Przejdź przez wodę, krocz przez ogieńTekst

Z serii: Tekla Berg #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Piątek, 7 czerwca

NAJWYŻSZE PIĘTRO, SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

– Mów krótko i zwięźle, żadnego rozwodzenia się – poinstruował ją Göran przed spotkaniem z Monicą Carlsson.

Bo inaczej co, pomyślała Tekla i wyjęła komórkę. Zadzwoniła do asystenta dyrektorki, Fredrika Francka, i poprosiła, żeby pokierował ją do biura. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Opuściła chaotyczne poranne zebranie, na którym przedstawiono stan poparzonych, i w końcu znalazła właściwą windę. Żaden z pacjentów nie zmarł w nocy. Cud, biorąc pod uwagę, jak rozległe obrażenia miał ten ostatni – ten, którego prowadziła.

W windzie myślała o ranionym nożem mężczyźnie i chłopcu z chorobą Gauchera, których przyjmowała poprzedniego wieczoru. Z tego, co udało się jej rano przeczytać, wiedziała jedynie, że obaj żyją. Gangstera zoperowano, usunięto mu śledzionę. Leżał na OIOM-ie i czekał na kolejną transfuzję krwi. Chłopiec miał sepsę i niewydolność nerek. Nie było pewne, czy przeżyje ten dzień.

Winda zatrzymała się z szarpnięciem i drzwi się rozsunęły. Długi korytarz prowadził do tej cześci budynku, której fasada zwrócona była w stronę miasta. Tekla minęła kilkanaście pustych przeszklonych boksów i spotkała szczupłego mężczyznę w chabrowych okularach. Zaczynał łysieć. Miał na sobie chabrową koszulę, jakby prosto ze sklepu.

– Przypuszczam, że Tekla Berg? Fredrik Franck. Dobrze, że udało ci się wyrwać. Ona już czeka.

Ona.

Pomieszczenie było schludnie urządzone, białe ściany i czarna skórzana sofa w kącie.

– Mam wejść?

– Poczekaj chwilę.

Wskazał niewidoczny punkt na szaroniebieskiej wykładzinie. Tekla zatrzymała się. Fredrik Franck zapukał do drzwi.

– Tak! – dobiegł ich przytłumiony okrzyk.

Asystent wykonał zapraszający gest w stronę wejścia do gabinetu.

– Teraz można.

Tekla otworzyła drzwi i weszła do środka.

Pierwsze, co ją uderzyło, to światło. Szybko spróbowała się tu zorientować, ale okazało się to trudne. Przeszklony z trzech stron wykusz. Poranne światło wpadało przez boczne okno, dając takie wrażenie, jakie się ma, gdy wznoszący się samolot przebija się przez powłokę chmur.

Ze wzrokiem utkwionym w oknie wychodzącym na północ stała dobrze zbudowana kobieta, ubrana w ciemnofioletowy kostium i białą koszulę. Wysokie obcasy. Gruby pierścień na palcu, który było widać nawet z miejsca, gdzie stała Tekla.

– Nasza bohaterka.

Od tyłu Tekla widziała tylko ciemne, krótko obcięte włosy. Wzdrygnęła się, gdy drzwi za nią się zatrzasnęły.

– Przyszłam najszybciej, jak tylko mogłam, ale najpierw musiałam poinstruować lekarzy na SOR-ze.

Dyrektorka odwróciła się i napotkała jej wzrok.

– Fama głosi, że miałaś na miejscu pełną kontrolę.

Kobieta podeszła do dużego biurka i sięgnęła do szklanej miseczki z czymś czarnym.

Tekla wsparła się o oparcie jednego z dwóch krzeseł przed biurkiem. Najwyraźniej nie będą ściskać sobie dłoni.

– Trudno jest zapanować nad takim chaosem. – Tekla poczuła lekkie mdłości. – Czy mogłabym usiąść?

– A w dodatku wczoraj wieczorem doskonale sobie poradziłaś w zabiegowym. Dwa ciężkie przypadki jednocześnie. Do tego szturm policji. Nieczęsto się zdarza, że ktoś biega po SOR-ze z bronią.

Monica Carlsson wzięła coś z miseczki i włożyła do ust, potem odwróciła się i wyjrzała przez okno.

Tekla zaryzykowała i usiadła. Nadal była oszołomiona jasnością w pokoju. Dopadło ją nagle skojarzenie: otwarta łódź na skąpanym w słońcu morzu. Widziała dym z Söder torn jakieś kilkaset metrów dalej.

– Pracowałaś tam? – spytała dyrektorka szpitala.

– Nie było mnie na miejscu pożaru, odkąd zabraliśmy ostatniego poparzonego...

– Chodzi mi o szpital NSK. Zbudowany na pokaz – przerwała jej Monica Carlsson. – Tonący Titanic. Jeśli już same te skandale z konsultantami i przekręty budowlane nie są górą lodową, to wkrótce pojawi się coś innego, mogę ręczyć.

Wzrok dyrektorki był utkwiony w czymś daleko na horyzoncie.

– Ach tak, o tym mówisz. Nie, wcześniej pracowałam tylko w...

– Umeå. Specjalizacja z interny od dwa tysiące dziesiątego do dwa tysiące piętnastego, potem dodatkowa specjalizacja z ratownictwa. Wcześniej studia z medycyny ogólnej i staż w Uppsali od dwa tysiące trzeciego do dwa tysiące dziesiątego, i równolegle studia doktoranckie w Uppsali między dwa tysiące trzecim a dwa tysiące ósmym. Doktorat z neurologii. Dlaczego właściwie neurologia?

– Tak po prostu wyszło – skłamała Tekla, starając się zrozumieć, co się dzieje. Na biurku Moniki Carlsson nie widziała żadnych papierów.

– Byłaś podobno najmłodszą kobietą, która obroniła doktorat, od czasów Hilmy Strålin.

– Wiesz chyba więcej ode mnie.

– A potem jeszcze dodatkowa fucha w psychiatrii.

– W leczeniu uzależnień – poprawiła ją Tekla.

Monica Carlsson usiadła na krześle naprzeciwko Tekli i znów sięgnęła do miseczki.

– Poczęstuj się. Dobrze robi na niskie ciśnienie. Widzę, że jesteś trochę niewyraźna.

Tekla wzięła kawałek lukrecji i włożyła słodko-słonego cukierka do ust. Słony smak ścisnął jej szczękę.

– Zdarza mi się.

Spróbowała dyskretnie wytrzeć spoconą dłoń o spodnie. Dostrzegła kredowobiały kosmyk w kruczoczarnych włosach Moniki Carlsson, co nadawało tej kobiecie wygląd borsuka.

Dyrektorka miała mocno umalowane zielone oczy, a na jej szyi wisiały ciężkie bursztynowe korale.

– Zauważyłaś, że liczba zatruć wzrosła w ciągu ostatniego tygodnia?

– Nie bezpośrednio, ale...

– Stało się coś, w czym nie za dobrze się orientuję. Ale będzie ich jeszcze więcej.

Tekla pomyślała o poparzonym pacjencie. Czyżby jednak przedawkował jakieś opioidy?

– Za nic nie mogę zrozumieć, jak ktoś w ogóle może chcieć się tym szprycować – ciągnęła Monica.

– Nie zawsze chyba chodzi o to, czego się chce – powiedziała Tekla.

Monica popatrzyła jej w oczy z zafascynowaną miną.

– Wolę kieliszek dobrego białego wina. Domaine leflaive montrachet albo może grand cru. A ty?

– Nie znam się zbytnio na winach.

– Nie, bo wtedy byś wiedziała, że butelka leflaive chodzi po pięćdziesiąt tysięcy.

– Jedna butelka?

Monica uśmiechnęła się.

– Przed czym starasz się uciec? – spytała.

– Słucham?

– Człowiek albo goni za czymś, czego pragnie, albo ucieka przed czymś, czego się obawia. W ciągu piętnastu lat osiągnęłaś więcej, niż większości lekarzy udaje się osiągnąć przez całe życie. Dlatego podejrzewam, że przed czymś uciekasz. Przed czym?

Monica Carlsson wzięła kolejny kawałek lukrecji i przytrzymała go przednimi zębami jak pincetą.

Tekla odetchnęła, kiedy dyrektorka spuściła z niej wzrok. Zastanawiała się nad odpowiedzią. Zawsze gdzieś w jej pobliżu czaiła się śmierć. Przez całe życie Tekla budziła się rano i wyskakiwała z łóżka, bojąc się, że przegapi coś fajnego. A strach przed śmiercią wisiał nad nią jak miecz Damoklesa. Jasne więc, że się spieszyła, gnała przed siebie, robiła wiele rzeczy jednocześnie w obawie, że jej życie nagle się skończy.

Monica w końcu odpuściła.

– Słyszałaś, że te nieroby z NSK nie dały rady wczoraj przyjąć więcej niż dwóch pacjentów?

– Z tego, co zrozumiałam...

– Dwóch! Na oddział leczenia oparzeń, który kosztował podatników ponad trzysta milionów koron. Co za bajzel. To chore. Gdyby było tak jak w Anglii lub w Stanach, na Solnabron głowy poleciałyby już rok temu. Ale nie w Szwecji, królestwie socjalistów. Niech szlag trafi polityków, nie chcą pobrudzić sobie gównem wymanikiurowanych paznokci.

Tekla zwróciła uwagę na zadbane, ciemnoczerwone paznokcie, którymi Monica Carlsson byłaby w stanie wydrapać oczy każdemu zwierzęciu.

– Opublikowałaś imponującą liczbę artykułów w czasie pracy w Umeå. Lubisz łapać wiele srok za ogon?

– Nie mogę powiedzieć, że tego nie lubię.

Monica Carlsson uśmiechnęła się, splotła ręce przed sobą, pochyliła się nad biurkiem i z zainteresowaniem popatrzyła na Teklę.

– A więc prymuska. Poza sportem. Widzę, że na to nie wystarcza ci czasu.

– Staram się chodzić po schodach – odpowiedziała Tekla.

– Ale zapominasz jeść. Weź jeszcze jednego.

Monica przysunęła miseczkę, sama też wzięła dwa cukierki i wpakowała je sobie do otwartych ust. Wyprostowała palec, musnęła nim klawiaturę i popatrzyła na monitor obok siebie.

– Nie utrzymujesz obecnie zbyt zażyłych stosunków z... Clemence’em Rågsjö, prawda?

Teklę zmroziło.

– Nie widzieliśmy się od pewnego czasu.

– Aha. Jeśli dobrze zrozumiałam, twój drugi promotor miał jakieś uwagi do twoich badań.

Monica oderwała wzrok od monitora. Podniosła się i lekko utykając, podeszła do panoramicznego okna.

– Teklo, kobiety takie jak my, które mają to coś ekstra, które chcą dostać się tam, gdzie inni nie mogą, muszą czasem naginać zasady. Ty i ja dostrzegamy możliwości tam, gdzie inni widzą przeszkody. Widzimy wyraźnie ścieżki tam, gdzie inni widzą bagno. – Dyrektorka szpitala wbiła wzrok w Teklę. – Masz trudności, żeby zwierzyć się komuś ze swojej potrzeby osiągnięcia tego, czego chcesz, prawda?

Tekla nie wiedziała, czy Monica oczekuje od niej odpowiedzi. Starała się wyglądać możliwie naturalnie i jakoś wybrnąć z tej dziwacznej sytuacji.

– Niektórzy ludzie, jak twierdzi Göran, są zadowoleni z tego, co mają, i jest im z tym wygodnie. Są jak... – Monica powoli pogładziła ręką klapę żakietu – ...kamienie curlingowe, które niespiesznie suną do przodu bez żadnego tarcia. Wyjście poza tor, zmiana kierunku przeczy całkowicie ich naturze. – Odwróciła się i postukała w szybę. – To tutaj nie jest celem samym w sobie. To definicja niepowodzenia. A ludzie tacy jak ty czy ja nie chcą doznawać niepowodzeń, nie akceptują porażek.

 

Tekla czuła, że trudno jest jej ukryć dezorientację.

– Co sądzisz o przypadku? – spytała Monica.

– O przypadku?

– Tak, o przypadku.

– Raczej zbytnio się nad tym nie zastanawiam.

– Świetnie. Mój ojciec też tego nie robił. Był pastorem i mawiał, że albo Bóg, albo nauka mogą objaśnić świat. Nic pomiędzy. Gardził przypadkiem.

Tekla zamierzała powiedzieć coś o grze w kości, ale odpuściła sobie.

Monica Carlsson podeszła do biurka i pochyliła się. Nagle znalazła się tuż obok Tekli. Sprawiała wrażenie, jakby rozważała trudną decyzję. Potem niespodziewanie klasnęła w ręce.

Tekla instynktownie spięła ramiona.

– Wiesz, dlaczego zostałyśmy lekarkami?

Tekla podniosła wzrok, zastanawiając się, jaką specjalizację ma Monica Carlsson. Może jest patologiem? Jeśli chodzi o nią, sprawa była jasna: ratowanie życia. Tylu osobom, ilu tylko się da. Traktując wszystkich równo.

– Bo jesteśmy bohaterkami. A bohaterzy umieją skrywać tajemnicę jak nikt inny. Comes with the job description, że tak powiem.

Tekla siedziała jak sparaliżowana. W tym momencie nie zdziwiłaby się, gdyby Monica rozpostarła pelerynę z dużym S na plecach i poleciała ku niebu.

Monica okrążyła biurko i znów usiadła na swoim krześle.

– Co powiesz, żebyśmy umówiły się kiedyś na kawę? Tylko ty i ja.

– To... chyba możemy zrobić.

– Mam swoją ulubioną kawiarnię, ale nie powiem ci, która to. Inaczej musiałabym cię zabić. – Spojrzała na Teklę. – Taki żarcik.

Znów popatrzylą na monitor komputera.

– Szpital imienia Alfreda Nobla odzyska swój blask. Już ja tego dopilnuję.

Tekla słuchała, wciąż nie wiedząc, co ma powiedzieć.

– Możesz nie zamykać za sobą drzwi.

Tekla się podniosła. W zasadzie chciałaby wyjść tyłem, żeby mieć sytuację na oku, ale wtedy pewnie potknęłaby się o własne nogi.

Zjeżdżając windą, zastanawiała się, czyją bohaterką właściwie była i czy w jakiś sposób nie oderwała się trochę od ziemi.

Sobota, 8 czerwca, rano

ARCHIPELAG, TROSA

Magnus starał się myśleć o czymś innym, mając przed oczami plamy starcze na kanciastej twarzy Sixtena Anderssona. Wskoczył do łodzi i zaczął ją sprzątać. Cudownie, że zaraz będzie mógł wypłynąć, był pewien, że jego niepokój zniknie. Musi tylko porozmawiać z Håkanem – bez względu na to, co stary kumpel sądził o jego paranoi.

Sixten był emerytowanym rybakiem z Trosy. Magnus użytkował jego szopę rybacką już od ponad dziesięciu lat. W ramach podziękowania zostawiał pięćset koron i butelkę koniaku koło ekspresu do kawy w rogu kuchennym. Pożyczał też motorówkę utter z miejscem do spania dla dwóch osób. W zamian za to, Magnus odstawiał ją do rozklekotanego pomostu, zatankowawszy wcześniej dwuprocentowym olejem. Sixten zdradzał z kolei Magnusowi, gdzie rosną poziomki – takie miejsca, o których wiedziała tylko stara gwardia w tej okolicy. Wskazywał płytkie zatoczki, wszystkie wychodzące na południe, gdzie były największe szanse, że temperatura wody szybko wzrastała o kilka dziesiątych, wybudzając trocie. Magnus sprawdzał zwykle na termometrze – siedem stopni było idealne. Znalazł kilka ulubionych miejsc, gdzie dął południowo-wschodni wiatr. „Wiatr musi dąć”, powtarzał Sixten za każdym razem, kiedy Magnus odbierał od niego klucz.

Przyjeżdżał zazwyczaj w piątek wieczorem, w pędzie zatrzymywał się koło mieszkania Sixtena w centrum Trosy, a potem jechał dalej do szopy, żeby zdążyć przed zmrokiem. Miał ze sobą chleb, kiełbasę i słabe piwo, ładował do pieca szczapy drewna i zapalał papierosa. Potem starannie ostrzył haczyki przy świetle świec, sprawdzał prognozę pogody i układał plan na kolejny dzień. Często kładł się spać w ubraniu, nastawiał budzik i zapadał w najlepszy sen, jaki miał przez cały rok. Rankiem wychodził przed wschodem słońca, zabierając ze sobą trzy ulubione wędki, między innymi cudowną berkley, dwa i siedem dziesiątych metra, z kołowrotkiem shimano załadowanym osiemnastomilimetrową splecioną linką, która gwarantowała bezpośredni kontakt z rybą. To właściwe uczucie. W słoneczne dni Magnus zabierał także okulary Polaroid, żeby rozpoznawać trocie po spławiku. Nie bez kozery jego siostra Astrid nazywała go fanatykiem wędkarstwa.

Teraz była jednak sobota na początku czerwca, kiepska pora na ryby. W gruncie rzeczy nie chodziło o ryby, bardziej o spotkanie. Magnus popatrzył na zegarek. Håkan irytująco się spóźniał, powiedział, że musi coś załatwić przed wieczorną imprezą.

Magnus położył poduszki na rufie i starannie zawiązał dwie cumy na dziobie, gdy nagle zobaczył nadchodzącego pomostem Håkana z torbą przerzuconą przez ramię i dwiema wędkami w ręce. Brązowa obcisła skórzana kurtka, niebieskie dżinsy, solidne skórzane buty i – jak zawsze – granatowe polo.

Magnus natychmiast poczuł delikatne przyspieszenie pulsu.

– Ta stara łajba jeszcze pływa? – spytał Håkan i rzucił Magnusowi torbę.

– Daje radę. Nie stać mnie jeszcze na bustera XXL.

Håkan odwiązał cumę i zawołał:

– Na to nie wydałbym nawet korony.

– Mogę to sobie wyobrazić – wymamrotał pod nosem Magnus i położył przybory wędkarskie przyjaciela na dziobie.

Håkan zeskoczył na łódź i wyciągnął komórkę.

– Cholera, ale będzie ekstra. Pora zniknąć dla świata. Zrobione. – Wyłączył telefon. – Nawet szef musi czasem zrobić sobie wolne. Teraz możemy płynąć.

– Aye, kapitanie – powiedział Magnus i zabrał się do odwiązywania cumy od strony rufy. Włączył silnik i jeszcze mocniej zawiązał pokrowiec. Potem wyjął z lodówki schłodzone lapin kulta i pomachał nim przed oczami Håkanowi, który z wdzięcznością wziął piwo.

– Zakładam, że dużo się teraz dzieje – zaczął Magnus.

– O tak, dzięki – odparł Håkan, biorąc łyk. – Po wybuchu wszyscy chodzą nakręceni.

– Tak też myślałem sobie wczoraj wieczorem.

– Na szczęście wszystko jest pod kontrolą. Zrezygnowałem z dzisiejszych atrakcji. Skoku na bungee i takich tam.

– Miło, że chciało ci się tu do mnie wybrać.

– Każdy chyba chciałby pobyć z najlepszym przyjacielem? – powiedział Håkan i spojrzał na wodę. – Spotykamy się zdecydowanie za rzadko.

Magnus wycofał łódź, odbijając od pomostu, i powoli wypłynął z zatoki. Słońce wzeszło kilka centymetrów nad horyzont i od wschodu wiała lekka bryza. Względnie dobre warunki, pomyślał i przyspieszył. Po tylu latach znał już mowę ciała Håkana. Przyjaciel był zrelaksowany. Ręka, którą przejechał po zaczesanych do tyłu ciemnych włosach, i skrzyżowane nogi oparte o siedzenie epatowały poczuciem kontroli i harmonii. Magnus nie rozumiał, jak Håkan może się odprężyć, mając tyle spraw na głowie. Imponujące. On sam ledwie dawał radę utrzymać ład w swoich trzech pokojach, pracować i regularnie chodzić na siłownię.

– Wszystko w porządku?! – zawołał Håkan, przekrzykując warkot łodzi.

– Tak, w porządku – odpowiedział Magnus i uniósł puszkę do toastu. Zastanawiał się, kiedy będzie dobry moment, żeby porozmawiać, ale miał wrażenie, że najpierw muszą zarzucić wędki.

– Nie powinniśmy umówić się na jakiś meczyk?! – zaproponował Håkan. – Trochę czasu minęło.

– Jasne – odparł Magnus. – Mogę coś zarezerwować w tym tygodniu. Biegasz trochę?

– Możesz powiedzieć wprost, że się spasłem. – Håkan poklepał się po rosnącym brzuchu. – Pięć lat do pięćdziesiątki. Chyba wolno człowiekowi trochę przytyć. Twoje szczęście, że się tyle ruszasz w pracy.

– Zacząłeś już planować przyjęcie? – spytał Magnus.

– Pomyślałem, że ty to za mnie zrobisz.

– Jasna sprawa – odparł Magnus, wychwytując ironię w odpowiedzi Håkana. Nie organizował nawet swoich imprez urodzinowych, nigdy nie zaprosił Håkana na nic innego jak jedzenie na wynos, a kontakt utrzymywał tylko ze swoją siostrą Astrid, Håkanem i garstką innych osób. Håkan natomiast miał w Sztokholmie więcej znajomych niż ktokolwiek inny, uwielbiał wychodzić na miasto i organizować wystawne przyjęcia. Poza tym był dobrym kucharzem, szczególnie gdy chodziło o mięso i grillowanie.

– Co będzie? – spytał Håkan z uśmiechem. – Pieczeń i sałatka ziemniaczana? I może kilka pomidorków koktajlowych?

– I puszka piwa – dorzucił Magnus. – Ale atrakcje będziesz musiał załatwić sobie sam.

– Tak myślałem. – Håkan mrugnął nonszalancko okiem. – Powinieneś wyskoczyć dziś ze mną wieczorem. À propos atrakcji...

Po dwudziestu minutach płynięcia całą naprzód Magnus skręcił przy szkierze i zwolnił. Była szansa, żeby o tej porze roku natknąć się w sitowiu rosnącym przy brzegu na trocie. Kiedy wpłynęli do zatoczki, zatrzymał łódź i wrzucił luz. Popatrzył na Håkana – zdrowo ciągnął piwo z puszki. Duży zlepek snusu rozsypał się w proszek i pozostawił czarne smużki między zębami. Przyjaciele spokojnie zaczęli wyciągać sprzęt rybacki.

Magnus napił się kilka łyków lapin kulty i pomyślał o czasach, gdy mieszkali z Håkanem w starym czteropokojowym mieszkaniu matki Håkana w Drakenbergu. Kartony pod ścianami salonu stały nierozpakowane trzy lata – tyle tam spędzili. Z powodu pustych puszek ledwie można było wyjść na balkon. Dziewczyny przychodziły i wychodziły. Tak było przez pierwsze lata w szkole policyjnej, potem wiele się zdarzyło, przede wszystkim w życiu Håkana. Magnus tyrał w prewencji i wspiął się wyżej, do antyterrorystów, gdzie obecnie był jednym z najstarszych i najbardziej doświadczonych policjantów. Na tym etapie Håkan przestał go pytać o „kolejny krok”. Czy dla Magnusa był w ogóle jakiś kolejny krok? Håkan zrobił dużo więcej kroków na drabince kariery.

– Jak się miewa Angelica? – spytał Magnus.

– Nie mam pojęcia – odparł Håkan i zarzucił wędkę.

– Ale podoba jej się w Malmö?

– Nie czaję, co ona widzi w tym infomatołku.

– A niby cię to interesuje.

– W punkt – przyznał Håkan i się uśmiechnął.

Łódź stała niemal nieruchomo, osłonięta od morza. Magnus czuł, jak słońce grzeje jego twarz, ściągnął kamizelkę.

– A dzieciaki?

– Zamierzam wyskoczyć latem z Mattiasem na kilka dni na Alaskę. Uczy się w Lundzie, ale chyba znajdzie trochę wolnego. – Håkan sprawdził pierwsze zarzucenie. – Na prawdziwe ryby.

– Wow. Droga rzecz. A Sara?

– Ech, nie mogę jej wyciągnąć z tego nastoletniego bagna. Nie mam Facebooka albo jakiejś innej apki, więc nie istnieję w jej świecie.

– Możesz chyba spróbować zadzwonić.

– Odrzuca. Przysyła esemesa tylko wtedy, kiedy chce, żebym przelał jej pieniądze. A ty?

– Chodzi ci o plany na wakacje czy...?

Magnus stanął po drugiej stronie łodzi i zarzucił wędkę.

– Zastanawiałem się, czy udało ci się dojść do siebie po ostatnim fiasku – uśmiechnął się drwiąco Håkan.

Magnus wyregulował opór na kołowrotku.

– Wezwali nas na akcję w czwartek wieczorem. Uzbrojony gang motocyklistów w szpitalu Nobla, do którego przywieźli jednego z nich dźgniętego nożem.

Håkan popatrzył zaciekawiony na starego przyjaciela.

– Co to ma wspólnego z randkowaniem?

– Lekarka, która zajmowała się rannym...

– Aha! – wyrwało się Håkanowi. – Robi się coraz ciekawiej.

– Cholernie seksowna – powiedział Magnus.

– No proszę. Wziąłeś od niej numer?

Magnus przejechał ręką po brodzie.

– Niestety. Nie wiem nawet, jak się nazywa.

– Tak, tak. Na pewno będziesz miał jeszcze szansę. Wiek?

– Jakieś trzydzieści. Może trzydzieści pięć.

– Idealnie. Wysoka, niska?

– Dość wysoka i szczupła. Krótkie, ciemne włosy z przedziałkiem.

– Taka trochę chłopczyca. Dokładnie w twoim typie.

– A ty byś nawet nie zwrócił na nią uwagi – powiedział Magnus. Przed sobą widział oczy lekarki w zabiegowym. – Ma w sobie coś z Saamów. Coś w oczach...

– Brakuje ci seksu, to słychać – zawyrokował z powagą Håkan. – Byłeś przy pożarze.

– Tak, coś strasznego.

– Co za szczęście, że awansowałem i omijają mnie akcje w terenie.

– A właśnie, gratuluję nowej posady.

– Dzięki – powiedział Håkan.

– „Inspektor” brzmi lepiej niż „komisarz”.

Łowili chwilę w ciszy. Wzięli sobie po jeszcze jednym piwie. Magnus czuł, że nie da rady dłużej czekać. Wziął kilka głębokich łyków i w końcu wydusił z siebie:

 

– Słuchaj, co się właściwie stało z tymi pieniędzmi z Haninge?

Håkan wcisnął pod wargę nową grudkę snusu i zarzucił wędkę daleko w sitowie.

– Dlaczego pytasz?

– Jestem po prostu ciekawy – odparł Magnus i poczuł, jak zaswędziały go spocone dłonie.

– Nie musisz się tym w ogóle przejmować – powiedział cicho Håkan. – Wszystko jest w porządku. W absolutnym porządku.

– Ale śledczy, któremu dałem tę torbę...

– Wszystko jest okej – przerwał mu Håkan. – Słyszałeś chyba. Możemy z tym skończyć.

– Rzecz tylko w tym...

– Nie powiedziałem nic o Solvalli, czyż nie? – przerwał mu Håkan, cedząc słowa przez zęby. Postawił wędkę w motorówce.

– Dlatego, że obiecałeś nigdy więcej nie podejmować tego tematu – powiedział Magnus, unikając wzroku Håkana.

– Zatem rozumiesz chyba, że naprawdę nie jest to temat, do którego podjęcia chciałbym zostać zmuszony – oświadczył Håkan i oparł się o miejsce sternika.

– No więc to zostaw.

– Chyba nie będę mógł, skoro gadasz o Haninge – skontrował Håkan szorstkim głosem.

– Sądziłem, że mamy dil? – powiedział Magnus. – Wiem, zbłaźniłem się w Solvalli, ale było to dziesięć lat temu i już przestałem grać.

– A ja pozbyłem się tamtego komornika, co nie?

Magnus przytaknął – najchętniej nigdy więcej nie myślałby o tamtym zdarzeniu – po czym dodał:

– I właśnie dlatego czułem się zobowiązany, gdy prosiłeś mnie o przysługę w Haninge.

Håkan zgniótł puszkę po piwie i cisnął ją na pokład.

– Można jeszcze jedno?

Magnus pochylił się i wyjął z lodówki dwa piwa.

– A więc jesteśmy kwita?

– Tak, jesteśmy – potwierdził Håkan. – Solvalla–Haninge, check-check.

Kilka długich minut stali w ciszy i patrzyli każdy w swoją stronę.

– Sorry – powiedział w końcu Magnus i odwrócił się do Håkana. – Zacząłem świrować, bo ruszyły dochodzenia wewnętrzne. Prześwietlają wszystkie jednostki. Jesteś pewien, że usunąłeś mnie z tej operacji?

Håkan rozłożył nagle ręce i parsknął śmiechem.

– A czy zwykle nie dotrzymuję słowa?

– Dotrzymujesz, ale...

– No więc? Możesz na mnie polegać. Twojego nazwiska nie ma w aktach. Byłeś na zwolnieniu lekarskim w czasie tamtej akcji.

– Na pewno?

– Na pewno. Wyluzuj wreszcie i ciesz się wędkowaniem. – Håkan rozstawił szeroko nogi, żeby skontrować fale, które uderzyły w łódź. – Czyli nie idziesz ze mną dziś wieczorem? Będzie ekstra.

– Mogę sobie wyobrazić – odparł Magnus. – Ale to twoi znajomi.

– Znasz przecież Pettera.

– Nie ze szkoły. Poza tym wieczory kawalerskie to nie moja bajka. Za dużo testosteronu.

Håkan zaśmiał się.

– I mówi to dwumetrowy antyterrorysta ważący ze sto kilo.

– Mam metr dziewięćdziesiąt – poprawił go Magnus. – Ale niestety granicę stu kilo przekroczyłem kilka miesięcy temu.

Popatrzył na niebo. Nad ich utterem krążyły mewy, z południa przywiało kilka chmur. W zasadzie Magnus chciał dowiedzieć się więcej o tych pieniądzach, zdawał sobie jednak sprawę, że już nic więcej nie wyciągnie z Håkana, który dobrze strzegł swoich tajemnic. Jak zawsze.

– Słyszałeś coś więcej o zaginionym vanie? – spytał Magnus.

– Spod Söder torn?

Magnus przytaknął i wziął kolejne piwo. Popatrzył na horyzont, jakby chciał sprawdzić, czy słup dymu z Södermalmu wciąż utrzymuje się na niebie.

– Nic a nic – odparł Håkan. – Co za cholerny burdel.

– Istny cud, że nikt nie zginął.

– Gdyby coś takiego stało się w jakimś Nairobi, czytalibyśmy o setkach zabitych.

– Albo w Londynie – podsunął Magnus i pomyślał o pożarze sprzed kilku lat.

– Cholernie dobrze jest mieszkać w cywilizowanym kraju ze sprawnie działającymi służbami ratunkowymi.

Myśli Magnusa powędrowały dalej i zatrzymały się na seksownej lekarce z zabiegowego, którą widział w czwartek. Miał nadzieję, że uda mu się ją jeszcze kiedyś zobaczyć, choć miał świadomość, że prawdopodobnie to nie nastąpi.

– O czym tak myślisz? – spytał Håkan.

– O pożarze – odpowiedział Magnus, unikając filuternego wzroku kumpla.

– Kłamiesz.

– Ach tak? – rzucił Magnus.

– Nigdy nie umiałeś kłamać. Jesteś na to zbyt uczciwy.

– Na szczęście nie wszyscy mają tę przypadłość.

– Co?

– Słyszałeś.

– Co chcesz, kurwa, przez to powiedzieć? – spytał Håkan.

– Nic.

– Nie, no mów – wysyczał Håkan.

– Zapomnij.

– No właśnie. Zapomnij.

– Okej. Daj spokój – powiedział Magnus, pozwalając, żeby jego cel spełzł na niczym. Przypomniał sobie te wszystkie okazje, kiedy widział, jak Håkan na bani traci panowanie nad sobą. Wszystkie ordynarne rzeczy, które mówił. Wszystkie głupie zaczepki, szczególnie w stosunku do kobiet w barze. W zasadzie było to dziwne, że wciąż się przyjaźnili. Nigdy nic nie mówił, gdy Håkan robił coś głupiego, przymykał na to oko. Czuł się słaby. Pozbawiony kręgosłupa.

Wziął jeszcze jedno piwo z przenośnej lodówki i rzucił je Håkanowi.

– Trzymaj. Trochę ochłoń, a potem zobaczymy, kto pierwszy coś złapie.

– Zakładamy się o pięć stów? – podpuścił go Håkan.

– Nie zakładam się.

– Nie?

– Już nie.

– No właśnie. – Håkan uśmiechnął się szyderczo. – Cwaniak zmądrzał na stare lata.