Wędrująca ZiemiaTekst

Autor:Liu Cixin
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wędrująca Ziemia
Wędrująca Ziemia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wędrująca Ziemia
Audio
Wędrująca Ziemia
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Era opuszczania

Nasza szkoła miała się przenieść do podziemnego miasta, a my, jej uczniowie, mieliśmy się znaleźć w grupie jego pierwszych mieszkańców. Szkolny autobus wjechał do tunelu opadającego łagodnie w głąb ziemi. Po półgodzinnej jeździe powiedziano nam, że jesteśmy już na miejscu, ale to, co widziałem z okna autobusu, w niczym nie przypominało żadnego znanego mi miasta. Mijaliśmy labirynt mniejszych tunelów bocznych i niezliczone zamknięte drzwi osadzone w zagłębieniach w ścianach. W świetle neonówek zamontowanych na sklepieniu wszystko zdawało się mieć niebieski odcień. Nie mogliśmy się oprzeć przygnębieniu, gdy sobie uświadomiliśmy, że przez większą część reszty życia będzie to nasz świat.

– W jaskiniach żyli ludzie pierwotni, a teraz będziemy tak żyć my.

Spóźnialska powiedziała to cicho, ale mimo to pani Stella usłyszała jej słowa.

– Nie można na to nic poradzić, dzieci. – Westchnęła. – Powierzchnia wkrótce stanie się strasznym miejscem. Kiedy będzie zimno, wasza ślina zamarznie, zanim spadnie na ziemię. Kiedy będzie gorąco, wyparuje zaraz po wydostaniu się z waszych ust!

– Wiem, że będzie zimno, bo Ziemia oddala się od Słońca, ale dlaczego będzie gorąco? – zapytała dziewczynka z jednej z młodszych klas.

– Nie uczyłaś się, idiotko, o orbitach kołowych? – warknąłem.

– Nie.

Spóźnialska zaczęła jej cierpliwie wyjaśniać, o co chodzi, jakby chciała w ten sposób odegnać smutne myśli.

– To jest tak: silniki Ziemi nie są tak potężne, jak myślisz. Mogą trochę przyspieszyć ruch Ziemi, ale nie zepchną jej od razu z orbity. Zanim Ziemia ucieknie od Słońca, musi okrążyć je jeszcze piętnaście razy! Podczas tych okrążeń będzie stopniowo przyspieszać. W tej chwili jej orbita wokół Słońca jest prawie okrągła, ale wraz ze wzrostem prędkości będzie przybierała coraz bardziej eliptyczny kształt. Im szybciej będzie się poruszała, tym bardziej ta elipsa będzie się spłaszczała i tym bardziej Słońce będzie się przesuwało ku jednemu krańcowi orbity. A więc kiedy Ziemia znajdzie się w największej odległości od niego, naturalnie zrobi się bardzo zimno…

– Ale… to nieprawda! Zrobi się zimno, kiedy Ziemia znajdzie się daleko od Słońca, ale na drugim końcu elipsy jej odległość wyniesie… Hmm, niech pomyślę. – Dziewczynka przygryzła wargę. – Dynamika orbitalna mówi, że Ziemia nie znajdzie się bliżej Słońca niż teraz, więc dlaczego zrobi się bardziej gorąco?

Naprawdę była małym geniuszem. Dzięki inżynierii genetycznej tego typu wyjątkowa pamięć stała się normą. Pod tym względem ludzkości dopisało szczęście. W przeciwnym razie w ciągu czterystu lat nie udałoby się jej dokonać tak niewyobrażalnych cudów jak silniki Ziemi.

– Nie zapominaj o silnikach Ziemi, głupia – wtrąciłem. – Ponad dziesięć tysięcy tych gigantycznych lutownic pracuje pełną mocą. Ziemia jest w zasadzie tylko pierścieniem, w którym osadzone są wyloty spalin rakiet. A teraz się ucisz. Zaczynasz mnie irytować.

Pod ziemią zaczęliśmy nowe życie. W naszym mieście znajdującym się pięćset metrów pod powierzchnią było miejsce dla ponad miliona mieszkańców. Wiele podobnych do niego rozsianych było po wszystkich kontynentach. Tutaj skończyłem podstawówkę i poszedłem do szkoły średniej. Nauczanie skupiało się na przedmiotach ścisłych i inżynierii. Ograniczono do minimum czas na zajęcia plastyczne, filozofię i inne przedmioty, które uznano za nieistotne, albo w ogóle usunięto je z programu. Ludzie nie mieli już czasu na rozrywki i abstrakcyjne rozważania. Była to najpracowitsza era w dziejach ludzkości. Każdy miał jakąś pracę do wykonania i ta praca nigdy się nie kończyła. Co ciekawe, niemal z dnia na dzień zniknęły wszystkie religie. Ludzie zdali sobie w końcu sprawę, że gdyby naprawdę istniał Bóg, byłby skończonym draniem. Nadal uczyliśmy się historii, ale era presolarna wydawała się nam tak samo mityczna jak raj.

Mój ojciec był astronautą w siłach powietrznych. Często latał w misjach na niską orbitę wokół Ziemi i rzadko bywał w domu. Pamiętam, że w piątym roku przyspieszania, kiedy Ziemia znalazła się w afelium, pojechaliśmy całą rodziną nad morze. Dzień Afelium był takim świętem jak Nowy Rok czy Boże Narodzenie. Gdy Ziemia weszła na część orbity najbardziej oddalonej od Słońca, wszyscy pławili się w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, ale na powierzchnię nadal musieliśmy wychodzić w specjalnych kombinezonach termicznych. Zamiast strojów chłodzących przywdziewaliśmy teraz ubrania grzejące, zasilane przez baterie jądrowe. Na zewnątrz niemal zupełnie oślepiły nas strumienie plazmy wyrzucanej przez silniki Ziemi. Ostre światło tak raziło nas w oczy, że nie bardzo widzieliśmy świat na powierzchni i trudno było się zorientować, czy krajobraz się zmienił. Musieliśmy długo lecieć samochodem, zanim uciekliśmy przed tym blaskiem i w końcu udało się nam dojrzeć brzeg morza. Słońce skurczyło się do rozmiarów piłki do koszykówki. Wisiało nieruchomo na niebie, otoczone słabym halo, podobnym do światła świtu. Niebo miało tak ciemnoniebieski kolor, jakiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, i wyraźnie było widać gwiazdy. Rozglądając się wokół, zastanawiałem się, gdzie się podział ocean. Teraz była tam tylko ciągnąca się po horyzont biała, pokryta lodem równina. Na zamarzniętym morzu zgromadził się duży tłum świętujących. Ciemność przeszywały ze świstem ognie sztuczne. Wszyscy oddawali się hulance z niezwykłym zapamiętaniem. Po lodzie przetaczały się grupy pijanych, a inni ryczeli słowa dziesięciu różnych piosenek, starając się zagłuszyć głosy konkurentów.

– Mimo wszystko każdy żyje własnym życiem. Nie ma w tym nic złego – rzekł ze zrozumieniem ojciec. Przerwał, nagle coś sobie przypomniawszy. – Zapomniałem wam powiedzieć: zakochałem się w Stelli Li. Chcę się wyprowadzić i zamieszkać z nią.

– Kto to jest? – zapytała spokojnie matka.

– Moja nauczycielka z podstawówki – odpowiedziałem za ojca. Przed dwoma laty zacząłem naukę w liceum, więc nie miałem pojęcia, jak ojciec ją poznał. Może na uroczystości ukończenia szkoły podstawowej?

– No to się wyprowadź – powiedziała matka.

– Na pewno szybko mi się znudzi i wtedy wrócę. Pasuje ci to?

– Pewnie. Wróć, jeśli będziesz chciał – odpowiedziała spokojnym i równym jak zamarznięte morze głosem, ale chwilę potem zawołała z podnieceniem: – O, ten jest piękny! Musi mieć w środku dyfraktor holograficzny! – Wskazała fajerwerk rozkwitający na nocnym niebie, autentycznie poruszona jego widokiem.

Filmy i powieści tworzone przed czterystu laty zbijały z tropu współczesnych widzów i czytelników. Było dla nas niepojęte, dlaczego w erze presolarnej ludzie tak bardzo angażowali się emocjonalnie w sprawy, które nie miały nic wspólnego z przetrwaniem. Bohater czy bohaterka cierpiący albo płaczący z powodu odtrąconej miłości byli dla nas tak dziwaczni, że brakowało nam słów. W naszych czasach śmiertelne zagrożenie i pragnienie ucieczki przesłaniały wszystkie inne sprawy. Nic poza aktualnymi danymi o stanie Słońca i pozycji Ziemi nie mogło nas poruszyć ani nawet przyciągnąć naszej uwagi. Niezwykłe skupienie na tych dwóch kwestiach zmieniło ludzką psychikę i duchowość. Niczym nałogowy hazardzista, który pociąga łyk wody, nie mogąc odwrócić wzroku od ruletki, nie zaprzątaliśmy sobie głowy sprawami sercowymi.

Po dwóch miesiącach ojciec wrócił z wypadu do pani Stelli. Matka ani się nie ucieszyła, ani nie zmartwiła na jego widok.

– Stella ma o tobie dobre zdanie – stwierdził ojciec. – Mówiła, że byłeś bardzo kreatywnym uczniem.

– Kto tak powiedział? – zapytała mama ze zdumioną miną.

– Moja nauczycielka z podstawówki, pani Stella – wyjaśniłem z irytacją. – Tata żył z nią przez ostatnie dwa miesiące!

– A tak, pamiętam! – Potrząsnęła głową i roześmiała się. – Nie mam jeszcze czterdziestki, a już zawodzi mnie pamięć. – Spojrzała na holograficzne gwiazdy na suficie i las na ścianach. – Dobrze, że wróciłeś. W końcu wyłączysz te obrazy. Twojemu synowi i mnie robi się niedobrze od patrzenia na nie, ale nie wiemy, jak usunąć te cholerne widoki.

Zapomnieliśmy o tym epizodzie, zanim Ziemia zaczęła wracać bliżej Słońca.

Pewnego dnia wiadomości doniosły, że lód pokrywający ocean zaczyna topnieć, więc ponownie wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę na wybrzeże. Ziemia właśnie przechodziła przez orbitę Marsa. Światło słoneczne nie podniosło znacząco temperatury, ale dzięki silnikom Ziemi jej powierzchnia była wystarczająco ciepła, by lód na morzu puścił. Miło było wyjść na zewnątrz bez krępującego ruchy stroju grzejącego. Na naszej półkuli niebo wciąż rozświetlały silniki Ziemi, ale po drugiej stronie globu ludzie naprawdę czuli dotyk promieni słonecznych. Niebo nad ich głowami było czysto błękitne, a Słońce tak jasne jak przed wyruszeniem w kosmiczną wędrówkę. Z góry nie widzieliśmy żadnych oznak topnienia lodu, a tylko jego biały bezmiar. Rozczarowani wysiedliśmy z samochodu. Gdy zamykaliśmy drzwi, usłyszeliśmy ogłuszające dudnienie, które zdawało się dochodzić z wnętrza planety. Sprawiało wrażenie, jakby Ziemia miała się za chwilę rozpaść.

– To głos oceanu! – zawołał ojciec, przekrzykując hałas. – Nagły wzrost temperatury podgrzewa lód nierówno, to jak trzęsienie ziemi na lądzie!

Nagle przez to niskie dudnienie przebił się ostry, podobny do gromu huk i ludzie patrzący na morze za nami zaczęli wiwatować. Zobaczyłem, że na zamarzniętym oceanie pojawia się długie pęknięcie niczym zygzak czarnej błyskawicy. Dudnienie nie ustawało, a w lodzie powstawały kolejne szczeliny. Tryskała z nich woda, tworząc strumienie, które pędziły przez lodową równinę.

W drodze do domu patrzyliśmy na wyludnioną ziemię w dole i widzieliśmy szerokie pasy kiełkujących traw. Rozkwitały przeróżne kwiaty, a uschnięte lasy pokrywały się zielonym płaszczem świeżego listowia. Życie odradzało się tak gwałtownie, jakby nie miało czasu do stracenia.

 

Z każdym dniem zbliżania się Ziemi do Słońca nasze żołądki coraz bardziej ściskał strach. Coraz mniej ludzi wyjeżdżało na powierzchnię podziwiać wiosenną scenerię. Większość wycofała się do podziemnego miasta, ale bynajmniej nie po to, by uniknąć nadchodzącego upału, ulewnych deszczów i huraganów, lecz by uciec przed budzącym przerażenie Słońcem. Pewnego wieczoru, już po położeniu się do łóżka, podsłuchałem, jak matka mówi ściszonym głosem do ojca:

– Może jest już za późno.

– Ta sama plotka krążyła podczas ostatnich czterech peryheliów – odparł.

– Ale tym razem to prawda – upierała się matka. – Słyszałam to od doktor Chandler. Jej mąż jest astronomem i członkiem Komisji Nawigacji. Wszyscy go znacie. Powiedział jej, że zaobserwowali przyspieszenie procesu koncentracji helu.

– Nie możemy porzucać nadziei, kochana. Nie dlatego, że jest ona realna, ale po to, byśmy zachowywali się godnie. W erze presolarnej godność zdobywało się dzięki bogactwu, władzy albo talentowi, natomiast teraz potrzebujemy tylko nadziei. To ona jest złotem i klejnotami naszych czasów. Bez względu na to, jak długo pożyjemy, musimy się jej trzymać! Jutro powiemy o tym synowi.

Podobnie jak wszyscy inni, w miarę zbliżania się peryhelium czułem narastający niepokój. Pewnego dnia po szkole znalazłem się na centralnym placu miasta. Stałem przy okrągłej fontannie na jego środku i przyglądałem się wodzie skrzącej się w basenie oraz falom światła błądzącym po sklepieniu. Wtedy zauważyłem Spóźnialską. W jednym ręku trzymała buteleczkę, a w drugim krótką rurkę. Wydmuchiwała z niej bańki mydlane i każdy odlatujący ich sznureczek odprowadzała pustym wzrokiem. Patrzyła, jak znikają jedna po drugiej, po czym wypuszczała w powietrze następny sznurek.

– Jeszcze się w to bawisz? – zapytałem, podchodząc do niej.

Wydawała się zadowolona, że mnie widzi.

– Jedźmy na wycieczkę! – zaproponowała.

– Na wycieczkę? Dokąd?

– Oczywiście na powierzchnię. – Przesunęła w powietrzu ręką, wywołując za pomocą komputera na przegubie holograficzny obraz plaży o zachodzie słońca. Łagodny wietrzyk poruszał liśćmi palm, brzeg lizały białogrzywe fale. Na żółtym piasku siedziały tu i ówdzie zakochane pary, ich sylwetki rysowały się czarno na tle złoto cętkowanego morza. – Przysłali mi to Mona i Dagang. Odbywają podróż dookoła świata. Piszą, że na powierzchni nie jest za gorąco, że jest tam przyjemnie. Jedźmy!

– Niedawno wyrzucono ich ze szkoły za opuszczanie lekcji – zaoponowałem.

Spóźnialska prychnęła.

– Naprawdę to nie tego się boisz. Boisz się słońca.

– A ty nie? Z powodu heliofobii musiałaś iść do psychiatry.

– Teraz się zmieniłam. Doznałam natchnienia. Spójrz – powiedziała i znowu wydmuchnęła sznurek baniek. – Dobrze się im przyjrzyj.

Wybrałem jedną i obserwowałem przesuwające się po jej powierzchni fale światła i kolorów, opalizujące wzory, zbyt złożone, by mógł je przetworzyć człowiek. Wydawało się, jakby każda bańka wiedziała, że będzie żyła krótko, i gorączkowo przekazywała światu niezliczone sny i legendy, które przechowywała w swej wspaniałej pamięci. Po chwili fale światła i koloru znikały w bezgłośnym wybuchu. Przez pół sekundy pozostawała po niej smużka pary wodnej, ale potem też się rozwiewała, jakby tej bańki nigdy nie było.

– Widzisz? Ziemia jest kosmiczną bańką mydlaną. Trach i będzie po niej. A więc czego tu się bać?

– Ale to się nie stanie tak nagle. Obliczono, że zanim Ziemia całkowicie wyparuje po błysku helowym, minie sto godzin.

– I właśnie to jest najbardziej przerażające! – krzyknęła Spóźnialska. – Pięćset metrów pod ziemią będziemy jak mięsne nadzienie w cieście. Najpierw powoli się ugotujemy, a potem wyparujemy!

Po całym ciele przeszedł mi zimny dreszcz.

– Ale na powierzchni tak nie będzie. Wszystko wyparuje w mgnieniu oka. Z każdym stanie się tak jak z bańką mydlaną – trzask i po… – Umilkła. – Więc myślę, że kiedy pojawi się błysk, lepiej być tam.

Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale z nią nie pojechałem. Zamiast ze mną pojechała z Tungiem i więcej już ani jej, ani jego nie widziałem.

Ale błysk helowy nie nastąpił. Ziemia przeszła przez peryhelium i po raz szósty wspinała się ku afelium. Ludzkość wydała zbiorowy oddech ulgi. Ponieważ Ziemia już się nie obracała, w tym punkcie jej okołosłonecznej orbity zainstalowane w Azji silniki zwrócone były w kierunku jej ucieczki. Dlatego wyłączono je i uruchamiano tylko od czasu do czasu w celu wprowadzenia drobnych poprawek kursu. Płynęliśmy w cichą, niekończącą się noc. Natomiast silniki w Ameryce Północnej pracowały pełną mocą, a ponieważ półkula zachodnia była zwrócona w stronę Słońca, panował tam katastrofalny upał. Cała trawa i wszystkie drzewa poszły z dymem.

Wspomagane przez grawitację nabieranie prędkości przez Ziemię odbywało się w taki sam sposób rok w rok. Gdy planeta zaczynała wspinaczkę do afelium, odprężaliśmy się; po Nowym Roku, kiedy zaczynała powoli opadać ku Słońcu, nasze napięcie rosło z każdym dniem. Za każdym razem, gdy Ziemia wchodziła w peryhelium, pojawiały się plotki, że lada chwila nastąpi błysk helowy. Utrzymywały się, dopóki znowu nie ruszyła ku afelium. Ale zaledwie – wraz z kurczeniem się Słońca na niebie – obawy ludzi się zmniejszały, wzbierała nowa fala paniki. Było tak, jakby morale ludzkości kołysało się na kosmicznym trapezie. Może ten stan lepiej oddawałoby porównanie do gry w rosyjską ruletkę w skali planetarnej: każda podróż z peryhelium do afelium i z powrotem była niczym obrót bębenka w rewolwerze, a przejście przez peryhelium jak pociągnięcie za spust! Każde kolejne pociągnięcie szarpało nerwy bardziej niż poprzednie. Lata chłopięce upłynęły mi na wpadaniu na przemian w strach i odprężenie. Jeśli się nad tym zastanowić, to nawet w afelium Ziemia nie wychodziła ze strefy zagrożenia błyskiem helowym. Gdyby Słońce eksplodowało, Ziemia powoli by się roztopiła i czekałby nas jeszcze gorszy los, niż gdybyśmy wyparowali w peryhelium.

W erze opuszczania jedna klęska żywiołowa goniła drugą.

Powodowane przez silniki Ziemi zmiany jej prędkości i trajektorii zakłóciły równowagę w jej składającym się z żelaza i niklu rdzeniu. Zakłócenia te przeniknęły przez nieciągłość Gutenberga do płaszcza Ziemi. Gdy energia geotermalna uciekła na powierzchnię, każdy kontynent zaczęły pustoszyć erupcje wulkanów, które stanowiły śmiertelne zagrożenie dla podziemnych miast. Poczynając od szóstego okresu orbitalnego, na całym świecie zaczęło dochodzić w nich do katastrofalnych w skutkach przecieków magmy.

W dniu, w którym zdarzyło się to w moim mieście, byłem w drodze ze szkoły do domu, gdy rozległy się syreny. Tuż po nich ratusz ogłosił stan wyjątkowy.

„Mieszkańcy Miasta F112, uwaga! Nacisk skorupy spowodował przerwanie północnej bariery ochronnej. Do miasta wdarła się magma! Do miasta wdarła się magma! Jej język dosięgnął już Czwartej Przecznicy! Wyjazdy są zablokowane. Wszyscy mieszkańcy powinni się stawić na placu centralnym i ewakuować się windami. Proszę pamiętać, że ewakuacja będzie się odbywać zgodnie z artykułem piątym ustawy o stanie wyjątkowym. Powtarzam: ewakuacja będzie się odbywać zgodnie z artykułem piątym ustawy o stanie wyjątkowym!”

Rozejrzałem się po labiryncie tuneli. Wszystko w naszym podziemnym mieście wydawało się niesamowicie normalne, ale zdawałem sobie sprawę z bezpośredniego zagrożenia. Jedna z dwóch podziemnych dróg wyjazdowych została w ubiegłym roku zamknięta, bo wykonywano tam niezbędne prace w celu wzmocnienia zapór chroniących miasto przed zalewem magmy. Jeśli teraz zablokowana była też druga, mogliśmy uciec tylko pionowymi szybami wind, które prowadziły prosto na powierzchnię.

Miały one bardzo ograniczony udźwig. Przewiezienie wszystkich trzystu sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców w bezpieczne miejsce zajęłoby dużo czasu, ale nie trzeba było walczyć o miejsce w windzie. Przyjęta przez Koalicję ustawa o stanie wyjątkowym regulowała wszystkie konieczne zasady ewakuacji.

Poprzednie pokolenia zmagały się z takim oto dylematem etycznym: nadciąga powódź i możesz uratować tylko jedną osobę. Kogo powinieneś ocalić – ojca czy syna? W naszej epoce takie pytanie w ogóle by się nie pojawiło.

Kiedy dotarłem do placu, zobaczyłem, że ludzie zaczęli się już ustawiać według wieku w długiej kolejce. Na jej przodzie, najbliżej wind, stały roboty-opiekunki z niemowlętami. Za nimi przedszkolaki, potem uczniowie szkół podstawowych. Moje miejsce wypadało w środku, raczej bliżej czoła kolejki. Ojciec był na służbie na orbicie okołoziemskiej i w mieście zostaliśmy tylko ja i matka. Nie widziałem jej, więc puściłem się pędem wzdłuż niekończącego się sznura czekających na ewakuację, ale nie odbiegłem daleko, bo zostałem zatrzymany przez żołnierzy. Wiedziałem, że stoi na samym końcu. Nasze miasto było przede wszystkim ośrodkiem uniwersyteckim i mieszkało tu niewiele rodzin, więc znalazła się w grupie najstarszych mieszkańców.

Kolejka przesuwała się nieznośnie powoli. Po trzech długich godzinach stanąłem w końcu przed wejściem do windy, ale wsiadając do niej, nie czułem żadnej ulgi. Między moją matką i szansą na przeżycie stało dwadzieścia tysięcy studentów, a ja już czułem ostry zapach siarki.

Dwie i pół godziny po moim wyjeździe na powierzchnię magma zalała całe miasto leżące pięćset metrów pod moimi stopami. Kiedy wyobraziłem sobie ostatnie chwile mamy, poczułem się tak, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce. Stojąc wśród osiemnastu tysięcy osób, których nie udało się na czas ewakuować, mogła się tylko przyglądać, jak na plac wdziera się fala lawy. Dopływ prądu do miasta został przerwany, więc ciemność rozświetlał tylko straszny, szkarłatny blask magmy. Nieznośny żar osmalił wysokie białe sklepienie nad placem. Zanim lawa dotarła do ofiar erupcji, zabiła je przekraczająca tysiąc stopni temperatura.

Ale nawet w tej przerażającej rzeczywistości nadal trwało życie, a od czasu do czasu zapalały się iskierki miłości. Podczas dwunastego wchodzenia w afelium Koalicja, starając się rozładować ogólne napięcie, nieoczekiwanie przywróciła po dwustuletniej przerwie igrzyska olimpijskie. Wziąłem w nich udział. Wystąpiłem w wyścigu na skuterach śnieżnych. Startowaliśmy w Szanghaju, a trasa zawodów prowadziła przez skuty lodem Pacyfik do mety w Nowym Jorku.

Na strzał z pistoletu startowego ruszyło ponad sto skuterów i pomknęło przez zamarznięty ocean z prędkością dwustu kilometrów na godzinę. Początkowo cały czas widziałem przez gogle jakiegoś innego zawodnika, jednak po dwóch dniach – albo dlatego, że wysforowałem się naprzód, albo dlatego, że zostałem w tyle – wszyscy zniknęli za horyzontem.

Nie widziałem już za sobą łuny silników Ziemi i pędziłem przez najciemniejszą część planety. Miałem nad głową niezmierzone, usiane gwiazdami niebo, a wokół siebie lód ciągnący się ze wszystkich stron aż do granic wszechświata, a może właśnie tam był jego koniec. I w tym wszechświecie bezliku gwiazd i bezkresu lodu byłem tylko ja! Owładnęło mną uczucie takiego osamotnienia, że chciało mi się płakać. Rwałem naprzód, jakby od tego zależało moje życie. Nieważne już dla mnie było, czy się znajdę na podium czy nie; musiałem się wydobyć z tej strasznej samotności, zanim mnie zabije. W moim umyśle drugi brzeg już nie istniał.

I w tamtej chwili ujrzałem na horyzoncie sylwetkę człowieka. Gdy się zbliżyłem, zorientowałem się, że to kobieta. Stała obok skutera, a jej długie włosy rozwiewał lodowaty wiatr. W momencie, kiedy spotkały się nasze drogi, stało się jasne, że zdecydowało to o naszym dalszym życiu. Nazywała się Yamasaki Kayoko i była Japonką. Zespół kobiecy wystartował dwanaście godzin przed nami, ale jej skuter wpadł w szczelinę w lodzie i złamała się jedna płoza. Pomagając jej naprawić maszynę, powiedziałem jej o uczuciu, które mnie wcześniej dopadło.

– Ja czułam się dokładnie tak samo! – wykrzyknęła. – Jakbym była zupełnie sama we wszechświecie! Wiesz, kiedy zobaczyłam, jak wyłaniasz się w oddali, to tak, jakbym ujrzała, że wschodzi słońce.

– Dlaczego nie wezwałaś samolotu ratowniczego? – zapytałem.

Uniosła drobną piąstkę.

– Ten wyścig jest ucieleśnieniem ludzkiego ducha – oświadczyła z charakterystyczną dla Japończyków zawziętością. – Musimy pamiętać, że podczas wędrówki przez kosmos Ziemia nie może liczyć na żadną pomoc!

– Ale teraz musimy ją wezwać. Żadne z nas nie ma zapasowej płozy, więc nie możemy uruchomić twojego skutera.

– A może pojechałabym z tobą? – zasugerowała. – Jeśli nie zależy ci na tym, które zajmiesz miejsce.

Nie zależało mi, więc ostatni odcinek długiej podróży przez ocean pokonaliśmy razem.

Kiedy mijaliśmy Hawaje, ujrzeliśmy na horyzoncie promyk światła. Z tej bezkresnej lodowej pustki, oświetlanej przez malutkie słońce, wysłaliśmy do Wydziału Spraw Cywilnych Koalicji wniosek o licencję na ślub.

 

Zanim dotarliśmy do Nowego Jorku, członkowie olimpijskiej komisji sędziowskiej znudzili się czekaniem, spakowali manatki i wyjechali. Ale czekał na nas urzędnik z miejskiego Biura Spraw Cywilnych. Pogratulował nam zawarcia małżeństwa, a potem przystąpił do ceremonii. Machnięciem ręki przywołał hologram, na którym widniały zgrabne rzędy dziesiątków tysięcy kropek. Każda z nich oznaczała parę, która w ostatnich kilku dniach zarejestrowała w Koalicji związek małżeński. Biorąc pod uwagę trudne warunki środowiskowe, zgodnie z prawem tylko jedna z każdych trzech par nowożeńców dostawała pozwolenie na prokreację. Decydował o tym los wyciągnięty przez nią na loterii. Stojąc przed tysiącami kropek, Kayoko długo się wahała, nim wybrała jedną ze środkowych.

Kiedy kropka zabarwiła się na zielono, podskoczyła z radości. Nie byłem pewien, czy chcę założyć rodzinę. Gdybym sprowadził na ten świat dziecko, byłoby to dla niego błogosławieństwem czy nieszczęściem? Przynajmniej urzędnik nie posiadał się z radości. Powiedział, że wygranie przez parę zielonej kropki zawsze jest okazją do świętowania. Wyjął butelkę wódki i każde z naszej trójki pociągnęło z niej łyk, wznosząc toast za trwanie ludzkiej cywilizacji. Za nami słabe światło odległego słońca barwiło na złoto Statuę Wolności. Przed nami opuszczone dawno temu drapacze chmur na Manhattanie rzucały długie cienie na Port Nowojorski. Byłem podpity, ale uświadomiłem sobie, że po twarzy spływają mi łzy.

Ziemia, moja wędrująca Ziemia!

Przed odejściem urzędnik wręczył nam pęk kluczy i powiedział, czkając:

– To klucze do mieszkania, które przydzielono wam w Azji. Lećcie tam. Lećcie do swojego nowego, wspaniałego domu!

– A co w nim takiego wspaniałego? – zapytałem chłodno. – W azjatyckich podziemnych miastach panuje strach, ale oczywiście wy, ludzie na Zachodzie, nigdy tego nie zaznacie.

– Wkrótce będziemy musieli stawić czoło nieznanemu wam zagrożeniu – odparł. – Ziemia ma niebawem przejść przez pas asteroid i zwrócona jest ku niemu półkulą północną.

– Ale przechodziliśmy już przez ten pas podczas kilku ostatnich okrążeń. To nic takiego, prawda?

– Wtedy tylko otarliśmy się o jego skraj. Oczywiście mogła sobie z tym poradzić Flota Kosmiczna. Mają lasery i głowice jądrowe, za których pomocą usuwają z naszej drogi małe skały. Ale tym razem… – Przerwał, po czym zapytał: – Nie widzieliście wiadomości? Tym razem Ziemia przejdzie przez środek tego pasa! Flota upora się z małymi asteroidami, ale większe…

W drodze powrotnej do Azji Kayoko obróciła się do mnie i zapytała:

– Bardzo duże są te asteroidy?

Mój ojciec był jednym z oficerów Floty Kosmicznej, których zadanie polegało na odwracaniu kierunku lotu asteroid i ich niszczeniu. Dlatego, mimo że rząd zamknął jak zwykle usta środkom przekazu, by zapobiec masowej panice, miałem pewne pojęcie o tym, co ma się wydarzyć. Powiedziałem Kayoko, że niektóre asteroidy na naszej drodze są wielkości góry i nawet bomby termojądrowe o sile pięćdziesięciu megaton mogą tylko zostawić na ich powierzchni blizny jak po trądziku.

– Będą musieli użyć najpotężniejszej broni z ziemskiego arsenału – dodałem tajemniczo.

– Masz na myśli bomby z antymaterią? – zapytała.

– A co innego?

– Jaki zasięg ma flota?

– Na razie ograniczony. Tata mówił, że nie przekracza półtora miliona kilometrów.

Kayoko zapiszczała.

– Więc będziemy mogli to zobaczyć!

– Lepiej na to nie patrzeć.

Ale Kayoko spojrzała, i to bez okularów ochronnych. Pierwszy błysk antymaterii dotarł do nas z kosmosu krótko po starcie naszego samolotu. Akurat w tym momencie Kayoko podziwiała gwiaździste niebo za oknem. Błysk oślepił ją na ponad godzinę, a później jeszcze przez miesiąc miała zaczerwienione i załzawione oczy. W mrożących krew w żyłach chwilach po wybuchu asteroidę bombardowały kolejne pociski z antymaterią. Na czarnym jak smoła niebie pojawiały się błyski, jakby planetę otoczyła horda paparazzich i gorączkowo pstrykała zdjęcia.

Pół godziny później zobaczyliśmy hipnotyzujące swoim pięknem meteory, za którymi ciągnęły się smugi światła. Pojawiało się ich coraz więcej, a każdy wnikał w atmosferę głębiej niż poprzedni. Nagle samolotem wstrząsnął ogłuszający huk, a potem rozległ się łoskot i nastąpiły dalsze wstrząsy. Myśląc, że w maszynę uderzył meteoryt, Kayoko wrzasnęła i wtuliła się w moje ramiona. Wtedy z interkomu dobiegł głos kapitana.

– Panie i panowie, proszę nie wpadać w panikę. Był to tylko grom wywołany przez meteor, który przekroczył barierę dźwięku. Proszę założyć słuchawki, żeby uniknąć trwałej utraty słuchu. Nie możemy zagwarantować, że dalszy lot przebiegnie bezpiecznie, więc wylądujemy awaryjnie na Hawajach.

Po tym komunikacie utkwiłem wzrok w meteorycie dużo większym od pozostałych. Byłem przekonany, że nie spłonie w atmosferze jak te poprzednie. Oczywiście ognista kula przeleciała po niebie, kurcząc się w miarę zbliżania się do ziemi, i wpadła do zamarzniętego oceanu. Z wysokości kilku tysięcy metrów zobaczyłem, jak w punkcie uderzenia pojawia się mała, biała plamka. Natychmiast przekształciła się w biały krąg, który szybko rozszerzał się na powierzchni oceanu.

– Czy to fala? – zapytała Kayoko drżącym głosem.

– Tak, wysoka na sto metrów. Ale ocean jest zamarznięty. Lód wkrótce ją stłumi – odparłem, głównie po to, by samemu sobie dodać otuchy. Nie patrzyłem w dół.

Niedługo potem wylądowaliśmy w Honolulu. Lokalne władze zorganizowały nam miejsce w podziemnym mieście. Podczas jazdy wybrzeżem widzieliśmy wyraźnie pełne meteorów niebo. Wyglądało tak, jakby nagle z jednego punktu w przestrzeni kosmicznej skoczył na nas legion diabłów o ognistych włosach.

Patrzyliśmy, jak meteoryt uderza w powierzchnię oceanu niedaleko brzegu. Nie zobaczyliśmy pióropusza wody, za to wysoko nad nami wyrósł biały grzyb pary wodnej. Wzburzona woda pod zamarzniętą powierzchnią parła na ląd. Grube warstwy lodu pękały z jękiem i kłębiły się jak fale, jakby płynęło pod nimi stado olbrzymich, złowrogich potworów morskich.

– Jaką ten miał wielkość? – spytałem urzędnika, który powitał nas w porcie lotniczym.

– Nie więcej niż pięć kilogramów, nie był większy od pańskiej głowy. Ale dostałem właśnie informację, że osiemset kilometrów na północ stąd spada meteoryt o masie dwudziestu ton.

Zaczął brzęczeć komunikator na jego nadgarstku. Zerknął na niego i natychmiast powiedział do kierowcy:

– Nie uda się nam dojechać do Bramy 204. Kieruj się do najbliższego wejścia.

Furgonetka skręciła i zatrzymała się przed wejściem do podziemnego miasta. Kiedy wysiedliśmy, zobaczyliśmy, że pilnuje go kilku żołnierzy. Patrzyli w dal nieruchomym wzrokiem, a w ich oczach malowało się przerażenie. Podążyliśmy za ich spojrzeniami i zobaczyliśmy czarną ścianę. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak nisko wiszące chmury, ale miała na to zbyt jednolitą wysokość, bardziej przypominała długi mur ciągnący się na horyzoncie. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zobaczyłem, że szczyt tego muru ma białe zwieńczenie.

– Co to jest? – zapytała Kayoko bojaźliwie urzędnika.

Jego odpowiedź sprawiła, że włosy powstały nam na głowach.

– Fala.

Stalowa brama podziemnego miasta zamknęła się ze zgrzytem. Dziesięć minut później usłyszeliśmy dobiegające z góry głuche dudnienie, jakby nad sklepieniem przewracał się z boku na bok jakiś tytan. Popatrzyliśmy na siebie z rozpaczą, bo wiedzieliśmy, że w tej chwili przetacza się nad Hawajami i zmierza na kontynent stumetrowa fala. Ale jeszcze bardziej przerażające były wstrząsy, które potem nastąpiły. Było tak, jakby w planetę waliła gigantyczna pięść z kosmosu. Pod ziemią były one słabe, ale każde uderzenie napełniało nasze dusze niepokojem. Na powierzchnię padał grad meteorytów.

Bombardowanie Ziemi trwało z przerwami przez tydzień. Gdy w końcu wyszliśmy z podziemnego miasta, Kayoko krzyknęła: