Słodkie rozkosze

Tekst
Z serii: Wild Seasons #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Christina Lauren

Słodkie rozkosze


Tytuł oryginału

Sweet Filthy Boy ISBN 978-83-8116-336-1 Copyright © 2014 by Christina Hobbs and Lauren Billings All rights reserved Published by arrangement with Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc., New York Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Paulina Wierzbicka Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Podziękowania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział pierwszy

Mia

Dzień absolutorium w niczym nie przypomina tego, co pokazują filmy. Wyrzucam w górę biret, a on spadając, uderza kogoś w czoło. Główny mówca gubi notatki, które porywa mu wiatr, więc olewa sprawę i wygłasza straszliwie drętwą mowę o uczeniu się na błędach dla świetlanej przyszłości, włączając w to nieporadne historyjki o swoim niedawnym rozwodzie. Na filmach nikt nie wygląda, jakby miał za chwilę paść na udar w poliestrowej todze… Zapłaciłabym naprawdę wiele za to, żeby moje zdjęcia z tej uroczystości spłonęły. Ale i tak jest to idealny dzień.

Ponieważ, cholera, to koniec.

Po lunchu przed restauracją Lorelei — albo Lola dla tych nielicznych, którzy dostali się do wewnętrznego kręgu jej znajomych — wyjmuje kluczyki z torebki i brzęczy nimi, jednocześnie triumfalnie kręcąc biodrami. Tata całuje ją w czoło i udaje, że wcale nie ma wilgotnych oczu. Cała rodzina Harlow gromadzi się wokół niej, ściska i gada jeden przez drugiego, wspominając najważniejszą chwilę, w której Harlow przeszła przez scenę i otrzymała dyplom, po czym rzuca się na mnie i w ten sam sposób omawia moje piętnaście sekund sławy. Kiedy mnie puszczają, z uśmiechem przyglądam się zakończeniu ich sympatycznego rodzinnego rytuału.

„Zadzwoń, jak tylko dojedziecie”.

„Harlow, korzystaj z karty kredytowej. Nie, z American Express. Wszystko w porządku, kochanie, to twój prezent na koniec studiów”.

„Kocham cię, Lola. Bezpiecznej jazdy”.

Zrzucamy togi, wbijamy się do starego chevroleta Loli i uciekamy z San Diego w chmurze spalin, wśród entuzjastycznych okrzyków do muzyki, alkoholu i szaleństwa, które czeka nas w ten weekend. Harlow wydobywa listę piosenek na drogę: Britney Spears z pierwszego koncertu, kiedy miałyśmy osiem lat; absolutnie niedostosowana do sytuacji piosenka 50 Cent, którą naszej klasie udało się wynegocjować jako temat główny na jesienne spotkanie absolwentów; piosenka heavymetalowa z ciężkimi basami, która według Loli jest najbardziej seksowną piosenką świata, oraz jakieś pięćdziesiąt innych, które tworzą naszą wspólną historię. Harlow pogłaśnia muzykę, a my wyjemy do wtóru w gorącym, pełnym pyłu powietrzu wpadającym przez wszystkie okna.

Lola odsuwa z karku długie ciemne włosy i podaje mi gumkę, błagając, żebym je związała.

— Boże, skąd ten upał? — krzyczy z fotela kierowcy.

— Stąd, że mkniemy przez pustynię z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę w samochodzie z późnych lat osiemdziesiątych, bez klimy — odpowiada Harlow, wachlując się programem uroczystości. — A przypomnijcie mi, dlaczego nie pojechałyśmy moim samochodem?

— Bo czuć go kremem do opalania i podejrzanymi decyzjami?! — wrzeszczę, kiedy odwraca się do mnie gwałtownie z przedniego siedzenia.

— Bierzemy mój samochód — przypomina jej Lola, ściszając Eminema — ponieważ niemal owinęłaś nas na słupie elektrycznym, kiedy na swoim siedzeniu znalazłaś robaka. Nie ufam ci za kierownicą.

— To był pająk — sprzeciwia się Harlow. — Olbrzymi. Ze szczypcami.

— Pająk ze szczypcami?

— Mógł mnie zabić!

— Jasne. Powodując wypadek samochodowy.

Spiąwszy włosy Loli, przechylam się na oparcie; mam wrażenie, jakbym po raz pierwszy od tygodnia mogła swobodnie oddychać i śmiać się z dwiema osobami, które lubię najbardziej ze wszystkich. Upał wyssał ze mnie całą energię, ale dobrze jest odpuścić, zamknąć oczy i usiąść wygodnie, poczuć wiatr targający włosy, zbyt głośny, żeby usłyszeć swoje myśli. Przede mną trzy cudowne tygodnie lata, a potem przeprowadzka na drugi koniec kraju. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie muszę nic robić.

— Miło, że twoja rodzina została na obiedzie — odzywa się Lola swoim wyważonym, ostrożnym głosem, spoglądając na mnie we wstecznym lusterku.

— Ech — wzruszam ramionami, schylam się i grzebię w torebce w poszukiwaniu gumy lub cukierka czy czegokolwiek, co da mi wymówkę i pozwoli uniknąć usprawiedliwiania moich rodziców, którzy nie dotrwali do końca uroczystości.

Harlow obraca się i spogląda na mnie.

— Myślałam, że poszli na obiad ze wszystkimi?

— Chyba nie — odpowiadam po prostu.

Obraca się mocniej, na tyle, na ile pozwala jej pas bezpieczeństwa, i patrzy na mnie uważniej.

— A co powiedział David przed odjazdem?

Mrugając, spoglądam na równinę za oknem. Harlow nigdy w życiu nie nazwałaby po imieniu swojego ojca czy ojca Loli, ale odkąd pamiętam, mój zawsze jest dla niej Davidem, a wypowiada to imię z całą pogardą, na jaką potrafi się zdobyć.

— Powiedział, że jest ze mnie dumny i mnie kocha. I przykro mu, że nie mówił mi tego częściej.

Po tych słowach zapada cisza. Harlow milczy tylko wtedy, kiedy coś ją zaskoczy albo wkurzy.

— Poza tym — dodaję — teraz mogę wybrać sobie prawdziwy zawód i stać się użytecznym członkiem społeczeństwa.

„Nie igraj z niedźwiedziem, Mia” — myślę.

— Jezu — mówi przyjaciółka. — On chyba uwielbia walić tak, żeby najmocniej bolało. Ten facet podniósł bycie palantem do rangi sztuki.

Śmiejemy się wszystkie i bez słów zgadzamy się zmienić temat, bo co jeszcze można powiedzieć? Mój ojciec to faktycznie palant, nawet w chwilach, kiedy podejmuję własne życiowe decyzje zgodnie z jego sugestiami.

Ruch jest mały, z równiny wyrasta przed nami miasto — siateczka świateł lśniących na tle gasnącego słońca. Z każdym kilometrem powietrze się ochładza; czuję, jak samochód na nowo wypełnia energia; Harlow prostuje się i na ostatni odcinek drogi nastawia nową playlistę. Zaczynam się wiercić i chichotać na tylnym siedzeniu; śpiewam chwytliwą piosenkę z płyty, której akompaniuje ciężki bas.

 

— Czy moje dziewczyny są gotowe zaszaleć? — pyta Harlow, zsuwając w dół osłonę przeciwsłoneczną z popękanym lusterkiem od wewnątrz i malując usta błyszczykiem.

— Nie — Lola skręca w East Flamingo Road. Kawałek dalej rozciąga się przed nami rozjarzony, kolorowy dywan świateł, huczący od klaksonów. Las Vegas Strip. — Ale dla ciebie mogę nawet wypić wielkie drinki i zatańczyć z niezbyt trzeźwymi facetami.

Kiwam głową, od tyłu oplatam Harlow ramionami i ściskam. Przyjaciółka udaje, że się dławi, ale kładzie mi rękę na dłoni, żebym się nie odsunęła. Nikt nie odrzuca uścisków mniej przekonująco niż Harlow.

— Kocham was, psycholki — mówię; w każdym innym towarzystwie te słowa porwałby wiatr, niosący pył do samochodu, ale Harlow schyla się, cmoka mnie w rękę, a Lola rzuca mi przez ramię uśmiech. Jakby zostały zaprogramowane na ignorowanie długich przerw na milczenie i wyławianie mojego głosu z chaosu dźwięków.

— Musisz mi coś obiecać, Mia — mówi Lola. — Słuchasz?

— Ale nie chodzi o to, że mam uciec i zostać girlsą, prawda?

— Niestety nie.

Od miesięcy planowałyśmy tę wycieczkę — ostatni wyskok przed dorosłym życiem i związaną z nim odpowiedzialnością. Jestem gotowa na każdą propozycję przyjaciółki. Wyciągam szyję, biorę głęboki wdech i udaję, że rozciągam ręce jak przed walką.

— Kiepsko. Nawet nie wiecie, jaka jestem świetna w tańcu na rurze. Ale dobra, wal.

— Dzisiaj wieczorem zostaw wszystko w San Diego — mówi. — Nie przejmuj się ojcem ani tym, którą fankę Luke wypieprzy w weekend.

Na wspomnienie mojego byłego żołądek ściska mi się lekko, chociaż rozstaliśmy się w zgodzie niemal dwa lata temu. Po prostu Luke był moim pierwszym, ja byłam jego pierwszą dziewczyną, razem nauczyliśmy się wszystkiego. Właściwie powinnam zażądać prowizji od jego aktualnych podbojów.

— Nie myśl o pakowaniu się do Bostonu — mówi dalej Lola. — Myśl tylko o jednym: że to już koniec studiów. Koniec, Mia! Resztę zapakuj w pudełko i wsuń pod łóżko.

— Podoba mi się pomysł wsuwania i łóżek — wtrąca Harlow.

W każdej innej sytuacji roześmiałabym się. I chociaż Lola na pewno nie miała takiego zamiaru, jej wzmianka o Bostonie zatrzasnęła maleńkie okno pozbawione niepokoju, które udało mi się wcześniej znaleźć. Natychmiast zmalało moje zażenowanie zachowaniem ojca, który przed czasem wymknął się z największej uroczystości w moim życiu, i osłabła reakcja na nowo odkrytą u Luke’a cechę dziwkarza. Zalewa mnie fala paniki o przyszłość. Teraz, jako absolwentka, już nie mogę jej ignorować. Za każdym razem na myśl o przyszłości żołądek wywraca mi się na lewą stronę, zapala i zamienia w popiół. Ostatnio czuję się tak na tyle często, że może powinnam to jakoś nazwać.

Za trzy tygodnie wyjeżdżam do Bostonu — i to do szkoły ekonomicznej! — najdalej, jak to możliwe, od dziecięcych marzeń. Będę miała mnóstwo czasu na znalezienie mieszkania, pracy, która pozwoli mi opłacić rachunki, oraz na ustalenie sobie pełnego grafiku zajęć jesiennych, kiedy wreszcie spełnię odwieczne marzenie ojca i dołączę do grona biznesowych typów robiących interesy. Ojciec ma nawet płacić za moje mieszkanie. „Dwie sypialnie — postanowił wielkodusznie. — Żebyśmy z mamą i chłopcami mogli cię odwiedzić”.

— Mia? — zagaduje Lola.

— Okej — mówię i kiwam głową, zastanawiając się, kiedy zyskałam największy bagaż życiowy z całej naszej trójki. Ojciec Loli to weteran wojenny. Rodzice Harlow to Hollywood. A ja jestem zwykłą dziewczyną z La Jolla, która kiedyś tańczyła. — Wsuwam pod łóżko — wypowiedziane na głos słowa nabierają większego ciężaru. — Włożę je do pudełka razem z przerażającymi zabawkami Harlow z sex shopu.

Harlow śle mi przesadnego całusa, a Lola z przekonaniem kiwa głową. Z nas trzech ona najlepiej wie, co to stres i odpowiedzialność, ale ona potrafi o nich zapomnieć na weekend. Ja też.

*

Podjeżdżamy przed hotel. Lola i ja gramolimy się z samochodu, wyjmujemy nasze proste worki. Wyglądamy, jakbyśmy właśnie wyszły z burzy piaskowej. Czuję się obrzydliwie brudna. Jedynie Harlow wydaje się całkowicie na swoim miejscu. Wysiada ze starego chevroleta, jakby to była lśniąca czarna miejska bryka. Wciąż wygląda przyzwoicie, a za sobą ciągnie błyszczącą walizkę.

Na piętrze odbiera mowę nam wszystkim, nawet Harlow, która wyraźnie milknie z zaskoczenia. Na piętrze są jeszcze tylko dwa pokoje, a nasz apartament Sky Suite jest ogromny.

Ojciec Harlow, bardzo znany operator filmowy, zarezerwował nam pokój jako prezent na absolutorium. Spodziewałyśmy się standardowego pokoju w hotelu w Vegas, darmowego szamponu, może nawet w przypływie szaleństwa mogłybyśmy spustoszyć minibarek na jego koszt. Snickersy i małpki wódki dla każdej!

Ale tego się nie spodziewałyśmy. W holu wejściowym (bo tu jest osobny hol), wsunięta między obfity kosz owoców a butelkę szampana, tkwi kartka od ojca Harlow z informacją, że mamy do dyspozycji lokaja, na żądanie przyjdzie do nas masażystka, a ojciec Harlow zapłaci za wszystkie posiłki dostarczane do pokoju. Gdyby Alexander Vega nie był ojcem mojej najbliższej przyjaciółki, w dodatku szczęśliwym z żoną, mogłabym w podziękowaniu zaoferować mu seks.

Przypomnijcie mi, żebym powiedziała o tym Harlow.

*

Wyrosłam w ciuchach, które ledwie mnie zakrywały, prezentując się na scenie przed setkami ludzi, udając kogoś innego, niż jestem, więc nawet z długą blizną na nodze czuję się zdecydowanie swobodniej niż Lola w jednej z sukienek, które Harlow dla nas wybrała. Lola nawet nie chce założyć swojej.

— To prezent na absolutorium — mówi Harlow. — Jakbyś się czuła, gdybym nie przyjęła tego czasopisma od ciebie?

Lola wybucha śmiechem i rzuca w nią poduszką.

— Gdybym cię poprosiła, żebyś wydarła z niego strony i przerobiła na sukienkę, która ledwie zakrywa ci tyłek, wtedy mogłabyś bez problemu odmówić przyjęcia prezentu.

Pociągam za brzeg sukienki, w myślach zgadzając się z Lolą i żałując, że nie jest nieco dłuższa. Obecnie rzadko pokazuję aż tyle uda.

— Mia już założyła swoją — zauważa Harlow. Jęczę.

— Mia całe życie nosiła trykoty, ma kieszonkowy rozmiar i jest zbudowana jak gazela — przekonuje Lola. — Poza tym jestem pewna, że po bliższym przyjrzeniu mogłabym zobaczyć jej waginę. Jestem dziesięć centymetrów wyższa od niej, w tej sukience będzie mi widać macicę.

— Co za uparciuch.

— Co za zdzira.

Słucham ich sprzeczki z zadowoleniem, stojąc przy oknie. Obserwuję przechodniów na słynnej ulicy, którzy z wysokości czterdziestego piątego piętra tworzą rząd kolorowych kropek. Nie wiem, dlaczego Lola tak się upiera. Wszystkie wiemy, że to tylko kwestia czasu i będzie musiała się poddać. Harlow to despotka, zawsze musi postawić na swoim. Co dziwne, zawsze bardzo mi się to u niej podobało: ona wie, czego chce i dąży do tego. Lola na swój sposób jest podobna, ale stosuje nieco bardziej subtelne techniki niż obcesowa Harlow.

Lola wydaje z siebie jęk, lecz zgodnie z przewidywaniami w końcu przyznaje się do porażki. Jest na tyle inteligentna, że umie rozpoznać, kiedy nie ma szans na wygraną, i już po paru minutach narzuca sukienkę, wkłada buty, po czym schodzimy na dół.

*

To był długi dzień. Wszystkie skończyłyśmy pierwszy etap studiów, zmyłyśmy z siebie kurz i zmartwienia dotyczące prawdziwego życia, a Harlow uwielbia zamawiać drinki. A poza tym? Uwielbia patrzeć, jak wszyscy inni piją. Zanim wybije wpół do dziesiątej, uznaję, że upiłyśmy się akurat tyle, ile trzeba: nieco plączą się nam języki, ale możemy chodzić. Od wieków nie widziałam, żeby Lola i Harlow tak się śmiały: Lola opiera policzek na skrzyżowanych ramionach, które trzęsą się ze śmiechu, a Harlow odrzuca głowę do tyłu; dźwięk jej chichotu niesie się ponad głośną muzyką i ponad barem.

I właśnie w chwili, kiedy Harlow odrzuca do tyłu głowę, moje oczy napotykają wzrok mężczyzny stojącego po drugiej stronie zatłoczonego pomieszczenia. W ciemnym barze nie widzę dokładnie jego rysów, ale mężczyzna jest na pewno o kilka lat starszy od nas; wysoki, ma jasnobrązowe włosy i ciemniejsze brwi oraz błyszczące, filuterne oczy. Przygląda się nam z uśmiechem, jakby w ogóle nie chciał do nas dołączyć, lecz wystarczałoby mu przyglądanie się naszej zabawie. Obok niego stoi dwóch innych, rozmawiają i wskazują coś w kącie, ale on nie odwraca wzroku przed moim spojrzeniem. Wręcz przeciwnie, uśmiecha się jeszcze szerzej.

Ja też nie potrafię oderwać od niego wzroku, co jest dziwne, bo zazwyczaj bardzo dobrze wychodzi mi unikanie spojrzeń obcych ludzi. Serce podskakuje mi w piersi, przypominając, że powinnam się zachować bardziej niezręcznie, może podpowiadając, żebym skupiła się na drinku. Nie wychodzi mi kontakt wzrokowy. Nie wychodzi mi zwykle rozmowa. Mam wrażenie, że jedyne mięśnie, jakich nigdy nie udało mi się porządnie wyćwiczyć, to te odpowiedzialne za swobodną rozmowę.

Jednak z jakiegoś powodu — można winić alkohol — nie odwracając wzroku od ciacha za barem, czuję, jak moje usta same formują słowo „Cześć”.

Mężczyzna odpowiada tym samym, po czym unosi kącik ust i — o rany — przez resztę życia powinien tak robić codziennie i wobec wszystkich napotkanych osób. Ma dołeczek; zapewniam samą siebie, że to tylko kwestia światła i cienia, czyli przypadek, bo niemożliwe, żeby tak prosta cecha była tak wspaniała.

Czuję coś dziwnego wewnątrz; zastanawiam się, czy to mają na myśli ludzie, twierdząc, że topnieją, gdyż w tej chwili doświadczam czegoś takiego. W okolicy poniżej mojej talii czuję wyraźny odruch zainteresowania. Wielki Boże, jeśli tylko jego uśmiech wywołał taką reakcję, wyobraźcie sobie, co jego…

Zanim zdołam dokończyć tę myśl, Harlow łapie mnie za rękę, odrywając od wnikliwego studiowania jego twarzy. Przyjaciółka pociąga mnie w tłum ciał chwiejących się i wijących w rytm seksu bijącego z głośników. Chłopak tego typu zdecydowanie wytrąca mnie z równowagi, zatem całą moją nagłą chęć podejścia do niego wsuwam do pudełka i pod łóżko z całą resztą.

*

Chyba musimy powoli przyzwyczajać się do Vegas, gdyż po tańcach i alkoholu przed północą lądujemy w naszym apartamencie, zmęczone długą ceremonią w upalnym słońcu, jazdą w upale oraz alkoholem pitym bez porządnego posiłku.

Choć apartament jest bardzo przestronny i ma nawet dwie sypialnie, wszystkie gromadzimy się w jednej. Lola i Harlow zasypiają w kilka minut; wkrótce rozlega się znajome mamrotanie Harlow, która gada we śnie. Lola jest niemal wstrząsająco cicha i nieruchoma. Tak głęboko zapada się w pościel, że kiedyś, w dzieciństwie, zastanawiałam się, czy przypadkiem na czas snu nie znika w materacu. Chwilami naprawdę mam ochotę sprawdzić, czy oddycha.

Jednak po drugiej stronie korytarza rozlegają się odgłosy imprezy.

Ciężkie basy wprawiają w drżenie lampę wiszącą dokładnie nad moją głową. Męskie głosy wypełniają pustą przestrzeń między pokojami, krzyczą i śmieją się, słychać kakofonię okrzyków i męskich odgłosów. Gdzieś w oddali piłka uderza o ścianę, a chociaż z zamętu wyławiam tylko kilka pojedynczych głosów, robią tyle hałasu, jakby cały apartament wypełniali podpici chłopcy świętujący weekend w Vegas.

O drugiej w nocy nic się nie zmienia: gapię się na sufit, coraz bardziej rozbudzona, a jednocześnie senna. Kiedy wybija trzecia, jestem już tak wkurzona, że mogłabym wyjść na ulicę i strzelać do przechodniów, żeby tylko złapać kilka godzin snu przed naszymi wczesnymi zabiegami spa.

Wyślizguję się z łóżka — cicho, żeby nie obudzić przyjaciółek — po czym śmieję się z absurdalności mojego postępowania. Skoro dziewczyn nie obudził grzmiący hałas z korytarza, na pewno nie przeszkodzi im szelest moich stóp na wykładzinie dywanowej. Łapię klucz i wychodzę cicho z pokoju.

Walę pięścią w drzwi i czekam, dysząc z irytacji. Hałas nie słabnie; nie jestem pewna, czy zabębniłam na tyle mocno, by w ogóle mnie dosłyszeli. Unoszę obie pięści i znów uderzam. Nie chcę być tą sztywniarą, która w Las Vegas zwraca sąsiadom uwagę na to, że za głośno się bawią, ale oprócz zwrócenia im uwagi pozostało mi jedynie zawiadomić ochronę hotelu.

Tym razem muzyka nie cichnie, a za drzwiami rozlega się odgłos kroków na kafelkach.

Może oczekiwałam starszego, spalonego słońcem palanta na wakacjach lub też grupy bankierów w średnim wieku, którzy wyrwali się na cudzołożny weekend, albo może pokoju pełnego zbratanych facetów popijających wódkę z pępka striptizerki. Nie spodziewałam się jednak, że ujrzę jego — faceta z baru.

 

Nie oczekiwałam również, że otworzy mi drzwi bez koszulki, jedynie w czarnych bokserkach zwisających tak nisko z opalonego brzucha, że widzę też delikatną linię włosów poniżej.

Nie oczekuję uśmiechu na mój widok i zdecydowanie nie spodziewam się akcentu, z jakim powiedział:

— Znam cię.

— Nie znasz — ripostuję równym głosem, chociaż nieco bez tchu. Teraz już się nie jąkam przy rodzinie ani przyjaciołach, a przy obcych, z którymi czuję się swobodnie, tylko czasami. Jednak w tej chwili czuję gorąco na twarzy, a na rękach i nogach gęsią skórkę, nie mam więc pojęcia, jak rozumieć moje pozbawione jąkania słowa.

Jeśli to możliwe, jego uśmiech jeszcze się poszerza, rumieniec pogłębia, dołeczek staje się wyraźniejszy. Chłopak szerzej otwiera drzwi i robi krok w moją stronę. Jest jeszcze przystojniejszy niż widziany przez całe pomieszczenie, wypełnia swoją obecnością całą framugę drzwi. Jest tak wyrazisty, że robię krok do tyłu, jakby odepchnięta. Facet tchnie swobodą, utrzymuje kontakt wzrokowy, uśmiecha się promiennie, nachylając się ku mnie, i żartobliwie mierzy mnie wzrokiem.

Jestem otrzaskana ze sceną i widziałam już takich magików. Wygląda jak zwykły człowiek, ale ma w sobie nieuchwytną cechę, która sprawia, że wszyscy wodzą za nim wzrokiem, kiedy pojawi się na scenie, niezależnie od tego, jak małą rólkę zagra. To więcej niż charyzma, to magnetyzm, niemożliwy do nauczenia czy wyćwiczenia. Stoję ledwie o dwa kroki od niego… nie mam szans.

— A jednak cię znam — mówi, lekko przekrzywiając głowę. — Już się poznaliśmy, tylko jeszcze się sobie nie przedstawiliśmy — przez moment zastanawiam się, skąd pochodzi jego akcent, po chwili do mnie dociera: to Francuz. Ten dupek jest Francuzem. Jednak akcent ma dość słaby, miękki, delikatny. Nie zawija końcówek wyrazów, lecz starannie je od siebie oddziela i podaje na talerzu.

Mrużę oczy i zmuszam się, by spojrzeć mu w twarz. To niełatwe. Klatkę piersiową ma gładką i opaloną, najbardziej idealne sutki, jakie w życiu widziałam — małe i płaskie. Niemal nie ma tłuszczu i jest tak wysoki, że można na nim jeździć jak na koniu. Czuję ciepło bijące od jego skóry. Na dodatek ma na sobie tylko bokserki, co w żaden sposób go nie żenuje.

— Strasznie hałasujecie — mówię, przypominając sobie powód, który mnie tu sprowadził. — Chyba znacznie bardziej mi się podobałeś po drugiej stronie zatłoczonego baru niż po drugiej stronie korytarza.

— Ale nie ma to, jak kontakt twarzą w twarz, prawda? — jego głos przyprawia mnie o drżenie, które rozchodzi się po moich ramionach. Nie odpowiadam, wtedy on obraca się, zerka przez ramię i znów odwraca się do mnie. — Przepraszam za te hałasy. To wszystko przez Finna. Jest Kanadyjczykiem, więc oczywiście to dzikus. Oliver za to pochodzi z Australii i jest okropnie niekulturalny.

— Kanadyjczyk, Australijczyk i Francuz robią sobie dziką imprezkę w pokoju hotelowym? — pytam, mimo woli powściągając uśmiech. Usiłuję sobie przypomnieć, jak powinno się zachować po wejściu na ruchome piaski: walczyć czy wręcz przeciwnie. Właśnie tak się teraz czuję: zapadam się, pochłania mnie jakaś próżnia większa ode mnie.

— Brzmi jak początek dowcipu — przytakuje chłopak, kiwając głową. W zielonych oczach zapala się błysk; ma rację, znacznie lepiej stać twarzą w twarz, niż słuchać się przez ścianę lub nawet obserwować przez ciemny, zatłoczony bar. — Zapraszam.

Jeszcze nigdy nie słyszałam słów jednocześnie tak niebezpiecznych i tak kuszących. Jego wzrok pada na moje usta, zatrzymuje się na nich na moment, po czym przesuwa po moim ciele. Pomimo swojej propozycji sprzed chwili chłopak wychodzi na korytarz, a drzwi się za nim zamykają. Teraz jesteśmy tylko we dwoje, jego naga klatka i… o rany, silne nogi i możliwość odlotowego spontanicznego seksu w korytarzu.

Zaraz. Słucham?

Przypominam sobie również, że stoję przed nim tylko w króciutkich szortach od piżamy i koszulce bez rękawów, za to w małe świnki. Nagle uświadamiam sobie jasność światła w korytarzu, czuję, jak moje palce same z siebie, instynktownie pociągają materiał w dół, żeby zakryć bliznę. Zwykle dobrze się czuję w moim ciele — choć oczywiście jako kobieta zawsze znalazłabym coś do poprawki — ale moja blizna to co innego. Nie chodzi tylko o to, jak wygląda — aczkolwiek, szczerze mówiąc, Harlow wciąż patrzy ze współczuciem na jej widok — ale o to, co mi przypomina: utratę stypendium w Akademii Tańca Joffreya, śmierć marzenia.

Jednak pod wzrokiem chłopaka mam wrażenie, że jestem naga — w dobry sposób — a pod bawełną koszulki czuję, jak napinają mi się sutki.

On to zauważa, podchodzi jeszcze o krok bliżej, przynosząc ze sobą falę ciepła i zapach mydła, a ja nagle nabieram pewności, że on wcale nie patrzy na moją nogę. Chyba nawet jej nie widzi; wystarczająco podoba mu się mój wygląd, by zignorować to, co oznacza blizna. A oznacza traumę i ból. Jednak jego oczy mówią tylko: „tak”, „proszę” oraz „figle”. I to, że chętnie zobaczyłby więcej.

Nieśmiała dziewczyna we mnie krzyżuje ramiona na piersi, usiłuje wyciągnąć mnie stąd do bezpiecznego pokoju. Jednak jego spojrzenie utrzymuje mnie w miejscu.

— Nie byłem pewien, czy jeszcze cię zobaczę — jego głos brzmi bardziej chropowato, przywodząc na myśl wszystkie kosmate rzeczy, które chciałabym usłyszeć z jego ust wywarczane w mój kark. Mój puls szaleńczo przyspiesza i wali jak werbel. Zastanawiam się, czy on to widzi. — Szukałem cię.

Szukał mnie.

Jestem zaskoczona, że mój głos brzmi tak czysto.

— Wyszłyśmy krótko po tym, jak cię widziałam — odpowiadam.

Chłopak wysuwa koniuszek języka i rzuca spojrzenie na moje usta.

— Może… wejdziesz do środka? — w tych czterech słowach zamykają się niezliczone, niewysłowione obietnice. Jakby jakiś nieznajomy proponował mi najwspanialszego cukierka na ziemi.

— Idę spać — udaje mi się w końcu wydukać i unoszę dłoń, żeby nie podchodził bliżej. — A wy, panowie, uciszcie się trochę, bo w przeciwnym razie przyślę do was Harlow. Jeśli i to nie pomoże, obudzę Lolę, a wtedy będziecie się cieszyć, jak zostawi was tylko zakrwawionych i posiniaczonych.

Chłopak śmieje się.

— Naprawdę mi się podobasz.

— Dobranoc — odwracam się w stronę naszych drzwi, a moje nogi lekko drżą.

— Jestem Ansel.

Nie zwracam na niego uwagi, wkładając klucz do zamka.

— Czekaj! Powiedz mi tylko, jak masz na imię.

Zerkam przez ramię. Wciąż się uśmiecha. Poważnie, w trzeciej klasie jeden dzieciak miał dołeczek i nie budził we mnie takiego uczucia. Ten chłopak powinien nosić na stałe naklejkę ostrzegawczą.

— Zamknij się teraz, jutro ci powiem.

Chłopak robi kolejny krok do przodu, bosymi stopami stoi na wykładzinie dywanowej, odprowadza mnie spojrzeniem i mówi:

— Czy to oznacza, że jesteśmy umówieni na randkę?

— Nie.

— I naprawdę nie powiesz mi, jak masz na imię? Proszę.

— Jutro.

— Zatem na razie będę cię nazywał cerise.

— Dla mnie w porządku! — wołam i wchodzę do mojego pokoju. Przypuszczam, że właśnie nazwał mnie sztywniarą, purytanką lub prosiakiem.

Jednak sposób, w jaki wymruczał te dwa słowa, każe mi podejrzewać, że miał na myśli coś zupełnie innego.

Położywszy się do łóżka, sprawdzam w telefonie. „Cerise” oznacza wiśnię. Oczywiście. Nie jestem pewna, co o tym sądzić, przy czym mam wrażenie, że nie jest to aluzja do koloru moich paznokci.

Obie dziewczyny śpią, ale ja nie mogę zasnąć nawet wtedy, gdy hałas w pokoju naprzeciwko już ucichł i w apartamencie panuje cisza. Jest mi gorąco, rumienię się, żałuję, że nie starczyło mi odwagi, żeby jeszcze przez chwilę zostać w korytarzu.