Piękny sekret

Tekst
Z serii: Beautiful Bastard #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piękny sekret
Piękny sekret
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Piękny sekret
Piękny sekret
Audiobook
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Christina Hobbs Lauren Billings

PIękny sekret


ISBN: 978-83-65521-55-2

TYTUŁ ORYGINAŁU: Beautiful Secret



Copyright © 2015 by Christina Hobbs and Lauren Billings

All rights reserved


Published by arrangement with Gallery Books,

a division of Simon & Schuster, Inc., New York


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016


Zdjęcie na okładce: Viorel Sima/Shutterstock

Redakcja, skład, łamanie: Witold Kowalczyk


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Ruby

— Nie twierdzę, że na pewno ma ogromnego kutasa, ale również temu nie zaprzeczam.

— Pippa — jęknęłam, z przerażeniem zakrywając twarz dłońmi. Była siódma trzydzieści, czwartek rano, na miłość boską. Chyba się już nie upiła.

Rzuciłam przepraszający uśmiech facetowi stojącemu naprzeciwko, który wpatrywał się w nas szeroko otwartymi oczami, a jednocześnie zastanawiałam się, czy siłą woli zdołam przyśpieszyć ruch windy.

Rzuciłam Pippie wściekłe spojrzenie przez szerokość kabiny.

— Co? — zapytała bezgłośnie i rozstawiła palce wskazujące na jakieś trzydzieści centymetrów. — Zawieszenie jak u konia — wyszeptała.

Od konieczności powtórnych przeprosin wybawił mnie przystanek na trzecim piętrze. Drzwi się otworzyły.

— Zdajesz sobie sprawę, że nie byłyśmy tam same, prawda? — syknęłam, idąc za nią korytarzem. Za rogiem zatrzymałyśmy się przed szerokimi podwójnymi drzwiami z nazwiskiem Richardson-Corbett wygrawerowanym w mlecznym szkle.

Uniosła wzrok znad monstrualnej torebki, w której właśnie grzebała, brzęcząc bransoletkami na prawym przedramieniu. Szukała kluczy. Torebkę miała ogromną, jaskrawożółtą i nabitą błyszczącymi metalowymi ćwiekami. W ostrym świetle jarzeniówek jej długie rude włosy wyglądały wręcz neonowo.

Ja miałam włosy ciemnoblond i torebkę na długim pasku; przy niej czułam się jak wafelek waniliowy.

— Nie byłyśmy?

— Nie! Przed tobą stał ten gość z księgowości. Muszę potem do nich iść, a dzięki twojej wstawce czeka nas wymiana zakłopotanych spojrzeń na wspomnienie chwili, kiedy wygłosiłaś uwagę o kutasie.

— Powiedziałam też „zawieszenie jak u konia” — przez chwilę przybrała minę winowajczyni, po czym znów skupiła się na torebce. — Goście w księgowości i tak powinni wyluzować. — Potem, dramatycznym gestem wskazując wciąż ciemny korytarz przed nami, dodała: — Jak rozumiem, w tej chwili jesteśmy same, nawet jak na twoje standardy?

Dygnęłam przed nią żartobliwie.

— Jak najbardziej.

Kiwnęła głową i ściągnęła brwi w skupieniu.

— Chodzi mi o to, że na logikę on musi być ogromny.

— Na logikę — powtórzyłam, tłumiąc uśmiech. Serce znów podskoczyło mi dziwnie, jak zawsze, kiedy rozmawiałyśmy o Niallu Stelli. Spekulacje na temat wielkości jego penisa mogły mnie rozstroić do reszty.

Triumfalnie wyrzucając ramię do góry, Pippa uniosła klucze do biura, po czym najdłuższy włożyła do zamka.

— Ruby, widziałaś jego palce? Jego stopy? Nie wspominając o tym, że ma jakieś dwa i pół metra wzrostu.

— Nieco ponad dwa metry — poprawiłam pod nosem. — Ale rozmiar dłoni niekoniecznie przekłada się na cokolwiek — zamknęłyśmy za sobą drzwi i pstryknęłyśmy włącznikiem światła. — Wielu facetów ma duże dłonie, ale wcale nie może się pochwalić niczym specjalnym w dziedzinie męskości.

Poszłam za Pippą wąskim korytarzem do pokoju pełnego biurek w mniejszym, nie tak wystawnym kącie na trzecim piętrze. Nasz zakątek biura był zatłoczony, lecz przytulny — łut szczęścia, biorąc pod uwagę, że spędzałam tu więcej czasu niż w moim maleńkim mieszkanku wynajmowanym w południowym Londynie.

Richardson-Corbett Consulting może być jedną z największych i najbardziej prężnych firm technologicznych w Europie, ale jednocześnie przyjmują tylko kilkoro stażystów. Jako świeżo upieczona absolwentka Uniwersytetu Stanowego San Diego byłam wniebowzięta, kiedy udało mi się złapać tę posadę. Pracowało się dużo, a wypłata od razu wyleczyła mnie z namiętności do kupowania butów, lecz poświęcenie już zaczynało się opłacać: po dziewięćdziesięciu dniach stażu taśma klejąca z nabazgranym nazwiskiem „Ruby Miller” została zastąpiona przez metalową tabliczkę, a mnie przeniesiono z kanciapy na pierwszym piętrze do jednego ze wspólnych biur na trzecim.

Przebrnęłam przez szkołę średnią i przeżyłam studia pierwszego stopnia tylko z lekkimi obrażeniami. Później przeprowadzka na drugą półkulę i spotkania z najlepszymi umysłami ścisłymi w Wielkiej Brytanii. Nigdy w życiu tak ciężko na nic nie pracowałam. Jeśli uda mi się skończyć ten staż tak dobrze, jak go zaczęłam, to zdobędę miejsce na studiach magisterskich na Oksfordzie. Oczywiście dobremu zakończeniu stażu najprawdopodobniej nie sprzyjają rozmówki o penisach dyrektorów w windzie biura…

Jednak Pippa dopiero się rozkręcała.

— Pamiętam, czytałam, że sięga od nadgarstka po środkowy palec… — dodała i palcami zmierzyła długość własnej dłoni, po czym uniosła ją, by pokazać, co ma na myśli. — Jeśli to prawda, to być może jest to twój wymarzony mężczyzna.

Nucąc pod nosem, powiesiłam płaszcz na drzwiach.

— Pewnie tak.

Pippa rzuciła torbę na krzesło i zmierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem.

— Uwielbiam tę twoją udawaną obojętność. Jakbyś nie gapiła się na jego klejnoty, gdy tylko gość znajdzie się w promieniu trzech metrów od ciebie.

Próbowałam przybrać oburzony wyraz twarzy i znaleźć jakąś odpowiedź. Ale żadnej nie znalazłam. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy rzuciłam tyle ukradkowych spojrzeń w kierunku krocza Nialla Stelli, że stałam się dyplomowaną specjalistką od topografii tych okolic.

Ze zrezygnowanym westchnieniem wrzuciłam torebkę do szuflady biurka i ją zamknęłam. Najwidoczniej moje ukradkowe spojrzenia nie były jednak tak dyskretne.

— Niestety, jestem przekonana, że nigdy, przenigdy nie znajdą się odpowiednio blisko.

— No pewnie, jeśli nigdy się do niego nie odezwiesz. Słuchaj, jak tylko trafi mi się sposobność, poderwę to rude ciacho z PR i przyprę do ściany. Przynajmniej porozmawiaj z tym swoim kolesiem, Ruby.

Ale ja tylko pokręciłam głową; koleżanka trzepnęła mnie apaszką.

— Uznaj to za zadanie na zajęcia z integralności strukturalnej. Powiedz mu, że musisz zbadać rozciągliwość jego stalowego dźwigara.

Jęknęłam.

— Fantastyczny plan.

— No dobrze, to coś innego. Ten blondynek z mail roomu zawsze się na ciebie gapi.

Skrzywiłam się.

— Nie jestem zainteresowana.

— No to Ethan z działu umów. Jest niski, ale wysportowany. Widziałaś tę jego sztuczkę z językiem? Pokazywał ją w pubie.

— Boże, nie — usiadłam i zgarbiłam się pod ciężarem jej taksującego wzroku. — Czy my naprawdę rozmawiamy na taki temat? Czy nie możemy udawać, że nie jestem ciężko zakochana?

 

— Niestety, nie. Nie obchodzi cię żaden inny facet, ale do pana sztywniaka też nie chcesz wystartować — westchnęła. — Nie zrozum mnie źle, Stella jest świetny, ale trochę usztywniony, nie uważasz?

Przesunęłam paznokciem wzdłuż krawędzi biurka.

— I to mi się nawet w nim podoba — przyznałam. — Jest stabilny.

— Nudny — odpaliła Pippa.

— Powściągliwy — upierałam się. — Jakby żywcem wyjęty z powieści Jane Austen. Taki pan Darcy — dodałam z nadzieją, że to porównanie pomoże jej zrozumieć.

— Nie ogarniam tego. Pan Darcy traktuje Elizabeth tak rzeczowo, że niemal grubiańsko. Po co ci ktoś, z kim będziesz miała tyle zachodu?

— Jak to zachodu? — zapytałam. — Darcy nie zasypuje jej fałszywymi pochwałami ani komplementami bez znaczenia. Kiedy wyznaje jej miłość, naprawdę to czuje.

Pippa opadła na krzesło i włączyła komputer.

— A może wolę flirciarzy.

— Ale flirciarz tak samo traktuje wszystkie — sprzeciwiłam się. — Darcy jest niezgrabny i trudny do rozgryzienia, ale gdy go zdobędziesz, będzie twój na zawsze.

— Dla mnie to za dużo zachodu.

Wiedziałam, że zawsze byłam romantyczką, lecz wyobrażenie sobie mojego powściągliwego bohatera w chwili uniesienia — bez zahamowań, spragnionego, pociągającego — sprawiało, że kiedy mój idol znalazł się w odległości dwóch metrów, nie potrafiłam myśleć o niczym innym.

Problem w tym, że w takich okolicznościach traciłam też całą inteligencję.

— Jak mogę mieć jakiekolwiek nadzieje na autentyczną rozmowę? — zapytałam. Wiedziałam, że nigdy się na to nie zdobędę, lecz dobrze było wreszcie omówić temat z kimś, kto go zna, z kimś innym niż London i Lola, które zostały na drugiej półkuli. — Wiesz, rozmowę, w której naprawdę oboje uczestniczymy? W zeszłym tygodniu na spotkaniu Anthony zapytał, czy mogę zaprezentować jakieś dane, które miałam przygotować do projektu Diamond Square. Szło mi doskonale, dopóki nie uniosłam wzroku i nie zobaczyłam Nialla Stelli za Anthonym. Wiesz, jak ciężko nad tym pracowałam? I to przez kilka tygodni. Jedno spojrzenie i całą koncentrację diabli wzięli.

Z jakiegoś powodu nie byłam w stanie myśleć o nim, używając jedynie imienia. Niall Stella brzmiało jak zaszczytny tytuł, jak książę Harry lub Jezus Chrystus.

— Przerwałam w pół zdania — mówiłam dalej. — Kiedy znajdzie się obok, to albo zaczynam pleść bzdury, albo zapominam języka w gębie.

Pippa się roześmiała, po czym zmrużyła oczy i zmierzyła mnie wzrokiem. Wzięła do ręki kalendarz i udała, że go przegląda.

— Ciekawe… właśnie zdałam sobie sprawę, że jest czwartek — zaśpiewała. — To by wyjaśniało, dlaczego masz taką seksowną fryzurę i tę zalotną miniówkę.

Przeczesałam włosy wycieniowane na wysokości podbródka.

— Codziennie mam taką fryzurę.

Pippa prychnęła. Szczerze mówiąc, zbyt dużo czasu spędziłam rano na przygotowaniach, ale potrzebowałam pewności siebie. Jak słusznie zauważyła, dzisiaj był czwartek, mój ulubiony dzień tygodnia, ponieważ widywałam go właśnie w tym dniu.

* * *

Ogólnie rzecz biorąc, w ten czwartek nie czekało mnie nic pasjonującego. Tego dnia lista zadań obejmowała prozaiczne rzeczy typu podlanie małego fikusa, którego ze względu na nalegania Loli przeszmuglowałam ponad osiem i pół tysiąca kilometrów z San Diego do Londynu, potem napisanie oferty na przetarg i wysłanie jej pocztą, w końcu wyniesienie śmieci. Świetlane życie. Jednak w każdy czwartek Outlook przypominał mi o spotkaniu grupy inżynieryjnej, na którym przez godzinę miałam niezakłócony widok na Nialla Stellę, wiceprezesa, dyrektora planowania, oraz, niech to szlag trafi, najwspanialsze ciacho na świecie.

Gdybym tylko mogła go dodać do listy swoich zadań.

Godzina najbardziej sprzyjająca przyglądaniu się Niallowi Stelli była zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, gdyż autentycznie interesowało mnie to, co się dzieje w naszej firmie, a dyskusje członków zarządu wręcz mnie fascynowały. Miałam dwadzieścia trzy lata, nie dwanaście, dyplom z inżynierii i jeśli tylko mi się uda, to pewnego dnia zostanę ich szefową. Fakt, że jeden człowiek tak bardzo potrafił zbić mnie z pantałyku, był bardziej niż upokarzający. Zwykle nie bywałam roztargniona ani niezdarna, poza tym przecież chodziłam na randki. W gruncie rzeczy w Londynie randkowałam częściej niż w domu, z powodu, hm, angielskich facetów. To już mówi wszystko.

Niestety, akurat ten angielski facet był poza moim zasięgiem. Niemal dosłownie, gdyż Niall Stella miał ponad dwa metry wzrostu, niewymuszoną klasę, doskonale ułożone dość ciemne włosy, pełne wyrazu piwne oczy, szerokie umięśnione ramiona i uśmiech absolutnie powalający. Kiedy już pojawiał się w pracy, na jego widok moje myśli hamowały z piskiem.

Według krążących po biurze plotek już jako niemowlę skończył szkołę i stał się legendą planowania przestrzennego. Nie zdawałam sobie sprawy z wagi tej informacji, dopóki nie zaczęłam pracy w grupie Richardson-Corbett i nie przekonałam się, że faktycznie doradza w każdej dziedzinie — od spraw związanych z inspekcją budowlaną po skład chemiczny dodatków do betonu. W Londynie był nieoficjalną ostatnią instancją przy wszelkich projektach związanych z mostami, infrastrukturą handlową i siecią transportu. Ku mojej niezmiernej rozpaczy raz nawet wyszedł w połowie czwartkowego spotkania, by pokierować zespołem budowlanym, gdyż zadzwonił przerażony kierownik, bo podwykonawca spartaczył projekt fundamentów, a wylano już beton. Niall Stella maczał palce praktycznie w każdej budowie w Londynie.

Rano pił herbatę z mlekiem (bez cukru), miał olbrzymie biuro na trzecim piętrze — daleko ode mnie — najwyraźniej nie miał czasu na telewizję, lecz był zagorzałym kibicem Leeds United. A chociaż wychował się w Leeds, chodził do szkoły w Cambridge, potem w Oksfordzie, a teraz mieszkał w Londynie. Gdzieś po drodze złapał autentyczny akcent z wyższych sfer.

Poza tym: niedawno rozwiedziony. Moje serce ledwie to wytrzymywało.

Co dalej.

Liczba spojrzeń, które Niall Stella rzucił mi w czasie spotkań czwartkowych? Dwanaście. Liczba rozmów, które odbyliśmy? Cztery. Ile z tych wydarzeń mogłoby zapaść mu w pamięć? Ani jedno. Od pół roku zmagałam się z zauroczeniem Niallem Stellą i byłam przekonana, że nadal bierze mnie raczej za dziewczynę dostarczającą pizzę niż pracownika firmy.

Dziwne, ale tego dnia jeszcze nie przyszedł, chociaż zwykle pojawiał się w biurze jako jeden z pierwszych. Sprawdziłam — i to kilka razy — wyciągając szyję w kierunku tłumu zaspanych ludzi przewalającego się przed drzwiami sali konferencyjnej.

Sala miała wielkie na całą ścianę okna wychodzące na dość ruchliwą ulicę. Kiedy rano szłam do pracy, nie padało, ale teraz, jak prawie codziennie, znów zaczęło kropić z ciężkich, ciemnych chmur. Taka mżawka wydawała się zupełnie nieszkodliwa, lecz nauczyłam się jej nie ufać: po trzech minutach na dworze byłabym całkiem przemoczona. Nawet gdybym wychowała się w bardziej deszczowych okolicach niż południowa Kalifornia, i tak nic nie przygotowałoby mnie na londyńskie powietrze, od października do kwietnia niemal namacalnie nasycone wodą, ciężkie i wilgotne. Jakby chmura deszczowa owinęła się wokół mnie i przenikała do kości.

W Londynie właśnie zaczęła się wiosna, lecz małe podwórko po drugiej stronie Southwark Street było wciąż ponure i puste. Podobno latem wypełniało się różowymi krzesłami i stolikami pobliskiej restauracji, teraz jednak składało się tylko z betonu i niemal nagich drzew. Po gołej ziemi przesuwały się wilgotne, brązowe liście.

Siedzący wokół mnie ludzie, narzekając na pogodę, otwierali laptopy i kończyli herbatę. Zamrugałam i odwróciłam się od okna w chwili, kiedy do sali wpadło kilku maruderów. Wszyscy chcieli zająć miejsce, zanim z szóstego piętra dotrze do nas Anthony Smith, mój szef i dyrektor do spraw inżynieryjnych.

Anthony był… no dobra, był palantem. Pożerał wzrokiem stażystki, uwielbiał wsłuchiwać się w swój ton głosu i nie powiedział ani jednego słowa, które brzmiałoby szczerze. Co czwartek rano z lubością znęcał się nad ostatnią osobą, która weszła do sali, złośliwie, chociaż z przesłodzonym uśmiechem komentując jej strój lub fryzurę, podczas gdy reszta zebranych w ciężkiej ciszy przyglądała się, jak nieszczęśnik opadał ze wstydem na ostatnie wolne krzesło.

Skrzypnęły otwierające się drzwi. Emma stanęła w progu i przytrzymała drzwi dla kolejnej osoby. Karen.

Na zewnątrz rozległy się głosy i narastały, w miarę jak zbliżali się kolejni ludzie. Victoria i John.

I wreszcie on.

— Wejście smoka — wymamrotała Pippa obok mnie.

Dojrzałam czubek głowy Nialla Stelli, który wszedł do sali tuż za Anthonym. Z pokoju jakby nagle uszło powietrze. Ludzie i gwar rozmów znikły w tle, widziałam tylko jego; neutralny wyraz twarzy, kiedy sprawdzał, kto jest obecny, a kogo nie ma; ramiona rysowały się pod ciemną marynarką, jedną rękę niedbale wsunął w kieszeń spodni od garnituru.

W mojej piersi narastało naglące, ogniste uczucie.

Coś w Niallu Stelli przyciągało uwagę. Nie dlatego, że zachowywał się hałaśliwie lub dominująco — w żadnym wypadku. Miał w sobie spokojną pewność siebie, jego postawa wzbudzała uwagę i szacunek oraz poczucie, że kiedy nie mówi, obserwuje i zauważa wszystkich i wszystko.

Wszystkich oprócz mnie.

Pochodziłam z rodziny terapeutów, w której omawiało się absolutnie wszystko, więc nie byłam typem milczka. Kiedy dorwałam się do głosu, mój brat, a nawet Lola zapewne nazwaliby mnie gadułą. Zatem fakt, że akurat ja nie potrafiłam wydobyć z siebie składnego zdania, będąc w zasięgu ramienia Nialla Stelli, nie miał żadnego sensu. Spadło na mnie wyjątkowo ogłupiające zauroczenie.

Nie musiał nawet przychodzić na czwartkowe spotkania; robił to, gdyż chciał się upewnić co do „międzywydziałowych uzgodnień” oraz tego, by jego dział planowania władał przynajmniej „roboczym językiem inżynieryjnym”, gdyż do ich obowiązków należała koordynacja prac inżynieryjnych z polityką przestrzenną miasta i własnym działem planowania.

Oczywiście nie znaczy to, że zapamiętywałam to, co mówił na spotkaniach.

Dzisiaj miał na sobie błękitną koszulę pod czarnym jak węgiel garniturem. Krawat był w hipnotyzujące żółto-niebieskie smugi. Mój wzrok przesunął się z podwójnego węzła na gładką skórę szyi, na wypukłość jabłka Adama i ostro zarysowaną szczękę. Kąciki jego zwykle spokojnych ust opadły zaskoczone, a kiedy dotarłam spojrzeniem do jego oczu… z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że widzi, jak rozbieram go wzrokiem tak pożądliwie, jakby mi za to płacili.

Wielki Boże!

Opuściłam spojrzenie na laptopa, a pod żarem mojego wzroku ekran mógłby się niemal stopić. Przez otwarte drzwi wpadł poszum dzwonków telefonów i drukarek; chaos wydawał się osiągać apogeum, po czym ktoś zamknął drzwi, oznajmiając początek spotkania. Wszystkie odgłosy ucichły, jakby nagle zamknięto nas w próżni.

— Pan Stella — powitała go Karen.

Kliknęłam na katalog poczty elektronicznej, czując dzwonienie w uszach, wytężając słuch, by dosłyszeć odpowiedź. Wdech, wydech. Kolejny. Wpisałam hasło. Siłą woli próbowałam zwolnić bicie serca.

— Karen — odparł w końcu tym doskonałym, spokojnym, głębokim głosem, a na mojej twarzy zakwitł mimowolny uśmiech. Nawet nie uśmiech — szeroki banan, jakby właśnie zaoferowano mi kawał ciasta.

Boże drogi, naprawdę wpadłam po uszy.

Gryząc od środka policzek, starałam się opanować wyraz twarzy. Sądząc po uniesionych brwiach Pippy, chyba mi się nie udawało.

Koleżanka pochyliła się do mnie.

— Spokojnie — szepnęła. — To były tylko dwie sylaby.

Drzwi się otworzyły i z przepraszającym uśmiechem na twarzy wślizgnęła się Sasha, kolejna stażystka.

— Przepraszam za spóźnienie — szepnęła. Szybko zerknęłam na zegar na komputerze — właściwie przyszła punktualnie, ale oczywiście Anthony nie przepuści tej okazji.

— W porządku, Sasha — odpowiedział, przyglądając się, jak dziewczyna nieporadnie przeciska się między długim rzędem krzeseł a ścianą, zmierzając do pustego miejsca w kącie. Cisza w pokoju dzwoniła w uszach. — Piękny sweterek. Nowy? Do twarzy ci w niebieskim — Sasha usiadła z purpurowymi policzkami. — A przy okazji: dzień dobry — dodał Anthony z szerokim uśmiechem.

Zamknęłam oczy i odetchnęłam głęboko. To naprawdę dupek.

Spotkanie wreszcie zaczęło się na dobre. Anthony zadał każdemu z nas serię pytań, przekazano sobie papiery, obróciłam się na krześle, by podać plik dokumentów osobie po mojej prawej stronie, i uniosłam wzrok, po czym o mało nie udławiłam się językiem.

 

Niall Stella siedział zaledwie dwa miejsca dalej.

Zerknęłam na niego spod rzęs. Mocna szczęka, zawsze gładko ogolona, bez śladu zarostu — oczy o gęstych rzęsach i idealne ciemne brwi, nieskazitelna koszula i krawat. W przyćmionym świetle sali konferencyjnej jego włosy wydawały się niezwykle gładkie. Zmarszczyłam brwi na myśl, że zapewne są także miękkie — to oczywiste, że są — i po raz setny zaczęłam się zastanawiać, jak by to było przesunąć po nich dłonią, przyciągnąć go do siebie i…

— Ruby? Czy skontaktowali się z tobą ludzie z Adams i Avery? — zapytał Anthony.

Wyprostowałam się i mrugając, zwróciłam wzrok na laptopa. Pracowałam nad tym plikiem do późna poprzedniego wieczoru.

— Jeszcze nie — odparłam niemal bez drżenia w głosie. — Mają nasze plany gotowe do podpisu. Ale skontaktuję się z nimi, jeśli do końca dnia się nie odezwą.

To było zadziwiająco przytomne, biorąc pod uwagę fakt, że Niall Stella zwrócił na mnie całą swoją uwagę.

Zadowolona z siebie wklepałam do kalendarza szybkie przypomnienie, oparłam łokieć na stole i zaczęłam się bawić kosmykiem włosów, przewijając kalendarz.

Jednak poczułam coś dziwnego. Co tydzień przez godzinę siedziałam na tym krześle i nigdy nie czułam czegoś takiego jak teraz. Jakby nacisk na policzku, niemal fizyczny ciężar czyjejś uwagi.

Zakręciłam kosmyk na palcu i rzuciłam przelotne spojrzenie na Pippę. Nic. To nie to.

Wychyliłam się do przodu — z nadzieją, że nikt nie zauważy — wyciągnęłam szyję i zapuściwszy żurawia na prawo, zamarłam.

Wciąż się na mnie patrzył. Niall Stella wpatrywał się we mnie. Naprawdę to robił. Piwne oczy napotkały moje spojrzenie i odpowiedziały nie przelotnym zerknięciem, lecz naprawdę pełnym skupieniem na mnie. Minę miał zaciekawioną, jakbym była nowym meblem, który ktoś przez przypadek postawił w sali.

Serce znów przyśpieszyło, a w żyłach zabulgotała krew. W piersi wszystko stopniało i zaczęło się przelewać, a gdyby ktoś zawołał: „Pożar!”, pewnie zapaliłabym się żywym płomieniem, gdyż całkowicie przestałam panować nad tym, co wyprawia moje ciało.

— Niall — odezwał się Anthony.

Niall Stella zamrugał, po czym oderwał wzrok ode mnie.

— Tak?

— Czy możesz nam powiedzieć coś o stanie propozycji działu planowania dotyczącej Diamond Square? Chciałbym, żeby mój zespół przygotował dla was jakieś specyfikacje do końca tygodnia, ale nie znamy jeszcze wymiarów przestrzeni wspólnej…

Wyłączyłam się; Anthony jak zwykle sformułował zdanie siedem razy dłuższe, niż to było konieczne.

Kiedy zdanie się skończyło, Niall Stella pokręcił głową.

— Wymiary — powtórzył i zaczął przerzucać plik dokumentów. — Nie jestem pewien, czy w ogóle je mamy…

— Wymiary miały zostać sfinalizowane dzisiaj rano — odpowiedziałam za niego i wyjaśniłam, że pozwolenia dotrą najpóźniej jutro rano. — Poprosiłam Alexandra, by po południu przesłał nam kopie.

W sali zapadła taka cisza, że przez chwilę miałam wrażenie, jakbym straciła słuch.

Wszyscy gapili się na mnie. Boże, co ja zrobiłam?

Bezmyślnie przerwałam rozmowę.

Odpowiedziałam na pytanie, które najwyraźniej nie było skierowane do mnie.

Odpowiedziałam na pytanie, na które Niall Stella doskonale znał odpowiedź.

Mimowolnie zmarszczyłam brwi. W takim razie dlaczego nie odpowiedział?

Pochyliłam się do przodu i spojrzałam na niego.

— Dobrze — powiedział. Spokojnie. Głębokim głosem. Idealnie. Poprawił się na krześle, przechwycił moje spojrzenie i rzucił mi lekki uśmiech wdzięczności. — Prześlesz do mnie?

Serce wyskoczyło mi z piersi.

— Oczywiście.

Wciąż na mnie patrzył, najwyraźniej również nie rozumiejąc, co właśnie zaszło, ale w dziwny sposób zadowolony — i to zadowolenie zatrzymało się na jego twarzy przez chwilę. Nawet nie wiedziałam, co mnie skłoniło, żeby się odezwać bez pytania. W jednej minucie Niall Stella patrzył na mnie, w kolejnej przerzucał papiery, przypominając sobie dane i próbując odpowiedzieć na pytanie, na które mógłby odpowiedzieć zbudzony w środku nocy.

Jakby myśli zabłądziły mu w inne rejony. Nigdy dotąd się to nie zdarzyło.

— Teraz ważne wiadomości — mówił Anthony, przerzucając plik papierów, po czym odłożył je i wstał.

Uniosłam wzrok, rozdrażniona jego tonem. Anthony uwielbiał skupiać na sobie uwagę, a sądząc z jego tonu, szykował coś wielkiego.

— System kolei podziemnej w Nowym Jorku budowano z założeniem, że burze stulecia zdarzają się raz na sto lat. Niestety, rzeczywistość wygląda inaczej. Klęski w rodzaju huraganu Sandy udowodniły, że to, co kiedyś miało się zdarzać raz na sto lat, teraz nadchodzi co kilka. Stany Zjednoczone wydają miliardy, mówi się o podwyższaniu zapór i śluz, a ponieważ dużo współpracowaliśmy z metrem londyńskim, poprosili nas o opinię. Wybieram się na miesięczny szczyt międzynarodowy dotyczący przygotowania transportu, lotnictwa i infrastruktury miejskiej na nagłe wypadki.

— Na cały miesiąc? — zapytała naczelny inżynier, wyrażając to, co myśleliśmy na pewno my wszyscy. Zastanawiałam się, czy ktoś jeszcze w myśli cieszył się z tego, że w biurze przez tak długi czas nie będzie Anthony’ego.

Anthony pokiwał głową w jej kierunku.

— Będą to właściwie trzy odrębne szczyty. Nie wszyscy zaproszeni zostają do końca, lecz skoro nasza firma specjalizuje się i w transporcie, i w infrastrukturze miejskiej, Richard uznał, że powinniśmy zostać przez cały miesiąc.

— My? — zapytał jeden z kierowników działu Nialla Stelli.

— Zgadza się — odparł Anthony, przechylając głowę na lewo. — Jedzie ze mną Niall.

— Obu was nie będzie przez miesiąc? — wyrzuciłam z siebie, po czym natychmiast pożałowałam swoich słów. Żałowałam, że nie mogę połknąć ich z powrotem. Byłam stażystką. Według jednej z niepisanych zasad Anthony’ego nie wolno nam się było odzywać, o ile ktoś się do nas nie zwrócił bezpośrednio. Znów poczułam na sobie ciężar wzroku wszystkich zebranych. A nawet gorzej. Poczułam jego wzrok, palący moją skórę, badawczy.

— Ee, tak, Ruby — odparł Anthony najwyraźniej lekko zdezorientowany. Obszedł krzesło i stanął obok mnie z rękami w kieszeniach spodni. — Ale nie martw się. Wiem, że projekt Oxford Street masz już prawie gotowy, ale mój wyjazd w najmniejszym stopniu nie opóźni jego podpisania. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, zawsze możesz zadzwonić.

— Och — odparłam, czując, jak rumieniec z wolna znika z mojej twarzy. — Dobrze wiedzieć. Dziękuję.

Oczywiście Anthony przypisał moje nieoczekiwane wystąpienie obawie, że wyjedzie — naprawdę, szefie? — gdyż jego nieobecność mogłaby spowodować zakłócenia w mojej pracy.

— Gładko ci poszło — odezwała się Pippa, długimi owalnymi paznokciami stukając w klawiaturę.

— Zamknij się — jęknęłam, kuląc się na krześle.

Nie miałam pojęcia, czy Niall Stella wciąż patrzy w moją stronę, a moja dwunastoletnia część osobowości miała ochotę zaciągnąć Pippę do łazienki i kazać jej odgrywać tę scenę minuta po minucie.

Wiedziałam jednak, że to błąd. Pierwszy raz, kiedy mnie faktycznie zauważył, ja to spaprałam, zachowując się jak wariatka. Nie zniosłabym, gdyby Pippa poinformowała mnie, że zrobił minę — tę, kiedy się krzywił, jakby ktoś mu wylał mleko na drogi garnitur.

Lepiej wrócić do czasów, kiedy nie zdawał sobie sprawy z mojego istnienia.

* * *

Koniec dnia zastał mnie przy naszym długim wspólnym biurku. Przerzucałam plik pozwoleń. Moja dietetyczna cola zdążyła się już ogrzać, a ja odliczałam minuty dzielące mnie od gorącej kąpieli i jeszcze gorętszej książki, kiedy rozległ się sygnał nadchodzącego e-maila.

— Wreszcie — westchnęłam. Cały dzień czekałam na numer potwierdzenia. Może teraz będę mogła iść do domu.

A może nie.

Siedząca obok mnie Pippa ziewnęła i wyciągnęła ramiona nad głową. Na dworze zapadła już ciemność; w drodze do metra zmokniemy i zmarzniemy.

— Możemy iść?

Ramiona mi opadły.

— Właśnie dostałam e-mail od Anthony’ego — odparłam, mrużąc oczy i wpatrując się w ekran. — Wzywa mnie do siebie, zanim wyjdę. Mogę sobie wyobrazić sto innych rzeczy, które wolałabym zrobić.

— Co takiego? — odparła, pochylając się i spoglądając w mój monitor. — Czego on chce?

Pokręciłam głową.

— Nie mam pojęcia.

— Nie ma zegarka? Od dwudziestu minut nie powinno nas tu być.

Wystukałam szybką odpowiedź, że zaraz przyjdę, i zaczęłam zamykać biurko.

— Poczekasz na mnie? — zapytałam.

Pippa zatrzymała się w połowie zamykania szuflady i spojrzała na mnie smutno.

— Przykro mi, Ruby, muszę się pośpieszyć. Czekałam, ile mogłam, ale mam dzisiaj mnóstwo roboty.

Pokiwałam głową, czując się dziwnie nieswojo na myśl o tym, że tak późno zostaję w biurze sama z Anthonym.

Korytarz był pusty; wsiadłam do windy i pojechałam na szóste piętro.

* * *

— Ruby, Ruby, wchodź — powiedział, zatrzymując się w połowie zbierania rzeczy z pokoju i pakowania ich do pudełka. Czyżby go zwolnili? Mogę mieć nadzieję?

— Zamknij drzwi i usiądź — polecił.

Poczułam, jak opadają mi kąciki ust.

— Nikogo tu nie ma — odparłam i zostawiłam drzwi otwarte.

— Dlaczego rodzice dali ci na imię Ruby? — zapytał, powoli przesuwając wzrokiem po mojej twarzy.