Białe kruki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10. Nathalie

Nathalie bezgłośnie zamknęła za sobą drzwi gabinetu Mathiasa Grande. Siedział zwrócony do niej plecami i nie zorientował się, że weszła. Jednym susem wskoczyła na biurko.

– To dopiero było odważne! Uratowałeś mnie od rogów byka i wziąłeś cały ciężar na siebie. Chodź no tu!

Zanim zdążył zareagować, chwyciła go za głowę i przytknęła mu usta do czoła. Rozległo się soczyste mlaśnięcie i przez moment poczuła, że posunęła się za daleko. Cofnęła się i zauważyła na jego skórze lśniący ślad błyszczyku do ust.

– Przepraszam – zaczęła, ale się uśmiechnął.

Nareszcie.

– Musisz w końcu przestać tak przepraszać, Nathalie. Bo rozumiesz, na tym oddziale nie jest to przyjęte.

Nie mogła powstrzymać śmiechu. Spostrzegawczy był, ten jej kolega. Miał też cięty język.

– Wiem. Ale ja tylko przez przypadek zabłąkałam się na Neurochirurgii. Żaden ze mnie zaprawiony chirurgiczny wyjadacz, jak ty. A swoją drogą, czy to, co Lohmann mówił o Sandemann, to prawda?

– Że nazwałem ją Szablozębną?

Mathias założył ręce na piersi. Czy to błysk dumy dostrzegła w jego oczach?

– Tak. Naprawdę to zrobiłeś?

– Taa... to nie było do końca fair. Prawdę mówiąc, kiedy spotkałem ją ostatnio na OIOM-ie, zacząłem śpiewać piosenkę o Kapitanie Sabeltannie i bynajmniej nie był to przypadek. – Mathias pokręcił głową. – Nie mogę tak dalej robić... Powinienem był wiedzieć, że opłaca się trzymać gębę na kłódkę.

– Ale właśnie dlatego to, co zrobiłeś, było tak niesłychanie szlachetne.

Nathalie przyłożyła obie ręce do piersi i przybrała teatralny ton:

– To ogrzało mi serce, mój drogi. I przysięgam, że kiedyś ci się odwdzięczę.

– Dzięki. Miło z twojej strony. Może załatwisz mi stałą posadę, co?

– Nie nauczyłeś się jeszcze, że dobremu los sprzyja?

Zeskoczyła z biurka. Trochę za późno spostrzegła, że Mathias okręcił fotel biurowy. Zawadziła kolanami o jego uda i nagle poleciała na niego.

– O, przepraszam.

Próbowała się podźwignąć, ale Mathias złapał ją już mocno za ramiona i pomógł jej wstać.

– Co mówiłem o przepraszaniu?

I znów musiała się roześmiać. Uderzyła się ręką w głowę i mrugając, odparła:

– Przepraszam.

Widziała, że spodobała mu się jej odpowiedź. Wstał i uśmiechał się do niej.

– No, cóż... Muszę iść na oddział i zrobić tę punkcję pacjentce, zanim Lohmann wybuchnie. A ty... – wycelował w nią palec – leć do domu i trochę się prześpij!

– Pewnie, skarbie. Dla ciebie wszystko.

Kiedy się odwróciła i wyszła za drzwi, przemknęło jej przez głowę, że może powinna wspomnieć mu o śladach błyszczyku na czole. Potem jednak odsunęła od siebie tę myśl.

W całodobowych dyżurach było coś dziwnego. Kiedy zbliżała się dwunasta godzina pracy, całym sercem pragnęło się powrotu do domu. Potem jednak, nad ranem, gdy już wszystko zmierzało ku końcowi i wreszcie można było wyjść, często napływała energia, która pozwalała jeszcze trochę wytrzymać. Wiadomo, miało to związek z faktem, że wchodziło się na wyższe obroty przed porannym sprawozdaniem, ale zaczynał się też nowy dzień i szkoda było go marnować na spanie.

Na dalszą pracę nie miała wprawdzie ochoty, ale już wypicie caffé latte w stołówce wchodziło w grę. Dlatego zbiegła dwa poziomy w dół, na czwarte piętro, gdzie zwykła przesiadywać z neurologami, zdobywającymi wykształcenie dodatkowe. Obecnie bywał tu Kubańczyk Rolando. Zdążył już odbębnić wszystkie operacje i niezbędne procedury, których wymagano, żeby zaliczyć mu pół roku na oddziale, i gdy tylko zebranie poranne dobiegało końca – o ile w ogóle się na nim pojawiał – chował się u siebie.

Żeby dotrzeć do gabinetu Rolanda, musiała przejść przez pododdział chorób płuc na Internie, który mieścił się na czwartym piętrze. Był on wiecznie przepełniony, wielu pacjentów leżało na dostawkach w korytarzu, za tymczasowymi przesłonami. Zawsze gdy tędy szła, ktoś kaszlał lub charkał. I ten wieczny, okropny zapach. Zresztą może nie powinno jej to dziwić. Pacjenci z pododdziału chorób płuc wyglądali zwykle na wyczerpanych, byli też wychudzeni, a to z racji przewlekłych schorzeń, które ich wszystkich nękały. Przechadzka po oddziale wystarczyła, by upewnić się, że to nie internistką zostanie, gdy już zdobędzie tytuł lekarza.

Na końcu pododdziału skręciła w korytarz na prawo. Drzwi do gabinetu Rolanda były uchylone. Za nimi, w jednym z dwóch pokojów zobaczyła Kubańczyka, siedzącego przed komputerem. Uśmiechnął się, kiedy ją zauważył, i gestem zaprosił do środka.

– Nie powinnaś iść do domu się przespać? Wyglądasz na wymęczoną!

– Tak się nie mówi do kobiety, Rolando. Myślałam, że o tym wiesz. Już lepiej tak: zawsze jesteś piękna, Nathalie, ale twojej urodzie dobrze by zrobiło trochę snu.

Rolando odwrócił się od klawiatury.

– No, no. Ten twój temperamencik każe mi przypuszczać, że w twoich żyłach płynie kubańska krew.

– Jest w stu procentach norweska, Rolando. Przykro mi... – Uśmiechnęła się do swoich myśli. I znów to powiedziała. Mathias miał rację. Musiała przestać tyle przepraszać. – Co powiesz na kawę w stołówce?

Rolando rozłożył ręce.

– Mam artykuł do napisania i oddech profesora na karku. Wiesz, jak to jest.

Nathalie pochyliła się i przeczytała tekst na ekranie.

– „Apatia w chorobie Parkinsona”. Prawdę mówiąc, to wieje nudą.

– Wszyscy muszą przez to przebrnąć, żeby dostać stałą posadę. Ciebie też to czeka. Ważne, żeby pamiętać, że nie liczy się temat dysertacji, lecz kto jest twoim promotorem. Dobry promotor może ci zaoszczędzić wiele lat daremnego wysiłku.

– No to chodź ze mną na dół!

Przekrzywiła głowę z uśmiechem. Zwykle to skutkowało.

– Pod jednym warunkiem – odparł.

– Jakim?

– Że powiesz mi, co jest między tobą a Mathiasem Grande.

Musiała się roześmiać. Śmiech zabrzmiał trochę głośniej, niżby chciała.

– No, przecież nic nas nie łączy.

– Nie?

Rolando posłał jej spojrzenie kubańskiego uwodziciela.

– On... on jest po prostu dla mnie bardzo uprzejmy i miły.

– Właśnie. A dlaczego taki jest?

– Oj, Rolando. Nie zaczynaj znowu. Przecież on ma partnerkę i dziecko, i tak dalej.

– A ty jesteś młoda, ładna i czarująca.

– Przyznaję, że jest przystojny, ale nic między nami nie zaszło – i nic nie zajdzie. Kiedy się w końcu nauczysz, że my, tu w Norwegii, nie jesteśmy jak Kubańczycy?

Rolando przechylił głowę do tyłu i zaniósł się głębokim, dźwięcznym śmiechem.

– Dość jest anegdot z tego miejsca, które temu przeczą.

– Taaak? Dawaj!

– Cóż, od czego mam zacząć? Jeśli na przykład weźmiemy lekarzy-asystentów, to w ostatnich latach popularnym sportem było wabienie studentów do jednej z dyżurek nad izbą przyjęć podczas dyżuru. Koniec końców są tam zamykane na klucz pokoje z łóżkami, prawda...?

– Zmyślasz, Rolando. Takie rzeczy się tu nie dzieją.

– Spytaj swoją małą, słodką koleżankę, która nie tak dawno poszła z dyżurnym z Ortopedii.

– Kjersti? Nie wierzę ci ani trochę.

– Tylko poczekaj! Wkrótce przyjdzie kolej na ciebie, zobaczysz.

– Taa, pewnie. A teraz zejdziesz ze mną na kawę?

Rolando wstał.

– Przekonałaś mnie. Apatia może zaczekać.

– Świetnie!

Wyszła za Rolandem na korytarz. W myślach ujrzała Kjersti z ortopedą w dyżurce. Jej przyjaciółki padną, gdy to usłyszą!

11. Werner

Potrzebował więcej tabletek nasennych. Sam nie wiedział, ile ich połknął poprzedniego wieczora, ale bez najmniejszego efektu. Leżał do późnej nocy, przeżuwając w myślach te same pytania. Dlaczego nie mogła się z nim skontaktować? Dlaczego mu to zrobiła? Nie zasługiwał na to.

Wszedł do internetowego Katalogu Produktów Leczniczych. Musiał postarać się o coś silniejszego niż środki, które stosował do tej pory. W przeciwnym razie zwariuje. Bez snu był wrakiem człowieka. Przesuwając myszkę, zauważył, że trzęsie mu się ręka. Może powinien spróbować kombinacji kilku preparatów. Kilka tabletek oksazepamu, a do tego na przykład chlorprotyksen. Znalazł w Internecie parę przepisów. Właściwie to niewiarygodne, na co można było trafić w sieci. A bezsenni mieli nawet własne fora. Zresztą może nie powinno go to dziwić. Musiał się jednak pilnować. Co dzień chodzić do pracy. Wyrywać się ze snu na dźwięk budzika.

Aż się wzdrygnął, słysząc pukanie do drzwi.

– Wernerze?

Poznał głos Odda Hasselgrena. I znów on. Co w tego gościa wstąpiło? Werner spodziewał się wprawdzie, że powinowactwo z Ronim Rijkerem zadziała na jego korzyść, ale czegoś takiego nie wyobrażał sobie nawet w najśmielszych snach. W niecałą dobę Hasselgren z aroganckiego zrobił się namolny. Tym razem stał na progu z plakatem reklamowym producenta mikroskopów operacyjnych Zeiss, przedstawiającym charakterystyczną sylwetkę Roniego Rijkera przed jednym z mikroskopów firmy. „Mikrochirurgia dla wszystkich pacjentów – non stop”, głosił napis poniżej.

– Pomyślałem, że pasowałby u ciebie na ścianie. Stylowy, prawda?

Werner rozejrzał się po małym pomieszczeniu, które dzielił z Ødegårdem. Pokój znajdował się na końcu skupiska gabinetów na ostatnim piętrze. Trzy ściany od strony korytarza składały się prawie wyłącznie z okien. Przy czwartej, graniczącej z sąsiednim gabinetem, stały szafy i regały z książkami.

– Nie wiem, czy mam miejsce, żeby go powiesić.

Hasselgren stał z plakatem w rękach. Wyglądał na skonsternowanego. Werner złapał się na tym, że zrobiło mu się żal starszego lekarza. Ruchem głowy wskazał swoją szafę.

 

– Może tam, na drzwiczkach?

Hasselgren natychmiast przeszedł przez pokój i przyłożył plakat do drzwi szafy. Z każdej strony wystawało po kilka centymetrów papieru. Starszy lekarz wyglądał, jakby nie mógł się z tym pogodzić. Przesuwał plakat w tę i z powrotem, bez większego efektu.

– A co z drzwiami wejściowymi? – podsunął Werner.

Zdążył się już poddać. Hasselgren obrócił się do niego z entuzjazmem, aż załopotał papier.

– Niegłupia myśl, Wernerze, wcale niegłupia.

Otworzył drzwi prowadzące na korytarz, przysuwając je do samej ściany. Potem przyłożył plakat płasko do drewnianej powierzchni.

– Co ty na to? Nie za nisko?

Werner uśmiechnął się uprzejmie.

– Myślałem raczej, żeby powiesić go w środku – powiedział – to znaczy po wewnętrznej stronie drzwi.

Hasselgren przytaknął gorliwie.

– Oczywiście. Wtedy będzie cieszył oko najbardziej, prawda?

Starszy lekarz pchnął drzwi i znów umieścił plakat na ich powierzchni. Wydawał się teraz lekko zgaszony. Cóż, trudno. Werner nie chciał, żeby posądzano go o obnoszenie się z więzią z Rijkerem. Wydobył z szuflady biurka rolkę taśmy klejącej i podszedł do Hasselgrena, by mu pomóc. Po krótkiej wymianie zdań udało im się umocować plakat. Hasselgren odstąpił o krok i z zadowoleniem przyjrzał się swojemu dziełu.

– Niewielu neurochirurgów występuje na własnych plakatach. Prawdziwa gwiazda z tego twojego wujka.

– Jasne. Ma też tego pełną świadomość.

Werner cofnął się i usiadł. Hasselgren został na środku pokoju, gdzie przestępował z nogi na nogę.

– Pewnie utrzymujesz z nim kontakt?

– Widujemy się na zjazdach rodzinnych. Moja matka jest w bardzo bliskiej relacji ze swoją siostrą, a jego żoną.

– Nie byłeś w jego klinice?

Werner potrząsnął głową.

– Nie, w tej nowej nie.

Hasselgren oparł się o jedną z szaf. Założył ręce na piersi i skrzyżował nogi, tak jakby zamierzał chwilę postać. Werner usiłował stłumić ziewnięcie. Boże, ale był zmęczony. Gdyby miał sofę, na której mógłby się wyciągnąć...

– Słyszałem, że ma kształt mózgu.

– Hm?

Werner uniósł wzrok.

– Klinika twojego wuja. Podobno architekt nadał jej kształt mózgu, w rzucie z góry.

– Tak, chyba tak.

Werner umilkł na kilka sekund. Musiał opracować jakąś strategię. Hasselgren mocno się go uczepił i jeśli czegoś nie wymyśli, to starszy lekarz zostanie w gabinecie na dłużej.

– Rozumiesz... W ostatnich latach niewiele miałem kontaktu z Ronim. Pracuje dniami i nocami, a ja nieczęsto wracam do Niemiec.

– Był już w Norwegii?

– Z tego, co wiem, to nie.

– A nie chciałby tutaj przyjechać? – Hasselgren machnął ręką. – Wiosną Bergen wspaniale się prezentuje. Wielu Niemców przyjeżdża tu na wypoczynek. Zresztą sam wiesz, skoro tu zamieszkałeś.

– Jak już mówiłem, nie wiem, czy wujek miał okazję odwiedzić Norwegię. Od dłuższego czasu nie mam z nim kontaktu. To głównie przez ciotkę...

– Gdyby przyjechał, mógłbyś zabrać go na nasz oddział, prawda? Zorganizowalibyśmy wspólny lunch. Oprowadzili go. Nasz nowy nóż laserowy jest naprawdę szczytem nowoczesności, najlepszym tego typu sprzętem w Europie. Są też plany otwarcia nowego centrum neurologii i neurochirurgii. Dobrze byłoby przedstawić Rijkera szefostwu szpitala.

Hasselgren postąpił o krok. Rozejrzał się teraz dyskretnie na boki, jakby chciał się upewnić, że nikt go nie słyszy. Mówiąc dalej, zniżył głos do szeptu.

– Wiesz, to by przecież wcale nie zaszkodziło twojemu podaniu, prawda?

Werner próbował wytrzymać spojrzenie, które posłał mu Hasselgren.

– Nie zrozum mnie źle, Werner. Dobrze jest utrzymywać kontakty z rodziną. A w każdym razie po przeprowadzce za granicę, tak jak w twoim wypadku. Podoba ci się tu?

Czy mi się podoba? Mein Gott. Przecież nie o to chodziło.

– Pewnie. Bergen to fajne miasto.

– Prawda? Nie ma lepszego miejsca, w którym można by mieszkać.

Hasselgren wreszcie się odwrócił. Otworzył drzwi i obejrzał się po raz ostatni.

– Do pogadania, Wernerze.

Skinął głową, a tymczasem Hasselgren zniknął za drzwiami. Mógł teraz okręcić się w fotelu, oprzeć ramiona na biurku, głowę złożyć na klawiaturze i w tej pozycji zastygnąć. Nie miał siły myśleć. Nie miał siły nic robić. A już najmniej pragnął odnosić się do Odda Hasselgrena. To było nie do zniesienia. Dlaczego Hanne nie mogła do niego zadzwonić? Dlaczego? Czym sobie na to zasłużył?

Nie, musiał koniecznie iść do domu się przespać. Ale najpierw zamierzał wstąpić do apteki w mieście. Nie miał odwagi zaglądać do tej na parterze szpitala. Farmaceuci zaczęli patrzeć na niego wilkiem za każdym razem, gdy kupował preparaty na receptę wystawioną na swoje nazwisko.

Nagle usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Odruchowo podniósł głowę z klawiatury. Sądząc po zdecydowanych krokach, był to Ødegård. I dobrze. Werner cenił sobie fakt, że to właśnie z nim dzielił gabinet. Ødegård nie mówił bez potrzeby. Teraz przeszedł po prostu obok i siadł za ścianką działową, nie komentując faktu, że zastał kolegę z głową na biurku.

Werner się wyprostował. Uniósł rękę i położył ją na telefonie, który stał na biurku. Wystarczyło wprowadzić numer. Przywitać się, kiedy by odebrała, wyznać, że za nią tęskni, i spytać, czy będą mogli się spotkać. Opuścił dłoń. Godność. Nie mógł się pozbawiać resztek godności.

– Ej, Werner? – zagadnął go Ødegård. Obejrzał się przez ramię i zobaczył, że kolega odsunął fotel od biurka i wyglądał zza ścianki działowej. Wzrok kierował ku drzwiom.

– To ty powiesiłeś ten plakat?

12. Mathias

„Fjellveien – czarujący dom ze wspaniałym widokiem”.

Mathias uniósł wzrok znad broszury, którą trzymał w ręku. Dom rodzinny Marianne leżał na stromym zboczu po górnej stronie drogi. Pokazywała mu go już wiele razy, ale wysokie krzewy forsycji zasłaniały budynek od ulicy, utrudniając wyrobienie sobie o nim zdania. Teraz jednak, stojąc na podjeździe, zrozumiał, dlaczego agent nieruchomości użył tak wielkich słów. Dom był utrzymany w stylu szwajcarskim; miał piękne detale architektoniczne i wyglądał na dobre sto lat, ale od dawna go nie remontowano, nie mówiąc już o odmalowaniu.

– Popatrz na to. – Marianne chwyciła go za ramię i obróciła. Wtulona w niego, wskazała w głąb ulicy Fjellveien: – Wystarczy wsiąść na rower i zjechać stąd do Haukeland.

– Z Sollien też w sumie mogę to zrobić.

– Ale chyba nie chcesz mieszkać tam przez resztę życia?

Spojrzał na nią. Nadal wisiała mu na ramieniu. Nie zachowywała się tak już od narodzin Ylvy. Podobała mu się ta forma okazywania uwagi. Złapał ją i pocałował, przeczesał ręką jej jasne włosy.

– Bardzo chętnie bym się tu wprowadził, Marianne. Ale nie stać nas!

Uśmiechnęła się. W uśmiechu kryło się coś, czego nie umiał sprecyzować.

– Chodź! – Wzięła go za rękę. – Pokażę ci mój pokój dziecięcy.

Mathias wszedł za nią do domu, gdzie wąskimi, spiralnymi schodami dostali się na piętro. Po drodze musieli się przecisnąć obok kilku innych par, schodzących na dół. Dom nie był duży, ale z racji jego położenia wyceniono go na niebotyczną kwotę. Wszyscy chcieli mieszkać przy Fjellveien, tej idyllicznej trasie spacerowej, biegnącej po górskim zboczu i opasującej wstęgą centrum Bergen na północnym wschodzie. Mathias wiedział jednak, że Marianne kierowały zgoła inne pobudki. Po zasłabnięciu i śmierci ojca na trasie narciarskiej u schyłku lat osiemdziesiątych jej matka musiała sprzedać dom. Na krótko przedtem upadło rodzinne przedsiębiorstwo żeglugowe, które prowadził ojciec, rodzina nie miała więc innego wyjścia, jak tylko się przeprowadzić. Mathias odwiedził miejsce, gdzie mieszkali później, w Fyllingsdalen. Tamtejsze warunki trudno było porównać z życiem, które musieli wieść tutaj.

– To tu!

Kiedy weszli na piętro, Marianne pospieszyła do pokoiku po zachodniej stronie budynku. Z okna ze starymi, wygiętymi szybami, ujętymi w szprosy, roztaczał się widok na zatokę Vågen i półwysep Nordnes. Marianne już przypadła do wiekowego łóżka, usiadła i ostrożnie zahuśtała się na materacu. Dziecięcy rys na jej twarzy nabrał jakby wyrazistości. Mathias wyobraził sobie, że widzi małą dziewczynkę z rozpuszczonymi włosami, która tu kiedyś mieszkała. Podszedł i usiadł obok niej.

– Na tej ścianie miałam plakat z Mortenem Harketem – powiedziała, wskazując przeciwną część pokoju.

– A łóżko? Gdzie stało?

– Tu, gdzie siedzimy. Powiedz mi, co o tym sądzisz!

Podniósł broszurę i przeczytał nagłówek na pierwszej stronie.

– „Czarujący dom ze wspaniałym widokiem”.

– Głupek z ciebie!

Ten jeden raz zaśmiała się z jego dowcipów. Uderzyła go myśl, że nie pamięta, kiedy ostatnio było im ze sobą tak dobrze, jak tego dnia. Szkoda tylko domu. Marianne podniosła się z miejsca i podeszła do okna. Stała, patrząc na miasto. Doskonale rozumiał, dlaczego chciała się tu z powrotem wprowadzić. Byłoby to idealne miejsce do wychowywania dzieci, a poza tym miałaby poczucie, że odzyskała to, co straciła jej rodzina. Ale on nie mógł zostać w Bergen. Kiedy tylko usiądzie z nią na spokojnie, powie jej to. Może nawet dziś wieczorem. Był pewien, że go zrozumie. Przecież i tak nie mogli sobie pozwolić na wielomilionowy wydatek.

– Chodź tutaj! Coś ci pokażę.

Dźwignął się z łóżka i przeszedł przez pokój, po czym stanął za Marianne, kładąc jej ręce na barkach.

– Już się zorientowałem, że widać stąd Vågen, jeśli o to chodzi.

– Oj, przestań! – Przytknęła do szyby palec, wskazując w kierunku Nordnes. – Widzisz ten czerwony budynek, który stoi nad taflą wody po stronie Vågen?

– Masz na myśli Hotel Admirał?

– Tak. A obok stoi biała budowla z dużą szklaną fasadą.

– I co?

Nachyliła się do niego.

– Wkrótce zacznę tam pracować.

– Zmieniasz pracę?

– Jest tam przedsiębiorstwo żeglugowe. Poprosili mnie, żebym złożyła podanie. Właściciel zna moją rodzinę.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

Obróciła się do niego i ujęła jego brodę w dłonie.

– Chciałam, żeby to była niespodzianka. I żebyś najpierw zobaczył ten dom. Wynagrodzenie, które będę dostawać w nowej pracy, jest bardzo wysokie. Na tyle wysokie, że stać nas na spełnienie wymogów związanych z kupnem. Rozmawiałam już z bankiem o pożyczce.

Mathias przełknął ślinę.

– Nie pogratulujesz mi? – spytała.

– Tak... oczywiście. Gratulacje. To...

– Dziękuję!

Wspięła się na palce i pocałowała go w usta.

– Co o tym sądzisz? Zalicytujemy?

Mathias wzruszył ramionami. Kobiecy głos, który dobiegł od progu, uwolnił go od odpowiedzi.

– O-o-o-och, jak przytulnie.

Odwrócił się i na środku pokoju ujrzał kobietę w średnim wieku. Rozglądała się uważnie. Jej równolatek wsunął głowę do środka i obejrzał pomieszczenie z mniejszym entuzjazmem.

– Jeszcze o tym pogadamy – usłyszał szept Marianne, po czym wyminęła go i opuściła pokój.

Mathias został sam przed oknem i zapatrzył się w kierunku Nordnes. Nad centrum nadciągnęła chmura. Znów zanosiło się na deszcz.

*

Nie mógł zasnąć. Leżał, gapiąc się w sufit i wsłuchując się w stłumiony oddech Marianne. Bezsenność nie była dla niego w zasadzie czymś niezwykłym. Zazwyczaj borykał się z tym problemem przez kilka dni po każdym całodobowym dyżurze. Zwłaszcza jeśli miał dużo pracy nocnej, tak jak ostatnio. Teraz jednak chodziło o coś innego.

Usiadł na skraju łóżka, starając się nie robić większego hałasu. Znalazł kapcie i szlafrok, przewieszony przez krzesło przy ścianie, po czym wymknął się z sypialni. W kuchni włączył płytę grzewczą kuchenki, wyjął rondel i napełnił go mlekiem. Stara sztuczka z mlekiem i miodem z reguły dobrze na niego działała.

Czekając, aż mleko zacznie kipieć, przechylił się nad ladą kuchenną, ciągnącą się wzdłuż okna w kuchni. Droga naprzeciw domu była pusta i cicha. Ani żywego ducha. I co on miał począć? Marianne właśnie zyskała kolejny powód, żeby zostać w Bergen. Dostała dobrą pracę z wysoką pensją. Stać ją było na odkupienie domu rodzinnego. Jego przyszłość w tym mieście była za to w najwyższym stopniu niepewna. Jeżeli chciał dalej zajmować się neurochirurgią, to musiał liczyć się z zatrudnieniem w innej części kraju. Wszystko na to wskazywało. Może w Trondheim. Może w Oslo. Ale jak miał jej to teraz powiedzieć?

 

Wstał i podszedł do szafki, żeby wyjąć kubek. Miód znalazł w szafce narożnej. Dwie łyżki. Przelał mleko do naczynia i wrócił do blatu pod oknem. Może powinien poważnie potraktować pomysł zmiany oddziału, który wpadł mu do głowy? Doświadczenie w neurochirurgii stawiało go na uprzywilejowanej pozycji. Podczas stażu w Szpitalu w Stord zastanawiał się, czy nie spróbować swoich sił w ortopedii. Gdyby podczas krótkiej wizyty w Szpitalu Haukeland nie natknął się w korytarzu na Pera Irgensa, może tym by się właśnie zajmował. Na ironię zakrawał fakt, że tamtego dnia wybierał się do Mortensena, ordynatora Oddziału Ortopedii. Ortopedzi i neurochirurdzy dzielili ostatnie piętro w bloku centralnym. Kiedy jednak zdradził Irgensowi, dlaczego zawędrował na górę i do kogo przyszedł, ten zaczął nalegać, by to z nim najpierw porozmawiał. Kupił im po kawie i zabrał go do swojego zagraconego gabinetu. Mówili trochę o studiach i doświadczeniu zawodowym Mathiasa, po czym Irgens stwierdził:

– Myślę, że to u nas powinien pan zacząć.

Mathias jeszcze od nikogo nie słyszał takich słów. Skoro zaś padły z ust samego Pera Irgensa, to trudno było odmówić. Przez następne półtora roku ani razu nie żałował swojego wyboru. W każdym razie aż do teraz.

Za oknem z nadmierną prędkością przemknął motocykl. Dźwięk motoru jeszcze długo wisiał w powietrzu.

Tak, cóż za ironia, że rozważał teraz, czy nie zapukać znów do drzwi Mortensena. Niemniej jednak wyglądało na to, że nie miał wyboru. Ortopedia nie dostarczała pewnie tak ekstremalnych wyzwań, jak neurochirurgia, ale z całą pewnością roboty też było w bród. Bez wątpienia znalazłoby się dla niego dość operacji. Najpierw mógł rozeznać się w sytuacji, a potem podjąć decyzję.

Rozległ się cichy brzęczyk. W rogu, przy zlewie, znalazł swój telefon komórkowy. Wcześniej tego wieczora odłożył go tu do ładowania, a teraz ekran rozbłysnął. Mathias zerknął na zegar i stwierdził, że było wpół do trzeciej. Musiał wrócić do łóżka. W przeciwnym razie rano będzie nie do życia. Jakie przydzielono mu zadanie? Obchód, zebranie wywiadu i badanie przedmiotowe pacjentów z listy? Nie był pewien. Tak czy owak, na operacje nie miał co liczyć. Pod tym względem wyżej stawiano lekarzy-rezydentów. Przy odrobinie szczęścia mógł dostać jakieś ochłapy typu trepanacja czaszki.

Sięgnął po komórkę i wyłączył blokadę klawiszy. U góry wyświetlacza widniał nieznany numer.

„Przepraszam, ale jestem na mieście i chciałam tylko wznieść mały toast: na zdrowie! Bardzo to głupie. Jeszcze raz przepraszam. N.”

N.?

To musiała być Nathalie, z całą jej spontanicznością. Była czarująca, tak. Ale też bardzo młoda. Poza tym miał Ylvę i Marianne.

Skasował wiadomość, cofnął się i usiadł. Uniósł kubek i dmuchnął lekko na ciepłe mleko z miodem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?