Przejdź przez wodę, krocz przez ogieńTekst

Z serii: Tekla Berg #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sardor wyglądał na zakłopotanego.

Wiktor powlókł się do łazienki.

– Pokaż im trochę dyplomatycznego wyczucia. Absolutnie żadnych niepotrzebnych wojenek między Jensenem a Siecią Północy. Koniec kropka. Hamuj swój temperament. I słuchaj, Sardorze...

– Tak?

– Spraw tacie radość.

Sardor obrócił się i odszedł. Spieszyło mu się na Kungsholmen i na zajęcia z jogi. Po drodze wpisał w Google’a słowo „eskalacja”.

Piątek, 7 czerwca

KLUB MOTOCYKLOWY RED BEARS, SKÄRHOLMEN

Poza różowym holownikiem na ulicy stała tylko kompletnie skasowana mazda. Budynki otaczało wysokie ogrodzenie z drutem kolczastym, nic nadzwyczajnego na obszarze przemysłowym, który w ostatnim czasie zasłynął jako nowa dzielnica, gdzie na południowych przedmieściach puszczano z dymem auta. Przedsiębiorcy się dogadali i wynajęli firmę ochroniarską. Sardor nawet przez sekundę się nie zastanawiał nad tym, czy klub motocyklowy Red Bears dorzucał się do miesięcznej opłaty.

Mężczyzna o torsie wielkości chłodziarki do wina odsunął bramę.

Sardor pokazał na jego rozpiętą kamizelkę.

– Nie powinieneś chyba paradować z tym na widoku.

Olbrzym ściągnął trochę poły kamizelki, ale nawet nie próbował zakryć miniuzi.

– Jest wojna.

Sardor westchnął. Już czuł się poirytowany.

– Trudno będzie walczyć z pierdla, jak cię wsadzą za nielegalne posiadanie broni.

Ruszył w stronę budynku klubu, przed którym w równym rzędzie stało kilkanaście motocykli. Co jeden to niższe przednie zawieszenie. Chromowane elementy połyskiwały we wczesnoletnim słońcu.

Przy drzwiach piętrowego budynku, który wyglądał jak każdy inny biurowiec w tej okolicy – szary tynk jak w bunkrze, zaniedbane dwuszybowe okna, białe ramy – stał na straży kolejny mięśniak. Na skórzanej kamizelce miał napis „Road Captain”.

– Wszystko pod kontrolą, Eje?

– Jensen miewa czasem lepszy humor – odparł Erik „Eje” Johansson, przeszukując Sardora.

Potem Sardor poszedł ciemnym korytarzem aż do dużego pomieszczenia. Pod jedną ze ścian ciągnął się długi bar. W kącie stała nieforemna brązowa skórzana sofa. Niski szklany stolik zapełniały butelki w różnych odcieniach zieleni. Na ścianie wisiała duża czarno-żółto-czerwona flaga przedstawiająca mężczyznę w meksykańskim kapeluszu. W jednej ręce trzymał pistolet, w drugiej miecz. Pośrodku pokoju ustawiono stół bilardowy, a w drugim kącie duży stół jadalniany z dwudziestoma krzesłami.

Na jednym z nich siedział Christian Jensen i palił papierosa. Zaciągał się tak, jakby palił po raz ostatni w życiu. Na kolanach trzymał bezprzewodową gitarę elektryczną. Po drugiej stronie stołu siedziało dwóch mężczyzn. Jeden wysoki, starannie uczesany, w skórzanej kamizelce z rozbitą czaszką. Totte Lindegren. Sardor skinął do niego. Drugi, Penti Harju, nieco starszy, o popielatosiwych włosach zaczesanych z przedziałkiem i wąsach jak mors. Przy krótszym boku siedział jeszcze jeden mężczyzna, nieco chudszy, z ogoloną głową i czarną kozią bródką – prawdopodobnie farbowaną, bo wyglądał, jakby był po sześćdziesiątce – i stukał palcami o blat stołu. Był to Johan „Hrabia” Holmström.

Sardor słyszał, skąd wzięła się jego ksywka: Johan Holmström ubóstwiał w młodości norweski zespół blackmetalowy, a jednego z jego członków nazywano „Greven” – hrabia. Koleś siedział w pudle skazany za morderstwo.

Idąc przez pomieszczenie, Sardor zastanawiał się, czy są jakieś standardy, jeśli chodzi o wygląd siedziby takich klubów motocyklowych. Czy oni wszyscy oglądają te same seriale?

Podszedł do Christiana Jensena i uścisnął mu dłoń. Prezydent klubu nie wstał, dostałby zapewne dusznicy, gdyby miał dźwignąć z siedzenia tę studwudziestokilową górę sadła. Nogi miał szczupłe jak koza. Między słowami głośno sapał. Długa, krzaczasta ruda broda opadała mu jak śliniak na klatkę piersiową.

– Ależ nas kopnął zaszczyt.

Słowom towarzyszyły sporadyczne śmiechy wśród pozostałych.

Sardorowi przyspieszył puls. Starał się uchwycić wzrok Jensena, ale ten miał oczy tak głęboko osadzone w zwałach tłuszczu, że nie było na to najmniejszych szans. Sardor się rozejrzał. Zdawało się, że obowiązuje tu jeden dress code: czarny lub biały T-shirt, skórzana kamizelka i ciemne spodnie. Zadziwiająco wielu miało sportowe buty. Jedynym w porządnych kowbojkach ze srebrnymi ostrogami i na obcasie był sam Christian Jensen. Sardor domyślał się, że prezydentowi z pewnością przypadłaby do gustu gwiazda szeryfa, gdyby mógł ją nosić. Mieli jednak klub macierzysty i to zobowiązywało. Red Bears byli mimo wszystko tylko klubem wspierającym i musieli trzymać się pewnych zasad.

W pomieszczeniu zapadła cisza. Jedynie mężczyzna siedzący u szczytu stołu dalej dudnił żylastymi palcami w blat. Na kamizelce miał napis „Vice-President”. Sardor pomyślał, że na jego zapadłej twarzy widać zadowolenie z samego siebie. Może Hrabiego dosięgła demencja od wąchania kleju.

Christian Jensen pogłaskał gitarę, jakby to był kot.

– Zrzuciłeś kilka kilo? – powiedział w końcu Sardor, przyciągając sobie krzesło. – Do twarzy ci.

– Ty też schudłeś – wysyczał Jensen. – Co oznacza, że zostały z ciebie sama skóra i kości. Niedługo będziesz w tej samej kategorii wagowej co twoja anorektyczna siostra. Co tam u Niny?

– W porządku.

– Jak widzę, przychodzisz bez szefa.

– Przysłał mnie tu, żebym...

– Trochę za ładny garniturek, jak do czarnej roboty – powiedział Jensen i zaśmiał się drwiąco.

Sardor zmusił się do uśmiechu i spokojnie położył dłoń na stole. Przesunął obrzyn.

– Cieszę się, że wciąż możesz mówić. Trochę się bałem, że się utopisz we własnym tłuszczu. Chodzą plotki...

– Ach tak, plotkują o mnie? – Christian Jensen pochylił się do Sardora ze źle udawaną ciekawością. – Zaraz, czekaj... Słyszysz?

Sardor włączył się do zabawy i też przybrał zaciekawioną minę.

– Dzwoni ci w uszach?

– Nie, to na dworze, brzmi jak... działa i bębny. Czyżby trwała wojna?

– W moich jest cicho jak w kościele w poniedziałek rano – odparł Sardor. – I wiesz co? Dalej tak będzie. – Odchylił się i poklepał leżący na stole AK5. – Dlatego te zabaweczki będą sobie tu spokojnie leżeć i się kurzyć.

Christian Jensen parsknął gardłowym śmiechem. Dał znak, że chciałby coś polać. Gostek w skórzanej kamizelce bez naszywek pospiesznie ruszył do baru i wrócił z butelką wódki i dwoma kieliszkami. Jensen napełnił je.

– Teraz się napijemy.

Sardor wziął mały kieliszek od Dannego-Pixa, kandydata do gangu, na którego wpadł już kilka razy w magazynie w Årszcie.

– Za naszą pierwszorzędną współpracę. – Christian Jensen opróżnił kieliszek i zachęcił Sardora, żeby zrobił to samo. Sardor wypił. – Towarzystwo przyjaźni uzbecko-fińskiej z południowego przedmieścia.

– Ależ Christian, ty nie jesteś przecież Finem? Wolisz te rozmiękłe wienerbrød – odparł Sardor z rozbawioną miną. Wiedział bardzo dobrze, że Christian Jensen jest Duńczykiem i przed pięcioma laty odszedł z Black Angels po wewnętrznym sporze, który dotyczył – jeśli wierzyć plotkom – tego, czy Black Angels powinni wejść w Danii w handel ludźmi, czy też nie. Jensen przeniósł się do Szwecji, do Helsingborga, a potem do Sztokholmu na Skärholmen, gdzie założył Red Bears. Teraz zostali klubem wspierającym, chociaż wciąż jeszcze mieli sporo do udowodnienia macierzy. – W waszych szeregach znajdzie się reprezentacja całej Europy Wschodniej, więc szczególnie fińscy chyba nie jesteście?

Christian Jensen sprawiał wrażenie, jakby znudziły go te słowne gierki. Może naprężyły się mu metalowe szwy przytrzymujące klatkę piersiową po wszczepieniu bajpasów.

– Wiktor nie może nas powstrzymać przed wymierzeniem sprawiedliwej zemsty. Chłopak miał raptem dziewiętnaście lat.

– Wiemy, że Jarmo jest bratankiem Pentiego, i szczerze ubolewamy, że pchnięto go nożem.

Penti, mężczyzna o wąsach morsa, skinął głową z uznaniem.

– Dobrze – powiedział Jensen. – Ale Jarmo został zaatakowany, prawie zginął z rąk jakiegoś gówniarza, który chciał zagarnąć kawałek naszego terytorium. Jeśli nie odpowiemy, każdy gang w tym mieście pomyśli, że może robić, co mu się, kurwa, żywnie podoba, bez żadnych konsekwencji.

– Jeszcze nie wiemy, co się właściwie stało – nie odpuszczał Sardor. – Może Jarmo chciał pokazać, jaki z niego chojrak, może zarywał w Kvarnen do nieodpowiedniej laski.

Penti sięgnął po pistolet, ale Christian Jensen uspokoił go ruchem tłustej ręki.

Sardor obniżył głos.

– Wiktor nie chce, żebyście to roztrząsali. Znajdziemy skurwiela, który to zrobił. Dajcie mi Ejego, a razem tym pokierujemy.

„Vice-President” dalej stukał palcami.

Sardor zwrócił uwagę, że Jensen wzdrygnął się na dźwięk imienia Wiktora. Ojciec był mimo wszystko worem, kimś, kogo nie należało drażnić. Wszyscy dobrze wiedzieli, że FSB może przysłać tu ludzi, a wtedy żaden gang motocyklowy ani żadna Sieć Północy nie zdążą nawet przeładować broni.

– A więc wiecie, kto za tym stoi? – spytał Jensen, odzyskując kontrolę. – To ułatwia sprawę. Podajcie nazwisko, a my nie będziemy tępić wszystkich Lwów i K-menów w tym mieście. Oszczędzi nam to sporo amunicji.

– Dajcie nam kilka dni. Koleś jest przyczajony. Skupcie się na tym, żeby zachowywać się w szpitalu jak na dobrych krewnych przystało. Noście personelowi czekoladki czy co oni tam lubią.

Twarz Christiana Jensena przybrała niebieskofioletowy odcień.

– Wy, Ruscy, nic nie czaicie. Jeśli ktoś atakuje jednego z naszych, odpowiadamy tym samym. Takie jest prawo natury.

Kilku mięśniaków w sali zarechotało. Zdawało się, że jest teraz na to przyzwolenie.

 

W niecałą sekundę Sardor wyciągnął dwusieczny nóż i wbił w dłoń „Vice-Presidenta” między drugą a trzecią kością śródręcza. Ból dotarł do mózgu Hrabiego, a na jego ogłuszający krzyk śmiech zamarł Christianowi Jensenowi w gardle.

Członkowie gangu wyciągnęli broń i skierowali ją w stronę Sardora Umarowa. Temu jednak udało się zawczasu pochylić i wyjąć glocka z buta. Przycisnął broń do spasionej skroni Christiana Jensena.

Jensen szybko uniósł rękę i scena znieruchomiała.

– Ach tak, mały Rambo zbudził się do życia. Te jego słynne huśtawki nastrojów.

Sardor wziął głęboki oddech i spróbował zapanować nad pulsem. Pewnie trzymał pistolet.

– Zacznijmy od początku. Wiktor kazał powiedzieć, że my się tym zajmiemy.

Jensen uśmiechnął się wymuszenie.

– Oczywiście. Przyjmujemy to do wiadomości jak cywilizowani ludzie. Przekaż to Wiktorowi. I weź Ejego.

Johan „Hrabia” Holmström głośno oddychał przez nos, żeby stłumić ból.

Sardor zabrał nóż. Schował pistolet. Wszyscy równocześnie opuścili broń.

– Ale jeśli w przeciągu tygodnia nie dostarczycie nam nazwiska sukinsyna albo jego głowy w siatce, rozpętamy tu piekło – dodał na koniec Jensen.

– Mała rada na przyszłość – rzucił Sardor. – Nie nazywaj nigdy Uzbeka Ruskiem.

Piątek, 7 czerwca

OIOM, SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Nietrudno było znaleźć na intensywnej terapii oddział leczenia oparzeń. Znajdował się w głębi, a każda z trzech sal miała wielkość szkolnej klasy. Sterylność była tu na takim poziomie, że można by przeprowadzać operacje. Tekla włożyła strój ochronny, przeszła przez śluzę powietrzną i ujrzała w sali dziwny widok: nad poparzonym pacjentem pochylała się kobieta w średnim wieku, unosząc okulary do czytania, jakby przyglądała się nieznanemu gatunkowi owada w muzeum. Obok stała pielęgniarka, która owijała rękę pacjenta nowym bandażem. Tekla podeszła do nich.

– Jak stan?

– Nad ranem miał tachykardię, lekarz dyżurny uznał, że to z powodu bólu. Zwiększyliśmy propofol.

Kobieta, która pochylała się nad pacjentem, podniosła wzrok i wyciągnęła rękę.

– Rebecka Nilsén, komisarz kryminalna z NWO.

– NWO?

Rebecka uśmiechnęła się i lekko przekrzywiła głowę.

– Narodowy Wydział Operacyjny. Po prostu krajowa jednostka policji. Jesteśmy włączani do sprawy, kiedy może chodzić o... jakieś większe przestępstwo.

– Większe...?

– A pani kim jest? – odpowiedziała pytaniem Rebecka.

– Tekla Berg, lekarka z oddziału ratunkowego i...

– Ach! To ty jesteś naszą osobą kontaktową – przerwała jej kobieta i uśmiechnęła się serdecznie, zdejmując okulary, które zawisły jej na piersi na cienkim jaskrawożółtym sznurku.

Miała szpakowate włosy zaczesane do tyłu i ciasno związane w kucyk. Tekla zwróciła uwagę na ciemną pomadkę w kolorze kadmowej czerwieni. W skrócie: zadbana pięćdziesiątka plus.

– Czyż nie? – dodała Rebecka.

– Mój szef prosił, żebym was informowała na bieżąco.

– Wystarczy, jak będziemy mieli pod ręką numer telefonu. A więc kiedy możemy liczyć na to, że uda nam się przesłuchać Johna Doe?

– Johna...?

– Wiem, mam bzika na punkcie amerykańskich filmów – uśmiechnęła się skromnie Rebecka. – Oglądałaś Siedem? John Doe to mężczyzna z nieznaną tożsamością. Pracujemy nad ściągnięciem tu lekarzy sądowych z Solny, ale mają pełne ręce roboty, że tak powiem. Chociaż to raczej kwestia priorytetów. W życiu wszystko opiera się na priorytetach.

Tekla poczuła się nieco speszona, kiedy policjantka do niej mrugnęła, jakby była małą uczennicą i miała dostać nagrodę, gdy tylko wykona zadanie.

Rebecka Nilsén nie należała do osób czekających na odpowiedź.

– Szpital w Solnie leży bliżej medycyny sądowej na kampusie KI. Że też we wszystkim musi być zawsze tyle polityki... Więc co sądzisz?

– O czym?

Rebecce coś się nagle przypomniało.

– Moment.

Wyjęła dyktafon.

– Masz coś przeciwko, żebym nagrywała tę rozmowę? Tak dla pamięci. Nie jest to żadne przesłuchanie.

– Jasne, że nie mam – odparła Tekla, patrząc, jak barwna komisarz kryminalna niezdarnie stuka w telefon.

– Okej! Kiedy możemy z nim porozmawiać?

– Nie jestem właściwą osobą, żeby odpowiedzieć na to pytanie.

– Możecie zapytać Evę – wtrąciła się pielęgniarka.

Właśnie w tej chwili weszła do sali Eva Elmqvist, lekarka z OIOM-u odpowiedzialna za oddział leczenia oparzeń. Tekla widziała ją w wielu nagłych sytuacjach i zawsze była pod ogromnym wrażeniem.

– O co możecie mnie zapytać?

– Kiedy będziemy mogli porozmawiać z naszym drogim pacjentem? – powtórzyła pytanie Rebecka.

Eva głośno się zaśmiała i ubrała się w plastikowy strój ochronny.

– Wróćcie jesienią. I obie powinnyście mieć maseczki. On jest ekstremalnie narażony na infekcje.

Tekla i Rebecka włożyły maski ochronne.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – dopytywała Rebecka.

– Pytasz poważnie? – powiedziała Eva i wzięła od pielęgniarki bandaż. – Czy on wygląda, jakby w najbliższym czasie dało się z nim porozmawiać? – Potem zwróciła się do Tekli. – Jesteś z SOR-u, prawda?

– Tak, Tekla Berg.

– Göran dzwonił.

Tekla zwróciła naturalnie uwagę: samo „Göran”, bez nazwiska.

– Tak myślałam.

Eva znów zwróciła się do komisarz.

– Odezwiemy się do was. Albo Tekla się odezwie, kiedy pacjent się wybudzi. Dobrze, Teklo?

– Oczywiście.

Tekla zastanawiała się, czy tak właśnie czuje się dziecko, którego rodzice się rozwodzą i ustalają grafik nad jego głową.

– Z czystej ciekawości – powiedziała Eva. – Nie żeby to była moja sprawa, ale jak sądzicie, co on właściwie zrobił?

Rebecka zastanawiała się kilka sekund.

– Zakładamy różne scenariusze. Na początku wychodzimy od tego, że to mieszkaniec budynku, który przebywał w pralni albo w schowku i nie zdążył wyjść na górę, gdy wybuchł pożar. Jak z pewnością czytałyście lub słyszałyście, nowa fasada paliła się bardzo szybko, a płonący materiał spadał na ziemię. Pomieszczenia wokół budynku błyskawicznie się zajęły. Choćby schowek na rowery i śmietnik. W tej sprawie jest wiele wątków. Oczywiście badamy między innymi zaniedbania budowlane, ale to jest do późniejszego ustalenia.

– Zaniedbania? – zdziwiła się Tekla.

– Na to wygląda. Jednak głównie skupiamy się na tym, kim jest ten mężczyzna i co robił w budynku. I czy ma coś wspólnego z eksplozją.

– Co było pierwsze? Eksplozja czy pożar? – spytała Eva.

Rebecka przyjrzała się z zaciekawieniem lekarce, która zdawała się być w tym samym wieku co ona.

– Nie wiemy.

– Ale mężczyznę znaleziono przed maszynownią? – odezwała się Tekla.

– Przed rozdzielnią elektryczną – poprawiła ją Rebecka i zapięła granatową wiatrówkę, która wyglądała na kupioną w jakimś ekskluzywnym second handzie. – A co?

– Była zamknięta na klucz?

– Strażacy musieli wyważyć drzwi do piwnicy. Nad czym się zastanawiasz?

Tekla pokręciła głową.

– Nad niczym szczególnym.

Rebecka popatrzyła na nią z filuterną miną.

– On może być bezdomnym albo narkomanem – powiedziała Tekla.

– Albo?

– Albo... Hmm, jest wiele możliwości.

– Robiliście mu testy na obecność narkotyków? – spytała Rebecka.

Tekla popatrzyła na Evę, a w głowie przejrzała wyniki z laboratorium. Nie widziała badań toksykologicznych.

– Ma śmiertelne oparzenia – odparła Eva. – Skupiliśmy się na szybkim nawodnieniu organizmu i innych środkach ratujących życie.

– Ale toksykologia jest przecież w standardzie – powiedziała Rebecka.

– Sprawdzimy to – wtrąciła się Tekla.

Eva sprawiała wrażenie poirytowanej.

– Jak być może wiecie – zaczęła Rebecka – bo krąży to już w mediach od samego rana, szukamy zielonej furgonetki. Widziano, jak oddalała się z miejsca zdarzenia. Pięciu mężczyzn... albo czterech, którzy uciekali stamtąd po eksplozji.

– I to miałaby być szósta osoba z tej samej bandy? – dopytywała Tekla.

– Na przykład.

– A co on miałby niby zrobić? Podłożyć bombę w piwnicy czy co?

Rebecka się uśmiechnęła.

– Nie musimy popuszczać wodzy wyobraźni. Jak mówiłam, chcemy z nim porozmawiać o tym... kiedy się wybudzi. Zobaczymy, do czego dojdą na miejscu technicy kryminalistyki. Akcja gaśnicza wciąż trwa, więc będziemy mieli tam dostęp najwcześniej dzisiaj po południu.

– A więc sądzicie, że jest terrorystą? – wyrwało się Evie. Wydawała się podekscytowana. Jakby terroryzm wreszcie uderzył w Sztokholmie z pełną siłą.

– Mogę powiedzieć, że tak – odparła Rebecka. – Do sprawy nie włącza się NWO, gdy chodzi o zwykłe policyjne śledztwo.

– I zawsze przychodzicie w pojedynkę, kiedy przesłuchujecie lekarzy na miejscu? – Eva zmrużyła oczy.

– Sprawiasz wrażenie zorientowanej. Jakieś rodzinne związki z wymiarem sprawiedliwości? Ale tak, brakuje nam kobiet i wiele osób z zespołu jest wysyłanych na różne przesłuchania.

– Więc to jest przesłuchanie? – spytała Tekla.

– Nie.

Weszła pielęgniarka z niebieską miednicą i zaczęła zdejmować bandaże z goleni pacjenta. Tekla poczuła zapach dymu wymieszanego ze środkami dezynfekującymi.

Rebecka Nilsén zrobiła kilka kroków w jej stronę i prawie szeptem powiedziała:

– Rozmawiałam z dowodzącym akcją. Czy to prawda, że ty... – Przeformułowała pytanie. – Czy rozpoznałaś pacjenta? Chodzi mi o to, czy spotkałaś go już przed pożarem.

Tekla widziała oczami wyobraźni, jak poparzony kieruje rękę do jej twarzy.

– To znaczy?

– Chodzi mi o tę jego reakcję na miejscu.

– Podałam mu odtrutkę na opioidy, nalokson, ponieważ miał zwężone źrenice. Wtedy się poruszył.

– A więc odzyskał przytomność na krótką chwilę?

– Tak to odebrałam.

– Czyli podejrzewałaś u niego przedawkowanie? Nawet jeśli na SOR-ze zapomnieliście wykonać testy?

– Chyba powinnaś już iść – westchnęła poirytowana Eva.

– Mógł się ocknąć też z innych powodów – dodała Tekla. – Nie jest pewne, że było to zatrucie opioidami.

– Ale kiedy odzyskał przytomność, to... wtedy go rozpoznałaś, tak?

Tekla pokręciła głową, unikając wzroku Rebecki. Młodsza pielęgniarka zdjęła bandaże z nóg pacjenta i gąbką ostrożnie zmywała zwęglone kawałeczki skóry.

Tekla zobaczyła jego stopy i poczuła, jak dreszcz przechodzi ją w górę po kręgosłupie aż do potylicy.

Rebecka Nilsén popatrzyła na swoją komórkę i podniosła głos.

– Muszę się zbierać. Widzimy się o jutro o jedenastej... A może nie pracujesz w soboty?

– Będę – odparła krótko Tekla.

– Świetnie. Jeszcze jeden ciężko pracujący członek społeczeństwa bez życia poza robotą. Skądś to znam.

Tekla nie wiedziała, co powiedzieć. Nie mogła nawet przybrać wojowniczej miny. Myślami była gdzie indziej. Stała przyklejona do ziemi jak ołowiany żołnierzyk do podstawki.

Rebecka Nilsén dała jej swój numer telefonu na wypadek, „gdyby coś ci się przypomniało”, i wyszła.

Tekla została, aby sprawdzić odczyty na monitorze. Pacjent miał przyspieszony puls. Saturacja była dobra, dzięki respiratorowi płuca wciąż pracowały.

Eva opuściła na łóżko zabandażowaną rękę pacjenta.

– Biedak.

– Fakt – przyznała Tekla sucho.

– Dlaczego przyglądasz się jego stopie? – zapytała zaciekawiona Eva. – Jest w niej coś szczególnego?

– Co? Nie. Nie. – Tekla raptownie cofnęła się o krok. – Co z czaszką? Wyczułam wgłębienie.

– Nie mam siły podsycać ich teorii spiskowych – wyznała Eva – ale ma pęknięcie na potylicy, to prawda. Z małym wylewem, nic się nie da zrobić. Dopiero co rozmawiałam z neurochirurgiem. Poczekamy i jutro wykonamy rentgen. To nie jest teraz jego największy problem. – Czule przesunęła dłonią po jego klatce piersiowej. – W ciągu dwóch dni dostanie sepsy i obrzęku płuc. Później będzie to jak siedzenie w małej szalupie podczas sztormu na Atlantyku. Będziemy balansować na cienkiej linie, jeśli chodzi o płyny.

– Jak rozległe są oparzenia?

– Osiemdziesiąt pięć procent.

Mniej więcej pokrywało się to z szacunkami Tekli na miejscu zdarzenia.

– Jeśli ma około trzydziestu lat, to ryzyko śmierci wynosi osiemdziesiąt pięć plus trzydzieści, czyli sto piętnaście procent.

 

Eva się uśmiechnęła.

– Według starego sposobu liczenia. Ale masz rację: mówiąc wprost, jego rokowania wyglądają nie za ciekawie. Jeśli ma mieć choćby cień szansy, chirurdzy muszą szybko wziąć go na stół.

Tekla starała się zebrać myśli. Ta stopa. Co takiego w niej było, że tak na nią zareagowała?