Białe kruki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8. Thea

To była porządna runda w pracy nad artykułem. Thea zaznaczyła opcję wydruku całego tekstu, po czym zapisała dokument i wyłączyła komputer. Z końca długiego korytarza dobiegło ją przytłumione zgrzytanie drukarki. Uderzyło ją, że był to pierwszy od wielu godzin dźwięk, który usłyszała w budynku uniwersyteckim, nie licząc własnego oddechu i stukotu klawiatury.

Wstała i podeszła do okna. Było już po dziewiątej i jesienne ciemności połknęły widok na miasto. Powędrowała spojrzeniem sześć pięter w dół ku latarniom na parkingu i nie zauważyła deszczu w powietrzu. I dobrze. Po tylu godzinach spędzonych w fotelu biurowym wypadałoby się rozruszać. Mogła przebiec się oświetloną trasą, zaczynającą się u stóp hostelu Montana – a może raczej wybrać się drogą Fjellveien w kierunku góry Fløyen? Tak, tego wieczora tam właśnie musiała pobiec. Nigdy nie przykrzył jej się widok migoczących świateł miasta, które zostawiała w dole, biegnąc po zboczu.

Zgrzytanie drukarki ucichło. Thea podeszła do tacy wyjściowej urządzenia, gdzie zdążył się zebrać plik kartek, i je podniosła. Potem zważyła w ręku. Artykuł był w zasadzie gotowy. Było kilka punktów, które musiała przedyskutować z Ingvild Falk, ale powinno to zająć parę minut. Potem wystarczyło już tylko wysłać tekst. To był jej pierwszy artykuł – a według profesor istniało duże prawdopodobieństwo, że zostanie zamieszczony w jednym z najbardziej cenionych czasopism neurochirurgicznych. Mimo to czuła się nieprzyjemnie, stojąc z tekstem w ręku.

Przerzuciła strony, aż dotarła do pierwszego wykresu, ilustrującego artykuł; prześledziła linię rozrysowaną na kartce i przestudiowała zaznaczone na niej punkty, jak przystanki na mapie. Dzień, w którym odkryła, co zrobiła profesor, dobrze zapadł jej w pamięć. To było tuż po wakacjach. Kilka dni wcześniej Falk poprosiła ją o przesłanie materiału liczbowego z programu do analizy danych SPSS, rzekomo w celu sprawdzenia, w jakim układzie będzie się on najlepiej prezentował. Thei ulżyło. Nie czuła się jeszcze zbyt pewnie w wizualizowaniu wyników naukowych. Pomoc Falk w przygotowaniu wykresów i diagramów pozwoliłaby jej zaoszczędzić masę czasu. Nawet jej przez myśl nie przeszło, że w inicjatywie, z którą wystąpiła profesor, zanim sama zdążyła przysiąść i pobawić się programem statystycznym w celu nauki własnej, było coś podejrzanego. Tamten dzień był niezwykle ciepły, a ona siedziała spocona i nie mogła ogarnąć, dlaczego nie wychodziły jej te same reprezentacje graficzne, co Falk, kiedy próbowała powtórzyć działania profesor. Wreszcie dotarło do niej sedno problemu. Oryginalny plik z danymi opracowała sama. Kiedy zaś otworzyła ostatni plik, który przesłała jej Falk, spostrzegła, że liczby w nieskończenie wielkiej siatce zostały zmienione.

To było niemożliwe. Nie sposób było ich zmienić.

W pierwszej chwili uznała, że to musiał być jakiś błąd. Błąd przy zapisie, błąd systemu. Coś, co się stało, kiedy Falk pracowała z materiałem. Po porównaniu wykresów i diagramów profesor z tymi, które sama przygotowała, zrozumiała jednak, że wprowadzone zmiany nie mogły być przypadkowe. Niepewność pomiaru w ich projekcie nagle znacząco spadła, a wyniki stały się dużo bardziej jednoznaczne. Liczby Falk ułatwiały wyciągnięcie wniosku. Zresztą cały artykuł nagle bardzo się poprawił i w ogóle zrobił się ciekawszy.

Thea spięła kartki zszywaczem i wsunęła je do plecaka. Wyłączyła lampę na biurku i nałożyła wiatrówkę. W korytarzu zewnętrznym nie zastała nikogo. Jej gabinet znajdował się wewnątrz dużego laboratorium. Służył jako składzik, do czasu aż dostała go do swojej wyłącznej dyspozycji. Tej jesieni dokooptowano jej nagle inną doktorantkę. Nic na to nie mogła poradzić.

Przeszła korytarzem między stołami laboratoryjnymi i udała się do windy. Gdy na nią czekała, jej myśli wróciły do tekstu.

Po swoim małym odkryciu biła się z myślami. Rozważała, czy nie zgłosić się do innego profesora, zastanawiała się nawet, czy nie skonfrontować ze wszystkim samej Falk. W końcu jednak przemilczała całą sprawę. Czy to było z jej strony tchórzostwo? Być może. Problem w tym, że miała za dużo do stracenia. Zaszła już daleko w pracy nad doktoratem i konflikt z własną promotorką stwarzał ryzyko, że wszystko pójdzie na marne. A teraz jeszcze nasiliła się rywalizacja o stanowiska na oddziale. Jeśli chciała dalej zajmować się neurochirurgią, to była uzależniona od pracy badawczej.

Drzwi windy rozsunęły się i Thea weszła do kabiny. Jadąc w dół, próbowała odsunąć od siebie przykre myśli. Dokonała wyboru. Powinna przejść nad tym do porządku dziennego. Jeśli w przyszłości zdarzy jej się pisać kolejne artykuły we współpracy z Falk, zadba o to, żeby samej zająć się obróbką danych. Może sporządzać wykresy i tabele na własną rękę. Falk nie musi nawet oglądać plików SPSS.

Kiedy wyszła na plac przed budynkiem, nadal nie było śladu deszczu. Wciągnęła głęboko świeże, jesienne powietrze i nagle zdała sobie sprawę, że wbrew danej Ingvild Falk obietnicy zapomniała przesłać jej pliku z tekstem. To musiało zaczekać. Dzień spóźnienia nie grał żadnej roli. Teraz wybierała się na jogging.

Idąc po kamiennych schodach, opasujących północną ścianę budynku uniwersytetu, brała po dwa stopnie naraz. W pół drogi wyprzedziła kolegę z Ortopedii; spostrzegła, że uniósł wzrok, gdy go mijała, a tupot jego kaloszy podpowiedział jej, że przyspieszył, kiedy była już przed nim. Jakie to było typowe. Mężczyźni nie znosili, kiedy wyprzedzały ich kobiety. Thea wytężyła się bardziej, odbijając stopy od ziemi, i usłyszała, jak kroki kolegi cichną stopniowo gdzieś za nią. Kiedy na szczycie schodów miała skręcić na drogę, uległa pokusie, żeby spojrzeć przez ramię. Mężczyzna szedł w dole zgarbiony, powłócząc nogami. Sam widok ortopedy pozostawionego w tyle wystarczył, by poprawić jej humor.

Ruszyła dalej, mijając parking przed kolejką linową na górę Ulriken, i przedszkole, które jak twierdza warowna rozłożyło się po jednej stronie ulicy. Po drugiej strome zbocze opadało do szpitala. Lubiła tu mieszkać. Widok, który otwierał się przed nią codziennie w drodze na zebranie poranne, każdemu zaparłby dech w piersiach. Jedyne, czego mogłaby sobie życzyć, to lepsza stancja. W bloku, w którym mieszkała, zajmowała pokój z widokiem na ścianę skalną. Pomieszczenie – w tym mała toaleta i prysznic – mierzyło nie więcej niż dziesięć metrów kwadratowych. Kuchnię dzieliła z pięcioma czy sześcioma osobami, zależnie od tego, ilu pracowników tymczasowych ze Szwecji potrzebowano akurat w szpitalu. Na dobrą sprawę jednak spędzała w domu tak mało czasu, że nie było sensu szukać innego lokum. Albo pełniła dyżur, albo siedziała w gabinecie. I miało to jeszcze potrwać ładnych parę lat. A przynajmniej dopóki pracowała na podwójnych obrotach, dzieląc czas między przygotowania do doktoratu i zatrudnienie na pełnym etacie.

Skręciła przed blok, jednocześnie szukając w kieszeni pęku kluczy. Nagły ruch na placyku przed nią sprawił, że przystanęła. W świetle latarni nad bramą wejściową dostrzegła na ziemi sylwetkę dużego ptaszyska. Ptak dziobał, rwał i szarpał, jakby jadł coś kleistego. Był to kruk. Widziała ich kilka, siedzących na szczycie skał albo u kalenic górującego nad okolicą akademika. Ten najwyraźniej jej nie zauważył, inaczej dawno by już odleciał. Kruki bardzo stroniły od ludzi.

Tupnęła w asfalt. Ptak natychmiast odskoczył. Kiedy rozwinął skrzydła, w powietrzu wciąż rozbrzmiewało echo jej tupnięcia. Wkrótce odbił się od ziemi i pofrunął do góry, ponad kolejne piętra bloku. Thea zbliżyła się do miejsca, w którym wcześniej przysiadł. Leżał tam mały ptaszek. Brzuch miał rozdarty, a jego żółtawa zawartość rozsypała się po asfalcie, jak ziarna kukurydzy. Thea złapała jedno skrzydło i uniosła truchło, po czym wyrzuciła je do śmietnika przy ścianie. Już miała podejść do drzwi, gdy aż się wzdrygnęła na widok papierosa, który nieopodal rozżarzył się czerwono.

– Cześć, Theo.

W mroku zabrzmiał znajomy kobiecy głos. Potrzebowała kilku sekund, żeby wziąć się w garść, po czym zrobiła parę kroków w stronę opartej o ścianę postaci.

– Mamo?

– Jesteś jak ojciec, wiesz? Nie umiesz się trzymać z dala od ptaków i owadów.

Wyrzuciła papierosa i podeszła do córki. W słabym świetle Thea zauważyła, że matka ścięła włosy; nosiła teraz krótką, asymetryczną fryzurę, jej włosy kończyły się niżej nad jednym uchem niż nad drugim. Zmieniła też kolor włosów, na bardziej rudawy.

– Co tu robisz?

Matka ją objęła.

– Jak dobrze cię widzieć.

Thea pozwoliła się przytulić i czekała cierpliwie, aż matka się odsunie. Rozsiewała woń dymu papierosowego. Thea zobaczyła, że kilka metrów dalej stała walizka na kółkach, a na niej leżała paczka papierosów i zapalniczka.

– Kiedy przyjechałaś?

– Po południu, pociągiem.

– Po południu? I od tamtej pory tu czekasz?

– Nie myśl o tym. Przecież już jesteś.

Matka pogładziła ją po policzku i uśmiechnęła się w sposób, który Thea znała aż za dobrze. Uśmiech miał coś zamaskować. Podeszła do drzwi wejściowych. Kiedy włożyła klucz do zamka, wysoko nad jej głową rozległo się basowe „krraa”. W każdej innej sytuacji pomyślałaby może, że to ludzki głos.

*

Podczas gdy matka była w toalecie, Thea rozglądała się po pokoiku. Nie bez powodu nigdy dotąd nie nocowali u niej goście. Na podłodze nie mieścił się nawet materac. Między łóżkiem a regałem na książki było za ciasno. A kwadratowa powierzchnia za biurkiem pozwalała na spanie tylko w pozycji embrionalnej. I co właściwie robiła tu jej matka? Thea miała przeczucie. Pytanie brzmiało tylko, czy wspomni o tym w rozmowie.

Skrzypnęły drzwi. Gdy się odwróciła, matka stała w korytarzyku, rozglądając się dookoła.

– Powiedz mi, nie masz kuchni?

 

– Jest na korytarzu. Jesteś głodna? Mam trochę chleba.

– Nie. Nie przejmuj się mną.

Thea zauważyła, że spojrzenie matki zawisło na szklanej kasetce, stojącej na biurku. Wybrane okazy motyli ojca przypięto igłami do białego plastiku piankowego.

– Mogłabyś tu trochę przyozdobić. W końcu mieszkasz tu już prawie dwa lata.

– Mamo, proszę...

– Dobrze, dobrze. Nic już nie mówię.

Matka nie ruszała się z miejsca. Wydawało się, że na coś czeka. Thea rozpoznała tę pantomimę. Usiadła na łóżku i gestem poprosiła matkę, by zrobiła to samo. Ta usłuchała i przysiadła na samym skraju posłania z rękami na kolanach. Jej spojrzenie nadal spoczywało na motylach.

– Nie powiesz mi, co tutaj robisz, mamo?

Matka znów się uśmiechnęła – uśmiech ten był jednak zbyt zgaszony i wymuszony, żeby mógł być prawdziwy. Reszta twarzy jakby nie zawtórowała.

– Nie wiem, czy...

– Czy co?

– Czy akurat teraz chcę o tym rozmawiać.

– Nie chcesz rozmawiać? Co masz na myśli?

Matka oderwała wzrok od szklanej kasetki. Zaczęła przyglądać się ścianom, potem sufitowi. Tak jak tylko ona potrafiła.

– Czy tata wie, że tu jesteś?

Jej wzrok znów zawisł na motylach.

– Oczywiście.

– Czyli mam rozumieć, że znowu się pokłóciliście?

– Proszę cię, Theo. Nie musisz być taka lekceważąca.

– Ale mamo, chyba widzisz, jak mało tu miejsca. Dobrze byłoby wiedzieć, że chcesz wpaść z wizytą. Mogłabym wtedy przygotować ci coś do jedzenia, wziąć parę dni wolnego. Szczerze mówiąc, to niezbyt dobrze się składa, że jesteś tu właśnie teraz! Planowałam przeznaczyć ten tydzień na projekt badawczy. Rzadko kiedy mam możliwość pracować w skupieniu.

Matka wzięła oddech i wstała.

– Nie zawracaj sobie mną głowy. Jestem dorosłą kobietą i dam sobie radę.

Thea zwróciła uwagę, że matka znów sięgnęła po paczkę papierosów. Nerwowo zaciskała na niej palce. Burgundowe Pall Mall, jak zawsze. Od kiedy mówiła, że rzuci palenie? Może od dwudziestu lat. Co najmniej. O ile nie dłużej.

– Wiem, o czym myślisz – ciągnęła matka, kierując się w stronę drzwi. – Że nie wolno mi tutaj palić. Ale spokojnie. Nie będę.

Drzwi zamknęły się za nią, zanim Thea zdążyła odpowiedzieć. Oparła się o ścianę, a tymczasem kroki na korytarzu zewnętrznym ucichły w oddali.

Nie pasowało jej to. Zwyczajnie nie. Może powinna zadzwonić do ojca i poprosić, żeby przyjechał po matkę? Poprzednio, kiedy go opuszczała, na tym się właśnie kończyło. Matka była zbyt dumna, żeby wrócić z własnej inicjatywy. Ale teraz pewnie cieszył się, że mógł się jej pozbyć.

Zadzwoni później. Teraz chciała skorzystać z okazji i wybrać się na krótką przebieżkę. Matka będzie musiała pogodzić się z tym, że Thea potrzebowała trochę świeżego powietrza. A przynajmniej dopóty, dopóki zachowywała się tak, a nie inaczej.

Ciche postukiwanie sprawiło, że podniosła wzrok. Domyśliła się, że dźwięk dobiegał zza okna, i uchyliła roletę. Gdy wyjrzała na zewnątrz, do szyby przyczepiły się małe krople. Wkrótce ich przybyło.

Znowu się rozpadało.

9. Mathias

Zdecydowanie nie był to najlepszy początek rozmowy. Mathias zajrzał do siatki, którą dostał, przechodząc przez korytarz na pododdziale łóżkowym. Znajdowała się w niej para pożółkłych, mocno sfatygowanych drewniaków. Pracownik działu technicznego poprosił, żeby zaniósł je starszemu lekarzowi Perowi Irgensowi. Buty przez szereg lat stały w szklanej gablocie przed dyżurką. Na mosiężnej tabliczce pod spodem wygrawerowano napis: „Ordynator Per Irgens zużył te buty na Oddziale Neurochirurgii w okresie 1986–2001”. Zniszczone drewniaki były swoistą wizytówką Irgensa. Jako ordynator zawsze podkreślał, jak ważna jest oszczędność. Drewniaki symbolizowały więc powściągliwość oddziału, ale świadczyły też o wyższości ich właściciela. Mógł wystawić w gablocie, co mu się żywnie podobało. Nawet parę pospolitych, schodzonych butów.

– Będziesz tam tak sterczał czy wejdziesz i siądziesz?

Głosu, który zabrzmiał za półotwartymi drzwiami gabinetu, nie dało się źle zrozumieć. Mathias wszedł do środka. Wewnątrz unosił się biblioteczny zapach. Półka na książki po jego lewej ręce uginała się na granicy złamania, załadowana ciężkimi tomami dzieł medycznych. Na biurku piętrzyły się papiery. Długie ramiona podwiędłej rośliny pnącej wiły się wzdłuż ramy okiennej, sięgając ku włączonemu ekranowi komputera, który jako jedyny rozświetlał wnętrze. Przed monitorem siedział zgarbiony Per Irgens z podbródkiem wspartym na ręce. Wydawał się głęboko zamyślony.

– Dzień dobry – rzekł Mathias i stał dalej w miejscu.

– Nie mówiłem ci przypadkiem, żebyś usiadł?

Nie odrywając podbródka od ręki, Irgens ruchem głowy wskazał krzesło u końca biurka. Mathias zrobił, jak mu kazano.

– Mam nadzieję, że to coś ważnego. Pracuję nad artykułem. – Irgens odwrócił się. – Co tam masz?

Mathias otworzył siatkę.

– Miałem spytać, czy chcesz je z powrotem.

– Moje drewniaki?

– Myślę, że to Lohmann za tym stoi.

Irgens obrócił się do okna. Na zboczu góry Løvstakken usadowiła się gmina Laksevåg, poszarzała, ociekająca wodą.

– Może to idiotyczne, że liczę na słowa podzięki za to, co przez lata zrobiłem dla tego oddziału. Nie żebym ich potrzebował, ale myślę, że byłyby na miejscu. Powiem ci, że kiedy zacząłem tu pracę, był to mały, nędzny oddzialik. Trzeba było wszystko przeorganizować, pododdział łóżkowy, zasady, personel. Musieliśmy wyrzucić bezużytecznych ludzi i zastąpić ich nowymi, kompetentnymi.

Potarł zarośniętą część szczęki. Wyrwał mu się krótki, lekceważący śmiech.

– Za chwilę zacznie się przegląd zdjęć rentgenowskich na Radiologii. Możesz postawić buty na stole, chyba że jest coś jeszcze?

– Ech... tak. W zasadzie to mam kilka spraw.

– Ach tak?

Mathias zawahał się. Nie był pewien, od czego zacząć. Nie to, że nie próbował przygotować się do tej rozmowy. Całą noc spędził na rozmyślaniach. Myślał o słowach Evelyn, o zakupie domu, który chciała sfinalizować Marianne, o Thei, o Wernerze, o sobie. O tym, co miał teraz począć.

– Chodzi o stałe posady.

– Tak. Pamiętaj, żeby złożyć podanie. Jak sam wiesz, ten, kto nie dostanie pracy, będzie musiał odejść.

– Zorganizują nabór tylko na dwa stanowiska.

– Chciałeś chyba powiedzieć: trzy?

Mathias pokręcił głową.

Z głębokim westchnieniem Irgens przechylił się w fotelu biurowym. Jego nazbyt duże ręce spoczęły martwo na udach.

– Wiem, że powinienem już przywyknąć do bycia pomijanym, ale... Od kogo się dowiedziałeś?

– Od Evelyn.

– Evelyn, tak – Irgens mlasnął. – Czyli nie masz najlepszych widoków, co?

Mathias potrząsnął głową.

– Jest dwójka innych, silnych kandydatów wewnętrznych...

– ...nie licząc tych z zewnątrz. Chociaż dużo trzeba by było, żeby Mons i Odd nie wybrali spomiędzy was.

– O tym właśnie chciałem z tobą pomówić.

– Mons usuwa moją gablotę i wyłącza mnie z planowania przyszłości oddziału. Jest o krok od klasycznego ojcobójstwa, a tobie się zdaje, że to do mnie warto się zwrócić o pomoc?

– Myślałem trochę o projekcie badawczym, o którym rozmawialiśmy jakiś czas temu. Jestem bardzo zmotywowany, żeby zacząć go teraz. Poza tym byłoby to korzystne dla mojego podania. Może uda mi się zdeklasować Wernera. Z tego, co się orientuję, nie pracuje nad nowymi projektami, nie ma też na koncie prac badawczych z neurochirurgii.

Kiedy Mathias mówił, na usta Irgensa wkradł się kwaśny uśmieszek.

– Dam ci dobrą radę, Mathias: postaraj się mieć ze mną odtąd jak najmniej wspólnego. Zarówno jeśli chodzi o pracę badawczą, jak i operacje.

– Ale... chyba się nie rozumiemy. Potrzebuję projektu badawczego. Muszę go mieć. W przeciwnym razie mogę sobie odpuścić wszelką myśl o podaniu.

Kwaśny uśmiech nabrał pojednawczego wyrazu.

– Rozumiem, Mathias. Przecież nie jestem głupi. Tłumaczę ci tylko coś, co powinno być jasne jak słońce. Nie jestem teraz dla ciebie dobrym partnerem do współpracy. Musisz się sprzymierzyć z kimś z zespołu kierowniczego.

– No to z kim? Z Oddem Hasselgrenem?

Trudno było nie usłyszeć sarkazmu w jego glosie.

– To on z Monsem podejmą ostateczną decyzję. Jeśli brakuje ci czułego, wyrozumiałego promotora, to może powinieneś zwrócić się do któregoś z neurologów, co?

Irgens zaśmiał się pogardliwie, klasnął rękami w uda i wstał z fotela.

– Przegląd zdjęć na Radiologii, Mathias. Najpierw przegląd, a potem zebranie poranne. Nie możemy sobie odpuścić rytuału poranka. A przynajmniej nie dzisiaj. Mons może demontować moją gablotę, ale za cholerę nie pozbędzie się mnie, dopóki nie przejdę na emeryturę. A nawet wtedy będę tu straszył w korytarzach.

Irgens wyminął go i opuścił gabinet. Jak stary samiec jelenia, powracający, by oznaczyć terytorium, pomyślał Mathias i podążył za kłapiącymi drewniakami w głąb korytarza.

*

– Dlaczego, u diabła, pacjentka przeleżała całą noc i nie zrobiono jej punkcji lędźwiowej? – ryknął Mons Lohmann, pochylając się nad stołem. Mathias leciutko uniósł brwi. Nowy szef musiał pokazać, że jest samcem alfa w stadzie. W takich chwilach dostawało się zwykle lekarzom-asystentom, ale jego to dzisiaj ominęło. Wszyscy wiedzieli, że po wczorajszym dyżurze poszedł prosto do domu. Za nic nie odpowiadał. W gorszej sytuacji była osoba, która pełniła dyżur nocny. Młoda Nathalie Fjellanger była studentką ostatniego roku medycyny i ściągnięto ją jako dodatkową pomoc, żeby załatać dziury w grafiku dyżurów. Tej nocy pracy było zaś od groma. Liczba zdjęć na przeglądzie i hospitalizowanych pacjentów mówiła sama za siebie.

Mrużąc oczy, Mathias zerknął na listę pacjentów i odszukał nazwisko osoby, o którą Lohmann tak się pieklił. To musiała być kobieta, która trafiła na oddział w trakcie jego dyżuru z powodu ostrego bólu głowy. Takich pacjentów przysyłano w celu wyjaśnienia, czy nie doszło do krwotoku z tętniaka jednej z tętnic mózgowych. Jeśli nie, wypisywano ich lub przenoszono na Oddział Neurologii. Jeśli tomografia komputerowa mózgu nie wykazywała wyraźnych cech krwawienia, z reguły wystarczyło wykonać badanie płynu mózgowo-rdzeniowego. Tak jak w tym przypadku. Powodem, z którego sam nie poddał pacjentki punkcji lędźwiowej, był fakt, że należało ją zrobić po upływie dwunastu godzin od wystąpienia bólu głowy, ten moment zaś przypadał w trakcie kolejnego dyżuru. Przy zmianie warty uprzedził o tym Nathalie, ale albo wyleciało jej to z głowy, albo w ogóle do niej nie dotarło. Teraz zaś wyraźnie męczyła się, żeby to wyjaśnić.

– To... to moja wina – wyjąkała, skulona już od całego powarkiwania, jakie na nią spadło.

– Więc dlaczego tego nie zrobiono?

– Zapomniałam o tym, przepraszam, ja...

– Mamy pełen oddział, Fjellanger. Pacjentów trzeba wypisywać tak szybko, jak to możliwe. Chodzi o miejsca i o niepotrzebne obciążanie zespołu pielęgniarskiego.

– Tak, przepraszam. To się już...

– To nie jej wina.

W ułamek sekundy wokół stołu zapadła cisza, jak makiem zasiał. Mathias rozejrzał się i odkrył, że wszyscy się na niego gapią. Nie miał pojęcia, dlaczego się wtrącił. Może dlatego, że lubił Nathalie i miał dość patrzenia, jak Lohmann ją ochrzania za każdym razem, gdy referowała. A może dlatego, że właściwie wszystko mu zbrzydło. Wrzaski Lohmanna, jęki Irgensa, rozczulającego się nad sobą, poczucie, że absolutnie nic nie szło po jego myśli.

– Powiedziałem Nathalie, że sam zrobię punkcję lędźwiową przed powrotem do domu, ale zapomniałem.

U końca stołu rozległo się ciche prychnięcie.

– Zapomniałeś?

– Tak. Zapomniałem.

I znowu zapadła cisza. Nikt nawet nie drgnął.

– Nie wiem, ile już razy podkreślałem, że dyżurujący muszą dokończyć robotę, zanim pójdą do domu, ale teraz znowu to powiem. I mam nadzieję, że wszyscy, których to dotyczy, mają uszy szeroko otwarte. Nie ma znaczenia, czy lecą nadgodziny. Praca ma być skończona! Dotarło do ciebie, Grande?

– Czyli chcesz nam powiedzieć, że chętnie wrócicie do płacenia za nadgodziny?

Tu i ówdzie odezwał się śmiech. Lohmann zgarbił się za stołem.

– A to już zupełnie inna sprawa. Powinieneś bardziej skupić się na pracy, a nie wplatać w dyskusję sprawy personalne. A skoro przy tym jesteśmy, to doszły mnie słuchy, że pozwalasz sobie przezywać starszych lekarzy z OIOM-u.

 

– Mówisz o Karinie Szablozębnej?

Minęła sekunda i wszyscy w pokoju parsknęli śmiechem. Nawet surowa twarz Lohmanna trochę złagodniała, kiedy wrzawa zaczęła cichnąć.

– No, no... Przed nami jeszcze dużo pacjentów do omówienia. Możesz kontynuować, Fjellanger, zanim sytuacja do reszty wymknie się spod kontroli.

Nathalie wróciła do sprawozdania. Tylko jedna osoba nie przestała się uśmiechać; był nią Per Irgens. Mathias przyjrzał mu się uważnie – zgarbionemu w kącie, odsuniętemu od stołu, przy którym toczyło się zebranie. Nikt już nie zwracał na niego uwagi, nikt nie oczekiwał, że się wypowie. Czekano tylko, aż przejdzie na emeryturę. Jak wszyscy w służbie zdrowia, tak i on nie był niezastąpiony.

Mathias spuścił wzrok. Otworzył ręce, przyjrzał się swoim palcom. Od zawsze widział się w roli chirurga. Nikogo innego. Nie miał jednak z kim się sprzymierzyć na tym oddziale. Były inne opcje. Może powinien zainteresować się którąś z nich.