Pogromca wilkówTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Christoph Ransmayr

Martin Pollack

Pogromca wilków

Trzy duety literackie

Przełożyła Karolina Niedenthal


Tytuł oryginału niemieckiego DER WOLFSJÄGER.

DREI POLNISCHE DUETTE

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / ­PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by PETER ARNOLD / ­FLASH PRESS MEDIA

Copyright © S. FISCHER VERLAG GMBH, FRANKFURT AM MAIN, 2011

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2012

Copyright © for the Polish translation by KAROLINA NIEDENTHAL, 2012

Redakcja ANNA STERCZYŃSKA

Korekty ALICJA LISTWAN / D2D.PL, ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Książka została opublikowana dzięki pomocy finansowej Bundesministerium für Unterricht, Kunst und Kultur.

Dziękujemy Austriackiemu Forum Kultury

za wsparcie publikacji książki.


ISBN 978-83-7536-474-3

Spis treści

  Strona tytułowa

  Strona redakcyjna

  I Pogromca wilków

  II Święty

  III Potomek

  Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I Pogromca wilków

Poszukiwanie tropów w polskich Karpatach

Jakże zakrwawione było to stado. Tuzin przerażonych owiec tłoczył się w takim popłochu w odgrodzonej części błotnistego podwórka, że na pierwszy rzut oka nie można było odróżnić zwierząt ocalałych od rannych. Gospodyni, w kwiecistym fartuchu umazanym krwią, wyszarpywała ze środka kłębowiska barana, który po krótkiej panicznej szamotaninie popadł nagle na rękach kobiety w jakąś szczególną apatię. Miał rozdarty prawy bok, wielki czerwony strzęp kapiącego krwią futra zwisał ku ziemi, odsłaniając żebra i sploty mięśni. U siedmiu innych owiec było widać podobne obrażenia – przegryzione pęciny, rozdarte uszy i głębokie rany na całym ciele.

Gdyby Andrzej nie pobiegł na pastwisko z pochodnią w środku nocy, mówiła gospodyni, kiedy potworne ujadanie psa obudziło ze snu cały dom, teraz w trawie leżałaby tylko padlina. Żar pochodni i hałas, który podniósł Andrzej, przepędziły wilki. Oprócz tych ciężko rannych zostawiły po sobie jeszcze trzy martwe owce. Zabiły także psa, który wciąż leżał pod drzewami obok innych zagryzionych zwierząt. Biedny Bartek. Psy strzegące stada często jako pierwsze padają ofiarą tych przeklętych wilków. Tylko w okolicy Cisnej zabiły ostatniej jesieni i zimy ponad pięćdziesiąt psów, które broniły swojego stada.

Wilki. Właściwie mieliśmy tylko spytać o drogę do Mucznego. Zaraz za leśną osadą w Stuposianach powinna była odbić w tym kierunku. Wilki! Ale my nie jechaliśmy tam wcale z powodu tych drapieżników, lecz po to, by tropić ludzkie ślady. Tu, w bieszczadzkich górach, na południowo­-wschodnim krańcu Polski, tuż pod ukraińską granicą, można na rzadko zaludnionych terenach odnaleźć pod wybujałą dziką roślinnością resztki zniszczonych osad i wsi. Opuszczone cmentarze i fundamenty spalonych kościołów są porośnięte wysoką trawą i szarymi olszynami. Sady, pola, pastwiska i leśne użytki – wszystko to zamieniło się na powrót w dziką puszczę. W tych porzuconych przez ludzi górach, przedłużeniu Karpat Lesistych, triumfowała bujna, dzika natura, z rysiami, żbikami, niedźwiedziami brunatnymi, łosiami, orłami przednimi, orlikami i żubrami. Po opuszczonej ziemi snuły się watahy karpackich wilków. Wybraliśmy się na pieszą wędrówkę po tym pustkowiu: chcieliśmy, choćby w naszej wyobraźni, znowu wyrąbać polany, podnieść z popiołów dawne wioski z ich drewnianymi kościołami, barwnymi ikonostasami i wieżami poświęconymi niewzruszonemu Bogu.

W naszym przewodniku widniały jeszcze, chociaż z adnotacją: „już nie istnieje”, wszystkie te kościoły, wszystkie te wioski:

kościół w Chrewcie, „już nie istnieje”,

kościół w Stuposianach, „już nie istnieje”,

kościół w Wołosatem, „już nie istnieje”.

Leśne osady: Studenne, Sukowate, Potasznia, Szczerbanówka, Teleśnica Sanna, Tworylne, Tyskowa – zniknęły wszystkie. Ile czasu trzeba, aby tak jak zapomniano o fundamentach i popiołach, wymazano z pamięci i map stare nazwy tych wszystkich miejscowości i leśnych przysiółków, żeby przepadły na zawsze?

Gospodyni, która chciała nas zaprowadzić na pastwisko i pokazać rozszarpane ścierwa, nie znała prawie żadnej spośród tych nazw ani miejsc, do których się wybieraliśmy, wiedziała jednak, że mieszkający tu niegdyś ludzie byli Ukraińcami. Łemkami i Bojkami, leśnymi robotnikami i małorolnymi chłopami, takimi jak ona i jej mąż, ale mimo to obcymi, bo śpiewali inne pieśni i mieli swoje dziwne zwyczaje, nie do odróżnienia prawie od zwyczajów prawosławnych Rosjan.

Nasze polskie przewodniki opisywały nawet ich historię i to, w jaki sposób stąd zniknęli. Po ostatniej wojnie, z towarzyszącymi jej przesunięciami granic, wysiedleniami, deportacjami, zaciekłymi walkami partyzanckimi i Zagładą Żydów, dla Łemków i Bojków – ukraińskich grup etnicznych, które zamieszkiwały Karpaty od stuleci – nagle zabrakło miejsca w ich ojczyźnie. Ponieważ II wojna światowa w Beskidach i Bieszczadach toczyła się o wiele dłużej niż w większości miejsc w Europie, oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii, równie zaciekle, jak i nieskutecznie, walczyły tu jeszcze przez trzy lata po zwycięstwie aliantów przeciwko swojemu potężnemu wrogowi – komunistycznej Polsce. Cel ich walki: niepodległa Ukraina, przez wiele dziesięcioleci pozostał jednak utopią. I tak jak w czasie wszystkich konfliktów zbrojnych, największą ofiarę poniosła ludność cywilna. Kiedy w marcu 1947 roku polski wiceminister obrony, bohater hiszpańskiej wojny domowej, wpadł w zasadzkę ukraińskich partyzantów i został przez nich rozstrzelany, polskie władze komunistyczne postanowiły, że w odwecie wysiedlą z górskich wiosek na zachód albo na północ Polski przedstawicieli ukraińskiej mniejszości, co do jednego, bez żadnych wyjątków. Równocześnie z tych samych miejsc wysiedlono wszystkich Niemców.

Wsie, w których mieszkali ukraińscy chłopi, niebiorący na ogół jakiegokolwiek udziału w partyzanckich walkach, otaczano i opróżniano w ciągu zaledwie kilku godzin. Do lata 1947 roku z południowych regionów kraju deportowano sto czterdzieści tysięcy mieszkańców. Opuszczone przez nich wioski zrównywano z ziemią. Nazwa grupy wojskowej, która przeprowadzała całą operację, stała się kryptonimem czystki etnicznej – akcji „Wisła”.

W drodze do Mucznego kierowaliśmy się starą mapą, na której widać było jeszcze łemkowskie i bojkowskie wsie z ich kaplicami, młynami, przecinkami leśnymi oraz przydrożnymi krzyżami, i poruszaliśmy się dawno już nieistniejącą szosą. W ten sposób znaleźliśmy się na polnej drodze i wreszcie na błotnistej ścieżce przed gospodarstwem, które ostatniej nocy nawiedziły wilki.

Czy ci tam, w Warszawie, czy ci tam, w Przemyślu, pytała nas gospodyni, obmywając przy studni na podwórku ręce i ramiona z krwi, czy władza, czy my, czy ktoś w ogóle ma jakieś pojęcie, jak to jest, kiedy trzeba żyć z wilkami? Ten ciągły strach o bydło, strach o dzieci, które muszą godzinami iść do szkoły. Dwa miesiące wcześniej we wnykach, które kłusownicy zastawiają na wilki, wykrwawił się ich najczujniejszy pies pasterski, no a teraz wraz z połową owiec został rozszarpany ten drugi, Bartek, najlepszy stróż. A władza myśli, że może opanować tę plagę dzięki kilku głupim pozwoleniom na odstrzał. Myśliwi muszą ich błagać o każdy strzał! Naturalnie, mimo że to zabronione, ten czy ów radzi sobie z tym wszystkim, zastawiając sidła. Ale lasy nie są wcale mniej niebezpieczne. Trzydzieści pięć ustrzelonych w ciągu roku wilków to za mało, o wiele za mało.

Czy policzono kiedykolwiek, ile wilków jest tu, w Bieszczadach?

A kto miałby liczyć te bestie? Dzisiaj były tutaj, jutro będą tam, są wszędzie – w polskich, w ukraińskich lasach, na Słowacji, one nie znają granic. Ale muszą ich być setki, tysiące. Dobrze, że oprócz ociężałej władzy i niemających o niczym pojęcia obrońców zwierząt jest tu jeszcze ktoś taki jak Radek Szymczuk. Sprowadził się przed dwoma laty, żeby strzelać do wilków. Jego chałupa stoi niedaleko starej Przełęczy Bukowskiej, pod granicą ukraińską, ale można się na niego natknąć wszędzie, w całych Bieszczadach. Snuje się jak wilki i cały czas podąża ich tropem.

Kiedy mieliśmy się pożegnać, dobiegły nas przekleństwa i zobaczyliśmy mężczyznę, który po błotnistym podjeździe próbował wepchnąć na podwórze wyładowany ręczny wózek. Rozszarpane ciała owiec zbiły się w bezkształtną masę zakrwawionego futra. Na samej górze tej sterty leżał duży czarno-brązowy, łaciaty pies. Trójka dzieci, z których największe sięgało mężczyźnie do pasa, bez skutku próbowała poruszyć szprychami w kołach wózka. Mimo że tego jesiennego poranka trawa na gołych, bezkresnych zboczach była już zaśniedziała od szronu, a w dziurach drogi pojawiła się cienka warstwa lodu, dzieci były boso.

 

Chłop nie chciał nam podać ręki, była zbyt brudna. Jeśli jednak spotkamy pana Szymczuka, który tu poluje na wilki, to mamy go pozdrowić i powiedzieć, że czeka go robota u Stasiaków.

Do naszej kwatery w dolinie niedaleko Mucznego – miejsce to polecili nam przyjaciele z Warszawy – dotarliśmy tego październikowego popołudnia dopiero po zmroku. Zatrzymywaliśmy się po drodze i godzinami wędrowaliśmy po górskich graniach, oglądaliśmy szerokie, schodzące łagodnie ku dolinie wzgórza w ich jesiennych barwach, ale zauważyliśmy tylko jednego jedynego orła. Chwilami wydawało nam się, że rozpoznajemy gdzieś hen daleko ruiny jakiejś obronnej wsi, mimo że nie zaznaczono jej na naszej mapie, ale później w tym miejscu znajdowaliśmy jedynie skały wystające znad suchej trawy. Wąska smuga dymu i odległe ujadanie psów były jedynymi znakami, że jest tu gdzieś ludzkie siedlisko.

Kiedy dotarliśmy do celu, długo trwało, zanim zapalono światło. Staliśmy przed jednopiętrową budowlą z surowych bali, która, według zdjęć w przywiezionym przez nas z Warszawy folderze, powinna być otoczona skupiskiem mniejszych chat. W ciemnościach niczego takiego nie było widać. Młoda, dwudziesto-, dwudziestoparoletnia ciemnowłosa kobieta, córka gospodarzy, zaprosiła nas do maleńkiego biura, gdzie wisiała spreparowana głowa łosia z odstraszającym porożem, co robiło upiorne wrażenie. Spodziewała się nas wcześniej. Rodzice pojechali do Przemyśla i wrócą nie szybciej niż jutro w południe. Ciepłej kolacji nie może nam zaproponować, piec już wygasł.

Zimne były również nasza chatka i woda do mycia. Byliśmy tu tego wieczoru jedynymi gośćmi.

Kinga, najstarsza córka nieobecnych właścicieli naszego pensjonatu, składającego się z wielu drewnianych chat, kochała wilki. Następnego ranka przy śniadaniu w głównym budynku powiedziała nam, że jej ojciec oferuje swoim gościom wyprawy śladami wilków, żeby zapoznać ich ze zwyczajami tych trwożliwych, cudownych zwierząt. Uczestnicy wycieczek, jeśli szczęście będzie im sprzyjać, zobaczą na śniegu ślady żbików, rysiów i wilków albo usłyszą wycie sfory, co jest niesamowitym i fascynującym przeżyciem. Po cóż innego mieliby przyjeżdżać z miasta w Bieszczady? Przecież nie dla zwęglonego gontu ani kruszejących murów. Jej ojciec każdej z tych chat nadał imię, które pochodzi od nazwy występujących w tej okolicy gatunków zwierząt. To dla nich się tu przyjeżdża. A to, że wilkom stale przypisuje się masakrowanie owiec, ma chyba więcej wspólnego z mrożącymi krew w żyłach opowieściami niż z prawdą o tym unikającym ludzi drapieżniku. Być może do takich krwawych fantazji przyczyniają się także odszkodowania, które państwo wypłaca za spowodowane przez wilka straty. Tak naprawdę największym zagrożeniem dla stada ciągle są zdziczałe psy. Kilka lat temu w Kalenicy jakiś szurnięty chwalipięta twierdził, że polowała na niego po ciemku cała wataha wilków, a to, że żyje, zawdzięcza jedynie kierowcy, który przez przypadek tamtędy przejeżdżał. Później naturalnie okazało się, że wszystko to sobie wymyślił po kieliszku.

Oczywiście, Kinga także zna pana Szymczuka. Tego t a k z w a n e g o pogromcę wilków. Nosi złoty łańcuch, którego nie da się nie zauważyć, a latem pokazuje pokryte tatuażami ramiona. Mówi się, że jest synem jakiegoś komunistycznego funkcjonariusza z Warszawy, który w czasach nowego kapitalizmu stał się milionerem. Szymczuk sam okrzyknął się pogromcą wilków, krąży po parku narodowym klimatyzowaną terenówką – pewnie sprawił mu ją bogaty tatuś – i szuka nadzianych turystów, którzy może będą chcieli go sfotografować w tej jego wilczej czapie. Tego, że Szymczukowi przyznaje się co roku najwięcej odstrzałów, którymi ma regulować liczbę bieszczadzkich wilków, Kinga nie może zupełnie zrozumieć i zastanawia się, jak to możliwe, że z takiego pętaka z Warszawy zrobiono tu formalnie miejscowego leśnika.

Kinga na pierwszy dzień w górach życzyła nam pięknej pogody i tego, żebyśmy spotkali to najwspanialsze spośród tych dzikich zwierząt z fotografii w folderze, a na kolację obiecała nam misę świeżych pstrągów z górskiego potoku. O Łemkach, Bojkach albo Żydach, którzy mieszkali w tych zaginionych wioskach, przy śniadaniu nie było mowy.

Tego ranka, kiedy od dwóch godzin w marszowym tempie pokonywaliśmy głębokie dziury i wyboje oraz jeszcze głębsze koleiny, wymyte przez rwące potoki, stało się jasne, że nie doceniliśmy trasy do Wołosatego. Ta stara bojkowska wieś, niegdyś licząca sto czterdzieści domów i ponad osiemset dusz, po wojnie jeszcze wprawdzie istniała, ale z zaledwie pięćdziesięcioma mieszkańcami skurczyła się do rozmiarów maleńkiej osady. Leżała u podnóża Masywu Tarnicy, najwyższego wniesienia w Bieszczadach Zachodnich. Do wczesnego popołudnia, taki mieliśmy wczoraj plan, powinniśmy byli się znaleźć na szczycie, płaskiej kopie, 1346 metrów nad poziomem morza. W przewodniku obiecywano nam, że z tego miejsca ujrzymy najwspanialszą panoramę polskich Karpat. Tymczasem nasza łada tajga z napędem na cztery koła mierzyła się z kolejnymi wybojami, tak głębokimi, że jakiś zapobiegliwy piechur jako ostrzeżenie wetknął w jedną z dziur bukową gałąź, długą na ramię. Po niefortunnym manewrze mijania kolejnej przeszkody i silnym uderzeniu kołem z prawej przedniej opony nagle uszło powietrze. Zatrzymaliśmy się w wąskim wąwozie pod wspaniale ubarwionymi bukami. Rzadki las był tak cichy, że słychać było jedynie suche trzaski schładzającego się metalu.

Przeklinaliśmy właśnie warszawskiego pośrednika, który wynajął nam samochód, ale któremu nie chciało się go zaopatrzyć w koło zapasowe, gdy z drugiego końca wąwozu nadjechał jeździec. Siedział na jednym z tych małych koni huculskich, które od stuleci służą mieszkańcom Karpat za wierzchowce i zwierzęta juczne. Przed nim, rzucona w poprzek siodła, leżała piła elektryczna, którą musieliśmy przejąć z jego rąk, gdy zsiadał z konia przed naszą ładą. Mężczyzna był niski, kościsty, miał ogorzałą od słońca twarz i przetkane siwymi pasmami, opadające na ramiona włosy. Wysokie po kolana filcowe buty były umazane zeschniętym błotem, a rękawy watowanej, pikowanej kurtki podwinięte do łokci. Musiał być dobrze po siedemdziesiątce. Uśmiechnął się.

Slawa Isusu Christu! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Pozdrowił nas po ukraińsku. Kiedy podawał nam rękę, zobaczyliśmy szeroką bliznę, która biegła od kciuka wzdłuż całego przedramienia. Nie przywiązując konia, mężczyzna pochylił się nad sflaczałą oponą i przejechał palcem po wgnieceniu na krawędzi felgi, przez które uciekło powietrze.

Skąd jesteśmy? Z jakiego kraju? Jak to możliwe, że dwóch obcych wpadło na pomysł, żeby jechać tą drogą?

Pokazaliśmy mu naszą mapę. Głośnym szeptem, w prawie nabożnym skupieniu, odczytywał nazwy nieistniejących od ponad półwiecza wsi. Czyżbyśmy przyjechali tu, na tę zapomnianą przez Boga ziemię, by dokopać się do starych historii? Te jednak, tak jak zmarłych, najlepiej jest zostawić w spokoju.

Dokąd jeszcze chcieliśmy się dzisiaj wybrać? Na Tarnicę? Chyba powinniśmy to przełożyć na inny dzień. Może nam zaproponować, że usunie usterkę, do jego chaty nie jest daleko, ale naprawa trochę potrwa. Samochód można tu bez żadnej obawy zostawić, od dawna nikt nie zapuszcza się tą drogą. Zazwyczaj tylko on z niej korzysta.

Droga do chaty naszego wybawiciela, Wasyla, przeorana głębokimi, rozjeżdżonymi koleinami, prowadziła długimi serpentynami po stromych, porośniętych mieszanym lasem zboczach i zajęła nam prawie godzinę. Uszkodzoną oponę i piłę elektryczną przymocowaliśmy sznurkiem do siodła. Wasyl prowadził konia, który niósł ten niecodzienny ładunek, a my w milczeniu człapaliśmy za nim. Kiedy dotarliśmy do chaty na granicy lasu – zaskakująco dużej, pokrytej dachówkami budowli z bali – byliśmy mokrzy od potu i zaczęliśmy się trząść na zimnym wietrze, który przeszywał łyse, porośnięte jedynie rzadką trawą wzgórze, gdzie pasły się dziesiątki owiec. Otoczenie domu przypominało jednocześnie muzeum i złomowisko. Obok przerdzewiałych, zapadających się w ziemię części maszyn, kotłów, beczek po oleju, wozu drabiniastego i dwóch par sani stała tam pomalowana na oliwkowy kolor mała rosyjska ciężarówka. Wszystko trzeba nią zwozić, powiedział Wasyl, bo klaczy byłoby za ciężko. Za otwartą na oścież szopą zauważyliśmy długi szereg różnokolorowych uli, a za nimi czarne pnie owocowych drzew. Nad drewnianym, przekrzywionym przez wiatr płotem górowały wybujałe, wysokie do bioder pędy zdziczałych roślin. Miłością otaczano tu chyba jedynie grządki z kwiatami. Kwitnące dalie, łubiny, astry, jaskry i nagietki chroniło przed pożarciem kunsztowne, uplecione z witek ogrodzenie. Pośród tego wielobarwnego przepychu wznosiła się kamienna kapliczka z podwójnym krzyżem i ukośną belką. Takie krzyże Łemkowie i Bojkowie stawiali na kopułach swoich cerkwi i kaplic.

Szarą, zmumifikowaną głowę wilka zauważyliśmy dopiero wtedy, gdy Wasyl zatoczył oponę do szopy i jako pierwszy wszedł do domu, żeby nastawić wodę na herbatę: wisiała przybita gwoździami do spróchniałej belki pod dachem werandy. Miała zżartą przez mole sierść, z oczodołów ziały dwie czarne dziury, a z na wpół otwartego pyska z żółtawymi kłami zwisały strzępy pajęczyny. Kiedy weszliśmy do środka, Wasyl wyjmował kowalskimi szczypcami z wielkiego murowanego pieca żar do samowara. Jeszcze zanim nasze oczy przywykły do półmroku, zauważyliśmy wewnątrz kominka lśniącą bielą kości piramidę wilczych czaszek. Wilcze skóry zaściełały deski podłogi wokół solidnego stołu, wisiały na ścianie, nad skrzynią i nad fotelem. Na rzuconej na łóżko wilczej skórze leżały dwa śpiące koty.

Wasyl Borsuk, jedyny mieszkaniec tego domu na granicy lasu, do końca swoich dni byłby wdzięczny Bogu Wszechmogącemu, gdyby ten nie stworzył wilka. Wilk to potwór i samo zło, jest bezlitosny, zachłanny, okrutny, to on ściąga na ziemię ciemność. A człowiek wziął z niego przykład i też stał się zły.

Kiedy Wasyl rozściela wilcze futro na swoim posłaniu i grzeje na nim zmarznięte stopy, gdy przybija je gwoździami do ściany albo gdy wygotowuje wilczą czaszkę i kładzie ją na stos w zimnym kominku, cały czas sprawując nad nią władzę i mogąc ją w każdej chwili doszczętnie spalić, robi to, żeby udowodnić, że ta kreatura wraz z całym jej złem nie są niezwyciężone.

Czy nasz gospodarz Wasyl zna myśliwego z Przełęczy Bukowskiej?

Szymczuka? Tego babiarza? On nie ma żadnego pojęcia o wilkach.

Siedzieliśmy już przy stole nad parującymi szklankami. Do herbaty Wasyl poczęstował nas owczym serem i uwędzoną owczą kiełbasą.

Ten Szymczuk ze swoimi pomocnikami organizował polowania na wilki, z nagonką, bo sam nie potrafiłby się z nimi zmierzyć. Rozciągnęli w lesie sznurki z kolorowymi skrawkami materiału, by zagnać sforę w jeden róg, a potem pod lufę czekającego tam na nią strzelca. Myśleli, że wilki będą się bały przebiegać pod powiewającymi szmatkami. Idioci. Wilk niczego się nie przestraszy. Może ognia, ale z pewnością nie girlandy ze szmatek. Poza tym można go spotkać tylko wtedy, kiedy wyjdzie się mu na spotkanie, tak jak wychodzi się spotkać swego Stwórcę albo śmierć, w pojedynkę.

A te trofea Wasyla, te skóry, czy wszystkie zdobył w tutejszych górach?

To nie są żadne trofea ani żadna zdobycz, tylko znaki. Znaki, że świat z każdym zabitym wilkiem staje się jaśniejszy.

Ale czy nie przysługuje mu limitowana liczba odstrzałów? Wilk w Polsce jest przecież pod ochroną, a w parku narodowym obowiązuje absolutny zakaz polowań.

A czy wilk przestrzega prawa, kiedy rzuca się krwiożerczo na stada? Kto, walcząc ze złem, będzie się trzymał przepisów, ten będzie musiał przegrać – zarówno w górach, jak i w głębi własnej duszy. Taką walkę trzeba prowadzić wszystkimi metodami.

Również za pomocą zabronionych zapadni? Wnyków, zatrutej przynęty?

Wszystkiego, co służy poprawie tego świata.

Kiedy zapytaliśmy go, jak wygląda jego arsenał, wspomniał o naszym samochodzie, pozostawionym w wąwozie na lewarku. Czy mamy zamiar wrócić jeszcze dzisiaj do Mucznego, czy wolimy tu przenocować?

Nie, nie możemy mu pomóc przy tej naprawie, nasza felga nie jest pierwszą, którą tu klepał. Kiedy wyszliśmy na dwór, wskazał na zmumifikowaną wilczą głowę na belce werandy. Na jego pastwiska, na jego ziemię nie poważył się wtargnąć żaden wilk. W poniedziałek wielka­nocny znalazł pod jabłonkami swojego zagryzionego kota, ale sprawcą był lis.

 

W zagraconym narzędziami i różnymi rupieciami warsztacie ze zdziwieniem przyglądaliśmy się, z jaką siłą ten mały, niemal drobny, stary mężczyzna ciężkim młotem i żelaznym płaskownikiem wyważa oponę z felgi. Klęcząc na kole, lekko i z wprawą, do wtóru własnych potężnych uderzeń, operował płaskownikiem prawie jak snycerz nożem. Położył felgę na przesiąkniętym olejem stole i kiedy prostował wgniecenie, uderzając w nie na przemian ślusarskim podbijakiem i obuchem młotka, powrócił mimochodem do tematu swojego wroga.

Walcząc z wilkami samą siłą, niczego się nie zdziała. Najskuteczniejszą, śmiercionośną bronią myśliwego jest jego głowa. Myśliwy, jeśli chce pokonać tego drapieżnika, musi poznać jego przebiegłość, zwyczaje, łakomstwo, ba, nawet myśli wilka tak jak najtajniejsze zakamarki własnej duszy. On, Wasyl, śledząc niegdyś sforę, nie dał się nabrać, mimo że zostawiała w śniegu tylko jeden trop, bo każde zwierzę stąpało po śladach poprzednika. Znał terytoria każdej z bieszczadzkich watah, zaznaczał na mapie wszelkie przesunięcia tych granic i triumfował, kiedy wilki, choć rzadko się to zdarzało, w walce o własne rewiry zabijały się nawzajem. Bo ułatwiały mu tym samym spełnianie jego największego obowiązku. Lancowata blizna na prawym przedramieniu Wasyla, zapewne od wysiłku podczas uderzania młotem, stała się ogniście czerwona.

Czy ta blizna to pamiątka po stoczonej wojnie z wilkami?

Wilk nie jest jedyną bestią w bieszczadzkich górach, która potrafi tak zranić. Był taki czas, kiedy podpalano tu dachy nad głową. Nocą, podczas snu. A robili to właśni sąsiedzi. Dlatego że, mimo iż się tu urodziło i żyło, uprawiało własne pole i nosiło kwiaty na groby swoich przodków, było się Ukraińcem, a nie Polakiem. Takiej nocy matka mogła stracić życie pod płonącą belką, a syn mógł wyjść z tego z raną zadaną siekierą sąsiada, która do końca życia będzie mu przypominać, że nie ma na tym świecie miejsca, gdzie mógłby się poczuć bezpiecznie.

Wasyl zamontował oponę na felgę, nie pozwalając sobie pomóc przy wielkiej ręcznej pompce. Kiedy boczna ściana opony na skutek rosnącego powoli ciśnienia z hukiem wskoczyła w obręcz felgi, rudy kot, który z głośnym mruczeniem ocierał się o nasze nogi, rzucił się do ucieczki.

Bojko Wasyl Borsuk miał szesnaście lat, kiedy jego matka nie chciała się podporządkować nakazowi wysiedlenia wydanemu przez polskie władze. W chacie, którą porzucił emigrujący do Ameryki drwal, przetrwała wraz ze swoim nieślubnym synem nędzę wojennych lat, przetrwała niemiecki szał Zagłady, przetrwała plądrowania zabłąkanych tu wojskowych maruderów i bezwzględne walki ukraińskich partyzantów z oddziałami komunistycznej Polski. Sądziła więc, że również tym razem wszystko to przetrwa. Swoją odmowę wykonania nakazu przeżyła jednak tylko o trzy dni.

Krwawiące ramię Wasyla było pełne ziemi, kiedy ze swojej kryjówki na skraju lasu przeczołgał się do dopalającej się chaty, z której zbrodniarze w końcu się wycofali, i znalazł w piwnicy straszliwie okaleczoną matkę, z osmalonymi włosami i głęboką raną na głowie. Zaciągnął ją do lasu i był tam z nią przez dwa dni i dwie noce bez wody i jedzenia, ze strachu przed krajanami, których zawsze uważał za chrześcijan. Matka nie wydobyła z siebie przez ten czas ani słowa. Oczu także nie otworzyła. Trzeciego dnia ogromne pragnienie popchnęło go do strumienia. Kiedy wrócił, z koszulą zmoczoną w wodzie, żeby w ten sposób ulżyć nieco pragnieniu matki, w obrośniętym krzakami jeżyn dole, w którym ją zostawił, zobaczył wilki.

Wasyl miał szesnaście lat i potrzebował zaledwie trzech dni, żeby się nauczyć, że zło nie musi być bestią, może równie dobrze mieć twarz sąsiada, z którym wcześ­­niej pilnował owiec. Za jego wojennego dzieciństwa wilki przyzwyczaiły się pożerać zastrzelonych, poległych i uciekinierów, którzy umierali w lasach i byli łatwą do wytropienia zdobyczą. Z czasem przestały odróżniać słabych i rannych od martwych – wystarczyło być bezbronnym, żeby paść ich łupem. To, co Wasyl, z cieknącą koszulą w ręku, zobaczył w tym dole, musiało pozostać w nim na zawsze. Jego matka stała się łupem wilków. A on nauczył się żyć, będąc ściganym.

Przez ponad dwa lata mieszkał w ziemiance, którą sam sobie wykopał w Masywie Tarnicy, żywił się kartoflami i brukwią z kopców w zniszczonych gospodarstwach, owocami z opuszczonych sadów, łapał w sidła małe zwierzęta i ptaki i marzył o tym, żeby zabijać wilki. Podobnie jak łoś, który ucieka do rzeki albo do jeziora przed stroniącym od wody wilkiem i czeka ze stoickim spokojem, aż czatujący na brzegu prześladowca się podda, Wasyl schodził z drogi ludziom. Pewien dezerter, który podobnie jak wielu innych ukrył się w lesie, a potem w Wołosatem podawał się za węglarza, znalazł Wasyla któregoś czerwcowego dnia, z gorączką, wycieńczonego i niezdolnego do ucieczki. Zabrał go do siebie i pielęgnował, bo chłopak mógł mu się do czegoś przydać.

Tę halę tutaj, powiedział Wasyl, zostawił mu węglarz, który sam wolał mieszkać w dolinie. A dom i szopę zbudował przed trzydziestu laty bez niczyjej pomocy. Było już późne popołudnie. Wzmagał się wiatr. Na zachodzie nad grzbietem gór gromadziły się bladofioletowe chmury. Wasyl nachylił się do rudego kocura, który wrócił tu znowu po ucieczce, i wystarczyło, że go dotknął, a kot przewrócił się na plecy, i czekał, żeby drapać go po brzuchu. Kobyła była już przygotowana do powrotu na dół, z kołem przywiązanym do siodła.

Na pewno nie zgubimy drogi do samochodu, ale czy będziemy umieli zamontować koło? Udało nam się go przekonać, że tak, że damy sobie radę. Nie powinniśmy się dłużej ociągać. Jest październik, noc nastaje szybko. Pogoda może się gwałtownie zmienić. Wystarczy, żebyśmy na dole dali koniowi klapsa, a sam wróci do domu.

Nie byliśmy pewni, co należy powiedzieć gospodarzowi na pożegnanie po podziękowaniach, i dlatego powtórzyliśmy tylko ukraińskie pozdrowienie, te pierwsze słowa, którymi Wasyl się do nas zwrócił:

Slawa Isusu Christu! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Nasz gospodarz, wybawiciel i przyjaciel uśmiechnął się tylko, a potem powiedział, co trzeba było odpowiedzieć na tamto poranne powitanie:

Slawa na wiki wikuw! Chwała na wieki wieków!

Być może tego późnego jesiennego popołudnia rzeczywiście czuwali nad nami aż do nastania nocy opiekuńczy aniołowie i wszyscy święci Karpat. Kobyła niosła nasze koło, jak gdyby nigdy niczego innego nie robiła, a kiedy się zatrzymywała, żeby z leśnego kobierca uszczknąć nieco koniczyny, bez trudu można było ją nakłonić do dalszej wędrówki. Tym razem droga wydawała się nam dziwnie krótka i o wiele łatwiejsza niż przed południem, od czasu do czasu odsłaniała przed nami widok na ułożone jedne obok drugich łańcuchy wzgórz we wszystkich możliwych odcieniach niebieskości.

Nasz oparty na lewarku samochód stał na leśnej dro­­dze, tak jak go zostawiliśmy, tylko boczne okna były zasmarowane, jakby szkło wylizały jakieś języki. Koń, zaledwie uwolniliśmy go od ciężaru, od razu zawrócił i nie czekając na klapsa, poczłapał w stronę domu. Zamontowanie koła także okazało się fraszką, nawet nie ubrudziliśmy sobie rąk. W bagażniku, w którym po awarii na próżno szukaliśmy zapasowego koła, znaleźliśmy nieużywane robocze rękawice. Jedynie noc nadeszła wcześniej, niż tego oczekiwaliśmy, i jeszcze bardziej opóźniła nasz powrót do Mucznego. Podczas gdy szczyty ciągle jeszcze otulała czerwona powłoka wieczornego światła, nasza powolna przeprawa przez zalesione doliny odbywała się już w mroku, który wkrótce zmienił się w ciemną, pochmurną noc. Poza sową, która wyfrunęła z jakiegoś pniaka na obrzeżu drogi prosto w snop światła reflektorów i przeleciała tuż nad nami, żeby zaraz powrócić w ciemność, nie spotkaliśmy żadnych innych zwierząt ani ludzi.

Jakże różniło się to od naszego powitania wczorajszego wieczoru, kiedy po trzech godzinach jazdy dotarliśmy wreszcie do pensjonatu w lesie. Obok oświetlonego jaskrawym światłem głównego budynku stał rząd samochodów terenowych w najróżniejszych rozmiarach, przed wszystkimi drewnianymi chatami jarzyły się podświetlone drogowskazy, a na wybrukowanym placu, w wielkiej, wypełnionej żarem niecce tliły się ostatnie płomyki dogasającego ogniska. Słychać było szum dieslowskiego generatora – i akordeon. Piątkowy wieczór. Weekendowe ożywienie.

Goście zgromadzeni wokół wielkiego, oświetlonego płonącymi świecami stołu kończyli właśnie kolację, zamieniając się przy wódce i piwie w jedno rozbawione, głośne towarzystwo. I odmienić miał się przy tym stole także nasz pogromca wilków Wasyl Borsuk.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?