Rozmowy z seryjnymi mordercami. Głosy zza krat

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  PODZIĘ­KO­WA­NIA

6  WSTĘP

7  JOHN EDWARD ROBIN­SON

8  MELA­NIE LYNN MCGU­IRE

9  PHIL­LIP CARL JABLON­SKI

10  KEITH HUN­TER JESPER­SON

11  VIVA LEROY NASH

12  MICHAEL BRUCE ROSS

13  POD­SU­MO­WA­NIE

14  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nalny: Talking with Serial Kil­lers: Dead Men Tal­king

Redak­cja: Adam Osiń­ski

Korekta: Beata Wój­cik, Anna Brze­ziń­ska

Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka

Zdję­cie na okładce: © Tony Gar­cia/Stone/Getty Ima­ges

Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska

Text copy­ri­ght © Chri­sto­pher Berry-Dee 2009, 2019

Ori­gi­nally publi­shed in the English lan­gu­age in the UK by John Blake Publi­shing, an imprint of Bon­nier Books UK.

The moral rights of the author have been asser­ted.

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tomasz Wyżyń­ski, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 978-83-8143-797-4


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Dedy­kuję tę książkę swo­jej nie­ży­ją­cej matce, Mary Dee

PODZIĘ­KO­WA­NIA

Pisa­nie ksią­żek z dzie­dziny lite­ra­tury faktu nie jest moż­liwe bez zbio­ro­wego wysiłku wielu ludzi. Bada­nia bru­tal­nej prze­stęp­czo­ści mogą dostar­czać satys­fak­cji, wywo­ły­wać eks­cy­ta­cję i nie­po­kój; nie­kiedy zda­rzają się rów­nież lżej­sze momenty. Ale na końcu drogi przy­cho­dzi pora na reflek­sję i przy­po­mnie­nie wszyst­kich osób i orga­ni­za­cji, które w różny spo­sób pomo­gły w stwo­rze­niu książki i uczy­nie­niu jej war­to­ściową (miejmy nadzieję). Teraz jest wła­śnie ten moment.

Przede wszyst­kim chciał­bym prze­ka­zać wyrazy wdzięcz­no­ści rze­szom Czy­tel­ni­ków z całego świata. Otrzy­muję dzie­siątki listów i mejli mie­sięcz­nie; zawie­rają one podzię­ko­wa­nia i pochwały. Nie­kiedy ich auto­rami są stu­denci kry­mi­no­lo­gii, cza­sem funk­cjo­na­riu­sze poli­cji, chwa­lący moje trzeźwe podej­ście i czarny humor, który cza­sami się poja­wia. To nie Wy powin­ni­ście mi dzię­ko­wać, ale ja Wam, nie­za­leż­nie od tego, kim jeste­ście. Bez Waszego wspar­cia nie mógł­bym napi­sać ani jed­nego słowa. Autor ist­nieje dzięki publicz­no­ści. Wkra­czamy w wyjąt­kowo trudny kry­zys finan­sowy i ser­decz­nie dzię­kuję za to, że mie­li­ście swój wkład w bada­nia nad naj­gor­szymi człon­kami spo­łe­czeń­stwa – seryj­nymi zabój­cami.

Chciał­bym też prze­ka­zać wyrazy wdzięcz­no­ści swo­jemu bli­skiemu przy­ja­cie­lowi i wydawcy, Joh­nowi Blake’owi. John wspiera mnie od 2001 roku; ni­gdy nie spo­tka­łem rów­nie fan­ta­stycz­nego, wspa­nia­ło­myśl­nego czło­wieka. Dzię­kuję całemu zespo­łowi John Blake Publi­shing Limi­ted, który nie­stru­dze­nie pra­co­wał nad moimi książ­kami, w tym redak­to­rowi pro­wa­dzą­cemu, Lucia­nowi Ran­dal­lowi, „Joh­nowi Word­swor­thowi” (pra­gną­cemu zacho­wać ano­ni­mo­wość), Rosie Ries, Michelle Signore i Joan­nie Ken­nedy.

Dzię­kuję nie­zli­czo­nym księ­gar­niom – w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Sta­nach Zjed­no­czo­nych i innych kra­jach – za pro­mo­cję i sprze­daż moich ksią­żek, zwłasz­cza Ali­son Darby z Water­sto­nes. Wiel­kie wyrazy wdzięcz­no­ści dla mediów z obu stron Atlan­tyku za pro­mo­wa­nie moich publi­ka­cji, gdzie to moż­liwe.

Cho­ciaż wielu Czy­tel­ni­ków może to uznać za nie­wła­ściwe, muszę podzię­ko­wać głów­nym boha­te­rom tej książki – LeRoy­owi Nashowi (choć jest sta­rym dra­niem), Keithowi Hun­te­rowi Jesper­so­nowi i innym opi­sa­nym posta­ciom. Wszy­scy udzie­lili mi pomocy z wła­snych, nie­kiedy per­wer­syj­nych powo­dów i bez ich wkładu nie mógł­bym napi­sać ani słowa. Och, nie powi­nie­nem zapo­mi­nać o J.R. Robin­so­nie, choć z pew­no­ścią nie jest mi wdzięczny za zde­ma­sko­wa­nie. Dzię­kuję rów­nież córce Keitha Jesper­sona, Melis­sie – jest nie­zwy­kłą kobietą.

Zło może przy­no­sić dobro i moje wie­lo­mie­sięczne kon­takty z Jesper­so­nem wyda­dzą pozy­tywne owoce – pozwolą lepiej zro­zu­mieć psy­chikę seryj­nych mor­der­ców. Gdyby go stra­cono (praw­do­po­dob­nie nale­żało to zro­bić), nie uzy­ska­li­by­śmy tej wie­dzy. Prze­ka­za­łem jego listy i reflek­sje Sek­cji Stu­diów Beha­wio­ral­nych FBI, by pod­dano je dal­szym bada­niom. Są bar­dzo wdzięczni.

Chciał­bym także podzię­ko­wać kilku wyjąt­ko­wym oso­bom.

Pierw­sze miej­sce zaj­muje Kir­stie „Kiwi” McCal­lum, która bez­in­te­re­sow­nie wspie­rała mnie w bar­dzo trud­nym okre­sie – nawet poczytni pisa­rze mie­wają cza­sem kło­poty. Nie mógł­bym zna­leźć lep­szej przy­ja­ciółki.

Są też inni przy­ja­ciele; nazy­wam ich „Klu­bem Dzi­wa­ków”. Dopro­wa­dzają mnie do szału, czego nie potra­fią zro­bić nawet seryjni mor­dercy. Dzię­kuję Richar­dowi, Cra­igowi, panu Lee i Wil­fowi za wierną przy­jaźń i reflek­sje na temat „nowego ładu świa­to­wego”. Inne osoby, któ­rym jestem winien wdzięcz­ność, to Mar­tin „Psy­chia­tra” Balaam (jestem pewien, że kie­dyś weź­mie się do roboty i sam napi­sze książkę), a ponadto Liz­zie, Jim, Dan, Laura, Blake i Tom Stod­dard.

Przed wielu laty moim men­to­rem był Robin Odell, jeden z naj­lep­szych auto­rów repor­taży kry­mi­nal­nych naszej epoki. Można powie­dzieć, że nauczył mnie fachu pisar­skiego. Nie­chaj go Bóg bło­go­sławi.

Są jesz­cze Tony, Joyce i Rus­sell Mer­cie­ro­wie. Znam ich od początku świata. Jak można się zre­wan­żo­wać parze, która ucie­le­śnia bez­in­te­re­sowną dobroć i wydała na świat syna, z któ­rego może być dumna? Hej, Tony! Jesteś już doro­słym męż­czy­zną, a Twoje obrazy są naprawdę wspa­niałe. Dzię­kuję Wam trojgu za to, że jeste­ście tacy, jacy jeste­ście.

Mam rów­nież ogromny dług wdzięcz­no­ści wobec mło­dego Bena Bur­tona za to, że jest sobą, oraz dla „Jasno­zie­lo­nej Damy” – nie­do­szłej akcjo­na­riuszki firmy Aldo – która podob­nie jak „John Word­sworth” musi pozo­stać ano­ni­mowa.

To wszystko. Koniec kropka, jak mówią nasi ame­ry­kań­scy przy­ja­ciele. Jestem pewien, że Czy­tel­nicy mają wielką ochotę na roz­po­czę­cie lek­tury. Mam nadzieję, że nie przy­śnią się Wam kosz­mary!

WSTĘP

Prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z bli­sko trzy­dzie­stoma naj­słyn­niej­szymi seryj­nymi mor­der­cami i wie­lo­krot­nymi zabój­cami. Sie­dzia­łem z nimi w celach śmierci w całych Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Mury tych zakła­dów kar­nych prze­nika smród tanich środ­ków dezyn­fek­cyj­nych, ludz­kiego potu i zła; wege­tuje tam legion potę­pio­nych.

Słu­cha­łem budzą­cych mdło­ści opo­wie­ści o wyjąt­kowo ohyd­nych mor­der­stwach. Zbrod­nia­rze prze­chwa­lali się, że spo­wo­do­wali prze­ra­ża­jące cier­pie­nia; nor­malni ludzie, tacy jak ja albo Wy, nie potra­fią tego zro­zu­mieć.

Mor­dercy sek­su­alni czę­sto lubią bawić się z roz­mów­cami w kotka i myszkę; bywają prze­bie­gli jak hieny. Pró­bują mani­pu­lo­wać nawet doświad­czo­nymi kry­mi­no­lo­gami, takimi jak ja, aż nasuwa się mro­żące krew w żyłach pyta­nie: „Jakie szanse miały bez­bronne ofiary, gdy zna­la­zły się na celow­niku tych mania­ków, któ­rzy potra­fią wyda­wać się zupeł­nie nie­szko­dliwi i sym­pa­tyczni?”.

W nowym mile­nium poja­wiła się nowa gene­ra­cja potwo­rów. Już dawno znik­nęli mor­dercy podobni do Teda Bundy’ego, choć jego histo­ria w dal­szym ciągu budzi nie­zdrową fascy­na­cję. Nie­ustan­nie poja­wiają się książki i filmy doku­men­talne o sław­nych seryj­nych mor­der­cach. Wydaje się, że nie ma mie­siąca, by nie nakrę­cono kolej­nego filmu doku­men­talnego o Bun­dym, Arthu­rze Shaw­cros­sie, Kenie Bian­chim albo Aileen Wuor­nos. Ronald DeFeo, boha­ter filmu The Ami­ty­ville Hor­ror, rów­nież ma swo­ich fanów, choć to płotka wśród wie­lo­krot­nych mor­der­ców (zain­te­re­so­wa­nie bie­rze się głów­nie z popu­lar­no­ści filmu).

 

Niniej­sza książka ana­li­zuje chorą psy­chikę wyrzut­ków spo­łe­czeń­stwa, któ­rzy popeł­nili strasz­liwe zabój­stwa. Tym razem pozwa­lam tym potwo­rom powie­dzieć, co chcą… a oni zdra­dzają wię­cej, niż zamie­rzali. Nie cen­zu­ruję ich zwie­rzeń; nikt inny nie uzy­skał dostępu do zapre­zen­to­wa­nych mate­ria­łów.

Wywiady prze­pro­wa­dzane przeze mnie na prze­strzeni lat zawsze były inte­rak­cjami mię­dzy dwoj­giem ludzi – mną i mor­dercą. Moi roz­mówcy pró­bo­wali zdo­być nade mną kon­trolę i czę­sto mia­łem wra­że­nie, że stoję na skraju prze­pa­ści. Prze­by­wa­łem bli­sko nich, oddy­cha­łem cuch­ną­cym powie­trzem wydy­cha­nym z ich cho­rych płuc. To samo można powie­dzieć o set­kach godzin poświę­co­nych na kore­spon­den­cję z seryj­nymi zabój­cami, choć kon­takt nie był rów­nie bez­po­średni. Stop­niowo dosze­dłem do wnio­sku, że to, co piszą, pozwala lepiej zro­zu­mieć ich pato­lo­giczne umy­sły niż względ­nie krót­kie wywiady przed kamerą. Trzeba pamię­tać, że w trak­cie wywiadu mor­derca jest na swoim tery­to­rium; odwie­dzamy go za jego zgodą i prze­bywa w zna­jo­mym oto­cze­niu.

Dłu­go­trwała kore­spon­den­cja to klucz, by zro­zu­mieć funk­cjo­no­wa­nie umy­słów psy­cho­pa­tycz­nych mor­der­ców – dzięki temu pozna­jemy praw­dziwą naturę zła. Każde zda­nie ich listów zawiera wska­zówki pozwa­la­jące zro­zu­mieć, co skło­niło ich do doko­ny­wa­nia zbrodni. Myślę, że ta książka powinna być lek­turą obo­wiąz­kową dla wszyst­kich osób zain­te­re­so­wa­nych przy­czy­nami popeł­nia­nia seryj­nych mor­derstw; może zacie­ka­wić zarówno pro­fe­sjo­na­li­stów, jak i ama­to­rów.

Nie­któ­rzy seryjni zabójcy umieją dobrze pisać, inni z tru­dem potra­fią nakre­ślić kilka pro­stych słów. Nie­któ­rzy są bar­dzo inte­li­gentni, inni śred­nio inte­li­gentni, a jesz­cze inni to kom­pletni idioci. Część myśli nie­zwy­kle kla­row­nie. Sie­dzą w wię­zie­niu i ukła­dają listy, czę­sto prze­ży­wa­jąc w wyobraźni swoje ohydne zbrod­nie. Tym razem piszą atra­men­tem, nie krwią.

Każdy mor­derca wystę­pu­jący w tej książce jest inny. Nie mają żad­nej wspól­nej cechy, z jed­nym wyjąt­kiem: wszy­scy prze­by­wają za kra­tami, ocze­kują na egze­ku­cję albo spę­dzą resztę życia wśród brud­nych murów wię­zien­nych, wśród dru­tów kol­cza­stych.

Ni­gdy wię­cej nikogo nie zabiją.

Nie­któ­rzy mówią dużo, może za dużo, inni bar­dzo nie­wiele. Jedni są szcze­rzy, a dru­dzy kła­mią i snują odra­ża­jące fan­ta­zje. Część wypiera się swo­ich zbrodni, inni się do nich przy­znają. Ich słowa pozwa­lają poznać psy­chikę ludzi popeł­nia­ją­cych seryjne mor­der­stwa, jedną z naj­więk­szych zbrodni prze­ciwko spo­łe­czeń­stwu.

CHRI­STO­PHER BERRY-DEE

JOHN EDWARD ROBIN­SON

„PAN NIE­WOL­NIC”

Opis kariery prze­stęp­czej i zbrodni Johna „J.R.” Robin­sona zawarty w tym roz­dziale daje uni­ka­towy wgląd w chory, zde­pra­wo­wany umysł sady­stycz­nego seryj­nego mor­dercy.

Jest rów­nież cie­ka­wym mate­ria­łem dla psy­cho­lo­gów, psy­chia­trów i funk­cjo­na­riu­szy orga­nów ści­ga­nia, ponie­waż dowo­dzi, że nawet naj­bar­dziej zatwar­dziali psy­cho­paci łatwo dają sobą mani­pu­lo­wać, co pozwala odkryć naj­głęb­sze sekrety ich dys­funk­cyj­nych umy­słów. Kiedy Robin­son prze­czyta tę książkę, pod koniec poświę­co­nego mu roz­działu zro­zu­mie, że on – mistrz mani­pu­la­cji – dał się wyki­wać jak dziecko. Cie­kawe, jak zare­aguje. Założę się, że się wściek­nie.

* * *

Ludzie na tyle pechowi, by nawią­zać bliż­sze kon­takty z Joh­nem Robin­so­nem, wkrótce odkry­wali, że nie odzna­cza się on wyra­fi­no­waną ele­gan­cją i łagod­no­ścią, choć stara się robić takie wra­że­nie. W isto­cie rze­czy to łgarz, paso­żyt i oszust, zawo­dowy kan­ciarz. Zawsze zacho­wy­wał się obłud­nie i pre­ten­sjo­nal­nie; przy­po­mi­nał śli­skiego komi­wo­ja­żera, który zachwala swoje bez­war­to­ściowe towary, wygła­sza­jąc gór­no­lotne fra­zesy. Uwiel­biał cho­wać się w cie­niu, ukry­wać swoją praw­dziwą twarz.

Uda­wał sza­cow­nego biz­nes­mena, a jed­no­cze­śnie był sady­stycz­nym mor­dercą sek­su­al­nym; przez dłu­gie lata umie­jęt­nie się masko­wał. Z pew­no­ścią nie czuje do mnie sym­pa­tii, ponie­waż zdemasko­wałem go jako oszu­sta i znisz­czy­łem jego repu­ta­cję. Uzna mnie za świę­to­kradcę.

Zawsze miał o sobie wyso­kie mnie­ma­nie. Z pozoru wyda­wał się uczci­wym czło­wie­kiem, na co dało się nabrać wielu ludzi. Jed­nak prawda zawsze wycho­dziła na jaw. Robin­son to mistrz mani­pu­la­cji. Nawet dzi­siaj zacho­wuje się jak dzie­więt­na­sto­wieczny szar­la­tan sprze­da­jący fał­szywe lekar­stwa lub towary po zawy­żo­nych cenach. Wci­ska klien­tom pod­róbki Myszki Miki albo role­xów, przy­się­ga­jąc, że są auten­tyczne. A gdyby ktoś coś od niego kupił i zło­żył rekla­ma­cję, czy otrzy­małby zwrot pie­nię­dzy? Ni­gdy w życiu!

Wła­śnie dla­tego zain­te­re­so­wa­łem się Robin­so­nem. Żaden autor sce­na­riu­szy fil­mo­wych, nawet obda­rzony naj­więk­szą wyobraź­nią, nie zdo­łałby wymy­ślić histo­rii tego oszu­sta i mor­dercy.

Pierw­szym wyzwa­niem było nawią­za­nie dia­logu z tym odra­ża­ją­cym seryj­nym zabójcą. Ni­gdy wcze­śniej nie współ­pra­co­wał z auto­rem ksią­żek; patrzy­łem na sprawę reali­stycz­nie i nie ocze­ki­wa­łem, że zdra­dzi sekrety swo­ich zbrodni. J.R. utrzy­muje, że jest cał­ko­wi­cie nie­winny, choć wcze­śniej przy­znał się przed sądem do pię­ciu z co naj­mniej ośmiu popeł­nio­nych mor­derstw. Szcze­rze mówiąc, nie spo­dzie­wa­łem się odpo­wie­dzi na pierw­szy list.

Gdyby udało mi się nawią­zać kon­takt z Robin­so­nem, zamie­rza­łem usta­lić, czy jego twier­dze­nia, że jest wzo­rem cnót, mają jakie­kol­wiek pod­stawy. Utrzy­muje, że nie popeł­nił żad­nego z zabójstw, za które tra­fił do wię­zie­nia; że został wro­biony przez nie­uczci­wego pro­ku­ra­tora i nie­spra­wie­dli­wego sędziego. Rze­komo ni­gdy nie polo­wał na ofiary w inter­ne­cie, ni­gdy nie inte­re­so­wał się BDSM, ni­gdy nie zawie­rał umów z nie­wol­ni­cami sek­su­al­nymi… W żad­nym wypadku!

Mimo to przy­go­to­wa­łem przy­nętę, którą ten wyjąt­kowo odra­ża­jący typ mógł uznać za atrak­cyjną, po czym zarzu­ci­łem haczyk jak węd­karz wie­rzący w swoje szczę­ście. Nastą­pił długi okres ocze­ki­wa­nia. Domy­ślam się, że J.R. obwą­chał przy­nętę, opły­nął ją kilka razy – trwało to kilka tygo­dni – po czym znowu zaczął ją obwą­chi­wać. Spła­wik się poru­szył; pokusa oka­zała się zbyt silna. Mówi się, że naj­ła­twiej oszu­kać oszu­sta. W końcu chwy­cił przy­nętę, a ja pode­rwa­łem wędkę. Jak każda wal­cząca ryba Robin­son usi­ło­wał wypluć haczyk. Smaczna przy­nęta nie oka­zała się tak dobra, na jaką wyglą­dała… Nie wszystko złoto, co się świeci.

Przez chwilę mia­łem na haczyku jed­nego z naj­bar­dziej pod­stęp­nych seryj­nych mor­der­ców w dzie­jach prze­stęp­czo­ści ame­ry­kań­skiej. Póź­niej zro­zu­miał, że zadaję nie­wy­godne pyta­nia, i zare­ago­wał podob­nie jak wielu z tych tchórz­li­wych zbrod­nia­rzy: urwał się z haczyka i znik­nął w męt­nej wodzie. Jed­nak po chwili wpadł w sieć, z któ­rej nie zdo­łał się wyplą­tać – fascy­nu­jące rezul­taty połowu zostały opi­sane w niniej­szym roz­dziale.

* * *

John E. Robin­son zio­nie nie­na­wi­ścią do całego świata, ema­nuje ona z każ­dego pora jego skóry. Przy­znał się do kilku wstrzą­sa­ją­cych mor­derstw, by unik­nąć kary śmierci, a teraz żąda czte­ry­stu tysięcy dola­rów, bo chce dowieść swo­jej nie­win­no­ści. Z jego listów zapre­zen­to­wa­nych w tym roz­dziale wynika, że zamie­rza wyko­rzy­sty­wać stu­den­tów col­lege’u, by publi­ko­wać swoje wier­sze – tak naprawdę są to wier­sze innych osób, ale twier­dzi, że jest ich auto­rem – co pozwoli mu zdo­być fun­du­sze. To prze­ra­ża­jący przy­kład sady­stycz­nego mor­dercy sek­su­al­nego i socjo­paty, paso­żyta, który nie odczuwa żad­nej skru­chy z powodu swo­ich zbrodni, a poza tym obraża ofiary i ich naj­bliż­szych.

Chcę otrzy­mać czte­ry­sta tysięcy dola­rów, choć kwota może się zmie­nić w zależ­no­ści od potrzeb. Wszyst­kie infor­ma­cje i fun­du­sze będzie kon­tro­lo­wał mój adwo­kat.

JOHN E. ROBIN­SON, LIST DO AUTORA Z 20 LUTEGO 2008

Na zdję­ciu Depar­ta­mentu Poli­cji Ola­the widać męż­czy­znę o obwi­słych policz­kach; przy­po­mina nie­uczci­wego agenta nie­ru­cho­mo­ści, który zaprze­dał duszę dia­błu. To John Edward Robin­son, zde­pra­wo­wany mor­derca sek­su­alny i sady­sta, który tor­tu­ro­wał i zabi­jał kobiety, a póź­niej umiesz­czał ich zwłoki w sta­lo­wych becz­kach. W końcu odna­leźli je prze­ra­żeni poli­cjanci.

John Robin­son, z pozoru uczciwy biz­nes­men, który kil­ka­krot­nie tra­fił do wię­zie­nia za defrau­da­cje i oszu­stwa, przy­znał się do pię­ciu mor­derstw, by unik­nąć kary śmierci. Nie­dawno został oskar­żony przez wła­dze fede­ralne o popeł­nia­nie zabójstw na tere­nie wielu sta­nów. Moje pierw­sze pyta­nie do Robin­sona było bar­dzo pro­ste:

John, czy mógł­byś mi wytłu­ma­czyć, w jaki spo­sób ciała pię­ciu zaprzy­jaź­nio­nych z Tobą kobiet zna­la­zły się w sta­lo­wych becz­kach w wynaj­mo­wa­nym przez Cie­bie maga­zy­nie (trzy ofiary) i na tere­nie Two­jej działki (dwie ofiary)?

Odpo­wiedź brzmiała:

Otrzy­ma­łem Pań­ski list 2 lutego. Na początku zamie­rza­łem po pro­stu prze­słać go swo­jemu adwo­ka­towi, by umie­ścił go w aktach sprawy obok kore­spon­den­cji innych sępów, które chcą ogryźć moje kości.

* * *

Robin­son, posłu­gu­jący się kil­koma pseu­do­ni­mami, w tym „Anthony Tho­mas” i „James Tur­ner”, znany był swoim nie­licz­nym przy­ja­cio­łom jako J.R. Uro­dził się 27 grud­nia 1943 roku w Cicero w sta­nie Illi­nois, na robot­ni­czym przed­mie­ściu Chi­cago. Ma zie­lone oczy, szpa­ko­wate włosy i lekko łysieje; mie­rzy sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, waży sie­dem­dzie­siąt pięć kilo­gra­mów.

Nie chciał roz­ma­wiać choćby o swoim dzie­ciń­stwie, jeśli nie otrzyma ogrom­nej kwoty (wcze­śniej wspo­mnia­nych czte­ry­stu tysięcy dola­rów), ale z ofi­cjal­nych źró­deł wia­domo, że był jed­nym z pię­ciorga dzieci poboż­nego kato­lic­kiego mał­żeń­stwa. Wycho­wał się przy West 32nd Street 4916, dwie prze­cznice na pół­noc od Spor­t­sman’s Park Race Track w Cicero. Ojciec Robin­sona, Henry, pra­co­wał jako ope­ra­tor maszyny w fabryce Haw­thorne Works, nale­żą­cej do kon­cernu Western Elec­tric. Był sym­pa­tycz­nym jego­mo­ściem, ale od czasu do czasu lubił wypić. Alberta, matka Johna, rygo­rystka, była fila­rem rodziny i sta­rała się przy­zwo­icie wycho­wać dzieci. Nie­wiele wię­cej o niej wia­domo.

[Robin­son] rzadko się odzy­wał, ale kiedy otwie­rał usta, osią­gał to, na czym mu zale­żało. Był prze­bie­gły. Szcze­rze mówiąc, miał więk­sze ambi­cje niż zdol­no­ści.

RICHARD SHOTKE, RZECZ­NIK PRA­SOWY ORGA­NI­ZA­CJI HAR­CER­SKIEJ, W WYWIA­DZIE DLA GAZETY „KAN­SAS CITY STAR”, 2005

W wieku trzy­na­stu lat Robin­son zdo­był w har­cer­stwie dwa­dzie­ścia jeden spraw­no­ści i został „skau­tem orłem” (Eagle Scout). W 1957 roku wybrano go na przy­wódcę stu dwu­dzie­stu har­ce­rzy, któ­rzy pole­cieli do Lon­dynu, by 18 listo­pada wystą­pić przed kró­lową Elż­bietą II i księ­ciem Edyn­burga w lon­dyń­skim teatrze Pal­la­dium. Spy­ta­łem Robin­sona, czy mógłby powie­dzieć mi coś wię­cej o tym pamięt­nym doświad­cze­niu. Odpo­wiedź brzmiała:

Ni­gdy wcze­śniej z nikim o tym nie roz­ma­wia­łem i nie będę teraz o tym z Panem dys­ku­to­wał. To bar­dzo cenne infor­ma­cje. Pań­scy bry­tyj­scy czy­tel­nicy byliby bar­dzo zain­te­re­so­wani moim wystę­pem przed kró­lową. Jeśli prze­śle mi Pan pięć­set dola­rów, dosta­nie Pan tę histo­rię na wyłącz­ność; może ją Pan sprze­dać mediom i zaro­bić dużo pie­nię­dzy.

Trzy dni póź­niej ścią­gną­łem z inter­netu wyci­nek pra­sowy na temat występu przed kró­lową, wysła­łem go J.R. i grzecz­nie odrzu­ci­łem jego hojną pro­po­zy­cję. Wie­dzia­łem już, że gawę­dził za kuli­sami z Judy Gar­land i powie­dział aktorce Gra­cie Fields, iż pra­gnie wstą­pić do semi­na­rium duchow­nego.

Robin­son był ambit­nym mło­dzień­cem, choć jego zdol­no­ści nie dorów­ny­wały aspi­ra­cjom. Mówił rówie­śni­kom, że zamie­rza zostać księ­dzem i pra­co­wać w Waty­ka­nie, ale nikt, praw­do­po­dob­nie nawet on sam, nie wie­dział, co naprawdę chce zro­bić ze swoim życiem; opo­wia­da­nia o Waty­ka­nie były tylko spo­so­bem na zwró­ce­nie na sie­bie uwagi. Fakty mówią same za sie­bie: jako uczeń Quigley Pre­pa­ra­tory Semi­nary w cen­trum Chi­cago uzy­ski­wał kiep­skie oceny i spra­wiał kło­poty wycho­waw­cze. Po waka­cjach nie wró­cił do Quigley; praw­do­po­dob­nie nie otrzy­mał pro­mo­cji do następ­nej klasy z powodu złych stopni lub nie­wła­ści­wego zacho­wa­nia.

 

W 1961 roku ukoń­czył szkołę śred­nią i roz­po­czął naukę w Mor­ton Junior Col­lege w Cicero. Poznał Nancy Jo Lynch, z którą oże­nił się w 1964 roku. Po czter­dzie­stu jeden latach domo­wego czyśćca żona wzięła z nim roz­wód 25 lutego 2005 roku. I tak oka­zy­wała wobec niego aniel­ską cier­pli­wość; w końcu zdała sobie sprawę, że jej nie­wierny mąż, który nie prze­pra­co­wał w życiu uczci­wie ani jed­nego dnia, stał się seryj­nym mor­dercą.

Na początku Robin­so­no­wie prze­pro­wa­dzili się do Kan­sas City w sta­nie Mis­so­uri, gdzie John uczęsz­czał na kurs zawo­dowy i uczył się fachu radio­loga. Ni­gdy nie skoń­czył szkoły, lecz nie prze­szko­dziło mu to w uzy­ska­niu pracy w szpi­talu dzie­cię­cym, gdzie wyta­pe­to­wał ściany swo­jego gabi­netu fał­szy­wymi dyplo­mami i cer­ty­fi­ka­tami. Był tak nie­zręczny w rela­cjach z małymi pacjen­tami, że kole­dzy uwa­żali go za oszu­sta albo jed­nego z naj­bar­dziej nie­kom­pe­tent­nych tech­ni­ków, jacy kie­dy­kol­wiek wyko­ny­wali ten zawód. Cho­ciaż pra­cow­nicy szpi­tala zapa­mię­tali Robin­sona jako dość miłego mło­dego czło­wieka, zda­wali sobie sprawę, że nie jest wykwa­li­fi­ko­wa­nym radio­lo­giem. Jose­phine Ber­mel, która z nim pra­co­wała, powie­działa, że po pro­stu nie radził sobie z pacjen­tami: „Musie­li­śmy go uczyć, jak popraw­nie wyko­ny­wać bada­nia”. Cał­ko­wita nie­kom­pe­ten­cja spra­wiła, że stra­cił pracę. Miał wtedy zale­d­wie dwa­dzie­ścia jeden lat, a żona nie­dawno uro­dziła pierw­sze dziecko.

Nie­zra­żony nie­po­wo­dze­niem, posłu­gu­jąc się fał­szy­wymi dyplo­mami, J.R. wkrótce zna­lazł pracę jako tech­nik rent­ge­no­log w gabi­ne­cie lekar­skim w Kan­sas City. Został zatrud­niony przez dok­tora Wal­lace’a Gra­hama, absol­wenta Wydziału Medycz­nego Uni­wer­sy­tetu Harvarda, gene­rała bry­gady Sił Powietrz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych w sta­nie spo­czynku, wie­lo­let­niego oso­bi­stego leka­rza pre­zy­denta Harry’ego S. Tru­mana i jego żony Eli­za­beth. W 1964 roku dok­tor Gra­ham powie­dział „The New York Times Maga­zine”: „Tru­ma­no­wie byli zdrowi. Czu­łem się naj­bar­dziej bez­ro­bot­nym leka­rzem w kraju”.

Wio­sną 1944 roku, słu­żąc w Pierw­szym Szpi­talu Polo­wym Pierw­szej Armii, kapi­tan (póź­niej puł­kow­nik) Wal­lace Gra­ham bro­dził po kostki w wodzie na plaży Omaha w sek­to­rze o kryp­to­ni­mie „Easy Red” cztery dni po inwa­zji wojsk ame­ry­kań­skich w Nor­man­dii. Kilka kilo­me­trów dalej wciąż sza­lała bitwa, a on udzie­lał pomocy ran­nym; pod wie­czór jego szpi­tal polowy – namioty, pod któ­rymi stało czte­ry­sta łóżek – opie­ko­wał się bli­sko dzie­wię­ciu­set ran­nymi i kona­ją­cymi żoł­nie­rzami. Szpi­tal Gra­hama posu­wał się za linią frontu we Fran­cji, Bel­gii i w Niem­czech; dok­tor uczest­ni­czył w naj­bar­dziej zażar­tych wal­kach, w tym w ofen­sy­wie w Arde­nach, gdzie został ranny. Otrzy­mał Brą­zową Gwiazdę, a także inne odzna­cze­nia, w tym fran­cu­skie, bry­tyj­skie, holen­der­skie i bel­gij­skie.

W Bia­łym Domu miał na par­te­rze gabi­net wypeł­niony naj­no­wo­cze­śniej­szą apa­ra­turą medyczną i leczył rów­nież wyż­szych rangą pra­cow­ni­ków admi­ni­stra­cji. Póź­niej otrzy­mał awans na gene­rała bry­gady Sił Powietrz­nych. W dal­szym okre­sie opie­ko­wał się Tru­ma­nami w ich rodzin­nym mie­ście Inde­pen­dence w sta­nie Mis­so­uri. Kiedy w 1954 roku sie­dem­dzie­się­cio­let­niego pre­zy­denta prze­wie­ziono do szpi­tala w Kan­sas City na pilną ope­ra­cję, usu­nął mu wore­czek żół­ciowy i wyro­stek robacz­kowy. Uzy­skał dyplom leka­rza w Harvard Medi­cal School. Przez całe życie inte­re­so­wał się bota­niką, a ponadto upra­wiał boks. Wydaje się, że jedyną błędną decy­zją w całej dłu­giej, wybit­nej karie­rze było zatrud­nie­nie Johna Robin­sona.

W jaki spo­sób Robin­son zdo­łał zdo­być pracę u dok­tora Gra­hama jako tech­nik labo­ra­to­ryjny i kie­row­nik reje­stra­cji, to temat na osobną opo­wieść. Gra­ham z pew­no­ścią nie był głup­cem. Wspo­mi­nał póź­niej, że zro­biły na nim wra­że­nie osią­gnię­cia Robin­sona jako skauta orła, a także „liczne dyplomy i świa­dec­twa” w dzie­dzi­nie radio­lo­gii. Dok­tor Gra­ham, bar­dzo sza­no­wany lekarz, oka­zał się zbyt ufny i dał się nabrać cynicz­nemu łga­rzowi potra­fią­cemu robić dobre wra­że­nie.

Wkrótce po pod­ję­ciu pracy u Gra­hama John doko­nał epo­ko­wego odkry­cia, że okra­da­nie zna­jo­mych dostar­cza nie­zwy­kłej przy­jem­no­ści. Póź­niej zaj­mo­wał się tym przez całe życie; wyłu­dzał pie­nią­dze pra­wie od każ­dego, z kim się zetknął. Wzbo­ga­ca­nie się cudzymi pie­niędzmi sta­no­wiło istotę jego życia – dzia­łał podob­nie jak banki, które zaj­mują się tym od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Od tam­tej pory nie­ustan­nie kom­bi­no­wał i zupeł­nie zapo­mniał o uczci­wo­ści.

Roz­po­czął dzia­łal­ność kry­mi­nalną w 1967 roku, ale wkrótce powi­nęła mu się noga: otrzy­mał wyrok trzech lat wię­zie­nia z zawie­sze­niem za defrau­da­cję trzy­dzie­stu trzech tysięcy dola­rów nale­żą­cych do pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­niego dok­tora Gra­hama. Kradł i zacho­wy­wał się nie­sto­sow­nie w poradni. Prze­chwa­lał się przy­ja­cio­łom i kole­gom, że kupił dom. Upra­wiał seks zarówno z kole­żan­kami z pracy, jak i pacjent­kami – jedną z nich uwiódł w pra­cowni rent­ge­no­lo­gicz­nej. Powie­dział jej, że śmier­tel­nie chora żona nie jest w sta­nie go zaspo­koić.

Skąd wziął pie­nią­dze na zakup domu? Odpo­wiedź jest pro­sta: cał­ko­wi­cie opróż­nił rachu­nek ban­kowy poradni, aż po sze­ściu mie­sią­cach od jego zatrud­nie­nia zdu­miony i kom­plet­nie oszo­ło­miony dok­tor Gra­ham musiał zre­zy­gno­wać z wypła­ce­nia pra­cow­ni­kom pre­mii na Boże Naro­dze­nie. Tajem­ni­cze znik­nię­cie pie­nię­dzy dopro­wa­dziło do kon­troli rachun­ków, po czym odkryto, że Robin­son jest zło­dzie­jem. Został aresz­to­wany i wypro­wa­dzony w kaj­dan­kach; uda­wał głę­boką skru­chę i prze­pra­szał w nadziei, że zosta­nie łagod­nie uka­rany. Nie prze­li­czył się.

W 1969 roku ska­zano go za defrau­da­cję, ale ponie­waż było to jego pierw­sze prze­stęp­stwo i przy­rzekł zwrot skra­dzio­nej kwoty, sędzia okręgu Jack­son potrak­to­wał go łagod­nie i wymie­rzył mu karę trzech lat wię­zie­nia w zawie­sze­niu. Dok­tor Gra­ham ni­gdy nie zoba­czył ani centa ze skra­dzio­nych pie­nię­dzy.

* * *

Następ­nym eta­pem kariery J.R. była praca w fir­mie zaj­mu­ją­cej się wynaj­mem sprzętu tele­wi­zyj­nego. Wkrótce zaczął ją okra­dać. Kiedy w końcu ujaw­niono jego prze­stęp­stwa, firma nie zło­żyła zawia­do­mie­nia na poli­cji, ale oczy­wi­ście go zwol­niła.

W ciągu kolej­nej dekady miał czę­sto kło­poty z poli­cją. Stale otrzy­my­wał wyroki z zawie­sze­niem i uda­wało mu się doko­ny­wać oszustw. Jeden z pra­co­daw­ców, pytany o pierw­szą roz­mowę z Robin­so­nem, powie­dział: „Spra­wiał dosko­nałe wra­że­nie, był dobrze ubrany, przy­stojny, wyda­wał się osobą o dużej wie­dzy, ład­nie mówił. Jak pan wie, w póź­niej­szym okre­sie okradł różne firmy na dzie­siątki tysięcy dola­rów”.

Robin­son? Nie zosta­wił­bym go samego na podwórku, żeby mi umył samo­chód. Ten sukin­syn ukradłby wóz, wąż, kran, a do tego wyniósł w wia­drach tyle wody, ile zdo­łałby udźwi­gnąć.

JEFF TIETZ, BYŁY FUNK­CJO­NA­RIUSZ POLI­CJI KAN­SAS CITY, W ROZ­MO­WIE Z AUTO­REM

Trzeba oddać Robin­so­nowi spra­wie­dli­wość – był wyjąt­kowo uparty i potra­fił zna­ko­mi­cie wykrę­cać się od odpo­wie­dzial­no­ści. Przez następne dwa­dzie­ścia lat nie­ustan­nie zmie­niał pracę, ucie­kał przed wyro­kami w zawie­sze­niu, liczył na swoje szczę­ście i prze­no­sił się ze stanu do stanu, a kiedy wpa­dał na gorą­cym uczynku, uda­wało mu się prze­ko­nać pra­co­daw­ców, żeby nie zawia­da­miali poli­cji.

W 1977 roku kupił duży dom nad sta­wem. Stał on na tere­nie prze­szło pół­to­ra­hek­ta­ro­wej posia­dło­ści wcho­dzą­cej w skład kom­pleksu Ple­asant Val­ley Farms, boga­tego, ład­nego osie­dla w Over­land Park w okręgu John­son w sta­nie Kan­sas. W owym cza­sie J.R. i Nancy mieli już czworo dzieci i tutaj, w malow­ni­czym wiej­skim oto­cze­niu, Robin­son zało­żył firmę o nazwie Hydro-Gro Inc. Rze­komo zaj­mo­wała się ona hydro­po­niką, metodą hodowli roślin w wodzie z dodat­kiem sub­stan­cji mine­ral­nych – zna ją każda osoba upra­wia­jąca w domu mari­hu­anę.

J.R. opu­bli­ko­wał bro­szurę rekla­mu­jącą Hydro-Gro Inc.; miała sześć­dzie­siąt cztery strony i była wydru­ko­wana na kre­do­wym papie­rze. Gło­siła, że John to „ceniony wykła­dowca”, „autor” i „pio­nier hydro­po­niki”. Ostat­nie z tych twier­dzeń z pew­no­ścią zdu­mia­łoby sta­ro­żyt­nych, ponie­waż ist­nieją znacz­nie wcze­śniej­sze przy­kłady hydro­po­nicz­nej hodowli roślin niż „pio­nierskie” prace J.R. – wystar­czy wspo­mnieć wiszące ogrody Semi­ra­midy, pły­wa­jące ogrody Azte­ków w mie­ście Mek­syk oraz doświad­cze­nia chiń­skie. Egip­skie tek­sty hie­ro­gli­ficzne napi­sane setki lat przed naszą erą wspo­mi­nają o upra­wie roślin w wodzie, więc hydro­po­nika nie jest niczym nowym. W latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku inte­re­so­wali się nią nie tylko naukowcy, w tym współ­pra­cow­nicy NASA, lecz rów­nież tra­dy­cyjni far­me­rzy i hob­by­ści, jed­nak nie wymie­niano wśród nich Johna E. Robin­sona.