Przejdź przez wodę, krocz przez ogień

Tekst
Z serii: Tekla Berg #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Przejdź przez wodę, krocz przez ogień
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

WIEŻOWIEC SÖDER TORN, SZTOKHOLM

– Nie żyje? – spytał Johan.

– Nie wiem.

– Chyba nie miał szans?

– Czy mógłbyś po prostu chwilę zaczekać? – wysyczała Tekla. – Jak mam mu sprawdzić puls w tym bałaganie?

Wiedziała, że powinna przeprosić Johana za nagłą zmianę nastroju, ale zbadała już tylu pacjentów, że zaczynała mieć powoli wszystkiego dość. Przytrzymała palce na szyi rannego i na kilka potrzebnych sekund powędrowała wzrokiem gdzie indziej. Płomienie wspinały się po jednej stronie wieżowca – tam, gdzie trwał remont elewacji – i sięgały do połowy budynku. Czarny słup dymu wznosił się prosto ku delikatnie różowemu wieczornemu niebu, które starało się oprzeć zapadającemu mrokowi. Każdy z tych obrazów Tekla miała zapamiętać ze szczegółami – taki dar, a zarazem przekleństwo. Drgnęła, kiedy zimne powietrze owiało jej kark, natomiast dwieście metrów dalej biło ciepło od ognia. Śmierdziało palącym się plastikiem i ludzkim potem. Pomruk ognia zagłuszał od czasu do czasu dźwięk pękających szyb i syreny karetek.

– Gdzie go znaleźliście? – spytała, przestając szukać pulsu.

– Przed rozdzielnią elektryczną, pod krętymi schodami.

Podniosła się i spojrzała na ratownika, który wyciągnął ofiarę z płonącego budynku. Dopiero teraz zobaczyła, jaki jest osmolony i spocony.

– Usiądź i odpocznij chwilę.

Ratownik klapnął na zwinięte przewody, rozpiął kurtkę i przejechał dłonią po brudnej twarzy. Potem opadła mu głowa, jakby nagle puściły kręgi szyjne. Tekla zauważyła, że zaczął się trząść. Wiedziała, że powinna do niego podejść i położyć mu rękę na ramieniu, ale zamiast tego stała w miejscu, prostując obolałe plecy. Po raz pierwszy od przeszło dwóch godzin mogła opuścić choć o kilka centymetrów spięte ramiona.

– To ostatni, którego udało się wam wydostać?

Mężczyzna przytaknął.

Tekla popatrzyła na to płonące piekło. A więc ostatni pacjent był zarazem pierwszym, który umarł. Zwłoki trudno będzie zidentyfikować. Włożyła rękę do kieszeni kurtki i wyjęła czarną plastikową kartę, która połyskiwała w płomieniach.

– Ilu opatrywałaś? – spytał strażak.

Nie musiała się zastanawiać. Mogła opisać każdego z poszkodowanych: kolor ubrania, fryzurę, wyraz twarzy, temperaturę ciała. Pamiętała wszystko z najmniejszymi szczegółami. Wszystko poza zapachem.

– Ten jest dwunasty – powiedziała.

– Powinni zostać tam, gdzie byli. Nie wybiegać na klatkę schodową.

– Przecież i tak nie sięgnęlibyście drabiną na osiemdziesiąt metrów.

Ratownik przymknął oczy, jakby miało go to ochronić przed prawdą.

– Ilu zmarło? – spytał.

– Na razie tylko jeden. Ale wielu ma poważne obrażenia i może nie przeżyć.

Tekla w bezruchu przyglądała się spalonemu ciału. Niepowodzenie na wielu polach. Odwróciła się do łukowatej fasady niższego Bofills båge, spowitego w bezpiecznym mroku, wyjęła pomadkę w sztyfcie, wytrząsnęła kolejną małą kulkę i szybko ją przełknęła. Nawet nie zwróciła uwagi na gorzki smak. Za jakąś minutę poczuje efekt.

Ktoś przykucnął obok.

– Ledwie da się rozpoznać, że to człowiek – powiedział. Był to Johan, pielęgniarz.

– Fakt, wygląda raczej jak zwęglona padlina w tlących się wojennych zgliszczach – wymamrotała i już chciała go poprosić o butelkę wody, kiedy dostrzegła, że klatka piersiowa poparzonego poruszyła się.

Tekla pochyliła się, kolana wbiły się w miękki grunt. Przyłożyła ucho do miejsca, gdzie powinny znajdować się usta, ale były tam teraz tylko duże miedzianoczerwone bąble pokryte sadzą i krwią.

– Oddycha!

Szybko wyciągnęła latarkę z kieszeni na piersi i poświeciła mężczyźnie w oko, które nie było całkowicie pokryte spaloną powieką.

– Źrenice reagują. Musimy założyć wkłucie!

Johan pobiegł po torbę ratowniczą, a Tekla w tym czasie obejrzała przeguby rąk mężczyzny. Oparzenia zniszczyły wszystkie naczynia. Twarz, tułów, ręce... Szacowała, że osiemdziesiąt procent powierzchni jego ciała to oparzenia trzeciego stopnia. Nie miał na sobie ubrań, nawet narządy płciowe trudno było rozpoznać. Obmacała czubkami palców jego głowę i znalazła gąbczaste wgniecenie z tyłu.

Johan szybko wrócił.

– Trzeba będzie doszpikowo – stwierdziła Tekla. – Pod jednym kolanem jest względnie nieuszkodzone miejsce.

Johan wyjął wiertarkę i wcisnął igłę z żółtą nasadką.

– Że też nie sprawdziłam pulsu w pachwinie...

Tekla wycelowała w prawy piszczel poniżej kolana, przyłożyła wiertarkę i zabrała się do pracy. Wierciła aż do szpiku. Jedyną reakcją pacjenta było lekkie drżenie spowodowane bólem. Przesunęła wzrokiem po mężczyźnie. Normalna budowa ciała. Normalny wzrost. Ile miał lat? Nie sposób ocenić. Nie zostało mu zbyt wiele włosów. W zasadzie nie miał twarzy. Jego głowa: tlący się krwawy kawał mięsa. Ciało: czarny jak lukrecja pancerz strupów. Przypomniała sobie zdjęcia z Pompejów: żywcem pochowani ludzie zastygli w przypadkowych pozach. Zdawało się, że wielu spało, gdy nastąpił wybuch wulkanu. Czy ona sama chciałaby, żeby ktoś uratował jej życie... w takiej sytuacji? Może wolałaby dostać środki przeciwbólowe i zasnąć?

Sekundę później opróżniła ampułkę naloksonu i podała sól fizjologiczną.

– Intubacja – zarządziła.

W tym samym momencie usłyszała za sobą niski głos:

– Żyje?

Dostrzegła policjanta, ale odwróciła się z powrotem do Johana.

– Daj więcej ketaminy. I wyjmij dwa opakowania ringera. – W pamięci czytała Textbook of Burns, strona dwa tysiące sto dwudziesta siódma, lewa kolumna. Liczyła pod nosem: – Przy siedemdziesięciu kilogramach wagi i obrażeniach obejmujących osiemdziesiąt procent ciała pacjent musi przyjąć dwanaście litrów przez najbliższe dziesięć godzin. Doszpikowo będzie ciężko, ale od tego zaczniemy. Na SOR-ze będą musieli założyć wkłucie centralne. Jeśli zdążymy tam dojechać.

– Powiedział coś? – spytał policjant, który stał teraz obok. Sądząc po wyglądzie, na wczesnym etapie życia zaczął sobie rekompensować rzedniejące włosy długimi wieczorami na siłowni i starannie wypielęgnowaną brodą kapitana Baryłki. Całe jego wyposażenie policyjne prezentowało się bez zarzutu.

– Czy wygląda, jakby mówił? – prychnęła Tekla.

– A co? Nie zna szwedzkiego?

– Mam nadzieję, że to żart.

– Widzieliście jakieś tatuaże?

– Nie, na tych dwudziestu procentach jego ciała, na których nie ma akurat obrażeń, nie widziałam żadnych tatuaży. Teraz proszę się przesunąć, muszę zaintubować.

Stłumiła ochotę, żeby odepchnąć policjanta.

Poparzony mężczyzna nagle poruszył lekko ręką i odwrócił głowę w stronę Tekli.

Wtedy policjant pochylił się nad nim i głośno zawołał:

– Słyszysz mnie? Skiń głową, jeśli mnie słyszysz. Świadkowie widzieli zieloną furgonetkę, która tuż przed eksplozją odjeżdżała stąd z czterema lub pięcioma mężczyznami. Jesteś w to zamieszany? Tamci zwiali i cię zostawili? Gdzie mieliście się spotkać? Mówże!

Bez reakcji.

– Did you put a bomb in the basement?! – zawołał policjant, który zdawał się sądzić, że poszkodowanemu popękały bębenki w uszach. – What did you do outside the... Jak, do cholery, będzie „rozdzielnia elektryczna”? What did you do przed roz-dziel-nia?

Mężczyzna poruszał bezwładnie rękami, a Tekla odniosła wrażenie, że zwrócił swoje jedyne oko w jej stronę. Odsunęła policjanta.

– Muszę natychmiast go zaintubować, inaczej nie ma szans na przeżycie.

– Jeszcze jedno – powiedział policjant i znów pochylił się nad poparzonym. – Jeśli wysadziłeś w powietrze ten budynek i zraniłeś tych ludzi, osobiście dopilnuję, żebyś ty i twoi krewni, z któregokolwiek popieprzonego kraju na Bliskim Wschodzie pochodzicie, cierpieli po wsze czasy. Żaden prorok cię nie ochroni. Możesz zapomnieć o dziewicach w niebie. Słyszysz?!

Tekla odgoniła policjanta, który wycofał się demonstracyjnie wolno.

– O czym ty gadasz?! – krzyknęła za nim. – Skąd możesz wiedzieć, do cholery, że to był atak terrorystyczny, co?! Równie dobrze mógł to być wypadek albo cokolwiek innego!

Pozostali policjanci musieli powstrzymywać szefa, który sprawiał wrażenie, jakby chciał podejść i zdeptać poparzonego swoimi wielkimi traperami. Dowódca policji wbił wzrok w Teklę i uśmiechnął się drwiąco, a potem powoli odszedł. Także inni policjanci i funkcjonariusze sił interwencyjnych cofnęli się o kilka kroków i znów pojawiła się łuna ognia. Tekla położyła dłoń na czole poszkodowanego. Jego noga była odsłonięta.

Pochyliła się, delikatnie go pogłaskała i wyszeptała:

– Będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze... A teraz śpij.

Wzięła laryngoskop i już miała przesunąć się w stronę głowy poparzonego, kiedy ten wyciągnął w jej stronę palec. Ku jej twarzy. Pochyliła się, żeby spróbować zrozumieć, czego chce. Usłyszała krótkie, syczące oddechy. Powoli, z trudem wydusił z siebie kilka słów. Potem jego ręka znów opadła, a on pogrążył się w nieświadomości.

– Co powiedział? – spytał Johan.

– Pływać – odparła Tekla i się wzdrygnęła. – Zabrzmiało tak, jakby mówił coś o pływaniu.

7 czerwca, noc z czwartku na piątek

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Tekla zawsze źle się czuła, jadąc z tyłu samochodem. Karetką rzucało, ale zacisnęła zęby, głęboko odetchnęła i skupiła się na swoim jedynym zadaniu: utrzymaniu poparzonego przy życiu. Na wzniesieniu za Ringvägen zauważyła jadący za karetką nieoznakowany radiowóz. Wyłączył syreny, kiedy zbliżyli się do SOR-u.

Za pomocą worka ambu ostrożnie wcisnęła mężczyźnie odpowiednią ilość powietrza do płuc. Nie miała możliwości, żeby zmierzyć mu ciśnienie, ale w jego pachwinie wyczuwała słabe tętno. Wiedziała, że wciąż żyje. Popatrzyła na maź na swojej gumowej rękawiczce. Czy te migdałowobiałe niteczki wyglądające jak rozgotowane spaghetti to nerwy, które rozpadły się pod wpływem ciepła?

 

Silnik zgasł, usłyszała, jak Johan otworzył drzwi.

– Jak tam? – zapytał.

– U mnie czy u pacjenta?

– Wnioskuję z tego, że żyje.

Szerzej otworzył tylne drzwi. Tekla zazdrościła mu beztroskiego nastawienia do życia.

– Spisałeś się dziś za kółkiem – pochwaliła go i pomogła mu z noszami. – Chociaż ten jeden raz się nie porzygałam.

W trakcie wyciągania noszy naciskała od czasu do czasu worek. Na stacji pogotowia stało jeszcze osiem karetek, z dwóch właśnie wyciągano poszkodowanych.

Zobaczyła nadchodzącego w ich stronę szefa oddziału Görana Collindera. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby był równie czerwony na twarzy. Musiał tu gnać z luksusowego apartamentu na górnym Östermalmie, pomyślała, bo po raz pierwszy widziała go bez granatowej marynarki ze złotymi guzikami.

– Tekla Berg, prawda?

– Nie sądzę, żeby w tej klinice był ktoś inny o tym imieniu.

– A to ten ciężko poparzony mężczyzna z Söder torn?

– Jeden z nich.

Tekla zauważyła, że Göranowi towarzyszy dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu, prawdopodobnie policjantów. Napotkała wzrok jednego, ale szybko skierowała spojrzenie w stronę szefa.

– Pędzimy do zabiegowego – powiedziała.

– Dobrze, zaczekam, ale gdy tylko odstawisz pacjenta, muszę z tobą porozmawiać – odparł Göran i przybrał taką pozę, jakby chciał dodać powagi swoim słowom.

Tekla najzwyczajniej w świecie odwróciła się i ruszyła w kierunku SOR-u, gdzie w pogotowiu czekał już lekarz w masce i w pełnym rynsztunku.

Zabolało ją, że Göran kazał jej przekazać tego pacjenta komuś innemu. Czekał na niego respirator i noc oczyszczania ran. Istna droga przez mękę. Może na miejscu tragedii lepiej byłoby pójść za radą Johana i z litości dokonać szybkiej eutanazji, podając solidną dawkę morfiny.

Wycofała się pod szafkę z lekami, gdzie stał Johan i stukał coś na ekranie. Podniósł wzrok.

– Słuchaj, o co chodziło z tym pływaniem?

Teklę zmroziło.

– O nic.

– No powiedz.

– Po prostu wydawało mi się, że powiedział coś... o pływaniu.

– Kiedy cię zobaczył?

Ujrzała przed sobą obrazy znad jeziora.

– Zabawne, że nie umiem pływać...

Johan popatrzył na nią.

– Ale dlaczego miałby mówić o pływaniu?

– Tak, to bardzo dziwne – przyznała, unikając zaciekawionego wzroku Johana. – Może majaczył. Ale wyglądało to trochę tak, jakby spojrzał na mnie i chciał o coś spytać. Musiałam źle usłyszeć. Jedyną osobą, która wie, że nie umiem pływać, jest...

– Teklo!

Stojący w drzwiach gabinetu Göran przywoływał ją machnięciem ręki. Obok niego stali policjanci. Najwyraźniej mieli zostać przy pacjencie. Tekla dostrzegła wreszcie panujący wkoło chaos. Szpital podczas stanu kryzysowego – ściągnięto personel z całego miasta, dużo więcej niż było potrzeba.

Zdjęła zakrwawioną kurtkę i powiesiła ją przy postoju dla karetek, umyła ręce, zdezynfekowała je i opłukała twarz zimną wodą. Potem poszła do Görana. Starała się coś wyczytać z jego postawy. Dotąd jeszcze nie wspominał o wcześniejszej katastrofie z facetem ranionym nożem i dzieckiem mającym drgawki. Czyżby personel nie zdążył mu donieść o wszystkich odstępstwach od przyjętych zasad? A może jego myśli całkowicie pochłaniał pożar?

Minęli kilkoro rannych, którzy leżeli na noszach przed wypełnionymi gabinetami.

– Ilu do nas przyjechało? – spytała Tekla.

– Pięcioro. Ale tylko dwoje z poważnymi obrażeniami.

– Dlaczego tylko dwoje?

– No tak, i jeszcze ten twój, czyli razem troje.

– Gdzie są pozostali? Musiało ich być co najmniej dziesięcioro.

– Pięcioro pojechało do Uppsali, a dwie osoby do Solny.

– Do Uppsali? Czy to nie my mamy przypadkiem nowiutki oddział leczenia oparzeń?

– Tak, ale być może słyszałaś, że to Uppsala ma podpisany kontrakt jako państwowy ośrodek referencyjny. – Göran spróbował się uśmiechnąć, jednak najwyraźniej był zbyt zestresowany, żeby udawać fałszywą radość. – Ale teraz nowy oddział będzie miał pełne ręce roboty. Znam kogoś, kto się z tego ucieszy.

Tekla opuściła SOR, minęła klinikę dziecięcą i skierowała się do holu głównego. Göran starał się dotrzymywać jej kroku. Nigdy nie widziała tu aż tylu ludzi w środku nocy. Od wejścia płynęła fala zaniepokojonych krewnych, a za nimi kolejna pędzącego gdzieś personelu.

Tekla skręciła w lewo.

– Chciałbym, żebyś została lekarzem prowadzącym tego poparzonego – powiedział Göran.

– Lekarzem prowadzącym?

– Wiem, to trochę niespodziewane, ale ten pacjent jest wyjątkowy.

– Chcesz powiedzieć, że jest śmiertelnie poparzony?

– To też. Dzwonił do mnie dowódca akcji. Jeśli pacjent przeżyje, zostanie wszczęte postępowanie. On może mieć jakiś związek z pożarem.

– To znaczy jest w nim poszkodowany?

– Może nawet coś więcej.

Doszli do wind. Tekla kilka razy nacisnęła przycisk.

– Ale dlaczego ja? Lekarzem prowadzącym zostaje zazwyczaj ktoś z OIOM-u, prawda?

– Z tego, co zrozumiałem, zareagował na nalokson.

– Ale co to ma wspólnego z prowadzeniem tego pacjenta?

– Potraktujemy to jako zatrucie. Oddział ratunkowy jest odpowiedzialny za wszystkie przypadki zatruć, które trafiają na oddział intensywnej terapii.

Drzwi windy się otworzyły. Tekla niechętnie weszła do środka i powstrzymała mdłości, kiedy zapach płynu po goleniu Görana wypełnił niewielką przestrzeń. Od wielu lat nie była blisko z żadnym mężczyzną. Nacisnęła dziewiątkę.

– Zatrucie? Ale...

– Zostajesz lekarzem prowadzącym z dwóch powodów – odburknął Göran. – Po pierwsze dlatego, że to zatrucie. Po drugie dlatego, że nie znamy jego tożsamości, a policja chce mieć kontakt z kimś, kto orientuje się we wszystkim, co dzieje się z tym pacjentem.

Zerknął na zegarek na swoim nadgarstku.

– Nie patrz tak na mnie. To nie ja tu decyduję.

– Kto w takim razie?

Zauważyła, że pożałował czegoś, co mu się prawie wymsknęło.

Drzwi windy znów się otworzyły. Tekla ruszyła do swojego pokoju, słyszała, jak Göran dalej drąży temat.

– Dowódca akcji powiedział, że pacjent cię rozpoznał. Czy tak było?

Zatrzymała się przed swoim pokojem i przekręciła klucz w szklanych drzwiach. Dotarło do niej, dlaczego Göran przyszedł za nią aż tutaj.

– Co przez to rozumiesz?

– Czy on przypadkiem na ciebie nie wskazał? Nie poznał cię?

– Daj spokój. Poruszył ręką, bo dałam mu nalokson. Ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co się dookoła dzieje. Widziałeś, jak wygląda?

Weszła do pokoju i stanęła przy oknie. Istnieje chyba tylko jedna osoba, która wie, że ona nie umie pływać? Ale przecież wielu ludzi nie umie.

Potrzebowała bomby. Natychmiast.

Göran stanął obok. Zaledwie kilometr dalej widzieli wciąż płonący Söder torn. Nad miastem zapadał zmrok, płomienie objęły już cały wieżowiec, do najwyższego piętra. Dookoła wieży stały rusztowania.

Ten widok poruszył nawet Görana.

– Och – wydyszał.

– Nie widziałeś tego jeszcze? – spytała Tekla.

– Jak tam właściwie było?

– Nierealnie.

Jej myśli krążyły wokół ludzi, których starała się uratować. Czy mogła postąpić inaczej?

– Wybawienie dla potworzycy – wyszeptał Göran.

– Dla kogo?

– Nie, nic takiego.

Przyglądali się budynkowi kilka sekund. Tekla czuła, że pot spływa jej nawet po wewnętrznych stronach ud. Westchnęła.

– Naprawdę muszę się przebrać.

Rozpięła spodnie.

– Tutaj?

– Nie zamierzam jechać do domu metrem, wyglądając jak rzeźnik.

– Wiesz chyba, że przebieramy się w piwnicy. Macie przecież szatnie...

– Serio? – przerwała mu Tekla, ściągając spodnie. – Jestem potwornie zmęczona.

– Okej – powiedział Göran i się odwrócił. – Ale zgadzasz się zostać prowadzącą?

– A mam jakiś wybór?

– W tej chwili nie widzę żadnego.

– No to znasz odpowiedź.

– W takim razie jutro bądź o jedenastej na OIOM-ie. Policja będzie się codziennie zjawiać na odprawie. Oczekują od ciebie aktualnych informacji o stanie pacjenta.

– Codziennie?

– Równo o jedenastej.

– Pracuj szybciej przy tych samych środkach – westchnęła Tekla.

– Co mówiłaś?

– Nic.

Wzięła głęboki oddech i sięgnęła lepką dłonią do kieszeni po pomadkę. Zadzwoniła komórka Görana.

– Tak... Tak... Jest tutaj ze mną...

Podał jej telefon.

– To do ciebie.

– Kto? – wyszeptała, dając znać ręką, że nie chce z nikim rozmawiać.

– Monica. Po prostu odbierz.

Ledwie załapała, o której Monice mówi Göran, a już trzymała jego komórkę w ręce i musiała coś powiedzieć.

– Tekla? – usłyszała ostry, energiczny głos.

– Tak.

– Dużo o tobie słyszałam dziś wieczorem.

– Ach tak?

– Chciałabym z tobą porozmawiać. Jutro z samego rana. Jesteś na dyżurze, prawda? Masz być o jedenastej na OIOM-ie.

– Tak, skąd to wiesz...?

– Zadzwonię – powiedziała dyrektorka szpitala i rozłączyła się.

Tekla oddała komórkę Göranowi. Ślepo wpatrywała się w jego plecy, kiedy wreszcie postanowił zostawić ją samą w pokoju. Głośno dzwoniło jej w uszach, w końcu jednak na dziewiątym piętrze Szpitala im. Alfreda Nobla zapanowała całkowita cisza.

Teraz już rozumiała.

Potworzyca.

II

Piątek, 7 czerwca, rano

GRÖNVIKSVÄGEN, BROMMA

Wiktor Umarow obudził się z porannym wzwodem. Jego ciało ogarnęła niedająca się wręcz opisać radość. Kilka sekund majstrował palcami przy fiucie, sprawdzając, czy pozostanie sztywny. Upewnił się, że nie okaże się to kolejnym koszmarem.

Odwrócił się i niezdarnie przysunął do Eleny. Wciąż słodko spała, nie przeczuwając nawet, jak cudowny prezent zamierza jej sprawić na dobry początek dnia. Wsunął dłoń pod jej ramię, ostrożnie zsunął jedwabną koszulę, złapał za obfitą pierś i zaczął pieścić duży sutek, przyciskając sterczącego penisa do jej cudownej pupy. Kiedy spotkali się na przyjęciu w Moskwie, zakochał się w tych pośladkach, jeszcze zanim ujrzał jej starannie umalowaną twarz.

Obudziła się. A niech to, ale się będą pieprzyć. Ostro, aż się spocą. Nie robili tego od wielu miesięcy. Wiktor zamierzał zawieźć całą skrzynkę szampana lekarzowi z Östermalmu. Nie żadnej rosyjskiej wódki, której Szwedzi i tak nie byli w stanie docenić. Oko za oko. Jak na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy wykupił rosyjskiego państwowego monopolistę na rynku energetycznym. Mocny uścisk dłoni i flaszka. Wtedy, rzecz jasna, wódki.

Tak intensywnie rozmyślał o tym, jak podziękuje lekarzowi, że prawie się zdekoncentrował. Zaczął pompować, aż poczuł mięśnie pośladków.

Elena zorientowała się, co się dzieje. Zsunęła majtki. Mogło pójść szybko. Była mokra jak ostryga w bułgarskim Royal Castle Hotel. Tylko żeby nie spalił, zanim w nią wejdzie. Musi pchnąć kilka razy. Tam i z powrotem. Znów musi poczuć to jej cudowne ciepło. Poczuć, jak ona odwzajemnia jego pchnięcia.

Nagle spostrzegł, że coś się zmieniło. Jego fiut nie wydawał się już taki twardy. Napiął pośladki, spróbował skierować krew w swoją dzidę, napełnić ją siłą. Ale czuł, jakby odłączono mu zasilanie. Zobaczył przed sobą ogromną dmuchaną plastikową kukłę przed salonem samochodowym w Stanach, która opada, gdy wyciągnie się zatyczkę.

Niecała minuta i po wszystkim. Po sześćdziesięciu sekundach jego penis był równie miękki i wiotki jak przez ostatnie lata.

Odwrócił się i zsunął stopy na puszystą wykładzinę. Podniósł się, wyjął pistolet z szuflady stolika nocnego, załadował magazynek i oddał dwa szybkie strzały. Lustro w złotej ramie wielkości metr na dwa rozprysnęło się na tysiąc kawałków.

Drzwi się otworzyły i do środka wpadła Kamila. Miała na sobie flanelową piżamę w kolorze czerwonego wina, jej bujna czarna czupryna była potargana, nastoletni wzrok zdawał się raczej zły niż zdziwiony. Na górę wbiegł też Sardor z wyciągniętym pistoletem.

 

– Spokojnie – powiedział Wiktor i ruszył do dzieci, omijając odłamki szkła. Wziął Kamilę w objęcia i przycisnął do siebie. – Tylko lustro się potłukło.

– Lustro? Jesteś kompletnie porąbany – rzuciła Kamila i odepchnęła go od siebie.

– Ale nie na tyle, żeby nie móc przychylić nieba mojej małej królewnie.

– Och – westchnęła i stąpając demonstracyjnie po wykładzinie, zawróciła do swojego pokoju. – Mam ojca świra...

Sardor czekał.

– Później możesz posprzątać – oświadczył Wiktor. – Daj jej spać.

– A to dobre – usłyszał głos Eleny spod kołdry.

Wiktor wyszedł z sypialni i zamknął za sobą drzwi. Był głodny i musiał się napić kawy. Jeszcze się policzy z tym cholernym konowałem. Ścisnęło go w żołądku: powinien zapanować nad emocjami. Zostawić przemoc za sobą. Za każdym razem, kiedy to powracało, jego życie sprawiało wrażenie jednej wielkiej porażki.

– Nie wiedziałem, że masz jeszcze tę starą zabawkę – powiedział Sardor.

– Tylko do obrony koniecznej. Przez nostalgię.

Wsadził makarowa rocznik 1951 do kieszeni szlafroka.

Sardor z rezygnacją wzruszył ramionami.

– Jest problem, Wiktor. W nocy była awantura w szpitalu i...

– Dlaczego – przerwał mu Wiktor – dlaczego nie mówisz do mnie „tato”, jak Nina i Kamila? Albo „ojcze”? Albo „tatusiu”? Wszystko jedno. Tylko tak, jakbyś mnie nie znał. Jakbyś nie znał swego rodzonego ojca z uzbeckiej krwi i kości. – Poklepał się po pokaźnym brzuchu i przyciągnął do siebie Sardora za policzek. – Zobacz, poczuj tę prastarą siłę wokół pępka. Zapomniałeś już, jak siedziałeś mi na...

– W knajpie na Södermalmie dźgnięto nożem chłopaka z Red Bears – przerwał mu Sardor, odwrócił głowę i schował pistolet do kabury. Na szarym T-shircie pod pachami widać było ciemne plamy potu. – Zabrali go do Nobla na ostry dyżur. Zrobił się burdel. Krążą plotki, że pchnął go ktoś z Sieci Północy.

Elena przeszła obok nich i głośno westchnęła.

– Czy wy zawsze musicie rozmawiać o pracy?

– Zejdę za pięć minut, skarbie – zapewnił ją Wiktor i zaczekał, aż zniknie na schodach.

Przyciągnął do siebie syna, przycisnął go do piersi i spróbował przytrzymać. Poklepał go po głowie, tak jak przeszło trzydzieści lat wcześniej w Londynie. Sardor miał wtedy pięć lat, a Nina zaczynała szkołę. Już wówczas diametralnie różnili się temperamentami. Sardor spał niespokojnie i często wołał w nocy rodziców. Nina od razu znalazła przyjaciół i dobrze się sprawowała. Sardor już w podstawówce zaczął tracić nad sobą kontrolę. Wiktor miał niewiele wspomnień z tamtych czasów, zdawał sobie sprawę, że jako ojciec był nieobecny, ciągle w rozjazdach. Podróże po ogromnym rozpadającym się imperium radzieckim, skupowanie z Borysem przedsiębiorstw, których nazw już nie pamiętał – to wszystko miało swoją cenę. Obraz tego, jak do jego moskiewskiego biura wchodzą tajniacy z FSB i proszą, żeby z nimi poszedł, na zawsze utkwił mu w głowie. To właśnie wtedy dotarło do niego, że nie wychował syna tak, jak chłopak tego potrzebował. Było już jednak za późno.

Sardor odepchnął ojca.

– Sieć Północy? – spytał Wiktor.

– Tak twierdzi Eje, ale nie jest to stuprocentowo pewne.

– A Jensen nie dzwonił osobiście?

– Jakie to ma znaczenie?

– Widziałeś go ostatnio? Spasiony jak Jelcyn pod koniec życia.

– Jak kto?

– Nie wiesz, kim był Borys Jelcyn? Mój zagubiony mały...

– Czy moglibyśmy po prostu zdecydować, co robimy?

Sardor otarł pot z czoła i przesunął dłonią po krótko ściętych, bujnych włosach.

– Który gang z Sieci Północy? – spytał Wiktor. – Lwy? K-meni? Jakan Crew? No Way Out czy jak oni się tam nazywają?

– Skąd mam wiedzieć? Chodzą tylko słuchy, mówiłem przecież. Ale o nic się nie martw. Załatwię to.

– Powiedz, co dokładnie mówił Eje.

– Jeden z młodych, Jarmo, został dźgnięty nożem w pierś. Kiepsko to wygląda. Nie wiadomo, czy przeżyje.

– Ale o co chodziło? O dupy? Narkotyki? – dopytywał Wiktor.

– Skąd mam to niby wiedzieć? – odburknął poirytowany Sardor. – Miałeś się trzymać z dala od wszelkich szczegółów, już to chyba ustalaliśmy. Im mniej wiesz...

– Jensen jest wkurwiony? – ciągnął Wiktor.

– Tak, i to cholernie. Eje twierdzi, że chce wyposażyć w AK5 wszystkich nastolatków ze Skärholmen. Nie zdziwiłbym się, gdyby rozumiał to dosłownie. Wystarczy? Ale skup się na tych swoich tłumaczeniach.

Wiktor przeciągnął palcami po zlepionych włosach, spróbował rozplątać kołtun, który zrobił mu się w nocy. Zanotował w pamięci, żeby przed przyjęciem w nadchodzący weekend umówić się do fryzjera.

– Czy Sieć Północy została wydymana na kasę ostatnimi czasy?

– Nie wiadomo.

– Może powinniśmy wyciągnąć do nich pomocną dłoń i trochę im pożyczyć. Czemu nie założymy banku?

Sardor utkwił wzrok w odłamkach na wykładzinie.

– Wiesz, co oznacza stłuczone lustro?

– Lustro da się naprawić – odparł Wiktor. – Za to wojna gangów może trwale zaszkodzić naszym interesom.

Wyjrzał przez okno, które wychodziło na ogród z basenem.

Elena szła niespiesznie ze szklanką soku i filiżanką kawy w stronę mebli ogrodowych. Trzy mastify bawiły się pluszowymi miśkami pod murem.

– No żesz kurwa! – wybuchnął Wiktor.

Sardor aż podskoczył.

– Tylko spokojnie, rozwiążemy to, mówiłem przecież. Mamy wszystko pod kontro...

– Nasz basen wygląda jak kloaka.

Sardor pokręcił zdezorientowany głową.

Głos Wiktora znów był spokojny.

– Czy ty rozumiesz, jak ciężko pracowałem, żeby kontrolować handel heroiną w tym mieście?

– Masz więcej siwych włosów niż wtedy, gdy się tu przeprowadziliśmy.

– Nie jestem pewien, czy rozumiesz. To wszystko, co tu widzisz... – Wiktor wykonał powolny ruch ręką – ...jest wynikiem pracy, którą rozpocząłem wiele lat temu w obskurnej celi rosyjskiego więzienia.

– Myślałem, że jesteś tłumaczem literatury rosyjskiej. Tak masz napisane w deklaracji podatkowej. Poza tym to chyba FSB dało ci to zlecenie?

Wiktor westchnął.

– Nigdy by mnie nie wypuścili i nie przysłali do Sztokholmu, gdyby nie wiedzieli, że odwalę tu kawał dobrej roboty. Ile dni swojego życia spędziłeś zamknięty w sześciu metrach kwadratowych? Ani jednego? No właśnie. Wtedy zdecydowałem... – obrócił się i chwycił Sardora za potylicę – ...że albo stworzę imperium dla swojej rodziny, imperium godne cara, albo równie dobrze będę mógł wsadzić sobie pistolet do ust i nacisnąć spust.

Sardor popatrzył na ojca z zachwytem pomieszanym z przerażeniem. Wiktor spojrzał na syna i uśmiechnął się wyrozumiale. Puścił go i podrapał się po irytującej egzemie na łokciu.

– Sieć Północy, mówisz?

– Tak, ale...

– Magazyn w Tullinge jest pełen, co nie?

Sardor się zawahał.

– To znaczy?

– Dlaczego jesteś taki zestresowany? – zdziwił się Wiktor. – To proste pytanie, synu. Mamy broń, ale czy jej wystarczy, jeśli dojdzie do eskalacji?

– Do jakiej eskalacji?

– Do nasilenia, wzrostu, zaostrzenia.

– Wiem, co to jest eskalacja – wysyczał Sardor.

Wiktor położył mu rękę na policzku i się uśmiechnął.

– Z tobą nigdy nie wiadomo. A więc wystarczy nam broni?

– Jasne. Po tamtym nalocie w noc Walpurgii przenieśliśmy wszystko z Haninge do Tullinge. Ale...

– Świetnie. Wolałbym wprawdzie, żeby ta działka poszła ze mną do grobu i żeby Nina poprowadziła rodzinę ku nowej, legalnej przyszłości, ale nawet nie podejrzewasz, jak dobrze mieć cię na ulicy. Pełna kontrola nad dragami, dziwkami, bronią, przepływem gotówki...

Sardor nie wiedział, gdzie uciec wzrokiem.

Wiktor wziął głęboki wdech i poczuł, że naprawdę się budzi. Nawet basen mógł zaczekać. Budowanie kruchej relacji z gangiem motocyklowym ze Skärholmen zajęło mu sporo czasu. Ale Sieć Północy sprawiała wrażenie silnej i była na fali wznoszącej. Pełna konfrontacja za dużo by go kosztowała. Ubrani w garnitury agenci z moskiewskiej Centrali raczej by się nie ucieszyli na wieść, że Wiktor stracił kontrolę nad północnym łącznikiem ze Skandynawią. Stojąc i otaczając ramieniem Sardora, patriarcha rodziny zastanawiał się.

– W związku z tą chryją z nożem obierzemy drogę dyplomatyczną.

– Nie sądzę, żeby Jensen akurat to chciał teraz usłyszeć – odparł Sardor.

– Właśnie dlatego go przekonasz.

– Ja?

– Tak.

– Ale...

– Nie zamierzam z tobą iść. Kiedyś wreszcie musi do ciebie dotrzeć, że wycofuję się z roli wora.

Wiktor nie lubił w zasadzie tego rosyjskiego określenia szefa mafii – wor albo wor w zakonie – ale w tej sytuacji wydawało mu się na miejscu przypomnienie o swojej pozycji.

Sardor chciał coś powiedzieć, ale ojciec go uprzedził.

– Problemy są po to, żeby je rozwiązywać. Pytanie tylko, jak to zrobić. Przemoc musi się wreszcie skończyć. Masz pokazać, że umiesz spokojnie i elegancko negocjować, jak profesjonalny dyplomata. No, a teraz muszę się odlać.

Inne książki tego autora