Spowiedź Hitlera 3Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Potwór i lekarz

Krótko o tym, dlaczego dopiero teraz

Kawa z Hitlerem

Ludzie Hitlera

Pozory często mylą. Śmierć

Ludzie, którzy widzieli przyszłość

Gdzie ukryto zaginione skarby Trzeciej Rzeszy

Gdzie jest Bursztynowa Komnata

Problemy? Czas zapalić!

Traktować ludzi gorzej niż zwierzęta

”Heil Hitler” – skąd to się wzięło

Bomba atomowa

Nieznana twarz Hitlera

Seryjni mordercy

Tajna baza – Nowa Szwabia i Antarktyda

Duma, która rozpiera nawet tak wielkiego potwora

Szyfr, którego tylko z pozoru nie dało się złamać

Próba opanowania umysłów

Najważniejsze pytanie zostawiłem na koniec

Szczęśliwe zakończenie

Bibliografia

Okładka


Redaktor prowadzący

Bogusław Kubisz

Korekta

Bogusława Jędrasik

Skład i łamanie

Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Na okładce wykorzystano fotografię figury woskowej Adolfa Hitlera z Muzeum Madame Tussauds w Berlinie (fot. Anton Ivanov/Shutterstock.com)

Źródła ilustracji: archiwum Bellony, Christopher Macht, Narodowe Archiwum Cyfrowe, National Archives and Records Administration (USA), Shutterstock.com (fot. 360b, Everett Historical Collection, Pommy Anyani, Anton Ivanov, Roman Nerud, Maximilian Pavlikovski, Olga Smirnova), Wikimedia Commons (public domain, Bundesarchiv – CC BY-SA 3.0de, Jack Dawson – CC BY-SA 3.0, Zegenberg – CC-BY-SA 4.0)

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o.,

Ożarów Mazowiecki 2020

Copyright © by Christopher Macht, 2020

Niniejsza publikacja mimo nadanego jej charakteru paradokumentalnego jest fikcją literacką, a zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa

Wydawca:

Bellona

ul. Hankiewicza 2

02–103 Warszawa

tel. +48 22 620 42 91

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:

www.swiatksiazki.pl

Dystrybucja:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91,

05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-11-15925-9

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Potwór i lekarz

Jestem przekonany, że Adolf Hitler wcale nie zginął 30 kwietnia 1945 roku. Nie popełnił samobójstwa w berlińskim bunkrze. Tak naprawdę była to świetnie zorganizowana mistyfikacja, w której wziął udział jeden z jego sobowtórów. Podobnie zresztą było z Ewą Braun. Co więcej, gdy podstawiony Hitler miał wyzionąć ducha, prawdziwy Führer był daleko od berlińskiego bunkra, a nawet granic Niemiec. Jak dokładnie do tego doszło, opowiedział mi sam wiele lat po wojnie, dzięki czemu powstała książka Spowiedź Hitlera 2. Szczera rozmowa 20 lat po wojnie.

Wspominam o tym, ponieważ chciałbym, byście Państwo mieli świadomość, czytając kolejne strony tej sensacyjnej publikacji, że to zapiski zdradzające mało znane dotąd historie, skrzętnie skrywane przez nazistów i samego Adolfa Hitlera. Na kolejnych kartach dowiecie się, co się działo z Bursztynową Komnatą i gdzie obecnie jest ukrywana. Wyjawię również tajemnicę tak zwanego złotego pociągu, o którym ostatnio było głośno w Polsce i na świecie. Będzie też sporo o najskrytszych marzeniach Hitlera i o tym, co mu się nie udało.


Jestem przekonany, że Adolf Hitler wcale nie zginął 30 kwietnia 1945 roku…

Dowiedziałem się o tym od znanego już Czytelnikom doktora Eduarda Blocha; lekarza nazywanego szlachetnym Żydem Hitlera. Skąd ten przydomek? Otóż gdy Hitler był młody, jego matka Klara zachorowała na raka i właśnie doktor Bloch, Żyd (!), próbował ją wyleczyć. Przyszły kanclerz Rzeszy, nie bacząc na antysemickie przekonania, był mu za to dozgonnie wdzięczny.

Ich rozmowy odbywały się na przestrzeni lat, zarówno w trakcie drugiej wojny światowej, jak i po niej, kiedy Hitler z dużym spokojem i jeszcze większą szczerością w końcu mógł mówić prawdę, a nie to, co należy. Podczas tych spotkań padło wiele trudnych pytań: o korzenie nienawiści do innych narodów, zabijanie niewinnych ludzi i czyny, których naziści powinni żałować. Pytanie, czy po wielu latach naprawdę ich żałują…

Eduard Bloch przyszedł na świat 30 stycznia 1872 roku, a Adolf Hitler 20 kwietnia 1889 roku; ten pierwszy był więc starszy o siedemnaście lat. Jednak przy bezpośrednim spotkaniu ta różnica nie była tak wielka, bowiem wojna odcisnęła solidne piętno na Hitlerze, o czym zresztą sami przekonacie się na stronach książki.

Zapraszam do lektury!

Christopher Macht

contact@christophermacht.com


Nazywam się Eduard Bloch, a książka, którą trzymacie w rękach, jest wyjątkowa… Lekarz matki Hitlera z wnukami

Krótko o tym, dlaczego dopiero teraz

Nazywam się Eduard Bloch, a książka, którą trzymacie w rękach, jest wyjątkowa. To mój dziennik z zapiskami będącymi efektem wielu spotkań z Adolfem Hitlerem. Jestem winien czytelnikom wyjaśnienie, dlaczego ujrzał światło dzienne dopiero teraz. To była moja osobista decyzja. Hitler wyjawił tak wiele – choćby to, gdzie jest ukryta Bursztynowa Komnata i inne skarby zrabowane przez nazistów – że publikacja tego wszystkiego mogła mieć dla wielu ludzi i państw bolesne skutki. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że po tym, gdy książka trafi w ręce poszukiwaczy skarbów, zdopinguje niejednego śmiałka do intensywnego tropienia bogactw na podstawie podanych wskazówek. Do tego kanclerz Rzeszy odważył się opowiedzieć o sobie szczerze, bez żadnych zahamowań. Dlatego nie chciałem, by moje zapiski były czytane, gdy jeszcze chodziłem po tym łez padole. Zdecydowanie wolałem uniknąć pytań o to, gdzie podziewa się Hitler, jak do niego dotarłem i jak znaleźć skarby, które było mi dane zobaczyć w towarzystwie Führera.

Skoro czytacie te słowa, wiedzcie, że nie ma mnie już wśród żywych. Nadszedł czas, aby w końcu ujawnić głęboko skrywane tajemnice...

Kawa z Hitlerem

Tego dnia obudziłem się z bólem głowy. Wziąłem pastylkę aspiryny i przepiłem ją szklanką wody. Mimo to ból nasilał się z każdą minutą. Złapałem się za głowę i dopiero wtedy zrozumiałem, co się wydarzyło. Na mojej potylicy ulokowany był wielki guz. Tylko skąd on się tam wziął? I gdzie ja, do cholery, jestem? Jeszcze niedawno byłem w swoim domu w Stanach Zjednoczonych, a teraz? Nie mam zielonego pojęcia, gdzie się podziewam. Rozejrzałem się po pokoju. Turkusowe firanki były tak obrzydliwe, że tylko nasilały i tak już spory ból. Jeszcze dziwniejszy był stolik, na którym leżała jakaś księga. Dopiero zaczęło do mnie docierać, że jestem w miejscu, w którym być nie powinienem. Zamroczenie musiało być ogromne, skoro jeszcze chwilę wcześniej, sięgając do torby po antidotum, nie byłem w stanie zorientować się, że jestem nie tam, gdzie być powinienem. Zaraz, zaraz... Na czym to ja skończyłem? A, już wiem! Dostrzegłem na stoliku księgę... Widząc ją, zwlokłem się z łóżka, z energią adekwatną do moich 70 lat życia. Była to oprawiona w czerwoną skórę „biblia nazistów”, czyli Mein Kampf autorstwa samego wodza Trzeciej Rzeszy, Adolfa Hitlera. To mogło oznaczać tylko jedno...

 

A cóż to doktora sprowadza w moje skromne, niemieckie progi… Kanclerz Trzeciej Rzeszy przy kawie

– No proszę! Kogo moje piękne oczy widzą! Czcigodny doktor Eduard Bloch we własnej osobie! – wypowiadając te słowa, Hitler podrapał się po swoim anemicznym wąsiku, po czym kontynuował:

– A cóż to doktora sprowadza w moje skromne, niemieckie progi?!

– To raczej nie do mnie to pytanie... – odparłem nieco poirytowany.

Wódz wydał z siebie odgłos teatralnego śmiechu...

– Rzeczywiście, doktor może być nieco zaskoczony! Wracamy do rozmów. Warto rozmawiać, dlatego postanowiłem panu powierzyć wiedzę o największych skarbach Trzeciej Rzeszy. Myślę, że powinno to pana szczególnie zainteresować. Ale jest jeden warunek! Będzie pan mógł wydać zapiski z naszych rozmów dopiero wtedy, gdy obaj zostaniemy nakryci drewnianymi wiekami, kończąc żywot na tym łez padole.

Nie pozostało mi nic innego, jak przytaknąć, i liczyć, że dalszy rozwój wydarzeń nie będzie dla mnie równie bolesny…


To człowiek, na którym zawsze mogę polegać. Jest u mego boku, odkąd pamiętam... Heinz Linge – ulubiony kamerdyner Hitlera, oficer SS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ludzie Hitlera

W Alpach Salzburskich słońce tego dnia mocno przygrzewało. Termometr ulokowany na dziedzińcu oficjalnej rezydencji Adolfa Hitlera w Obersalzbergu wskazywał 27 stopni w cieniu. Pokrywająca niższe stoki zieleń wydawała się czymś niestosownym wobec okropieństw drugiej wojny światowej, która trwała w najlepsze. Kto pomyślałby w tamtym momencie, że wódz Trzeciej Rzeszy w trakcie wojny spędzi w tym miejscu blisko 400 dni?

– Lubi pan zmiany? – zapytałem Hitlera, gdy ten kończył przełykać ostatni kęs ciasta czekoladowego z kremem.

– Hm. Jeśli pyta pan, czy zrezygnowałbym z mojego ukochanego czekoladowego ciastka z kremem, to stanowczo odpowiadam, że nie! Uwielbiam je! – mówiąc to, Führer pogłaskał się po brzuchu, po czym kontynuował:

– Słodkie bułeczki z kremem to mój kolejny grzech. Nie jestem w stanie ich sobie odmówić. Jadam te wszystkie słodkości zawsze przed czternastą. Wszystko po to, by móc strawić zbędne kalorie przed snem. Choć oczywiście zdarza mi się podjadać pyszności również przy okazji podwieczorku. Dla mnie ciasteczka są tak ważne jak długie toasty przy stole dla najsłynniejszego Gruzina, Józefa Stalina.

– Rzeczywiście, Gruzini uwielbiają trwające masę czasu toasty, ale ja nie o tym. Pytając, czy lubi pan zmiany, miałem na myśli życie w ogóle: otoczenie, ludzi, z którymi wódz przebywa…

– A! To trzeba było tak od razu!

Hitler zaczął zlizywać z palców pozostałości kremu z ciastka czekoladowego. Wskazałem mu na wąsik, na którym również uchowały się resztki słodyczy. Ten zaś szybko przejechał palcem wskazującym po wąsiku i strzepnął okruchy na ziemię. I zamilkł. Tak jakby na coś czekał. Zaczął spoglądać to na mnie, to w niebo; to na mnie, to w niebo. Chwilę później doszła ziemia. Teraz patrzył w ziemię, w niebo, a potem na mnie. Ta sekwencja powtórzyła się kilka razy. Dopiero moje głośne odchrząknięcie wyrwało go z dziwnego transu.

– Może to źle zabrzmi, ale… Nie lubię zmian. Przywiązuję się do ludzi.

– To dziwne, bo wielokrotnie Führer napominał mi, że nikomu nie może ufać. A skoro tak… – próbowałem go sprowokować.

– Racja, racja. Nie powinienem ufać ludziom, bo wśród mojego otoczenia muszą być zdrajcy!

Wypowiadając te słowa, Hitler drapie się palcem po nosie. Nawiasem mówiąc, już dawno temu zauważyłem, że właśnie tak zachowuje się, gdy coś go denerwuje. Zaraz potem, mogę się założyć, zacznie obgryzać paznokcie.

– Ma pan rację, nie lubię zmieniać ludzi wokół siebie.

– A nie mówiłem?

Hitler zaczął obgryzać paznokcie – czyli jednak to drażliwy temat. Po chwili zastanowienia mówił dalej.

– Nie lubię zmian i ich nie dokonuję. A jeśli już, to czynię je rzadko, dla przykładu, by świta wiedziała, że nie na wszystko może sobie pozwolić. Matko, co ja zrobiłem!?

Przerażenie w jego oczach osiągnęło apogeum. Nie miałem pojęcia, o co chodziło, ale jego twarz wyglądała tak, jakby właśnie spotkał się z przedstawicielami obcej cywilizacji albo przypomniał sobie, że godzinę temu zostawił w domu włączoną wodę na herbatę i właśnie spalił czajnik.

– Panie Führer, ale o co chodzi?

– O mnie, doktorze! Właśnie uświadomiłem sobie, jak wielką nazistowską kreaturą jestem!

Oho! Czyżby ten nazista w końcu zrozumiał, jak wiele złego czyni dla tego świata?

– Co dokładnie ma pan na myśli? – dopytywałem z miną niewiniątka.

– Właśnie uświadomiłem sobie, jak wielką nazistowską kreaturą jestem.

Zacząłem się nieco irytować. Hitler zwariował czy co?

– Wiem, wiem. Przed chwilą mówił pan o tym, ale co dokładnie ma pan na myśli?

– Jestem kreaturą, bo nigdy nie przedstawiłem panu mojej świty. Dlatego pan teraz tak się dopytuje o te zmiany, chcąc wymóc na mnie przedstawienie tych ludzi. Już to rozumiem! To był spisek, który pan uknuł!

– Nieprawda. Żadnego spisku nie było! Po prostu chciałem zapytać o…

– Doktorze! Już ja swoje wiem! Teraz proszę za mną!

Wódz Rzeszy niezbyt energicznym ruchem wstał z ławeczki, na której siedzieliśmy, po czym wskazał mi ścieżkę prowadzącą z herbaciarni do domku. Szliśmy razem w milczeniu. Tego dnia musiało go coś trapić, bowiem co jakiś czas odpływał myślami gdzie indziej. Być może martwił się o to, co dzieje się na froncie? Kto go tam wie… Mniejsza zresztą o to. Gdy zaczęliśmy się zbliżać do domku, naprzeciw nam na powitanie wyszedł człowiek, który niemal nie odstępował Fűhrera na krok. Wyjątkiem były spacery w samotności, którym Hitler lubił się oddawać, lub takie spotkania jak nasze, gdy chciał zaznać chwili prywatności. Nagle na jego twarzy zagościł wyraźny uśmiech.

– O proszę, już nas wypatrzył poczciwy Heinz!

– Heinz? Czyżby był to pański kamerdyner?

– Otóż to, czcigodny panie doktorze. To człowiek, na którym zawsze mogę polegać. Jest u mego boku, odkąd pamiętam, czyli dokładnie od 1935 roku, ha, ha!

Hitler pozwolił sobie na żart, który zaczął śmieszyć nie tylko jego, ale i owego Heinza, chcącego okazać szefowi gest solidarności. Ja zresztą nie byłem gorszy. Też nieco sztucznie rechotałem, choć przyznam, że zdarzało mi się słyszeć zdecydowanie bardziej udane dowcipy.

– Heinz, chciałbym, żebyś poznał człowieka, o którym wielokrotnie ci opowiadałem. Oto doktor Eduard Bloch, który leczył moją kochaną mamusię!

– Miło mi! – na znak powitania pokłoniłem się w stronę Heinza.

– Heinz jest moim osobistym kamerdynerem. Zna każdy mój nawyk. To zawsze on budzi mnie każdego poranka. To moja prawa i lewa ręka w jednej osobie!

Heinz speszony tymi komplementami trzymał wzrok skierowany w ziemię. Hitler zaś, na nic nie zważając, kontynuował opowieść. Nikt nie musi mi tłumaczyć, co to znaczy. Tak, Adolf Hitler właśnie wczuł się w rolę i wygłaszał kolejny monolog. Jeden z wielu – znak rozpoznawczy kanclerza Rzeszy, o którym wie każdy, kto choć raz miał okazję spotkać tego człowieka. Hitler mówił więc dalej.

– Do tego wszystkiego Heinz jest również moim portfelem, ponieważ to on nosi moją portmonetkę. Ma wszystko, czego potrzebuję. Chcę okulary – Heinz już mi je niesie. Potrzebuję długopisu i kilku kartek – Heinz ma je przy sobie. Muszę mieć natychmiast jakiś raport – Heinz mi go przynosi. I mógłbym tak w kółko! A do tego jak pan widzi, Heinz bardzo skąpo gospodaruje swoim głosem, rzadko kiedy się odzywa.

Hitler podszedł krok bliżej do swojego kamerdynera i klepiąc go po plecach, mówił:

– Mój poczciwy Heinz, lojalny, na którym zawsze mogę polegać.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przytakiwać i robić wielkie oczy, by pokazać, że jestem pod wrażeniem.Chciałem jednak przerwać tę falę komplementów, choć jeszcze nie wiedziałem, jak mogę to zrobić. W końcu do głowy przyszła mi pewna myśl:

– Taki kamerdyner to skarb, a do tego również osoba niezwykle cenna dla innych. W końcu Herr Heinz ma najlepszy dostęp do ucha wodza.

– Panie doktorze, wie pan co? Darujmy sobie wbijanie tych szpileczek, choć oczywiście ma pan rację! Heinz jest moim kamerdynerem, który dba o każdy szczegół. Ale, jak widać, niezbyt wykorzystuje bliski dostęp do mojego ucha, skoro nadal jest tylko skromnym kamerdynerem. Zresztą sam pan widzi, jak niewiele mówi. Prawda, Heinz?

Na te słowa Heinz uderzył swoimi obcasami, prawą rękę wysunął przed siebie i wykrzyczał z błyskiem szaleństwa w oczach:

– Jawohl, Mein Führer!

Pamiętam, że w tamtym momencie czułem się co najmniej dziwnie. Właśnie znalazłem się w środku propagandowej szopki, w trakcie której, cokolwiek bym powiedział, brzmiałoby to źle. Z jednej strony miałem przed sobą dyktatora chwalącego się służącym. Z drugiej strony poczciwego pana o imieniu Heinz, który ślepo wykonywał polecenia szefa, prawdopodobnie nie mając pojęcia o tym, co ten człowiek robi i ilu osobom wyrządza krzywdę. Inną kwestią było to, czy kamerdyner nie wiedział, co wyrabia Hitler, czy też nie chciał tego wiedzieć? Niestety nie udało mi się poznać odpowiedzi. W każdym razie znalazłem wyjście z tej sytuacji:

– Jest pan jedynym kamerdynerem, Herr Heinz?

– Pomaga mi jeszcze kilku innych kamerdynerów, panie doktorze.

– A czym się pan wcześniej zajmował?

Tu wtrącił się Hitler:

– Moi panowie, dość tych jałowych pogadanek. Chciałbym, panie doktorze, by poznał pan jeszcze inne osoby z mojego otoczenia.

– Teraz chciałbym panu przedstawić kogoś innego. Człowieka, którego nazywają „diabłem Hitlera” albo „szarą eminencją”. To ostatnie określenie przylgnęło do niego zresztą nieprzypadkowo, ponieważ w przeciwieństwie do partyjnych kolegów zawsze unikał rozgłosu. Zapewne domyśla się pan, o kogo chodzi?

JAKIE BYŁY DALSZE LOSY KAMERDYNERA HITLERA

Heinz Linge, bo o nim mowa, był tym, który 30 kwietnia 1945 roku, po rzekomym popełnieniu samobójstwa przez Adolfa Hitlera i jego żonę Ewę Braun, spalił zwłoki obojga; 2 maja, po kapitulacji Berlina, Sowieci postanowili go aresztować. Był wielokrotnie przesłuchiwany i znalazl się w moskiewskim więzieniu, skąd został wypuszczony w 1955 roku. Taka jest oficjalna historia. Jak było w rzeczywistości? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi…

– Niekoniecznie. Skoro Führer mówi, że ten mężczyzna unika rozgłosu, to tym bardziej moje zadanie jest utrudnione. Czyżby chodziło o Rudolfa Hessa?

– A gdzieżby tam! Doktor jest w błędzie, i to ogromnym. Chodzi mi o kogoś zupełnie innego. Choć wcale doktor nie był tak daleko od prawdy, ten człowiek bowiem został w maju 1941 roku szefem kancelarii NSDAP po wspomnianym zdrajcy Hessie. Chodźmy, pokażę panu, o kogo mi chodzi.

Razem z Hitlerem podeszliśmy pod niewysoki murek, z której rozpościerała się panorama przepięknych Alp. Widok dawał na tyle silne ukojenie, że dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego tak często przyjeżdżał tutaj kanclerz Trzeciej Rzeczy, by regenerować siły i podejmować najważniejsze decyzje. Nawet tutejsze powietrze pachniało inaczej niż to, do którego byłem przyzwyczajony. Upajałem się tym widokiem, chłonąc każdą chwilę niczym wygłodniała hiena. Chłonąłem i chłonąłem, aż z zamyślenia wyrwał mnie Fűhrer.

– Wróćmy do stołu, przedstawię panu wspomnianego człowieka.

– Żal rozstawać się z tym widokiem – wypaliłem wyraźnie podekscytowany, zapominając, z kim rozmawiam.

– Spokojnie, doktorze, jeszcze napatrzy się pan na te krajobrazy, gwarantuję.

Hitler wziął mnie pod ramię, co było dość dziwne, ponieważ nigdy do tej pory nie widziałem, by zachowywał się tak normalnie, ot, po prostu po ludzku. Choć trzeba przyznać, że dawno temu, gdy jego matka umierała na raka, a ja byłem jej lekarzem, doświadczyłem czegoś podobnego. Pamiętam do dzisiaj, jak Hitler wtedy cierpiał. Mały Adolf był otępiały z bólu, widząc, jak na jego oczach umiera ta, którą kochał z całego serca.

 

Tymczasem podeszliśmy do małego stołu, do którego dostawione były cztery białe, drewniane krzesła. Gdy usiedliśmy, wróciłem do swoich wspomnień sprzed chwili.

– Tak sobie myślę, Herr Hitler… – Tutaj zrobiłem pauzę, by sprawdzić, czy Hitler w ogóle mnie słucha, czy może znowu gdzieś odpłynął myślami.

– Tak, słucham? – odpowiedział.

– Przed chwilą przypomniałem sobie pana w chwili, gdy umierała pańska matka. Nigdy wcześniej nie widziałem człowieka tak bardzo przygniecionego cierpieniem…

Ujrzałem, jak gwałtownie zmienia się mimika Hitlera. Nie da się ukryć, tym pytaniem nie do końca świadomie zadałem mu ból. Powróciły wspomnienia, które jak widać kolejny raz przebiły go na wylot. Mimo to postanowiłem kontynuować rozmowę na ten temat:

– Myśli pan, że gdyby matka nie zmarła tak szybko na raka, pańskie życie potoczyłoby się inaczej?

– Ech… Nie lubię gdybać, ale w przypadku kochanej matki chętnie zrobię wyjątek… Zadał pan bardzo ciekawe pytanie, którego sam nigdy sobie nie zadałem. Czy moje życie potoczyłoby się inaczej? Zdecydowanie tak. Matka zmarła na raka sutka, gdy miałem osiemnaście lat. To nie był wiek, w którym byłem gotowy samotnie wkroczyć w dorosłe życie. Tym bardziej że byłem naprawdę samotny. W końcu mój ojciec zmarł cztery lata wcześniej. Zresztą, co tam ojciec. Już panu kiedyś mówiłem, że matkę kochałem, a ojca tylko czciłem. Zbyt wiele złego mi wyrządził, bym mógł go darzyć miłością. Gdyby kochana mama nie odeszła ode mnie tak wcześnie, być może spełniłbym swoje skryte dziecięce marzenie i został duchownym. Byłem ministrantem, co bardzo podobało się matce. Pewnie bym poszedł tą ścieżką, a wtedy nie tylko moje życie, ale także losy całego świata byłyby inne…


A to jest Martin Bormann, moja prawa ręka… Hitler rozmawia z Martinem Bormannem w Wilczym Szańcu, swej mazurskiej kwaterze głównej

Twarz Hitlera wyraźnie wskazywała, że przywódca Trzeciej Rzeszy myślami nadal jest zupełnie gdzie indziej. Przed chwilą wydawało mi się, że odpaliłem iskierkę wspomnień, a teraz widzę, że płonie już nie iskierka, ale cały knot! I bardzo dobrze. Może ten człowiek kolejnym razem pomyśli przez dłuższą chwilę, zanim podejmie decyzję, która będzie kosztowała tysiące ludzi utratę życia…

– Przepraszam… Czy mogę się do panów dosiąść? – słyszę zza pleców niezbyt znany głos.

– O, właśnie wspominałem doktorowi o tobie… Panowie, poznajcie się, proszę. Eduard Bloch, poczciwy Żyd, wobec którego mam ogromny dług wdzięczności do spłacenia.

– Dzień dobry – kolejny raz kłaniam się w stronę nieznanej mi postaci.

– A to jest Martin Bormann, moja prawa ręka – tłumaczy Hitler.

Wymieniamy się uściskami dłoni, choć obaj wiemy, że robimy to z grzeczności. Bormann zapewne nie cierpi Żydów i traktuje ich gorzej niż psy, ja za to podskórnie czuję, że ten człowiek nie słynie z dobroduszności… Intuicja mnie nie zawodzi. Dalsza rozmowa zbytnio się nie klei, co wszyscy doskonale rozumieją. A najlepiej odczytuje to Bormann, który znajduje jakąś wymówkę pozwalającą mu zakończyć nasze spotkanie. Jednak to nie koniec niespodzianek na dziś, bo oto dostrzegam opalającą się w oddali kobietę. W końcu zauważa to sam Hitler.

– To moja kobieta, Ewa Braun. Ją akurat już pan poznał. Lubi fotografie, latać do Paryża i – jak widać – opalać się.

Skinąłem głową, a Hitler zaprosił mnie do pobliskiej herbaciarni, gdzie piliśmy coś, co smakiem przypominało co najmniej herbatę z prądem. Ten prąd był jednak tak silny, że z tego wieczoru więcej już nic nie zapamiętałem… Czyli jednak Hitler nie jest takim świętoszkiem, na jakiego się kreuje? Muszę o to zapytać przy najbliższej okazji!