Piękny gracz

Tekst
Z serii: Beautiful Bastard #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piękny gracz
Piękny gracz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,90  45,52 
Piękny gracz
Piękny gracz
Audiobook
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Christina Lauren

Piękny gracz


ISBN: 978-83-7785-830-1

TYTUŁ ORYGINAŁU: Beautiful Player


PRZEKŁAD: Katarzyna Krawczyk


Copyright © 2013 by Lauren Billings and Christina Hobbs

All rights reserved

Published by arrangement with Gallery Books, a division of Simon & Schuster, Inc., New York

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015


REDAKCJA: Barbara Kaszubowska


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Epilog

Podziękowania

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Znajdowaliśmy się w najbrzydszym mieszkaniu na Manhattanie i wcale nie dlatego, że mój mózg nie potrafi docenić sztuki — te obrazy były obiektywnie okropne. Owłosiona noga wyrastająca z łodygi kwiatu. Usta z wylewającym się z nich spaghetti. Obok mnie mój najstarszy brat i tata nucili z namysłem, kiwając głowami, jakby rozumieli to, co widzą. Tylko dzięki mnie w ogóle posuwaliśmy się do przodu; według niepisanego protokołu goście bankietu powinni najpierw obejrzeć obrazy, podziwiać sztukę, a dopiero potem zacząć zajadać roznoszone na tacach zakąski.

Na samym końcu, nad potężnym kominkiem i między dwoma ostentacyjnie ozdobnymi kandelabrami, wisiał obraz przedstawiający podwójną helisę — czyli budowę cząsteczki DNA — a przez całe płótno biegł nadruk z cytatem z Tima Burtona: „Wszyscy wiemy, że romans międzygatunkowy jest dziwaczny”.

Roześmiałam się, zachwycona, i obróciłam do Jensena i taty.

— Ten jeden jest dobry.

Jensen westchnął.

— No tak, tobie się to podoba.

Rzuciłam okiem na obraz i znów spojrzałam na brata.

— Tak, dlatego że jako jedyna rzecz w tej sali ma jakikolwiek sens.

Brat spojrzał na ojca; porozumieli się bez słów, jakby rodzic dał synowi nieme zezwolenie.

— Musimy porozmawiać z tobą na temat twojego stosunku do pracy.

Dopiero po jakiejś minucie jego słowa, ton i zdecydowany wyraz twarzy dotarły do mojego mózgu.

— Jensen — powiedziałam — naprawdę musimy rozmawiać na takie tematy akurat tutaj?

— Tak, tutaj. — Brat zmrużył zielone oczy. — Po raz pierwszy od dwóch dni widzę cię poza laboratorium, kiedy nie śpisz lub nie połykasz posiłku.

Często zauważałam, jak najbardziej wyraziste cechy moich rodziców: czujność, urok osobisty, ostrożność, impulsywność i motywacja — zostały równo i w stanie czystym rozdzielone pomiędzy ich pięcioro dzieci.

W środku imprezy na Manhattanie na bitwę poszły czujność i motywacja.

— Jesteśmy na przyjęciu, Jens. Powinniśmy rozmawiać o cudowności sztuki — odparłam, ruchem ręki wskazując ściany wykwintnie urządzonego salonu. — I o najnowszych skandalach. — Kompletnie nie orientowałam się w najnowszych plotkach i ta oznaka nieświadomości już oznaczała punkt dla mojego brata.

Jensen z trudem powstrzymał się, by nie wznieść oczu do góry.

Tata podał mi przekąskę przypominającą skrzyżowanie ślimaka z herbatnikiem. Kiedy kelner odszedł, dyskretnie wsunęłam ją w serwetkę. Nowa sukienka gryzła mnie w skórę i żałowałam, że nie zadałam sobie trudu, by wypytać ludzi w laboratorium o te wyszczuplające cuda Spanxa, które postanowiłam nałożyć. Po pierwszym doświadczeniu uznałam, że to dzieło szatana lub faceta, który nie mieści się w dżinsy rozmiaru XS.

— Jesteś nie tylko inteligentna — mówił Jensen. — Jesteś towarzyska, sympatyczna… ładna z ciebie dziewczyna.

— Kobieta — poprawiłam go niewyraźnie.

Pochylił się, by naszej rozmowy nie podsłuchali przechodzący obok uczestnicy przyjęcia. Broń Boże, jeszcze ktoś z nowojorskiej socjety usłyszałby, jak strzela mi kazanie o tym, jak to powinnam być bardziej towarzysko puszczalska.

— Nie rozumiem więc, dlaczego przez trzy dni, odkąd tu jesteśmy, wychodzimy tylko z moimi znajomymi.

Uśmiechnęłam się do najstarszego brata i poddałam się fali wdzięczności za jego nadopiekuńczą czujność; potem jednak wezbrała we mnie irytacja. Przypominało to dotknięcie rozgrzanego żelaza: ostre ukłucie, a po nim tętniący, długotrwały ból.

— Prawie już skończyłam studia, Jens. Potem będzie mnóstwo czasu na życie.

— To jest życie — powiedział naglącym tonem, otwierając szeroko oczy. — Tu i teraz. W twoim wieku ledwie udało mi się utrzymać jako taką średnią, miałem tylko nadzieję, że w poniedziałek rano nie dopadnie mnie kac.

Tata stał bez słowa obok niego; puścił mimo uszu ostatnią uwagę, lecz przez cały czas kiwał głową, przyświadczając, jaka to ze mnie niedojda, że nie udzielam się towarzysko. Rzuciłam mu spojrzenie „I kto to mówi — naukowiec pracoholik, który spędzał więcej czasu w laboratorium niż we własnym domu?”. Jednak on stał twardo z tym samym wyrazem twarzy, jaki przybierał, kiedy związek chemiczny, który według jego oczekiwań powinien być rozpuszczalnikiem, tworzył w probówce nieapetyczny glut: była to mina zdezorientowana i nieco może nawet urażona, tak dla zasady.

Po tacie odziedziczyłam silną motywację, lecz on zawsze oczekiwał, że po mamie przejmę chociaż trochę uroku. Może dlatego, że jestem kobietą, a może według niego każde kolejne pokolenie powinno być lepsze od poprzedniego. Powinnam utrzymywać równowagę między pracą a życiem prywatnym. W dniu swoich pięćdziesiątych urodzin zaprosił mnie do swojego gabinetu i powiedział po prostu: „Ludzie są równie ważni jak nauka. Ucz się na moich błędach”. Po czym zaczął przekładać papiery na biurku i wpatrywać się w swoje dłonie, aż w końcu znudzona wstałam i poszłam z powrotem do laboratorium.

Najwyraźniej nie udało mu się.

— Wiem, że naciskam — szepnął Jensen.

— Odrobinę — przytaknęłam.

— I wiem, że się wtrącam.

Rzuciłam mu znaczące spojrzenie i odszepnęłam:

— Jesteś moją osobistą Ateną Polias.

— Tyle że nie jestem Grekiem i mam penisa.

— Staram się o tym nie pamiętać.

Jensen westchnął, a tata wreszcie uznał, że powinien się włączyć. Obaj przyjechali mnie odwiedzić, a chociaż wydawało mi się to nieco dziwne, że wpadli w lutym, dotąd nie zastanawiałam się nad tym. Tata otoczył mnie ręką w pasie i uścisnął. Miał długie i szczupłe ramiona, jednak jego uścisk oplatał mnie jak bluszcz, znacznie silniej, niż można by się spodziewać po mężczyźnie jego postury.

— Ziggs, jesteś dobrym dzieckiem.

Uśmiechnęłam się na tę ojcowską wersję mowy motywacyjnej.

— Dzięki.

— Wiesz, że cię kochamy — dodał Jensen.

 

— Ja was też… na ogół.

— Jednak… możesz uznać to za ingerowanie w twoje życie. Uzależniłaś się od pracy. Myślisz tylko o tym, żeby przyśpieszyć swoją karierę. Być może i zawsze się wtrącam i próbuję ci ustawiać życie…

— Może? — odcięłam się. — Odkąd mama z tatą zdjęli mi dodatkowe kółka z roweru, całkowicie rządzisz moim życiem. To ty zdecydowałeś, kiedy wolno mi wracać po zmroku, a wtedy już nawet nie mieszkałeś w domu, Jens. Miałam szesnaście lat.

Uspokoił mnie spojrzeniem.

— Przysięgam, nie mam zamiaru ci mówić, co masz robić, tylko… — zamilkł na chwilę, jakby ktoś obok miał podsunąć mu dokończenie tego zdania. Proszenie Jensena o to, by przestał się wtrącać w moje życie, to jak proszenie człowieka, żeby na dziesięć minut przestał oddychać. — Zadzwoń do kogoś.

— Do kogoś? Jensen, twoim zdaniem ja nie mam znajomych. To nie do końca prawda, ale jak uważasz, do kogo mam zadzwonić, żeby zacząć się udzielać towarzysko? Do innego magistranta, który tak samo zagrzebał się w badaniach po uszy? To inżynieria biomedyczna, tutaj raczej trudno o ciągłe imprezki.

Mój brat zamknął oczy, po czym otworzył i zapatrzył się w sufit, aż wreszcie chyba go olśniło. Uniósł brwi, spojrzał na mnie z nadzieją, która napełniła jego spojrzenie nieodpartą braterską czułością.

— A Will?

Wyrwałam tacie z ręki pełen kieliszek szampana i wychyliłam go jednym haustem.

* * *

Jensen nie musiał powtarzać. Will Sumner był jego najlepszym przyjacielem na studiach, byłym praktykantem taty oraz obiektem moich nastoletnich fantazji. Podczas gdy ja zawsze byłam przyjazną, głupiutką dziecinną siostrą, Will był geniuszem o uśmiechu łobuza, z kolczykiem w uchu i z niebieskimi oczami, którymi hipnotyzował każdą dziewczynę.

Kiedy miałam lat dwanaście, Will był dziewiętnastolatkiem i na święta przyjechał do nas na kilka dni z Jensenem. Był sprośny i fascynujący nawet wtedy, kiedy brzdąkał na swojej gitarze basowej z moim bratem i dla zabawy flirtował z moją starszą siostrą Liv. Kiedy miałam szesnaście lat, on jako świeżo upieczony absolwent przyjechał do nas na lato i pracował dla ojca. Emanował z niego tak zwierzęcy seks, że chcąc stłumić ból, jaki sprawiało mi samo przebywanie w jego pobliżu, czym prędzej straciłam dziewictwo z niezgrabnym i gapowatym kolegą z klasy.

Byłam przekonana, że moja siostra co najmniej się z nim całowała; między mną a Willem była zbyt duża różnica wieku, ale za zamkniętymi drzwiami i w cichości własnego serca mogłam przed sobą przyznać, że Will Sumner był pierwszym chłopakiem, którego w ogóle miałam ochotę pocałować, i pierwszym, przez którego wreszcie wsunęłam dłoń pod kołdrę, rozmyślając o nim w ciemności mojego pokoju.

O tym szatańskim frywolnym uśmieszku i włosach wciąż opadających na prawe oko.

O jego gładkich, muskularnych przedramionach i opalonej skórze.

O jego długich palcach… nawet o drobnej bliźnie na podbródku.

W przeciwieństwie do moich kolegów rówieśników, których trudno było odróżnić po głosie, Will mówił głębokim, refleksyjnym tonem. Oczy miał cierpliwe i mądre. Ręce nie latały mu nerwowo na boki, lecz na ogół spoczywały głęboko w kieszeniach. Spoglądając na dziewczyny, oblizywał wargi i wypowiadał spokojnie zdecydowane komentarze dotyczące piersi, nóg i języków.

Zamrugałam i spojrzałam na Jensena. Nie mam już szesnastu lat, lecz dwadzieścia cztery, a Will trzydzieści jeden. Widziałam go cztery lata temu na niefortunnym ślubie Jensena; jego łagodny, charyzmatyczny uśmiech tylko zyskał na intensywności. Z fascynacją przyglądałam się, kiedy Will wyślizgnął się do szatni z dwiema druhnami mojej bratowej.

— Zadzwoń do niego — naciskał Jensen, przerywając moje wspomnienia. — On potrafi zrównoważyć pracę i życie. Jest stąd, to dobry facet. Po prostu… zacznij trochę wychodzić, dobrze? On się tobą zajmie.

Próbowałam zignorować dreszcze, które przebiegły mi po skórze na słowa starszego brata. Nie byłam pewna, jak Will miałby się mną zająć i czego bym chciała: czy ma być dla mnie tylko przyjacielem brata i pomóc trochę oderwać się od pracy? Czy chciałabym spojrzeć na obiekt moich najbardziej wyuzdanych fantazji już jako dorosła kobieta?

— Hanno — ponaglił tata. — Słyszałaś, co mówi twój brat?

Minął nas kelner z tacą; wymieniłam mój pusty kieliszek na pełen bąbelków.

— Słyszałam. Zadzwonię do Willa.

ROZDZIAŁ
pierwszy

Jeden sygnał. Drugi.

Zatrzymałam się na chwilę, odsunęłam zasłonkę i wyjrzałam przez okno, ze zmarszczonymi brwiami wpatrując się w niebo. Wciąż było ciemno, ale uznałam, że jest raczej niebieskie niż czarne, a na horyzoncie pojawiła się smuga różu i fioletu. Jednym słowem: ranek.

Minęły trzy dni od kazania Jensena i po raz trzeci próbowałam dodzwonić się do Willa. Mimo że nie miałam pojęcia, jak mam go zagadnąć — i czego oczekiwał ode mnie mój brat — im więcej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej uświadamiałam sobie, że Jensen ma rację: niemal cały czas spędzam w laboratorium, a kiedy nie siedzę w pracy, śpię lub jem w domu. Wybór mieszkania rodziców na Manhattanie zamiast jakiegoś miejsca na Brooklynie lub w Queensie, bliżej rówieśników, nie pomagał w rozwoju życia towarzyskiego. W mojej lodówce znajdowały się zwykle jakieś nieliczne warzywa, podejrzane danie na wynos i mrożonki. Jak dotąd całe moje życie obracało się wokół kwestii skończenia studiów i rozpoczęcia świetlanej kariery badawczej. Uświadomienie sobie, jak mało mam oprócz tego, podziałało jak zimny prysznic.

Rodzina najwyraźniej to zauważyła, a z niewyjaśnionego powodu Jensen uznał, że Will najlepiej uchroni mnie przed nadciągającym staropanieństwem.

Ja nie byłam tego taka pewna. Wcale nie byłam pewna.

Mało mieliśmy wspólnych wspomnień, w ogóle mógł mnie nie kojarzyć. Byłam smarkulą plączącą się w tle, świadkiem jego rozlicznych przygód z Jensenem i krótkotrwałego romansu z moją siostrą. A teraz dzwonię do niego — po co właściwie? Żeby wyjść razem na miasto? Zagrać w gry planszowe? Żeby mnie nauczył…

Nawet nie skończyłam tej myśli.

Już miałam się rozłączyć. Chciałam wrócić do łóżka i powiedzieć bratu, żeby się cmoknął i znalazł sobie nowy pomysł racjonalizatorski. Jednak w połowie czwartego sygnału, kiedy ściskałam telefon w garści tak mocno, że pewnie jeszcze następnego dnia będę go czuła, Will odebrał.

— Halo? — jego głos brzmiał dokładnie tak, jak zapamiętałam: bogato i męsko, lecz jeszcze głębiej. — Halo? — powtórzył.

— Will?

Gwałtownie wciągnął powietrze i usłyszałam uśmiech w jego głosie, kiedy zwrócił się do mnie moim przezwiskiem:

— Ziggy?

Roześmiałam się; oczywiście, że tak mnie zapamiętał. Tylko rodzina tak mnie jeszcze nazywała. Nikt nie wiedział, co to właściwie oznacza — dwuletniemu Ericowi dano naprawdę sporo władzy, pozwalając mu wymyślić przezwisko dla nowo narodzonej siostry — lecz przylgnęło do mnie.

— Tak, Ziggy. Skąd…?

— Wczoraj dzwonił Jensen — wyjaśnił. — Opowiedział mi o odwiedzinach u ciebie i o kazaniu, jakie ci strzelił. Wspomniał, że możesz zadzwonić.

— No i dzwonię — powiedziałam niezręcznie.

Rozległ się jęk i lekki szelest pościeli. W żadnym wypadku nie chciałam wyobrażać sobie, do jakiego stopnia rozebrany mężczyzna znajdował się po drugiej stronie. Jednak motyle z brzucha przeniosły się do gardła, kiedy uświadomiłam sobie, że mój rozmówca ma zmęczony głos, gdyż przecież przed chwilą spał. No dobrze, może faktycznie jeszcze nie jest rano…

Zerknęłam za okno.

— Nie obudziłam cię? — Wcześniej nie spojrzałam na zegarek i teraz bałam się sprawdzać godzinę.

— Nie przejmuj się. Budzik miał zadzwonić za… — przerwał na chwilę i ziewnął — …za godzinę.

Stłumiłam jęk upokorzenia.

— Przepraszam. Trochę się… denerwowałam.

— Ależ nie, wszystko w porządku. Niewiarygodne, jak mogłem zapomnieć, że mieszkasz w mieście. Podobno od trzech lat ślęczysz nad probówkami i pipetami, całkowicie zagrzebałaś się w laboratorium.

Żołądek podskoczył mi lekko, kiedy jego głęboki głos lekko się obniżył, gdy Will dawał mi żartobliwą reprymendę.

— Zdaje się, że jesteś po stronie Jensena.

Mężczyzna złagodził ton.

— On się o ciebie martwi. To jego ulubione zajęcie jako starszego brata.

— Podobno — znów zaczęłam chodzić po pokoju, gdyż roznosiła mnie nerwowa energia. — Powinnam była zadzwonić wcześniej…

— Ja też — przesunął się i chyba usiadł. Usłyszałam stęknięcie, kiedy się przeciągnął, i zamknęłam oczy na ten dźwięk. Brzmiał dokładnie tak, jak w trakcie seksu, co mnie dodatkowo rozproszyło.

„Hanno, oddychaj przez nos. Zachowaj spokój”.

— Masz ochotę coś dzisiaj porobić? — wyrzuciłam z siebie. Tyle ze spokoju.

Will zawahał się, a ja miałam ochotę pacnąć się w czoło, gdyż nie pomyślałam, że on już może mieć jakieś plany. Na przykład pracę. A po pracy randkę z dziewczyną. Albo z żoną. Nagle zaczęłam strzyc uszami, by dosłyszeć każdy dźwięk przebijający się przez trzeszczącą ciszę w telefonie.

Po upływie wieczności zapytał:

— Co masz na myśli?

„Wieloznaczne pytanie”.

— Kolację?

Will milczał przez kilka bolesnych uderzeń serca.

— Mam coś w planach. Późne spotkanie. A może jutro?

— Idę do laboratorium. Już się zapisałam na osiemnastogodzinny dyżur, bo komórki naprawdę powoli rosną, a jeśli to spartaczę i będę musiała zaczynać od nowa, chyba się potnę.

— Osiemnaście godzin? Czeka cię długi dzień, Ziggs.

— Wiem.

Nucił chwilę, po czym zapytał:

— A o której musisz dzisiaj być w laboratorium?

— Później — zerknęłam na zegarek i skrzywiłam się. Była dopiero szósta. — Może koło dziewiątej lub dziesiątej.

— A chcesz pobiegać ze mną po parku?

— Ty biegasz? — zapytałam. — Celowo?

— Tak — odparł, już śmiejąc się otwarcie. — Nie dlatego, że ktoś mnie goni, lecz dla sportu.

Zamknęłam oczy, czując znajome ukłucie zachęcające do pójścia dalej, podjęcia wyzwania, jakby to była jakaś praca do zrobienia. Głupi Jensen.

— Kiedy?

— Za pół godziny?

Znów spojrzałam za okno. Ledwo się rozwidniło. Na ziemi leżał śnieg. „Zmiana” — powiedziałam sobie. Zamknęłam znów oczy i odezwałam się:

— Prześlij mi adres SMS-em. Podjadę.

* * *

Było zimno. A dokładnie mówiąc, tak zimno, że tyłek odmarzał.

Po raz kolejny przeczytałam SMS-a od Willa, w którym prosił, żebym się z nim spotkała niedaleko Bramy Inżynierów na rogu Piątej i Dziewięćdziesiątej w Central Parku; chodziłam w tę i z powrotem, usiłując się rozgrzać. Poranne powietrze szczypało mnie w twarz i przenikało przez materiał spodni. Żałowałam, że nie nałożyłam czapki. Żałowałam, że zapomniałam, iż to przecież luty w Nowym Jorku, a wtedy tylko szaleńcy chodzą do parku. Palce mi zdrętwiały i miałam powody bać się, że od mroźnego wiatru odpadną mi uszy.

Wokół widziałam tylko garstkę ludzi: nadambitnych maniaków sportu i młodą parę objętą na ławce pod olbrzymim rozłożystym drzewem, każdy z nich ściskał w dłoni kubek czegoś, co wyglądało na gorące i pyszne. Ziemię dziobało stadko szarych ptaków, a słońce dopiero się wyłaniało znad dachów odległych wysokościowców.

Całe życie balansowałam na granicy pomiędzy osobą średnio akceptowaną w towarzystwie a nudną kujonką, więc oczywiście wcześniej zdarzało mi się czuć nieswojo; na przykład wtedy, kiedy dostałam nagrodę badawczą przed tysiącami rodziców i studentów na uczelni, prawie za każdym razem, kiedy sama wybierałam się na zakupy, i najbardziej pamiętna okazja — kiedy Ethan Kingman chciał, żebym mu obciągnęła, a ja nie miałam pojęcia, jak to zrobić i jednocześnie oddychać. Teraz zaś, przyglądając się niebu jaśniejącemu z każdą minutą, chętnie uciekłabym do każdego z tych wspomnień, byle tylko wykręcić się od tego, co mnie czekało.

Nie chodziło o to, że nie chciałam biegać… właściwie owszem, tak, o to w dużej mierze chodziło. Nie chciałam biegać. Nie byłam nawet pewna, jak się biega dla sportu. Ale nie bałam się spotkania z Willem. Byłam po prostu zdenerwowana. Pamiętałam jego sposób bycia — w jakiś sposób powolny i hipnotyczny, kiedy skupiał na kimś swoją uwagę. Emanował seksem. Nigdy dotąd nie znalazłam się z nim sam na sam i bałam się, że po prostu zje mnie trema.

Brat postawił przede mną zadanie: wypełnić sobie czymś życie — wiedząc, że jeśli da mi do zrozumienia, że z czymś sobie nie radzę, to na pewno spróbuję się tym zająć. I chociaż byłam przekonana, iż nie miał zamiaru wysyłać mnie do Willa na lekcje randkowania i powiedzmy sobie szczerze: nie wpychał mu mnie do łóżka, musiałam się dostać do wnętrza głowy Willa, pobrać nauki od mistrza i zacząć go w tym naśladować. Udawać tajnego agenta wykonującego tajne zadanie: wejść, wyjść i nie dać się zabić.

 

W przeciwieństwie do siostry.

Gdy siedemnastoletnia Liv zaczęła się obmacywać z wykolczykowanym basistą, dziewiętnastoletnim Willem w czasie jego bożonarodzeniowej wizyty, nauczyłam się bardzo dużo o tym, jak to wygląda, kiedy nastolatka zauroczy się łobuzem. Will Sumner był ucieleśnieniem takiego chłopaka.

Wszyscy latali za moją siostrą, lecz Liv nigdy nie mówiła o nikim w ten sposób, w jaki mówiła o Willu.

— Zig!

Gwałtownie uniosłam głowę w kierunku głosu wypowiadającego moje imię; musiałam spojrzeć jeszcze raz na idącego ku mnie mężczyznę. Był wyższy, niż pamiętałam, miał smukłą, szczupłą figurę, tułów bez końca i kończyny, które powinny mu się plątać, jednak nic takiego się nie działo. Zawsze miał w sobie coś magnetycznego i nieodpartego, niezwiązanego z klasycznie symetryczną urodą, lecz moje wspomnienie Willa nawet sprzed czterech lat zbladło w porównaniu z tym, co właśnie widziałam.

Uśmiech mu się nie zmienił: był lekko krzywy i zawsze igrał mu na ustach, co nadawało jego twarzy łobuzerski wyraz. Pochodząc do mnie, rzucił okiem w stronę, skąd dobiegał dźwięk syreny; dojrzałam jego szczękę z trzydniowym zarostem oraz gładką i opaloną szyję znikającą pod kołnierzem polara.

Kiedy stanął przy mnie, uśmiechnął się szerzej.

— Dzień dobry — powiedział. — Tak myślałem, że to ty. Pamiętam, że tak właśnie dreptałaś w miejscu w chwilach zdenerwowania szkołą czy innymi sprawami. Twoją mamę doprowadzało to do szału.

Niewiele myśląc, podeszłam bliżej, otoczyłam ramionami jego szyję i uściskałam go mocno. Nie pamiętałam, żebym kiedykolwiek znalazła się tak blisko Willa. Był ciepły i solidny; zamknęłam oczy, czując, jak przyciska twarz do mojej głowy.

Jego głęboki głos zdawał się wibrować w moim ciele.

— Jak miło cię widzieć.

Tajna agentka Hanna.

Niechętnie odsunęłam się nieco, wdychając świeże powietrze zmieszane z czystym zapachem jego mydła.

— Mnie też miło.

Jasnoniebieskie oczy patrzyły na mnie spod czarnej czapki, spod której wymykały się kosmyki ciemnych włosów. Sumner podszedł bliżej i położył mi coś na głowie.

— Pomyślałem, że ci się przyda.

Sięgnęłam do góry i poczułam wełnianą czapkę. O rany, był rozbrajający.

— Dzięki. Może jednak uda mi się nie stracić uszu.

Uśmiechnął się i odsunąwszy, zmierzył mnie spojrzeniem.

— Wyglądasz… inaczej, Ziggs.

Roześmiałam się.

— Od wieków nikt mnie tak nie nazywał oprócz rodziny.

Jego uśmiech przygasł; przez chwilę Will przesuwał spojrzeniem po mojej twarzy, jakby szukał na niej tatuażu z moim imieniem. Zawsze nazywał mnie tylko Ziggy, jak rodzeństwo — oczywiście Jensen, ale też Liv, Niels i Eric. Do czasu wyprowadzki z domu zawsze byłam Ziggy.

— A jak mówią do ciebie przyjaciele?

— Hanna — odparłam cicho.

Nadal wpatrywał się we mnie. W moją szyję, usta i w końcu przez dłuższą chwilę w moje oczy. Energia między nami była niemal wyczuwalna… lecz nie. Na pewno całkowicie źle odczytuję sytuację. Na tym właśnie polega niebezpieczeństwo, kiedy człowiek znajdzie się w pobliżu Willa Sumnera.

— No to — odezwałam się, unosząc brwi — biegniemy.

Will zamrugał i wrócił do rzeczywistości.

— Racja.

Kiwnął głową i naciągnął czapkę głębiej na uszy. Ten schludnie obcięty człowiek sukcesu bardzo różnił się od tego, jakim go pamiętałam, lecz z bliska widziałam zabliźnione ślady po kolczykach.

— Po pierwsze — powiedział, a ja pośpiesznie przeniosłam spojrzenie z powrotem na jego twarz — musisz uważać na lód na chodniku. Na ogół dobrze tu sobie radzą z usuwaniem go ze ścieżek, lecz jeśli nie będziesz ostrożna, możesz sobie naprawdę zrobić krzywdę.

— Dobrze.

Wskazał ścieżkę wijącą się wokół zamarzniętego jeziora.

— To niższa pętla, która biegnie wzdłuż brzegu. Dla nas będzie idealna, bo ma tylko kilka spadków.

— Biegasz tu codziennie?

Oczy mu zabłysły i pokręcił głową.

— Nie tędy. To tylko półtorej mili. Skoro dopiero zaczynasz, na początku i na końcu będziemy szli, a środkową milę przebiegniemy.

— A dlaczego nie pobiegniemy twoją zwykłą trasą? — zapytałam, gdyż nie chciałam, żeby z mojego powodu musiał zwalniać lub zmieniać nawyki.

— Bo zwykle biegam sześć mil.

— Na pewno sobie poradzę — odparłam. Sześć mil to chyba nie tak wiele. To tylko niespełna trzydzieści dwa tysiące stóp. Jeśli pójdę długimi krokami, to może tylko szesnaście tysięcy kroków… Kiedy sobie to uświadomiłam, poczułam, jak mina mi się wydłuża.

Z przesadną cierpliwością Will pogłaskał mnie po ramieniu.

— Jasne, poradzisz sobie. Ale najpierw zobaczymy, jak ci pójdzie dzisiaj, i potem pogadamy.

A potem? Puścił do mnie oko.

* * *

Raczej marna ze mnie biegaczka.

— Codziennie tak biegasz? — wydyszałam. Czułam, jak ze skroni na szyję spływa mi strużka potu, ale nawet nie miałam siły unieść ręki, by ją wytrzeć.

Will pokiwał głową. Wyglądał jak po odświeżającym porannym spacerku, ja zaś umierałam.

— Ile jeszcze?

Obejrzał się na mnie z pełnym samozadowolenia uśmieszkiem… Uroczym.

— Pół mili.

O Boże.

Wyprostowałam się i uniosłam brodę do góry. Poradzę sobie. Jestem młoda i… mam jako taką kondycję. Prawie cały dzień stoję, biegam między salami w laboratorium, a w domu chodzę po schodach. Na pewno sobie poradzę.

— Dobrze… — odparłam. Płuca wypełnił mi chyba cement, bo mogłam oddychać tylko krótko i płytko. — Cudownie.

— Już ci nie zimno?

— Skądże.

Słyszałam krew pulsującą w żyłach, uderzenia serca rozsadzały mi klatkę piersiową. Nasze stopy dudniły głucho na ścieżce. Nie, zdecydowanie nie było mi już zimno.

— A poza tym, że ciągle pracujesz, podoba ci się to, co robisz? — zapytał; jego oddech prawie nie przyśpieszył.

— Bardzo — wydyszałam. — Doskonale pracuje mi się z Liemackim.

Przez chwilę rozmawialiśmy o moim projekcie i ludziach z pracy. Will znał sławę mojego promotora, którą ten się cieszył w branży szczepień, a ja podziwiałam, że Sumner jest na bieżąco z literaturą przedmiotu nawet w dziedzinie, która — jak sam powiedział — nie zawsze dobrze sobie radzi na rynku kapitałowym. Jednak ciekawiła go nie tylko moja praca, lecz także moje życie i bez ogródek o nie zapytał.

— Moje życie to laboratorium — odparłam, zerkając na niego, by dojrzeć jego reakcję. Niemal nie mrugnął. Znałam kilku studentów ostatniego roku i armię doktorantów klecących prace. — Są naprawdę super — wyjaśniłam, przełykając i znów biorąc głębokie hausty powietrza — lecz najlepiej dogaduję się z dwiema dziewczynami, które mają mężów i dzieci, więc raczej nie umówimy się po pracy na bilard.

— Chyba knajpy już zamykają, kiedy wychodzisz z pracy — zakpił. — Przecież dlatego się tu znalazłem, prawda? Mam się tobą zająć jak starszy brat i wyrwać cię z codziennego młyna?

— Właśnie tak — przyświadczyłam ze śmiechem. — I chociaż mocno się wkurzyłam na Jensena za jego mówkę na temat zorganizowania sobie życia towarzyskiego, muszę przyznać, że trochę racji jednak miał — przerwałam i przebiegłam kolejne parę kroków. — Od dawna skupiam się tylko na pracy, na pokonaniu kolejnej przeszkody, potem kolejnej, tak że faktycznie przestałam się czymkolwiek cieszyć.

— Tak — przytaknął cicho. — To niedobrze.

Próbowałam nie zwracać uwagi na ciężar jego spojrzenia, nie spuszczałam wzroku ze ścieżki przed nami.

— Czy też czasami dochodzisz do wniosku, że ludzie, z którymi najczęściej przebywasz, wcale nie są tymi, którzy najbardziej się dla ciebie liczą? — Kiedy nie odpowiedział, dodałam: — Ostatnio mam wrażenie, jakbym wkładała całe serce wcale nie w to, co powinnam.

Kątem oka zauważyłam, jak odwraca spojrzenie i kiwa głową. Bardzo długo czekałam na odpowiedź.

— Tak, rozumiem — powiedział w końcu.

Po chwili zerknęłam w bok, gdyż dobiegł mnie śmiech Willa. Był głęboki, przewiercał mi się przez skórę i wibrował w kościach.

— Co robisz? — zapytał.

Podążyłam za jego wzrokiem do moich ramion skrzyżowanych na piersi.

— Cycki mnie bolą. Jak wy to robicie?

— No, przede wszystkim nie mamy… — machnął dłonią w kierunku mojej klatki piersiowej.

— A co z resztą? Na przykład biegasz w bokserkach?

Do jasnej, co jest ze mną nie tak? Problem numer jeden: co w głowie, to na języku.

Znów na mnie spojrzał zdezorientowany i niemal potknął się o gałąź.

— Co takiego?

— Bokserki? — powtórzyłam, rozciągając słowo o sylabę. — Czy może macie coś, co przytrzymuje wasze klejnoty…?

Przerwał mi szczekliwym, głośnym śmiechem, który odbił się od zmarzniętych drzew.

— A owszem, nie bokserki — odparł. — Za dużo by nam w środku dyndało — mrugnął i znów spojrzał na ścieżkę; po ustach błądził mu zalotny półuśmieszek.

— Masz dodatkowe części zamienne? — zażartowałam.

Will rzucił mi rozbawione spojrzenie.

— Jeśli musisz wiedzieć, biegam w specjalnych szortach. Dopasowane, żeby chłopcom nic się nie stało.

— Dziewczyny mają chyba więcej szczęścia, jeśli o to chodzi. Nie mamy nic na dole, co mogłoby… — pomachałam rękami — nam dyndać. Jesteśmy bardziej zwarte w dolnych częściach.

Dotarliśmy do równego odcinka ścieżki i zwolniwszy, przeszliśmy do marszu. Will śmiał się cicho obok mnie.

— Zauważyłem.

— W końcu jesteś specjalistą.

Rzucił mi sceptyczne spojrzenie.

— Co?

Przez ułamek sekundy mój mózg usiłował powstrzymać język przed powiedzeniem tego, co wybiegło mi na usta, ale było za późno. Cenzurowanie myśli nigdy nie było moją mocną stroną — co przy każdej okazji rodzinka mi z lubością wytykała — lecz teraz miałam wrażenie, jakby mój mózg korzystał z rzadkiej okazji, by wreszcie pogadać z legendarnym Willem, bo może drugiej takiej szansy już nie będzie.