Wędrująca ZiemiaTekst

Autor:Liu Cixin
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wędrująca Ziemia
Wędrująca Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wędrująca Ziemia
Audio
Wędrująca Ziemia
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Boże, co się stało z niebem?

Było ciemnoszare. W górnej warstwie atmosfery unosił się pył po zderzeniach asteroid. Ta bezkresna szarość przesłoniła słońce i gwiazdy i wyglądało to tak, jakby cały wszechświat spowiła gęsta mgła. Woda, która pozostała na ziemi po przejściu ogromnej fali, zamarzła. Na powierzchni sterczały wysokie, ocalałe po tsunami wzniesienia, z których spływały kaskady lodu. Pokrywała je warstwa pyłu, który pochłonął wszystkie kolory, pozostawiając tylko tę wszechobecną szarość.

Wkrótce ruszyliśmy z Kayoko w dalszą drogę do Azji. Kiedy przelatywaliśmy nad linią zmiany daty, która już dawno przestała mieć znaczenie, zobaczyliśmy najciemniejszą noc w dziejach ludzkości. Samolot zdawał się płynąć w ciszy przez atramentowe głębie oceanu. Kiedy patrzyliśmy przez okna, wyglądając na próżno jakiegoś promyka światła w tej ciemności, ogarnął nas równie mroczny nastrój.

– Kiedy to się skończy? – mruknęła Kayoko.

Nie wiedziałem, czy ma na myśli naszą podróż czy ten okres niedoli i cierpień. Przyszło mi do głowy, że i jedno, i drugie będzie trwało bez końca. Bo nawet gdyby Ziemia wydostała się poza promień rażenia błysku helowego, nawet gdybyśmy uszli z życiem, to co dalej? Staliśmy na najniższym szczeblu niezmiernie wysokiej drabiny. Nim minie sto pokoleń, nim nasi potomkowie wejdą na jej szczyt i dostrzegą zapowiedź nowego życia, nasze kości już dawno obrócą się w proch. Nie wyobrażałem sobie cierpień i trudów, które trzeba będzie jeszcze znosić, a zwłaszcza tego, że miałbym zostawić moją ukochaną i moje dziecko na tej niemającej końca, wyboistej drodze. Byłem zmęczony, zbyt zmęczony, by iść nią dalej…

W chwili gdy smutek i rozpacz tak ścisnęły mnie za gardło, że nie mogłem złapać tchu, w kabinie rozległ się kobiecy krzyk:

– Nie! Kochanie, nie rób tego!

Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę, która starała się wyrwać pistolet z ręki siedzącego obok niej mężczyzny. Próbował przyłożyć go sobie do skroni. Wyglądał na wycieńczonego i miał apatyczny wzrok. Kobieta położyła głowę na jego kolanach i zaczęła spazmatycznie szlochać.

– Ucisz się – powiedział zimno mężczyzna.

Szloch ustał i słychać było tylko niskie buczenie silników, które brzmiało jak pieśń żałobna. Zdawało mi się, że samolot ugrzązł w bezkresnym mroku i tkwi w nim bez ruchu. W całym wszechświecie nie zostało już nic oprócz niego i spowijającej go ciemności. Kayoko wtuliła się w moje ramiona. Miała lodowato zimne ciało.

Nagle na przodzie kabiny zapanowało poruszenie i pasażerowie zaczęli szeptać z podnieceniem. Spojrzałem przez okno i zobaczyłem przed samolotem zamglone światło. Pełne pyłu nocne niebo skąpane było w niebieskiej poświacie.

Był to blask silników Ziemi.

Meteoryty zniszczyły jedną trzecią silników na półkuli północnej, ale wyrządziły mniej szkód, niż szacowano przed opuszczeniem. Silniki Ziemi na półkuli wschodniej, która nie była wystawiona na uderzenia meteorytów, wyszły z tego bez szwanku. Jeśli chodzi o moc, Ziemia była dobrze przygotowana do ucieczki.

Gdy moje oczy spoczęły na niebieskim świetle przed nami, poczułem się jak nurek, który po długim wynurzaniu się z głębiny morskiej ujrzał wreszcie powierzchnię w blasku słońca. Zacząłem na powrót równo oddychać.

Znowu usłyszałem głos kobiety siedzącej kilka rzędów za nami:

– Kochanie, ból, strach… możemy to czuć, tylko dopóki żyjemy. Kiedy umieramy, nie ma niczego. Jest tylko ciemność. Lepiej żyć, nie uważasz?

Wymęczony mężczyzna nie odpowiedział. Patrzył na niebieskie światło, a po jego policzkach ciekły łzy. Wiedziałem, że to przeżyje. Dopóki będzie się paliło to dające nadzieję niebieskie światło, wszyscy pozostaniemy przy życiu. Pamiętałem słowa otuchy wypowiedziane przez ojca.

Po wylądowaniu nie skierowaliśmy się prosto do naszego nowego podziemnego mieszkania. Zamiast tam pojechaliśmy do znajdującej się na powierzchni bazy Floty Kosmicznej, by poszukać mojego ojca. Jednak kiedy tam przybyliśmy, czekał na mnie tylko przyznany mu pośmiertnie, zimny jak lód order zasługi. Przekazał mi go wicemarszałek sił powietrznych. Powiedział, że ojciec stracił życie podczas operacji usuwania asteroid z drogi Ziemi. Wybuch antymaterii wyrzucił kawał asteroidy prosto na kabinę jego jednomiejscowego myśliwca.

– Ta skała leciała z prędkością stu kilometrów na sekundę względem jego samolotu. W momencie uderzenia kabina wyparowała – powiedział marszałek. – Zapewniam cię, że ojciec nawet nie poczuł bólu.

Kiedy Ziemia zaczęła znowu opadać w stronę Słońca, wyjechałem z Kayoko na powierzchnię zobaczyć wiosenną scenerię. Bardzo się zawiedliśmy.

Świat nadal był monochromatycznie szary. Krajobraz pod pochmurnym niebem upstrzony był zamarzniętymi jeziorami wody morskiej, która pozostała po tsunami. Całun pyłu spowijający atmosferę przesłaniał światło słońca i nie pozwalał na wzrost temperatury. Lód, którym skute były oceany i kontynenty, nie stopniał nawet w peryhelium. Słońce pozostawało bladą plamą i wyglądało jak zjawa majacząca za zasłoną pyłu.

Trzy lata później, gdy pył w atmosferze się rozwiał, ludzkość weszła w peryhelium po raz ostatni. Osoby mieszkające na półkuli wschodniej dostąpiły wtedy zaszczytu obejrzenia najszybszego wschodu i zachodu słońca w dziejach Ziemi. Słońce wyskoczyło z morza i prędko przemknęło po niebie. Cienie zmieniały kierunek tak szybko, że wyglądały jak wskazówki sekundowe przesuwające się po tarczach niezliczonych zegarów. Był to najkrótszy dzień, jaki widziała Ziemia; trwał niecałą godzinę.

Gdy słońce zapadło za horyzont i planetę okryła ciemność, poczułem żal. Ten przelotny dzień wydawał się krótkim podsumowaniem liczącej cztery i pół miliarda lat historii Ziemi w Układzie Słonecznym. Miała już tam nie wrócić do końca wszechświata.

– Jest ciemno – powiedziała ze smutkiem Kayoko.

– To będzie najdłuższa noc – odparłem.

Na półkuli wschodniej miała trwać dwadzieścia pięć stuleci. Przeminie sto pokoleń, nim ten kontynent oświetli światło Proximy Centauri. Na półkuli zachodniej zaczął się najdłuższy dzień, ale i tak była to zaledwie chwila w porównaniu z naszą nocą. Po tamtej stronie świata słońce osiągnie szybko zenit, gdzie pozostanie w bezruchu i będzie się stale kurczyć. Po półwieczu trudno je będzie odróżnić od jakiejkolwiek innej gwiazdy.

Zaprojektowana trajektoria Ziemi prowadziła do spotkania z Jowiszem. Plan Komisji Nawigacji zakładał, że piętnaste afelium będzie miało tak eliptyczny kształt, iż podczas peryhelium wejdzie ona na orbitę wokół niego i przemknie obok tej planety na niemal kolizyjnym kursie. Wykorzystując jego niezwykle silne przyciąganie dla zwiększenia przyspieszenia, osiągnie prędkość ucieczki.

Dwa miesiące po wejściu w peryhelium można było oglądać Jowisza gołym okiem. Najpierw był słabo świecącą plamką, która jednak wkrótce się spłaszczyła i przybrała kształt dysku. Po kolejnym miesiącu stał się duży jak księżyc w pełni, rdzawobrązowy, z ledwie widocznym pierścieniem. Wtedy dysze części silników Ziemi, które przez piętnaście lat skierowane były pionowo w górę, zaczęły zmieniać kąt ustawienia. Ostatnie poprawki wprowadzono do kursu Ziemi tuż przed randką z kosmicznym olbrzymem. Jowisz zachodził powoli za horyzont, gdzie pozostał przez następne trzy miesiące. Wprawdzie nie widzieliśmy go, ale wiedzieliśmy, że obie planety zbliżają się do siebie.

Niemal z zaskoczeniem przyjęliśmy wiadomość, że ze wschodniej półkuli znowu widać Jowisza. Mieszkańcy miasta wylegli na powierzchnię, by spojrzeć na niebo. Gdy przechodziłem przez śluzę powietrzną, zobaczyłem, że po piętnastu latach ciągłej pracy silniki Ziemi zostały wyłączone. Znowu ujrzeliśmy gwiazdy. Trwało nasze ostatnie spotkanie z Jowiszem.

Wszyscy zerkali nerwowo na zachodnią część nieba, gdzie zza horyzontu zaczęła się wyłaniać przyćmiona czerwona poświata. Wkrótce zauważyłem, że ma ona wyraźną granicę oddzielającą ją od gwiazd. Tworzyła wielki łuk, który sięgał od jednego do drugiego końca horyzontu. Niebo pod tym powoli wznoszącym się coraz wyżej łukiem zabarwiało się na czerwono, co wyglądało tak, jakby ktoś zaciągał aksamitną kurtynę nad resztą świata. Gdy dotarło do mnie, że to Jowisz, aż się zatoczyłem z wrażenia, a z moich ust wyrwał się stłumiony okrzyk. Wiedziałem, że jest on tysiąc trzysta razy większy od Ziemi, ale dopiero kiedy zobaczyłem go w całej okazałości, naprawdę zdałem sobie sprawę z jego ogromu.

Trudno opisać słowami strach i przygnębienie, które towarzyszyły pojawieniu się tego kolosa. Pewien reporter napisał później: „Nie wiedziałem, czy mam koszmarny sen, czy też cały wszechświat jest koszmarem w wypaczonym umyśle tego bóstwa!”. Pnąc się stale w górę, Jowisz zajął stopniowo połowę nieba. Uzyskaliśmy wtedy niczym niezakłócony widok burz szalejących w otaczających go chmurach, które rozwiewały gazy w atmosferze i tworzyły z nich chaotyczne linie. Wiedziałem, że pod tą grubą powłoką znajdują się wrzące oceany płynnego wodoru i płynnego helu. Ukazała się słynna Wielka Czerwona Plama, antycyklon po setkach tysięcy lat wciąż wiejący na jego powierzchni. Ten wir był tak wielki, że mógłby pochłonąć trzy Ziemie. Teraz Jowisz wypełniał już całe niebo. Ziemia była niczym balon unoszący się na jego wrzącej, czerwonej okrywie chmur. Wielka Czerwona Plama wspięła się na środek nieba i patrzyła stamtąd na nasz świat jak oko cyklopa. Cały krajobraz spowijał całun jego upiornego światła. Nie sposób było uwierzyć, że nasza mała planeta zdoła uciec z pola grawitacyjnego tego olbrzyma. Niewyobrażalne wydawało się nawet to, że może się stać jego satelitą. Byliśmy przekonani, że na pewno runiemy w otchłań piekła ukrytego pod tym bezkresnym oceanem chmur.

Ale obliczenia specjalistów z zakresu nawigacji okazały się bezbłędne i oszałamiające rdzawe niebo przesuwało się obok nas. Po pewnym czasie na zachodnim horyzoncie ukazał się czarny półksiężyc i szybko się rozszerzał, ukazując migoczące gwiazdy. Ziemia uwalniała się z grawitacyjnego uchwytu Jowisza. W tym momencie zawyły syreny, oznajmiając, że przypływ wywołany przez siłę jego przyciągania zalewa ląd. Później powiedziano nam, że ogromne fale, osiągające sto metrów wysokości, przetoczyły się przez wszystkie kontynenty. Biegnąc w stronę bramy miejskiej, rzuciłem ostatnie spojrzenie na Jowisza, który wciąż zajmował połowę nieba. Powłokę chmur gazowego olbrzyma szpeciły wyraźne blizny, które – jak się później dowiedziałem – były śladami pozostawionymi przez siłę grawitacji Ziemi. Nasza planeta wzbiła też wielkie jak góry fale ciekłego helu i wodoru na jego powierzchni. Nabrawszy przyspieszenia pod wpływem potężnej grawitacji Jowisza, gnała w głąb przestrzeni kosmicznej.

 

Oddalając się od niego, Ziemia osiągnęła prędkość ucieczki. Nie musiała już wracać w pobliże Słońca, gdzie czaiła się śmierć. Tak zaczęła się era wędrówki.

W ciemnoczerwonym cieniu Jowisza, w głębi ziemi, urodził się mój syn.

Rozdział 3

Bunt

Kiedy zostawiliśmy Jowisza za sobą, znowu włączyło się z rykiem dziesięć tysięcy azjatyckich silników Ziemi. Miały pracować pełną mocą przez następnych pięćset lat, nadając planecie coraz większą prędkość. W tym czasie miały zużyć jako paliwo połowę azjatyckich gór.

Ludzkość, uwolniona w końcu od dręczącego ją przez cztery stulecia strachu przed śmiercią, wydała zbiorowy oddech ulgi. Jednak wbrew oczekiwaniom nie oddała się hałaśliwej zabawie, a to, co się stało później, przekraczało wyobraźnię.

Po zakończeniu uroczystego zgromadzenia mieszkańców naszego miasta włożyłem skafander termalny i samotnie wyjechałem na powierzchnię. Znane mi z dzieciństwa góry zostały już zrównane z ziemią przez megakoparki i zostały tylko naga skała i twardy, zamarznięty piach. Ponurą pustkę przecinały jedynie pasma bieli – słone bagna pozostałe po ogromnym tsunami – pokrywające ziemię jak okiem sięgnąć. Miasto, w którym przez lata mieszkali mój ojciec i dziadek, leżało w gruzach. Oświetlone niebieskim blaskiem strumieni plazmy wyrzucanych przez silniki Ziemi, podobne do skamieniałych szczątków prehistorycznych potworów stalowe szkielety drapaczy chmur rzucały długie cienie. Ciągłe powodzie i uderzenia meteorytów zniszczyły prawie wszystko na powierzchni. Wszystko, co przez miliony lat stworzyli ludzie i natura, cała nasza planeta, zostało obrócone w perzynę, nasz świat był jałowy i spustoszony jak Mars.

Mniej więcej w tym samym czasie Kayoko stała się niespokojna. Często zostawiała naszego synka bez opieki, brała samochód i na długo dokądś wylatywała. Po powrocie mówiła tylko, że była na półkuli zachodniej. W końcu pewnego dnia zabrała mnie ze sobą.

Było to 4 marca. Po dwóch godzinach lotu zobaczyliśmy Słońce. Wznosiło się tuż nad Pacyfikiem. Było nie większe od piłki bejsbolowej i rzucało słabe, zimne światło na zamarzniętą powierzchnię oceanu.

Na wysokości pięciu tysięcy metrów Kayoko przestawiła samochód na tryb zawieszenia, po czym wzięła z tylnego siedzenia długie pudło. Kiedy zdjęła wieko, zobaczyłem, że leży w nim teleskop typu preferowanego przez astronomów amatorów. Kayoko otworzyła okno samochodu, naprowadziła teleskop na Słońce i powiedziała mi, żebym przez niego popatrzył.

Przez przyciemnione soczewki zobaczyłem Słońce w kilkusetkrotnym powiększeniu. Widziałem wyraźnie jasne i ciemne plamy powoli przesuwające się na jego powierzchni i słabe protuberancje na brzegu słonecznego dysku.

Kayoko podłączyła teleskop do komputera pokładowego i przeniosła obraz Słońca na ekran. Potem znalazła inny i powiedziała:

– To obraz sprzed czterystu lat.

Komputer przeszedł do porównania obu obrazów.

– Widzisz to? – zapytała Kayoko, wskazując na ekran. – Jasność, tablice pikseli, prawdopodobieństwo ich wystąpienia, statystyka warstw: wszystkie parametry są dokładnie takie same!

– No i czego to dowodzi? Teleskop zabawka, tani program obrazowania i ty, niedouczona amatorka. – Potrząsnąłem głową. – Nie zważaj na te plotki.

– Idiota! – warknęła, schowała teleskop z powrotem do pudła i zawróciła do domu.

W oddali, nad nami i pod nami, zauważyłem inne samochody. Wisiały w powietrzu tak jak my, z okna każdego wystawał teleskop skierowany na Słońce.

Przez kilka kolejnych miesięcy rozprzestrzeniało się na świecie jak pożar lasu straszne oskarżenie. Coraz więcej ludzi decydowało się obserwować Słońce przez większe, lepsze teleskopy. Jedna z organizacji pozarządowych wystrzeliła nawet w jego stronę szereg sond, które po trzech miesiącach dotarły do celu. Przekazane przez nie dane potwierdziły w końcu fakt, że przez ostatnie cztery stulecia Słońce nie zmieniło się ani trochę.

Sytuacja w podziemnych miastach na wszystkich kontynentach stała się wybuchowa; przypominały one bulgoczące wulkany tuż przed erupcją. Pewnego dnia, postępując zgodnie z zarządzeniem Koalicji, oddaliśmy z Kayoko naszego synka do domu dziecka. W drodze powrotnej oboje poczuliśmy, że zniknęła ostatnia więź, która nas łączyła. Zbliżywszy się do placu centralnego, zobaczyliśmy mężczyznę przemawiającego do tłumu. Inni rozdawali broń ludziom, którzy zgromadzili się wokół mówcy.

„Obywatele! Ziemia została zdradzona! Ludzkość została zdradzona! Wszyscy jesteśmy ofiarami wielkiego oszustwa! Jego skala zszokowałaby samego Boga! Słońce nic a nic się nie zmieniło! Nie wybuchło wtedy, nie wybuchnie teraz ani w przyszłości! Nigdy nie wybuchnie! Jest symbolem wieczności! Wybuchowe są nieokiełznane i chore ambicje tych, którzy zawiązali Koalicję! Sfabrykowali to wszystko, by ustanowić swoje tyrańskie imperium! Zniszczyli Ziemię! Obywatele, świadomi obywatele! Do broni! Ocalcie naszą planetę! Ocalcie ludzką cywilizację! Obalimy Koalicję! Zdobędziemy kontrolę nad silnikami Ziemi i skierujemy naszą planetę z powrotem na jej pierwotną orbitę! Z powrotem w ciepłe objęcia Słońca!”

Kayoko wysunęła się bez słowa do przodu, wzięła karabin szturmowy z rąk jednej z osób rozdających broń i przyłączyła się do uzbrojonych obywateli. Nawet nie obejrzawszy się za siebie, zniknęła z szeregami swych sąsiadów w labiryncie tuneli podziemnego miasta. Ja tylko stałem i patrzyłem. W dłoni ściskałem order, za który mój ojciec oddał życie. Ściskałem go tak mocno, że końce jego ramion wpiły mi się w rękę do krwi.

Trzy dni później na wszystkich kontynentach wybuchł bunt.

Gdziekolwiek pojawiła się armia rebeliantów, dołączali do niej nowi ochotnicy. Niewielu obywateli wątpiło w to, że zostali oszukani. Mimo to ja wstąpiłem do armii Koalicji. Zrobiłem tak nie dlatego, że naprawdę wierzyłem władzy, lecz z tego powodu, że mężczyźni z mojej rodziny od trzech pokoleń służyli w wojsku. Zasiali w moim sercu ziarna wierności, więc bez względu na okoliczności zdradzenie Koalicji było dla mnie nie do pomyślenia.

Obie Ameryki, Afryka, Oceania i Antarktyka wpadały jedna po drugiej w ręce rebeliantów i armia Koalicji wycofała się na linie obronne wokół silników Ziemi w Azji Wschodniej i Środkowej, gotowa bronić ich do śmierci. Buntownicy szybko je otoczyli. Ich siły znacznie przewyższały siły Koalicji, ale z powodu bliskości silników ofensywa przez długi czas nie posuwała się dalej. Wojsko rebeliantów nie chciało ich zniszczyć, więc powstrzymywało się od użycia broni ciężkiej, co odwlekało zagładę Koalicji. Pat trwał trzy miesiące. Ale kiedy zdezerterowało po kolei jej dwanaście armii, obrona załamała się na wszystkich frontach. Dwa miesiące później ostatnie sto tysięcy wiernych jej żołnierzy, zgromadzonych w ośrodku kontroli na wybrzeżu, znalazło się w oblężeniu.

Byłem majorem w tej szczątkowej armii. Ośrodek kontroli miał wielkość średniego miasta, jego budynki postawiono wokół Mostu Nawigacyjnego Ziemi. Z obumarłym ramieniem spalonym ogniem lasera wylądowałem w szpitalu wojskowym. Tam się dowiedziałem, że Kayoko zginęła w akcji podczas bitwy o Australię. Podobnie jak inni na moim oddziale szpitalnym, codziennie upijałem się do nieprzytomności. Przestaliśmy się interesować toczącą się na zewnątrz wojną, stała się nam obojętna. Nie wiem, ile minęło czasu, zanim usłyszałem grzmiący głos niosący się po oddziale.

– Wiecie, dlaczego zostaliście doprowadzeni do takiego stanu? Ponosicie winę za to, że w tej wojnie wystąpiliście przeciwko ludzkości! Ja też!

Obróciłem głowę i zobaczyłem, że mówca ma na ramieniu generalską gwiazdkę.

– Nieważne – ciągnął. – Mamy ostatnią szansę na odkupienie naszych dusz. Most Nawigacyjny Ziemi znajduje się zaledwie trzy przecznice stąd. Zajmiemy go i oddamy zdrowym psychicznie ludziom, którzy są na zewnątrz! Spełniliśmy nasz obowiązek wobec Koalicji, a teraz musimy spełnić nasz obowiązek wobec ludzkości!

Zdrową ręką wyciągnąłem pistolet i poszedłem za rozgorączkowaną masą pełnosprawnych i rannych żołnierzy prącą przez stalowe korytarze na most. Ku mojemu zaskoczeniu po drodze nie napotkaliśmy prawie żadnego oporu. Prawdę mówiąc, z labiryntu przejść wyłaniało się i przyłączało do nas coraz więcej ludzi. W końcu dotarliśmy do stalowej bramy, tak wysokiej, że nie widziałem jej górnego końca. Otworzyła się z łoskotem i ruszyliśmy na Most Nawigacyjny Ziemi.

Chociaż widzieliśmy go mnóstwo razy w telewizji, jego wielkość wbiła nas w ziemię. Trudno było ją ocenić, gdyż wymiary mostu przesłaniało ogromne holograficzne przedstawienie Układu Słonecznego, które rozpościerało się nad salą. W obrazie dominowała czerń, która ciągnęła się bez końca we wszystkie strony. Ogarnęła nas, gdy tylko tam weszliśmy, i mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w niej zawieszeni. Ponieważ model ten odzwierciedlał Układ Słoneczny w prawdziwej skali, Słońce i planety były maleńkie jak widziane z daleka świetliki, ale można je było rozpoznać. Z odległej jasnej plamki przedstawiającej Słońce wysuwała się imponująca czerwona spirala, która rozszerzała się niczym koncentryczne fale na powierzchni czarnego oceanu. Była to trasa Ziemi. Od pewnego punktu zewnętrzny brzeg tej spirali był zabarwiony na jasnozielono; tym kolorem oznaczono drogę, jaką Ziemia miała jeszcze do przebycia. Zielona linia przebiegała nad naszymi głowami. Podążaliśmy za nią wzrokiem, dopóki nie zniknęła w głębinie morza migoczących gwiazd. W czarnym bezmiarze unosiły się liczne cząstki skrzącego się pyłu. Gdy kilka z nich podpłynęło bliżej, zorientowałem się, że są to wirtualne ekrany, pełne przesuwających się ciągów cyfr i linii krzywych.

Potem mój wzrok padł na znaną wszystkim ludziom na planecie Platformę Nawigacyjną Ziemi. Wyglądała jak szybująca w ciemnościach kosmosu srebrzyście biała asteroida. Widok ten sprawiał, że jeszcze trudniej było oszacować wielkość tego miejsca – samej Platformy Nawigacyjnej. W tamtej chwili tłoczyło się na niej pięć tysięcy osób, w tym przywódcy Koalicji, większość członków Komitetu Międzygwiezdnej Emigracji, który odpowiadał za realizację planu podróży, i ostatni lojaliści. W mroku rozbrzmiewał głos przewodniczącego Koalicji.

– Walcząc do końca, moglibyśmy stracić kontrolę nad silnikami Ziemi. Gdyby do tego doszło, nadmiar materiału rozszczepialnego mógłby spalić całą planetę albo doprowadzić do wyparowania oceanów. Dlatego postanowiliśmy się poddać. Rozumiemy buntowników. Od czterdziestu pokoleń ludzie toczą ciężką walkę o przeżycie i muszą ją toczyć jeszcze przez sto kolejnych generacji. Oczekiwanie, że przez cały ten czas wszyscy będą się zachowywać racjonalnie, jest nierealistyczne. Ale prosimy zbuntowanych, by pamiętali, że my, te pięć tysięcy osób, które tutaj stoją, od przewodniczącego Koalicji po szeregowych żołnierzy, zachowaliśmy wiarę do końca. Wiemy, że nie doczekamy dnia, w którym prawda zostanie potwierdzona, ale jeśli ludzkość przetrwa, przyszłe pokolenia będą płakały nad naszymi grobami! Planeta zwana Ziemią będzie wiecznym pomnikiem ku naszej pamięci!

Znowu otworzyła się z łoskotem potężna brama centrum kontroli i wyłoniło się z niej pięć tysięcy Zabieraczy. Siły rebeliantów popędziły ich na brzeg oceanu. Po obu stronach drogi kłębiły się tłumy gapiów. Pluli na pojmanych i obrzucali ich kamieniami i kawałkami lodu. Wizjery masek strojów termalnych kilku Zabieraczy zostały roztrzaskane, przez co ich twarze zostały wystawione na temperaturę o ponad sto stopni Celsjusza niższą od temperatury zamarzania wody. Ale mimo że sztywnieli ze straszliwego zimna, posuwali się ciężko naprzód, walcząc o każdy krok. Zobaczyłem, jak mała dziewczynka podnosi bryłkę lodu i ciska nią z całej siły w starszego mężczyznę. Przez wizjer widać było wściekłość w jej oczach.

Gdy usłyszałem, że wszystkich jeńców skazano na śmierć, wydawało mi się, że to zbyt łagodna kara. Jedna śmierć? Czy jedna śmierć mogła naprawić zło, które uczynili? Czy mogła być zadośćuczynieniem za szerzenie strasznego kłamstwa, które zniszczyło zarówno Ziemię, jak i ludzką cywilizację? Powinni umierać dziesięć tysięcy razy! Przypomniałem sobie nagle astrofizyków, którzy przepowiadali wybuch Słońca, i inżynierów, którzy zaprojektowali i zbudowali silniki Ziemi. Odeszli przed wiekiem, ale miałem ochotę wykopać ich z grobów i skazać na śmierć, na jaką zasłużyli.

 

Czułem prawdziwą wdzięczność dla katów za to, że wybrali odpowiedni sposób egzekucji. Najpierw zabrali skazańcom baterie zasilające skafandry termiczne, a potem zostawili ich na lodzie, by niska temperatura powoli wyssała życie z ich ciał.

Najbardziej podstępni, najbardziej ohydni przestępcy w historii ludzkości stali zbitą, ciemną masą na lodzie. Z brzegu przyglądało się im ponad sto tysięcy osób. Ponad sto tysięcy szczęk zaciskało się ze złości, ponad sto tysięcy par oczu płonęło taką samą wściekłością, jaką widziałem na twarzy tej dziewczynki.

Wszystkie silniki Ziemi zostały wyłączone i nad lodem ukazały się w całym majestacie mrugające gwiazdy. Wyobrażałem sobie mróz wbijający się w skórę skazańców jak sztylet, krew zamarzającą w ich żyłach, życie uchodzące powoli z ich ciał. Na myśl o tym przez moje ciało przepłynęło przyjemne ciepło. Gdy tłum zgromadzony na brzegu patrzył, jak skazańcy poddają się bolesnemu zimnu, jego nastrój zaczął się podnosić i rozległa się radosna pieśń Moje Słońce.

Przyłączyłem się do tego chóralnego śpiewu, patrząc na gwiazdę nieco większą od pozostałych, której mały dysk świecił żółtym światłem – na Słońce.

O, Słońce, moje Słońce,

Matko życia,

Ojcze stworzenia,

Jasny duchu, boże w górze!

Tyś jest stały i wieczny,

My tylko gwiezdnym pyłem na twojej orbicie,

A mimo to jak głupcy

Ośmieliliśmy się marzyć o twojej śmierci.

Minęła godzina. W oddali nadal stali na lodzie wrogowie ludzkości, ale żaden z nich już nie żył. Zamarzła krew w ich żyłach.

Nagle przestałem widzieć. Minęło kilka sekund, nim odzyskałem wzrok i lód, brzeg oraz tłum widzów zaczęły stopniowo nabierać ostrości. W końcu wszystko stało się znowu wyraźne, prawdę mówiąc, nawet wyraźniejsze niż przedtem, bo świat zalał silny biały blask. To właśnie ta jasność oślepiła mnie przed chwilą.

Jednak gwiazdy nie pojawiły się ponownie, ich lśnienie pochłonęło to ostre światło. Wyglądało to tak, jakby pod jego wpływem stopniał cały kosmos. Buchało ono z jednego punktu w przestrzeni kosmicznej. Ten punkt stał się środkiem wszechświata, a ja patrzyłem prosto na niego, gdy to się stało.

Nastąpił błysk helowy.

Pieśń Moje Słońce urwała się w połowie refrenu. Tłum na brzegu stał sparaliżowany; tworzący go ludzie wydawali się zamarznięci jak tych pięć tysięcy na lodzie, sztywni i nieruchomi jak kamienie.

Słońce po raz ostatni zalewało Ziemię swoim światłem i ciepłem. Najpierw stopniał lód na lądzie i w powietrze wzniosły się kłęby białej pary. Potem zaczęła tajać jego pokrywa na morzu, a ogrzewane nierównomiernie warstwy zaczęły trzeszczeć i skrzypieć. Światło stało się łagodniejsze, a niebo przybrało błękitny kolor. Później na niebie pojawiły się zorze wytworzone przez gwałtowne wiatry słoneczne, ogromne wielobarwne kurtyny światła.

Na lodzie stali nieruchomo ostatni Zabieracze, pięć tysięcy posągów oświetlonych jaskrawym, nagłym, oszałamiającym blaskiem słońca.

Wybuch na Słońcu trwał krótko. Po dwóch godzinach światło zaczęło szybko słabnąć i w końcu całkowicie zgasło.

W miejsce Słońca pojawiło się ciemnoczerwone ciało niebieskie. Powoli rosło, aż osiągnęło wielkość słońca widzianego z pierwotnej orbity Ziemi w dawnych czasach. Było tak ogromne, że jego średnica wykraczała poza orbitę Marsa. Silne promieniowanie cieplne przemieniło Merkurego, Wenus i Marsa – stałych towarzyszy Ziemi – w smużki dymu.

Nie było to już nasze Słońce. Nie emitując światła ani ciepła, przypominało przyklejony do firmamentu zimny kawałek czerwonego papieru, a jego przyćmiona poświata była tylko odbiciem światła otaczających je gwiazd. Podzieliło ewolucyjny los wszystkich gwiazd średniej wielkości – przemieniło się w czerwonego olbrzyma.

Pięć miliardów lat majestatycznego życia stało się ulotnym snem. Słońce umarło.

Na szczęście my nadal żyliśmy.