Białe kruki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3. Mathias

Na oddziale obowiązywało niepisane prawo, że na sali demonstracji RTG starsi lekarze siadali w pierwszym rzędzie. Nie było w tym zresztą nic niezwykłego. Na wszystkich oddziałach, na których Mathias do tej pory pracował, spotkał się z podobną zasadą. Mimo to zdarzało się czasem, że na zebraniach porannych pojawiali się studenci medycyny, chcąc do lunchu prześledzić rozwój wydarzeń na oddziale – i z niejasnych przyczyn któryś z nich zawsze lądował w pierwszym rzędzie. Tak jak tego ranka. Odda Hasselgrena pozbawiono stałego miejsca przy ścianie i zepchnięto do drugiego rzędu. Mathias, który spóźnił się parę minut, minął go w wąskim przejściu pośrodku sali, po czym skręcił do trzeciego rzędu. Hasselgren siedział z założonymi rękami i podbródkiem przyciśniętym do piersi. Nietrudno się było domyślić, kto tego dnia będzie głównym oponentem w trakcie przeglądu zdjęć rentgenowskich.

Opadł na pierwsze wolne krzesło dokładnie w chwili, gdy na ekranie z przodu pomieszczenia zmienił się obraz. W okamgnieniu rozpoznał zdjęcia z badania TK, które zrobiono po przywiezieniu chłopaka z krwiakiem podtwardówkowym.

– „Młody chłopak, zaintubowany w chwili przybycia, kilkakrotnie uderzony w głowę gitarą elektryczną. Rana cięta okolicy ciemieniowej lewej. Według informacji znaleziono go nieprzytomnego z GCS 5 na miejscu zdarzenia”.

Radiolog siedział rozparty na krześle przy trzech podłużnych monitorach komputerowych na lewo od ekranu. Założył ręce za głowę, a na jego usta wypełzł błogi uśmieszek.

– Co się stało? Solówka nie wyszła?

Tu i ówdzie na sali odezwał się śmiech.

– Jeśli nikt nie zna lepszych żartów, proponuję wrócić do sprawy – rozległ się głos Hasselgrena. Zgodnie z przewidywaniami nie był w najlepszym humorze.

– Cóż – rzekł radiolog, nagle wyprostowany jak uczeń w ławce. – Mamy tu więc duży i świeży krwiak podtwardówkowy nad całą lewą półkulą. Widać również pomniejsze krwawienia ze stłuczeń w obrębie płata skroniowego i znaczne przesunięcie linii środkowej. Złe warunki przestrzenne u podstawy czaszki. A tutaj jest wynik przeprowadzonej w nocy operacji...

Mathias nie umiał powściągnąć uśmiechu, kiedy przez ekran przesunęła się kolejna seria projekcji osiowych. Białe pasmo, oznaczające nagromadzoną pod twardówką krew, zniknęło. Pod pokrywą czaszki widniało wprawdzie kilka bąbelków powietrza, ale były to czysto kosmetyczne defekty. Przecież nie można było zrobić tego lepiej?

– Proszę powiedzieć, czy to czujnik ciśnienia tam widzę? – rzekł znowu Odd Hasselgren. Wtrącał się, kiedy chciał. Mathias wiedział, że musi się odezwać.

– Tak, postanowiłem założyć czujnik z powodu krwawień miąższowych. Były słabe warunki przestrzenne, kiedy zamykałem twardówkę, więc nie chciałem ryzykować i budzić pacjenta od razu.

– No cóż...

Hasselgren pozwolił, by słowa zawisły w powietrzu, i nikt nie kwapił się dodać nic więcej. Cisza, która zapadła, coraz bardziej ciążyła. Radiolog przenosił wzrok z Mathiasa na Hasselgrena i z powrotem.

– Mogę mówić dalej?

Hasselgren cicho westchnął.

– A jakie jest teraz ciśnienie?

– Trzy – odparł Mathias.

– I co ci to mówi?

– Że... mózg jest dobrze odbarczony?

– Właśnie. Powiedz mi, kto pełnił dyżur telefoniczny dziś w nocy?

– Irgens.

Hasselgren rozejrzał się po sali.

– No, a starego kozła jak zwykle nie ma... ale coś mi się zdaje, że wkrótce wróci oznaczyć teren.

Na sali rozległy się stłumione chichoty. Większość zebranych dobrze znała tę frazę. Mathias spostrzegł nagle wpatrzoną w siebie parę oczu w pierwszym rzędzie. Ordynator oddziału Mons Lohmann obrócił się na krześle w jego stronę.

– Proszę przekazać na OIOM, żeby wybudzili pacjenta, Grande. I pozbyć się tego czujnika, okej?

Mathias opadł na krześle.

– W porządku – odparł.

Co więcej mógł powiedzieć?

*

– Musicie zaczekać na następną.

To nie ulegało wątpliwości. Winda była pełna. Wysoki, patykowaty Werner Schlunk zajął ostatnie miejsce. Mathiasa uderzyła myśl, że kolega, wciśnięty między dwóch neurologów – zatrudnionych na oddziale w celu odbycia obowiązkowej półrocznej specjalizacji dopełniającej – nadal wyglądał na wyczerpanego. Już od dłuższego czasu sprawiał wrażenie osoby na skraju załamania, co jednak w jego wypadku nie było znów takie niezwykłe. Wszyscy przywykli do huśtawki Wernera. Bo kiedy gorsze okresy mijały, potrafił szybować naprawdę wysoko.

Mathias cofnął się o kilka kroków i oparł o ścianę. Zmęczenie po całodobowym dyżurze zaczynało przejmować nad nim kontrolę. Uczucie przypominało otępiające odurzenie. W takim stanie nie sposób myśleć i działać jednocześnie. Mówi się nie to, co się chce. I dlaczego właściwie założył ten czujnik ciśnienia? Gdyby sobie darował, uniknąłby konfrontacji z Sandemann, a Lohmann i Hasselgren byliby zadowoleni.

– Widać skończyło się serwowanie ciasta.

Mathias podniósł wzrok i zobaczył, że obok stanęła Thea Michelsen. Uśmiechała się podejrzanie przyjaźnie.

– Serwowanie ciasta?

– A nie była to twoja pierwsza kraniotomia? Kiedy Irgens był szefem, to zamawiał tort na taką okazję. Tak przynajmniej słyszałam. Tak czy owak, gratulacje. Zdjęcia pooperacyjne były naprawdę w porządku.

Musiał przyjrzeć się jej przez kilka sekund, nim zrozumiał, że mówiła szczerze.

– Dzięki – odparł. – Szkoda, że nie usłyszałem tego też od starszych. Zwłaszcza teraz.

– Myślisz o posadach, na które mają ogłosić nabór?

Przytaknął.

– Zakładam, że także będziesz się starać o miejsce?

– Jasne. Raczej nie chciałoby mi się zostać na oddziale dla rozrywki.

Thea podeszła do przycisku wzywającego windę i nacisnęła go, mimo że już świecił. Dziwna z niej była kobieta. W jednej chwili odpychająca, w drugiej zaś przyjazna. Nigdy jej nie rozumiał. Przyglądał się jej uważnie, jak stoi wyprostowana i czeka. Jak zwykle nieumalowana, z półdługimi włosami zebranymi w koński ogon. Nigdy nie próbowała podkreślać swojej kobiecości. Może świadomie. W tym zawodzie kobieca płeć bynajmniej nie była zaletą.

– Swoją drogą, nie powinnaś mieć teraz wolnego tygodnia?

Kiwnęła głową.

– Tak. Ale wiesz jak to jest.

– Nie. Jak to jest?

Poczuł lekkie wyrzuty sumienia, widząc, że wprawił ją w zakłopotanie swoim tonem, ale zaraz się opanowała.

– Mam na myśli to, że trzeba spędzać czas wolny tutaj, żeby nałapać sobie dość operacji, a i tak nikt ci za to nie płaci.

Mathias przypomniał sobie słowa Hasselgrena o zostawaniu po dyżurze. Najwyraźniej nie tylko jemu to zakomunikowano.

– Wiem, o czym mówisz, tak. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek zgłosił nadgodziny, odkąd się tu zatrudniłem. Pokażcie mi kogoś, kto ma tę odwagę.

– Prawda? No, ale nie mam wyboru. Wciąż mi brakuje samodzielnej kraniotomii, którą ty zrobiłeś dziś w nocy. A to się liczy, teraz, kiedy konkurencja się zacieśnia.

– Przecież masz niezłe szanse. Z projektem doktoratu i tak dalej...?

Obróciła się do niego. Jej oczy się zwęziły.

– Więc nie słyszałeś?

– Czego?

Drzwi windy się rozsunęły. Ich oczom ukazała się kabina pełna pacjentów i ich krewnych. Mathias poszedł za Theą i stanął obok niej. Szarpnęło, gdy winda ruszyła w górę przez kolejne piętra. Musiał zrobić krok na bok, żeby utrzymać równowagę, a kiedy się wyprostował, Thea nachyliła się ku niemu. Mówiąc, ściszyła głos.

– To tylko plotki – powiedziała. – Nie wiem nic pewnego. Ale nie wydaje mi się, żeby zrobili nabór aż na trzy posady.

4. Thea

To była zwyczajna kradzież. Thea Michelsen wpatrywała się w Williama Ødegårda, siedzącego po przeciwnej stronie podłużnego stołu w sali seminaryjnej na siódmym piętrze. Ødegård był niskim ponurakiem z regionu Østerdalen o maleńkich oczkach i przeszywającym, niemożliwym do złapania spojrzeniu. Dzisiaj też nie miał odwagi na nią patrzeć, wiedząc, że zrozumiała, iż ukradł jej pacjenta.

W zasadzie zrobił to całkiem elegancko. Głównym problemem starszego mężczyzny, którego prowadziła w poradni i zgłosiła na operację z powodu wodogłowia normotensyjnego, była powoli narastająca chwiejność. Z zabiegiem nie trzeba było się spieszyć. Pacjent miał podwyższone ciśnienie płynu mózgowo-rdzeniowego i wymagał drenażu komór mózgu. Należało umieścić mu pod skórą dren, zaopatrzony w wentyl i wężyk, który pozwoliłby na odprowadzenie płynu do jamy otrzewnej. Thea rozmawiała z sekretarkami medycznymi i wyznaczyła datę operacji, która pasowała do jej planu dyżurów, a siebie wpisała jako główną operatorkę. Było to standardowe postępowanie na oddziale. Ale oto nazwisko pacjenta pojawiło się nagle na liście oczekujących na zabieg w jej wolnym tygodniu z Ødegårdem jako głównym operatorem. Coś tu nie grało.

– Pacjent chodzi o kuli, chwiejąc się wyraźnie, a kiedy się odwraca, musi robić dodatkowe kroki, żeby utrzymać równowagę. Poza tym żadnych zaburzeń, nie stosuje antykoagulantów. Zapisany dzisiaj na wszczepienie zastawki komorowo-otrzewnowej.

Thea bazgrała od niechcenia na swojej liście pacjentów, podczas gdy Kubańczyk Rolando łamanym norweskim referował przypadek. To on przyjął pacjenta i wypełnił kartę hospitalizacji. Zatrudniono go na oddziale w ramach półrocznej specjalizacji dopełniającej, która była mu niezbędna do zdobycia tytułu neurologa – ale ani się nie nadawał do zgłębiania tajników neurochirurgii, ani go to nie interesowało. Po prostu robił, co musiał. I co teraz? Gdyby zaprotestowała podniesionym głosem, to tylko postawiłoby ją w złym świetle. Ødegård na pewno podałby jakąś przekonującą wymówkę, dlaczego pacjenta wezwano na operację wcześniej, niż planowano. Może znalazłaby czas, żeby zweryfikować jego wyjaśnienie w ciągu dnia, ale dla uczestników zebrania nie miałoby to już znaczenia. Zyskałaby opinię trudnej lekarki-asystentki, a to nie byłoby zbyt mądre. Ostatecznie nie miała stałej posady naukowej, jak Ødegård czy jego dwaj kumple, Ingvar Bø i Gjert Hole.

 

Podniosła wzrok znad bazgrołów i przyjrzała się uważnie trzem mężczyznom po drugiej stronie stołu. Jak zwykle siedli obok siebie. Nathalie, studentka na stanowisku tymczasowym, którą przyjęto, żeby załatać dziury w systemie dyżurów, nazwała ich raz „trójgłowym trollem”. Właściwie trafiła w sedno. Ødegård, Bø i Hole byli mniej więcej w jednym wieku, wszyscy w połowie specjalizacji. Pochodzili z małych wiosek w różnych częściach kraju i wcześnie się połapali, że jeśli będą wymieniać się przysługami i wspierać w dyskusjach, pozwoli im to podzielić łupy, czyli operacje, między siebie. W każdym młodszym koledze widzieli zagrożenie swojej hegemonii w kaście lekarzy-asystentów.

– Widzę, że operatorem jest Ødegård?

Mons Lohmann rozejrzał się wśród zebranych, aż trafił na Ødegårda, który przytaknął, uparcie patrząc w stół. Nadal nie miał odwagi podnieść wzroku. Szuja jedna.

– Jaki rodzaj zastawki planujesz wszczepić?

– Codmana.

– A opór?

– Standardowy. Sto dwadzieścia, w porządku...?

Thei nie udało się stłumić cichego chichotu. Kilka osób zerknęło na nią, ale nie odwzajemniła spojrzenia.

W porządku? Cóż za przebiegłość. Pozwól Lohmannowi współdecydować, spraw, żeby poczuł się ważny. Chyba nie mogła tak po prostu pozwolić, żeby uszło mu to płazem? Zmusiła się, żeby spuścić wzrok, i rysowała zajadle. Zapełniła już bazgrołami całą stopkę strony. Teraz zabrała się za margines.

– Pewnie – odezwał się Lohmann – sto dwadzieścia będzie w sam raz. Przejdźmy do kolejnego pacjenta. Anwar Ahmed, kto go przyjął?

Rolando zaczął przerzucać papiery.

– Też ja – odparł, zerknął na jedną z kartek, po czym odłożył ją na sam spód sterty i kontynuował poszukiwania.

Thea spostrzegła nagle, że Ødegård uniósł głowę. Gapił się na nią zza stołu, mrużąc chytrze oczy. Jej długopis sam znieruchomiał na papierze.

– Chwileczkę...

Obróciła się do Lohmanna. Ordynator siedział rozparty na krześle z rękami splecionymi na brzuchu. Muskularne ramiona mogłyby należeć do zapaśnika, ale czarna, zadbana broda świadczyła o nieco większej wytworności właściciela.

– To ja zgłosiłam pacjenta na operację. Dlaczego nie poinformowano mnie o zmianie?

Zwróciła się do Ødegårda. Ten znowu odwrócił wzrok i rozłożył ręce w geście, który najwyraźniej miał świadczyć o jego niewinności.

– Podczas dyżuru w weekend skontaktowała się ze mną córka pacjenta – powiedział swoim silnym dialektem z Østerdalen. – Była zmartwiona, uważała, że stan ojca się pogorszył. A przy tym tak się złożyło, że z dzisiejszego grafiku wykreślono jeden zabieg, więc...

Thea próbowała stłumić uśmiech, który mimowolnie wkradł jej się na usta. Pewnie. Telefon od krewnego na dyżurze. Jeśli rybka chwyci przynętę, to za nic nie wypuść z rąk wędki. Ciągnij aż na brzeg.

– A przy tym tak się złożyło, że miałam wolny tydzień.

– Nie podobają mi się twoje insynuacje. Stan pacjenta się pogorszył i przedłożyłem jego dobro nad twoje. Czy to aż takie dziwne?

– Ale przecież przed chwilą słyszeliśmy, że on jest w stanie sam chodzić, potrzebuje tylko laski. Jest dokładnie w takim samym stanie, co kilka tygodni temu, kiedy widziałam go w poradni. Zgadza się?

Przeniosła wzrok na Rolanda, szukając potwierdzenia. Zaczął się już chyba domyślać, o co tak naprawdę chodziło, ale z jego spojrzenia emanowała obojętność, nic więcej. Z jego strony nie miała co liczyć na wsparcie.

A co z siedzącą nieopodal kobietą, profesor Ingvild Falk? Jedyną kobietą na oddziale ze stopniem starszego lekarza i jej promotorką? Dlaczego ona nie mogła się odezwać?

No, powiedz coś!

Powiedz coś, do...

– No cóż, Theo – wtrącił się Mons Lohmann. – Zostajesz dziś na oddziale?

Zwróciła się do niego i skinęła głową. Wpatrywał się w nią wąskimi oczami o ciemnopiwnym kolorze, z rękami nadal założonymi na piersiach, tak jakby chciał popisać się muskulaturą.

– Chciałabyś zoperować pacjenta, Theo?

Nawet się nie uśmiechnął. Nie dał żadnego znaku, że jest po jej stronie. Zamiast tego gapił się na nią tak intensywnie, jakby samą siłą spojrzenia chciał rzucić ją na kolana. Znów przytaknęła.

– Niech więc będzie. Ødegård, ty możesz zająć się przepukliną szyjną, zapisaną na dzisiaj pod numerem dwa w sali trzynaście. Powinieneś wreszcie wziąć się na dobre za chirurgię kręgosłupa. Tak czy inaczej, mamy dzisiaj dużo pacjentów na liście i musimy iść dalej. Rolando, proszę kontynuować!

– Przejdźmy więc do Anwara Ahmeda...

Rolando zdążył już znaleźć właściwą kartkę z notatkami i zaczął sprawozdanie, informując o stanie pacjenta i wynikach przeprowadzonych badań. Thea nie miała siły dłużej go słuchać. Pozwoliła myślom odpłynąć. Chwilę później biegła leśną ścieżką. Nogi niosły ją naprzód.

Kiedy wyjdzie ze szpitala, pójdzie pobiegać. To jedno było pewne.

Nagle zauważyła, że Ingvild Falk próbuje ściągnąć na siebie jej wzrok. Spojrzała na profesor i spostrzegła, że ta mówi coś bezgłośnie, samym ruchem warg.

„Pa-mię-taj o na-szym spot-ka-niu”.

Thea zacisnęła w ręku długopis i wróciła do bazgrania.

Jasne, pani profesor. Pamiętam.

*

– Wolałabym, żebyś w trakcie wolnego tygodnia skupiła się na pisaniu artykułu.

Ingvild Falk założyła półdługie, siwiejące włosy za uszy, tak że wyglądała nawet poprawniej niż zwykle. Jej fryzura była utrwalona dwiema spinkami, podkreślającymi przedziałek pośrodku głowy, jak u dziewczynki, która zapuszcza włosy. Thea daremnie próbowała usadowić się wygodnie na drewnianym krześle u końca podłużnego stołu. Na ławie tortur, jak go nazywała. Siadywała na nim regularnie, żeby słuchać kazań pastor Falk.

– Przecież sama pani widziała, co się działo – zaprotestowała.

– Wszyscy widzieli. Ale to bez znaczenia.

– To był mój pacjent.

– Pacjenci nie należą do nikogo, Theo.

Falk demonstracyjnie wzięła oddech, jak nauczycielka rozczarowana uczniem. Thea przyjrzała jej się uważnie. Spod lekarskiego fartucha wyzierała kwiecista bluzka. Spodnie były zaprasowane w kant, buty miały grube, wysokie obcasy. Można było odnieść wrażenie, jakby Falk wyglądem starała się podkreślić, że już nie operuje. Była badaczką, przeznaczoną do szlachetniejszej pracy.

– Dobrze, żeby udało się opublikować artykuł jeszcze przed końcem roku. Chodzi o dofinansowanie, które dostanę z uniwersytetu.

– Niedługo go skończę.

– Ile czasu ci trzeba?

– Może go pani dostać nawet jutro.

Falk uniosła brwi.

– Bardzo by mi to pasowało. Mogłybyśmy wtedy spotkać się znowu pojutrze. Co ty na to?

– Niech będzie.

– Świetnie!

Ingvild Falk zmierzyła ją wzrokiem.

– Wiesz – zaczęła, pochylając się w fotelu. Gładkie ręce złożyła jak do modlitwy. – Najlepiej by było dla ciebie, gdyby artykuł przyjęto jeszcze przed ogłoszeniem naboru na stałe posady. Dzięki temu mocno wybijesz się przed konkurencję. Praca badawcza to jedno, ale publikowanie – to już coś zupełnie innego, prawda?

Thea skinęła głową.

– Tak – przyznała. – Rozumiem.

– W takim razie porozmawiamy jutro.

Falk klasnęła w ręce na znak, że skończyły, i obróciła fotel do komputera. Thea wstała, ale zastygła w miejscu. Pomyślała o Mathiasie Grande: zbladł jak płótno, gdy zdradziła mu zasłyszane pogłoski. Może powinna była zachować je dla siebie. Przecież na razie były to tylko plotki.

– Jeszcze coś?

Ingvild Falk obróciła się w fotelu. Znów splotła ręce. Brakowało jej tylko aureoli nad głową, żeby dopełnić obrazu świętości, w który sama zresztą wierzyła. Jasne. Każdego mogłaby zmylić – ale Thea wiedziała swoje.

– Czy to prawda, co się słyszy na temat liczby posad?

– Nie wiem, Theo, nie wiem. – Falk przekrzywiła głowę empatycznie. – Niemniej jednak na pewno nie będą trzy, więc któreś z was – ty, Mathias albo Werner – będzie musiało pożegnać się z oddziałem. Trzeba zadbać o to, żeby nie padło na ciebie.

5. Werner

To było nie do zniesienia. Werner Schlunk siedział, gapiąc się na telefon, znajdujący się na drugim końcu małego gabinetu anestezjologii na bloku operacyjnym. Zamknął oczy, próbując zdławić nagły impuls. Najchętniej przeszedłby przez pokój, podniósł słuchawkę i wybrał numer komórki Hanne.

Nein, du rufst jetzt nicht an – wyszeptał do siebie.

Wziął oddech i zatrzymał go w płucach. Nie, nie mógł ulec pokusie. Nic dobrego by z tego nie wyszło.

Przesunął ręką po twarzy i pod palcami poczuł szorstki zarost. Musiał się ogolić. Powinien też ściąć włosy. Problem w tym, że wieczorami nie ruszał się z domu. Przez ostatni miesiąc głównie czekał na powrót Hanne. Minęły trzydzieści dwa dni, odkąd od niego odeszła. Trzydzieści dwa długie dni. W międzyczasie w Bergen na dobre zawitała jesień. Deszczowe dni były częstsze, wieczory skracała szybko zapadająca ciemność. Tęsknota za nią wciąż zaś sprawiała mu taki sam ból. O ile nie większy.

Świeciło słońce i było dwadzieścia stopni, kiedy wrócił do domu i znalazł kartkę naklejoną na lodówkę. Hanne mówiła, że nie lubi pracy w przychodni w dole miasta, zamierzał więc poprawić jej humor, robiąc dobry obiad i otwierając jedną z butelek wina, które tego lata przywieźli z Frankonii. Wszedł do kuchni i zaczął przyrządzać żabnicę, kupioną w sklepie rybnym przy ulicy Nattlandsveien. Zamówił ją kilka dni wcześniej, bo wiedział, że Hanne lubi tę rybę, zwłaszcza natartą oliwą i czosnkiem i upieczoną. Dopiero kiedy wkładał wino do schłodzenia, spostrzegł żółtą kartkę Post-it przyklejoną do drzwi lodówki.

„Nie dzwoń do mnie!”

Od tamtej pory się nie odezwała. Nie zadzwoniła, nie wysłała esemesa ani listu. Nic. Skontaktował się z jej przyjaciółkami, ale żadna nie chciała przyznać, że coś wie, i udawały zszokowane, kiedy wyjaśnił im, co zaszło.

W korytarzu zabrzmiały kroki. Werner zdążył spostrzec, że przeszedł Odd Hasselgren. Na szczęście starszy lekarz go nie zauważył. Pewnie kierował się do sali operacyjnej. Werner wiedział, że powinien wstać i pójść za nim, ale nie mógł się zmusić. Zamiast tego osunął się na sofie. Dlaczego nie mogła się odezwać? Może miała kogoś innego?

Przycisnął dłonie do skroni, jakby mógł w ten sposób zatrzymać natłok myśli.

Nein!

Zabrzmiało to głośniej, niżby chciał. Opuścił ręce na kolana i zerknął w stronę korytarza. Nikogo. Musiał się pilnować. Tu, w Haukeland, ludzie byli skłonni do plotek. Mogłoby przylgnąć do niego jakieś przezwisko, „Stuknięty Werner” albo coś w tym stylu. O ile już jakiegoś nie dostał.

Jego wzrok znów spoczął na telefonie po drugiej stronie pokoju. Nie może ulec pokusie. Nie poniży się do tego stopnia.

Zmusił się, by odwrócić wzrok od telefonu. Zamiast tego przestudiował wygląd ścian w pokoju, reprodukcję któregoś z obrazów Muncha, wycinek ze zdjęciem Brada Pitta zestawiony z twarzą Mathiasa Grande w celu podkreślenia, jacy byli podobni. Potem jego oczy znów odnalazły aparat.

„Nie dzwoń do mnie!”

To było takie niesprawiedliwe. Siedział w jej ojczyźnie i nie miał zielonego pojęcia, co się dzieje. A przecież przyjechał tu dla niej. Zaprzepaścił szanse na zatrudnienie w Düsseldorfie, bo nie chciała tam zamieszkać.

Mógłby zadzwonić. Mógłby to zrobić, jasne. W mieszkaniu zostały przecież wszystkie jej rzeczy, a on musiał się w końcu dowiedzieć, na czym stoi. Chciał zaplanować swoje dalsze życie. Zerwali ze sobą czy nie? Miał tu zostać? A może wrócić do Niemiec?

Wstał i zbliżył się do biurka. Przez sekundę się wahał, po czym usiadł w fotelu biurowym. Wystarczyło, że położył rękę na słuchawce, a serce skoczyło mu do gardła. Drugą dłoń oparł na klatce piersiowej i samą siłą woli próbował zmniejszyć częstość uderzeń. Rzecz jasna na nic się to zdało. Dalej był kłębkiem nerwów. Stukniętym Wernerem. Ręka osunęła mu się bezwładnie na kolana.

Rzecz w tym, by zachować resztki godności. Powinien dać Hanne tyle czasu, ile jej było trzeba. Z czasem na pewno dziewczyna odczuje potrzebę rozmowy, a wtedy on będzie zwarty i gotowy.

Wyszedł na korytarz i przez szybkę zajrzał na salę operacyjną numer 12. Zaczęto tam już przykrywać pacjenta do zabiegu. To znaczyło, że mógł zacząć się myć. Cofnął się do zlewu w korytarzu i z pojemnika na ścianie wyjął zestaw, złożony ze szpatułki do paznokci i szczotki. Potem uruchomił czujnik, a z kranu popłynęła woda. Przestrzeganie codziennych procedur było ważne, żeby nie wypaść z obiegu. Odkąd Hanne odeszła, co dzień zmuszał się do pójścia do pracy, brał środki nasenne. Leki sprawiały, że rankiem był ospały, znacznie bardziej niż zwykle. Mimo to nie zwierzał się kolegom ani koleżankom z pracy. Nie czuł, że zna tutaj kogokolwiek na tyle, by móc się wywnętrzyć. Zresztą, nikt z jego współpracowników nie spotkał Hanne. Wiedzieli tylko, że przyjechał do Norwegii za dziewczyną. Albo „za miłością”, jak mawiały z uśmiechem niektóre pielęgniarki.

 

– Werner? – usłyszał za plecami kobiecy głos.

Odwrócił się i przed drzwiami do pokoju wypoczynkowego zobaczył kobietę w standardowym zielonym stroju operacyjnym, ze zwieszonymi luźno rękami. Minęło kilka sekund, zanim rozpoznał jej twarz.

– Anniken?

Uśmiechnęła się.

– Dawno się nie widzieliśmy. Chyba od waszego wyjazdu do Niemiec?

Pokręcił głową, nie przestając żmudnie szorować palców i rąk.

– Nie, nie sądzę.

– Na jakim oddziale pracujesz?

– Na Neurochirurgii.

– Ojej. Wysoko mierzysz, jak widzę. A Hanne? Co ona robi? Jest lekarką rodzinną, prawda?

Przełknął ślinę.

– Tak, pracuje w centrum... Jest na stanowisku tymczasowym.

Odwrócił się do umywalki, prawym łokciem przycisnął dźwignię dozownika i nalał sobie mydło na lewą dłoń. Nie oglądając się na rozmówczynię, zaczął wcierać płyn w skórę, ale Anniken stała za nim, cierpliwie czekając.

– A ja pracuję na Anestezjologii. Dopiero co przyjechałam z Haugesund na specjalizację na oddziale z grupy pierwszej.

– To świetnie.

Obejrzał się przez ramię i skinął głową, chcąc tym zakończyć rozmowę.

– Miło byłoby się znowu spotkać. Może któregoś wieczora wyskoczymy razem na kolację? Wciąż jestem z Jensem, ściągnęłam go za sobą tu, do Bergen.

Skrzypnęły drzwi. Słysząc pogwizdywanie, Werner odgadł, że to Odd Hasselgren wyszedł z sali operacyjnej. Dźwięki podpowiadały mu, że starszy lekarz stanął za nim, na środku korytarza.

– Dzień dobry. Nazywam się Anniken Andersen i właśnie zaczęłam pracę na Oddziale Anestezjologii.

Werner zerknął przez ramię i zobaczył, że Anniken wyciąga do Hasselgrena rękę. Ten najwyraźniej nie był jednak w nastroju do zapoznawania się. Stanął jak wryty i wyglądał niemal na zdumionego wyciągniętą do niego prawicą.

– Witam – odparł, zdobywając się na wymuszony uśmiech, po czym sięgnął po leżącą na półce maseczkę chirurgiczną i pospieszył do umywalki.

Werner spostrzegł, że pozostawiona samej sobie Anniken rozgląda się zdezorientowana. Odwrócił się od niej, by nie brać udziału w tej pantomimie.

– Do pogadania, Werner – usłyszał, po czym dźwięk jej kroków zginął w głębi korytarza.

Wiedział, że powinien mieć wyrzuty sumienia, ale prędzej czy później i tak poczułaby się dotknięta aroganckim stylem bycia Hasselgrena. Lepiej, że stało się to teraz.

Jego myśli przerwał szum wody płynącej z kranu. Hasselgren pochylił się nad umywalką. Z pojemnika na ścianie wyłowił własny zestaw akcesoriów, zerwał pokrywkę i wybrał zawartość.

– Bratasz się z wrogiem?

Kiedy uniósł wzrok, Hasselgren badał wygląd swoich paznokci. Były krótkie i równo przycięte, ale na kilku, wzdłuż wałów paznokciowych, widniały resztki czegoś, co przypominało farbę.

– Nie nazwałbym anestezjologów wrogami.

– Do niedawna za znieczulenie ogólne odpowiadali chirurdzy. I tak być powinno, moim skromnym zdaniem. Anestezjolodzy tylko komplikują nam robotę. Zapamiętaj moje słowa. Pewnie będziesz składał papiery jesienią?

Werner przytaknął. I znów to samo: wałkowanie tematu stałych posad. Gdyby miał siły, zaangażowałby się w rozmowę.

– Czekam tylko, aż ogłoszą nabór.

– I ogłoszą. A w międzyczasie trzeba trzymać się starszych lekarzy i zgadzać się ze wszystkim, co mówią. Powtarzaj więc za mną: Anestezjolog jest naszym wrogiem.

Hasselgren nacisnął łokciem dźwignię dozownika mydła na ścianie i spokojnymi, wprawnymi ruchami zaczął nacierać ręce i ramiona.

– No, dalej, Schlunk!

Werner, opanowany, wziął oddech.

– Anestezjolog jest naszym wrogiem – powiedział. Nie miał siły przybrać sarkastycznego tonu.

*

Należało usunąć całkiem zwyczajny oponiak sklepistości mózgu, łagodny guz, który przez lata wyrósł z opony twardej. Żeby do niego dotrzeć, trzeba było po prostu wykroić skrawek czaszki. Zdarzało się, że guz był przytwierdzony do powierzchni mózgu, ale badanie MR wykazało, że w tym przypadku nowotwór oddzielała od niej cienka warstwa płynu. Oznaczało to, że zrośnięcie obu struktur było mniej prawdopodobne i że przypuszczalnie można było usunąć guz, pociągając zań. Werner miał dość kompetencji, by dużą część zabiegu przeprowadzić na własną rękę, ale żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały, że Hasselgren pozwoli mu dzisiaj coś zrobić. Decyzje podejmował główny operator, a często potrzeba było całych lat, zanim zaszczycano kogoś tą odpowiedzialnością. W międzyczasie trzeba było zadowolić się asystą. Przy odrobinie szczęścia któryś ze starszych lekarzy mógł się nad tobą zlitować i pozwolić ci wykonać część procedury: najpierw otworzyć albo zamknąć czaszkę, a z czasem może nawet popracować nad mózgiem. Wszyscy wiedzieli, że Hasselgren nie był z tych, którzy chętnie dzielą się wiedzą. Lubił operować sam i musiał mieć dobry powód, żeby dopuścić kogoś do stołu. Jak widać, Werner jeszcze mu go nie dostarczył. Tego dnia nawet nie zamierzał próbować. Najchętniej położyłby się na podłodze. Po prostu osunąłby się na dół i tak już pozostał.

– A gdzie muzyka?

Hasselgren oparł dłoń na wygolonym polu na głowie pacjenta i rozejrzał się wokół. Prawie wszyscy wiedzieli, że podczas operacji chciał słuchać jednej płyty. Był to zbiór szlagierów muzyki klasycznej, wyprodukowany przez tanią wytwórnię Naxos. Wernerowi zdarzyło się raz zerknąć na okładkę. Za nagraniem stała orkiestra z Litwy – bardzo przeciętna, ale Norwegowie nie znali się na muzyce klasycznej. Ledwo usłyszeli dźwięk skrzypiec, a już sądzili, że mają do czynienia z kulturą wysoką i klasą.

– Ona jest nowa w sekcji chirurgii głowy i szyi.

Uwaga padła z ust czystej instrumentariuszki, po tym jak wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę brudnej asystentki. Dziewczyna stała w pozie młodej pokojówki, z rękami splecionymi na brzuchu i rozbieganymi oczami nad maską chirurgiczną.

– W górnej szufladzie pod komputerem jest płyta Ulubione klasyki – ciągnęła czysta koleżanka. Nowa lotna[2] przytaknęła i wybiegła z sali. Hasselgren wyciągnął rękę i poprosił o nóż.

– No to zaczynamy – rzekł głośno w przestrzeń i zrobił łukowate cięcie wzdłuż linii, rozrysowanej na skórze. Werner dzierżył jeden z dwóch dostępnych ssaków i starał się, jak mógł, nie wchodzić w drogę Hasselgrenowi, podczas gdy ten wypalał małe naczynia podskórne, z których sączyła się krew. Nauczył się tego w Niemczech: asystując, nigdy nie zasłaniaj pola operacyjnego.

Trzasnęły drzwi. Werner podniósł wzrok i zobaczył lotną, która szła, wysoko nad głową trzymając płytę CD.

– Znalazłam!

Instrumentariuszka zerknęła przez ramię.

– Odtwarzacz stoi przy telefonie – powiedziała.

Hasselgren poprosił o skrobaczkę do okostnej i zaczął zdrapywać tkankę pod skórą, by obnażyć powierzchnię czaszki. Wkrótce później smyczkowcy przystąpili do „odmalowywania” powtórzeń w Kanonie Pachelbela. Słuchanie tej wersji było niemal torturą. Tempo za szybkie. Pociągnięcia skrzypiec zbyt nieprecyzyjne. Mało tego. Za każdym razem, gdy Werner słuchał tego utworu, nie mógł się skupić na niczym poza dwoma taktami, przez które brnął rząd wiolonczelistów. Osiem nędznych tonów powtarzało się raz po raz, podczas gdy skrzypkowie figlowali, wykonując wariację za wariacją. Wciąż pamiętał frustrację, towarzyszącą niekończącym się próbom orkiestry, w których uczestniczył w rodzinnym mieście, Würzburgu, i gorzki smak aplauzu, którym nagradzano skrzypków po każdym koncercie bożonarodzeniowym. Zagapił się na schludne ręce Hasselgrena, manewrujące w polu operacyjnym. Prawdę mówiąc, w Bergen też tylko akompaniował. Co on właściwie tu robił? Przyjechał tutaj za Hanne. Gdyby nie ona, nigdy by się tu nie przeprowadził. Pogoda była kiepska. Oferta kulturalna naprawdę nie porywała, nawet pomimo corocznego festiwalu muzyczno-teatralnego Festspillene. Przyroda była za to fantastyczna. Widoki z pomieszczeń na siódmym piętrze dane było oglądać tylko nielicznym wybrańcom. To jednak nie wystarczało.