu tysięcy ośmiuset metrów, więc myśleliśmy, że jeśli zaraz wyruszymy, uda się nam wejść na szczyt. Powiedz mi, jak mogliśmy się wtedy wycofać. Nie braliśmy nawet pod uwagę kapitulacji, kontynuowaliśmy wspinaczkę.

 

– Ta gwiazda robi się coraz jaśniejsza – powiedział kapitan, spoglądając w górę.

– Oczywiście. Niebo ciemnieje – rzekł lekceważąco Fan.

– Wydaje się jakaś inna – zauważył kapitan. – Ale mów dalej.

– Pewnie wiesz, co było potem. Kiedy nadeszła burza, byliśmy blisko tak zwanej „Chińskiej Drabiny” na drugim progu na pionowej skale, która wznosi się na wysokości ośmiu tysięcy pięciuset pięćdziesięciu metrów. Szczyt był niemal na wyciągnięcie ręki, a niebo, poza pasmem chmur po drugiej stronie góry, było wciąż idealnie błękitne. Nadal wyraźnie pamiętam, że pomyślałem, iż szczyt Everestu wygląda jak ostrze noża rozcinającego niebo i wypuszczającego z niego falującą jasną krew. – Fan przerwał na wspomnienie tego wrażenia, po czym ciągnął opowieść: – Po paru minutach znikąd pojawiła się burza i rozpętała się taka śnieżyca, że całkowicie straciliśmy widoczność. Wszystko zakrywała nieprzenikniona biel, a za nią rozciągała się ciemność. W pewnej chwili zamarło mi serce, bo poczułem, że czterech członków mojego zespołu odpada od ściany. Wisieli na mojej linie, a ja mogłem tylko trzymać się czekana wbitego w szczelinę w skale. Lina po prostu nie utrzymałaby ciężaru pięciu osób. Działając instynktownie, przeciąłem pasek z klamrą, do którego przyczepiona była ta lina. Pozwoliłem im spaść. – Zawahał się, ciężko oddychał. – Do tej pory nie znaleziono dwóch ciał.

– A więc zamiast pięciu osób zginęły cztery – zauważył sucho kapitan.

– Tak, postąpiłem zgodnie z zasadami zachowania bezpieczeństwa w górach. Mimo to muszę dźwigać ten krzyż. – Fan znowu przerwał, tym razem z powodu czegoś innego niż smutne wspomnienia. – Masz rację, w tej gwieździe jest coś dziwnego. Robi się zdecydowanie coraz jaśniejsza.

– Mniejsza z tym – rzekł kapitan. – Czy twój obecny… – urwał, zasznurował usta, po czym podjął na nowo – …powiedzmy „stan” ma coś wspólnego z tym, co się wtedy stało?

– Naprawdę muszę to wyjaśniać? Na pewno pamiętasz to miażdżące potępienie ze strony mediów i okazywaną mi pogardę. Twierdzili, że zachowałem się nieodpowiedzialnie, że jestem samolubnym tchórzem, że poświęciłem czterech kolegów, by ocalić własne życie. – Widać było, że nadal sprawia mu to ból. – Pomyślałem, że mogę się oczyścić przynajmniej z tego ostatniego zarzutu, więc włożyłem strój do wspinaczki i gogle, poszedłem do biblioteki uniwersyteckiej i po rurze spustowej wspiąłem się na jej dach. Miałem już skoczyć, gdy usłyszałem głos jednego z moich nauczycieli. Nie zauważyłem, że wszedł tam za mną. Zapytał, czy naprawdę chcę tak łatwo wydostać się z opresji, czy chcę uniknąć dużo surowszej kary, która mnie czeka. Kiedy zapytałem, co ma na myśli, odparł, że chodzi o trzymanie się przez całe życie jak najdalej od gór. Już nigdy ich nie zobaczyć – czy nie byłaby to surowsza kara?

A więc nie skoczyłem. Oczywiście stałem się przedmiotem jeszcze większych szyderstw, ale wiedziałem, że ten nauczyciel miał rację: dla mnie było to gorsze niż śmierć. Wspinaczki były całym moim życiem. Tylko z tego powodu studiowałem geologię. Życie w wiecznym oddzieleniu od tego, co mnie pasjonuje, z dręczącym sumieniem – to wydawało mi się sprawiedliwe. Właśnie dlatego postarałem się o tę pracę, dlatego zatrudniłem się jako inżynier na Otwartym Oceanie. Na oceanie jestem tak daleko od gór, jak to możliwe – zakończył z westchnieniem.

Kapitan przez długą chwilę patrzył na niego z osłupieniem, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu doszedł do wniosku, że najlepiej będzie nic nie mówić. Jakby na zawołanie coś na niebie zmusiło go do nagłej zmiany tematu.

– Spójrz jeszcze raz na tę gwiazdę – powiedział z napięciem w głosie.

– O nieba! – wykrzyknął Fan, gdy popatrzył w górę. – Ona się w coś przemienia!

Gwiazda nie była już świetlnym punktem, lecz małym i szybko powiększającym się dyskiem. W mgnieniu oka stała się kulą jarzącą się niebieskim światłem.

Tupot zbliżających się kroków sprawił, że ich oczy skierowały się z powrotem na pokład. Biegł ku nim pierwszy mat.

Kiedy znalazł się w zasięgu ich słuchu, zawołał bez tchu do kapitana:

– Właśnie otrzymaliśmy wiadomość: do Ziemi zbliża się statek obcych! Z naszej pozycji na równiku dobrze go widać! Spójrzcie, jest tam!

Wszyscy trzej podnieśli głowy i zobaczyli, że mała kula dalej się powiększa. Urosła już do wielkości Księżyca.

– Wszystkie stacje przerwały swoje stałe programy i mówią tylko o tym! – trajkotał pierwszy mat. – Ten obiekt zaobserwowano już wcześniej, ale dopiero teraz potwierdzono jego prawdziwą naturę. Nie odpowiada na nasze powitania, a jego trajektoria pokazuje, że napędza go jakaś potężna siła i zmierza wprost na Ziemię! Mówią, że jest już tak duży jak Księżyc! – Mat przyłożył słuchawkę do ucha i uważnie słuchał. Obcy obiekt nie miał już rozmiarów Księżyca; był co najmniej dziesięć razy większy i wydawał się znajdować dużo bliżej Ziemi. Przyciskając mocno palcem słuchawkę, pierwszy mat kontynuował: – Mówią, że się zatrzymał. Jest teraz na orbicie geosynchronicznej trzydzieści pięć tysięcy kilometrów nad Ziemią. Stał się jej geostacjonarnym satelitą.

– Geostacjonarnym satelitą? Mówisz, że będzie wisiał nad nami? – krzyknął kapitan.

– Tak! Nad równikiem, wprost nad nami! – potwierdził mat.

Feng Fan gapił się na ogromną kulę na niebie. Wydawała się prawie przezroczysta, skąpana w tajemniczym niebieskim świetle. Miał dziwne wrażenie, że patrzy na akwarium wypełnione morską wodą. Za każdym razem, gdy wyciągano sondę pobierającą próbki z dna oceanu, czuł się, jakby był świadkiem jakiegoś tajemniczego zjawiska, i wydawało mu się, że za chwilę coś się stanie. Teraz, patrząc w górę, doznawał tego samego uczucia. Zupełnie jakby na powierzchnię wypłynął jakiś zapomniany relikt z niepamiętnych czasów.

– Spójrzcie na ocean! – zawołał kapitan, machnąwszy gwałtownie fajką w stronę rufy. – Co się dzieje z oceanem?

On pierwszy wyzwolił się spod hipnotycznego uroku, który zdawała się rzucać na nich ogromna kula. W miejscu, które wskazywał, ocean zaczął się wyginać w górę jak sinusoida. Ogromna fala piętrzącej się wody szybko rosła. Wyglądało to tak, jakby w oceanie zanurzyła się gigantyczna, chociaż niewidzialna ręka z kosmosu i czerpała z niego wodę.

– To wpływ masy tego statku kosmicznego! Jego grawitacja przyciąga ocean! – krzyknął Feng Fan, zdumiony, że zachował tyle przytomności umysłu, by zrozumieć, co się dzieje. Statek obcych miał prawdopodobnie masę równą masie Księżyca, ale był dziesięć razy bliżej! Na szczęście wszedł na orbitę geosynchroniczną i przyciągał wodę tylko w jednym miejscu. Gdyby się przesuwał, spowodowałby na całym świecie tak wielki przypływ, że spustoszyłby on kontynenty i zniszczył nadbrzeżne miasta.

Ta ogromna fala sięgnęła już nieba, tworząc stożek o spłaszczonym wierzchołku. Od jego powierzchni odbijało się niebieskie światło wiszącego nad nim statku, ale krawędzie płonęły szkarłatnym ogniem zachodzącego, skrytego za nim słońca. Zimne powietrze wokół szczytu stożka schładzało pianę, z której wypływały pasma mgły niczym krew z rozciętego brzucha nieba i szybko niknęły w ciemnościach nocy. Gdy Fan chłonął to wszystko wzrokiem, ogarnęły go wspomnienia i jego serce zaczęło bić żywiej. Odpłynął myślami do dnia tamtej wspinaczki…

– Podaj mi jej wysokość! – Krzyk kapitana przywołał Fana do rzeczywistości.

Chwilę później ktoś odpowiedział:

– Prawie dziewięć tysięcy metrów!

Mieli przed sobą najbardziej przerażający, najbardziej niesamowity i najwspanialszy widok, jaki kiedykolwiek ujrzeli ludzie. Wszyscy na pokładzie patrzyli jak urzeczeni.

– To musi być przeznaczenie – wymamrotał Feng Fan, zauroczony bardziej niż reszta.

– Co powiedziałeś? – zapytał głośno kapitan ze wzrokiem wciąż utkwionym we wznoszącą się wodę.

– Że to musi być przeznaczenie – powtórzył Fan.

To było – to musiało być – jego przeznaczenie. Wypłynął w morze, by unikać gór, by jak najbardziej się od nich oddalić, a teraz znalazł się w cieniu góry przewyższającej nawet Mount Everest, i to o prawie pięćset metrów. Była to najwyższa góra na świecie.

Kapitan wydał pierwszemu matowi komendę:

– Ster prawo na burt! Cała naprzód! Musimy stąd zaraz odpłynąć!

– Odpłynąć stąd? Jest tu niebezpiecznie? – spytał zdezorientowany Feng Fan.

– Statek obcych już spowodował niskie ciśnienie na ogromnym obszarze. Właśnie tworzy się gigantyczny cyklon. Mówię ci, to będzie najpotężniejszy sztorm, jaki widział świat. Jeśli uderzy w Otwarty Ocean, porwie nas w powietrze i będzie nami miotał jak listkiem. Modlę się, żeby udało się nam przed nim uciec – wyjaśnił kapitan. Wyraźnie było widać pot na jego czole.

W tym momencie pierwszy mat dał im znak, by się uciszyli. Przykrywając dłonią słuchawkę, pilnie słuchał, a potem powiedział:

– Panie kapitanie, jest jeszcze gorzej! Mówią, że obcy przybyli, by zniszczyć Ziemię! Ich statek samą swoją masą powoduje coś dużo gorszego od sztormu: wycina dziurę w ziemskiej atmosferze!

– Dziurę? Dokąd? – zapytał kapitan, patrząc na niego rozszerzonymi oczami.

Mat wyjaśnił, co usłyszał przez radio:

– Siła grawitacji statku przedziurawi górne warstwy atmosfery. Atmosfera będzie jak przekłuty balon, powietrze będzie uciekać przez tę dziurę w przestrzeń kosmiczną! Cała atmosfera się ulotni!

– Ile mamy czasu? – spytał kapitan, stanąwszy w obliczu następnej katastrofy.

– Specjaliści twierdzą, że ciśnienie atmosferyczne spadnie do poziomu zabójczego dla życia mniej więcej za tydzień – odpowiedział automatycznie pierwszy mat, ale w jego oczach widać było panikę. – Mówią, że kiedy obniży się do pewnego punktu, oceany się zagotują – ciągnął. Zaczął mu się załamywać głos. – O nieba, to będzie jak… – Drżał na całym ciele, słuchając dalszych wiadomości. – We wszystkich dużych miastach na Ziemi zapanował chaos. Ludzie wpadli w obłęd. Szturmują szpitale i fabryki i rabują wszystkie butle z tlenem, jakie wpadną im w ręce. – Jego oczy coraz bardziej się rozszerzały. – Zaczekajcie, teraz mówią, że przylądek Canaveral zalał oszalały tłum, próbuje się dobrać do ciekłego tlenu, który jest składnikiem paliwa rakietowego. – Wyglądało na to, że te wieści nadwątliły nie tylko jego ciało, ale również ducha. – Och, to koniec!

– Tydzień? To za mało czasu, żeby udało się nam wrócić do domu – rzekł spokojnym głosem kapitan. Wydawało się, że odzyskał panowanie nad sobą. Szybkim pstryknięciem zapalił wygasłą fajkę.

– Tak, mamy za mało czasu, żeby udało się nam wrócić do domu – powtórzył jak echo mat, teraz bezbarwnym głosem.

– Skoro tak, to możemy przynajmniej jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał – zauważył Feng Fan z nutą nagłego entuzjazmu w głosie. Przygotowywało się do tego całe jego ciało, policzki płonęły z podniecenia.

– A co takiego chcesz zrobić? – zapytał kapitan.

– Wspiąć się na górę – odparł Fan z uśmiechem.

– Wspiąć się na górę? Wspiąć się…? – Zdumienie na twarzy pierwszego mata ustąpiło nagle wyrazowi niedowierzania. – Na tę górę? – wykrztusił, wskazując wznoszącą się nad nimi masę wody.

– Tak. Teraz jest to najwyższy szczyt na świecie. A tam, gdzie jest góra, zawsze znajdzie się ktoś, kto się na nią wespnie – odparł spokojnie Fan.

– A jak masz zamiar to zrobić? – zapytał pierwszy mat.

– Czy to nie oczywiste? Przy wspinaczce posługujemy się rękami i nogami, więc popłynę – wyjaśnił Fan z uśmiechem.

– Oszalałeś? – krzyknął pierwszy mat. – Chcesz przepłynąć dziewięć tysięcy metrów pod górę? Według mnie to zbocze wznosi się pod kątem czterdziestu pięciu stopni! To zupełnie co innego niż wspinaczka na górę. Będziesz musiał płynąć bez przerwy, bo jeśli choć na chwilę przestaniesz, ześlizgniesz się na dół!

Fan nie dał się odwieść od swego pomysłu.

– Chcę spróbować – powiedział.

– No to niech spróbuje – rzekł beznamiętnie kapitan. – Czy będzie lepszy czas na oddanie się swojej pasji? Jak daleko jest do podnóża tej góry?

– Z jedenaście mil morskich, czyli jakieś dwadzieścia kilometrów – odparł ktoś.

– Weź jedną z naszych łodzi ratunkowych – zaproponował kapitan Feng Fanowi. – Pamiętaj, żeby zabrać ze sobą dość wody i jedzenia.

– Dziękuję! – Fan wyraził płynącą z głębi serca wdzięczność.

– Wygląda na to, że los się do ciebie uśmiechnął – powiedział kapitan z krzywym uśmiechem i poklepał Feng Fana po ramieniu.

 

– Tak myślę – odparł Fan. – Kapitanie, nie powiedziałem ci jeszcze o jednym. Wśród tej czwórki wspinaczy na Evereście była moja dziewczyna. Kiedy przecinałem linę, w głowie pojawiła mi się jedna myśl: „Nie chcę umierać”. Jest jeszcze inna góra, na którą trzeba się wspiąć – rzekł, a w jego oczach widać było ból i entuzjazm.

Kapitan kiwnął głową.

– Płyń.

– A my? – zapytał pierwszy mat z zagubioną miną. – Co mamy robić?

– Pełną parą naprzód, jak najdalej od nadchodzącego sztormu. Zawsze to dzień życia więcej – odparł z zamyśleniem kapitan.

Feng Fan stał w łodzi, odprowadzając wzrokiem odpływający Otwarty Ocean. Wkrótce statek, który dawniej uważał za swój dom na resztę życia, znalazł się naprawdę poza jego zasięgiem.

Za jego plecami wznosiła się góra wody skąpana w niebieskim świetle statku obcych. Gdyby nie widział, jak się tworzy, można by mu było łatwo wmówić, że znajduje się tu od milionów lat. Ocean był bardzo spokojny, jego gładkiej powierzchni nie mąciła ani jedna fala. Mimo to Feng Fan czuł na twarzy podmuch bryzy, ale wiatr wiał w stronę spiętrzonej wody. Podniósłszy żagiel, Fan ruszył w drogę. Wiatr wkrótce się wzmógł i żagiel się wydął. Dziób łodzi pruł powierzchnię oceanu jak nóż, pędząc do obranego przez Fana celu.

Dwudziestokilometrowa podróż trwała nie dłużej niż czterdzieści minut. Gdy tylko Fan poczuł, że kadłub łodzi się wznosi, wskoczył do lśniącej, niebieskiej wody opromienionej światłem ze statku obcych. Po kilku wymachach ramion stał się pierwszą osobą na świecie, która płynęła zboczem góry.

Z miejsca, gdzie się znajdował, nie widział już szczytu. Podniósłszy głowę, zobaczył tylko bezkres pochyłej wody. Niemal wyobrażał sobie tytana za horyzontem, który podnosi ocean jak wielki wodny dywan.

Zaczął płynąć żabką, by oszczędzić jak najwięcej energii. Miał żywo w pamięci ostrzeżenie pierwszego mata. Szybko ocenił, że do szczytu jest około dziesięciu kilometrów. Był wytrzymały, więc gdyby płynął po powierzchni poziomej, łatwo pokonałby tę odległość, ale tutaj będzie miał pod górę. Jeśli przestanie płynąć, ześlizgnie się ze zbocza. Już samo to sprawiało, że dotarcie na szczyt było niemal niemożliwe. Nieważne, sama próba wspięcia się na ten wodny Mount Everest stanowiła większe osiągnięcie, niż kiedykolwiek śmiał marzyć.

Kiedy te emocje ucichły, zaczęły do niego docierać doznania natury fizycznej. Czuł, że jakaś siła ciągnie go stopniowo wzwyż. Wydawało mu się, że nie musi wkładać dodatkowego wysiłku, by piąć się coraz wyżej. Obejrzawszy się za siebie, zobaczył łódź, którą porzucił u podnóża góry. Przed jej opuszczeniem zwinął żagiel, a mimo to tkwiła tam, gdzie ją pozostawił. Postanowił czegoś spróbować.

Przestał poruszać kończynami i uważnie obserwował otoczenie. Nie zsuwał się. Przeciwnie, unosił się na zboczu, jakby w ogóle nie istniało! Klepnął się w czoło, przeklinając głupotę swoją i pierwszego mata. Skoro woda tworząca górę nie spływała w dół, to dlaczego miałby się zsunąć człowiek? Albo łódka.

Przyciąganie grawitacyjne neutralizowała masa ogromnej kuli. Im wyżej się piął, tym słabiej odczuwał siłę grawitacji Ziemi. Oznaczało to, że kąt nachylenia zbocza nie odgrywa żadnej roli. Jeśli chodziło o grawitację, to nie było tu żadnej góry. Działające na niego siły nie różniły się od tych, którym podlegał na poziomej powierzchni oceanu.

Teraz już wiedział, że ta góra będzie jego.

Płynął dalej. Musiał w to wkładać coraz mniej wysiłku. Było to w dużej części skutkiem tego, że jego ciało stawało się coraz lżejsze, dzięki czemu było mu coraz łatwiej unosić głowę, by zaczerpnąć powietrza. Widział też inną oznakę zmniejszania się grawitacji: im wyżej się wspinał, tym wolniej opadały rozproszone krople wody. Zjawisko to znajdowało odzwierciedlenie w ruchach fal. One też stawały się coraz wolniejsze. Straciły impet, jaki miały na otwartym oceanie; były łagodniejsze, niż pozwoliłaby na to normalna grawitacja.

Ale nie panowały tam cisza i spokój. Wiatr się wzmagał i na zboczu zaczęły się wznosić pasma fal. Te bałwany, uwolnione spod wpływu grawitacji ziemskiej, osiągały niezwykłą wysokość, nie podnosiły się jednak gwałtownie jak normalne grzywacze, ale odszczepiały się od zbocza cienkimi plastrami i łagodnie osuwały jeden na drugi. Przypominały Fanowi cienkie wióry zestrugiwane z deski przez niewidzialnego stolarza. W najmniejszym stopniu nie utrudniały mu posuwania się w górę. Prawdę mówiąc, było wprost przeciwnie – mknąc ku szczytowi, popychały go.

W miarę słabnięcia przyciągania ziemskiego zaczęły się dziać jeszcze większe dziwy. Zamiast popychać, fale łagodnie go wyrzucały. Czuł, że wynurza się z wody i leci nad nią, by chwilę potem zostać porwany przez następną falę i w mgnieniu oka znowu znaleźć się w powietrzu. Delikatne, lecz silne ręce oceanu niosły go naprzód. Wkrótce odkrył, że w tych dziwnych warunkach jego i tak szybkie wznoszenie przyspieszy zmiana stylu pływania na motylkowy.

Wiatr osiągnął jeszcze większą siłę, natomiast uchwyt, w którym trzymała Fana grawitacja, stawał się coraz słabszy. Fale na tej wysokości wzbijały się na dziesięć metrów, po czym opadały w zwolnionym tempie. Były łagodniejsze niż niżej i bezgłośnie osuwały się jedna na drugą. Jedynym dźwiękiem było wycie narastającego cyklonu.

Fan, coraz lżejszy, przeskakiwał z grzbietu jednej fali na grzbiet drugiej. Przy kolejnym skoku zdał sobie sprawę, że więcej czasu przebywa w powietrzu niż w wodzie. Trudno było powiedzieć: płynie czy frunie. Co jakiś czas całkowicie zalewała go cienka fala, ciskając w tunel utworzony przez powoli opadającą wodę. Przez łagodnie zaokrąglone sklepienia tych tunelów sączyło się niebieskie światło. Widział przez nie jego źródło – olbrzymią kulę wiszącą na niebie. Wodne sklepienie zniekształcało obraz statku obcych; Feng Fan miał wrażenie, jakby patrzył na niego załzawionymi oczami.

Zerknął na wodoszczelny zegarek na lewym ręku. Wspinał się dopiero od godziny, więc w tym przekraczającym najśmielsze marzenia tempie dotarcie na szczyt zajmie mu tylko jeszcze godzinę.

Pomyślał o Otwartym Oceanie. Wnioskując z obecnej prędkości wiatru, huragan już za kilka chwil miał uderzyć z całą furią. Statek nie mógł w żaden sposób uciec przed nadciągającym cyklonem. Fanowi przyszło do głowy, że kapitan popełnił poważny błąd – powinien był skierować statek wprost na wodną górę. Ponieważ grawitacja nie oddziaływała na nic na jej zboczu, statek mógłby łatwo wpłynąć na wierzchołek i tam znalazłby się w oku cyklonu. Byłby bezpieczny! Zaledwie Fan to sobie uświadomił, wyjął z kieszeni kamizelki ratunkowej walkie-talkie. Próbował się połączyć z Otwartym Oceanem, ale statek nie odpowiadał.

Do tego czasu Fan opanował sztukę skakania z grzbietu na grzbiet fali. Wspinając się tak przez dwadzieścia minut, pokonał dwie trzecie drogi. Z miejsca, gdzie dotarł, idealnie okrągły wierzchołek góry wydawał się już na wyciągnięcie ręki. Skrzył się w łagodnym świetle padającym ze statku obcych. Wyglądało to tak, jakby obcy na niego czekali. W tym momencie świst wiatru przeszedł nagle w ogłuszający ryk, który dochodził ze wszystkich stron. Temu przerażającemu wyciu towarzyszyło nagłe zwiększenie się siły wiatru. Uniosły się cienkie jak arkusze, wysokie na trzydzieści metrów fale, ale nie opadły, cyklon rozwiał je w powietrzu. Podniósłszy głowę, Feng Fan zobaczył, że zbocze nad nim pokrywa wodny pył z rozbitych grzywaczy, smagany wiatrem i wirujący w szalonym tańcu nad powierzchnią oceanu. W blasku, który padał na nie ze statku obcych, chaotyczne rozbryzgi świeciły oślepiająco białym światłem.

Feng Fan wykonał ostatni skok. Trzydziestometrowa fala uniosła go w powietrze. W chwili gdy opuścił jej grzbiet, wiatr rozbił ją w wodny pył i Fan zaczął spadać na pas wolno przetaczających się pod nim fal. Wyglądały jak ogromne, przezroczyste skrzydła, które powoli się rozpościerały, by go objąć. Gdy dosięgnął ich wyciągniętymi rękami, gwałtowne uderzenie wiatru rozerwało ich skrzącą się kryształowo powłokę i przemieniło je w białą mgłę. Temu niesamowitemu spektaklowi towarzyszył dziwny dźwięk, który brzmiał jak śmiech. W tej samej chwili Feng przestał spadać; jego ciało było tak lekkie, że unosiło się w powietrzu. Wiatr miotał nim jak piórkiem, a kłębiący się w dole ocean zaczął się powoli jeszcze bardziej oddalać.