Białe krukiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Powiada się również, że w tej lodowej krainie

znaleźć można wiele dzikich kruków,

a niektóre z nich są nawet białe.

Olaus Magnus, Historia ludów Północy

Część 1 Przeciwstawny


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Mathias

Mathias Grande kopniakiem otworzył drzwi do sali operacyjnej numer 12 i wszedł z uniesionymi, świeżo umytymi rękami. Przystanął na środku pomieszczenia, żeby zebrać myśli. Najchętniej byłby teraz w każdym innym miejscu poza Szpitalem Uniwersyteckim Haukeland, a najmniej ze wszystkiego pragnął być lekarzem-asystentem na Oddziale Neurochirurgii z całą odpowiedzialnością, jaka na nim ciążyła. Nie wiedział bowiem, czy naprawdę się do tego nadawał.

Odnotował, że podeszła do niego instrumentariuszka, otworzyła usta i coś powiedziała, ale w jego głowie słowa te zlały się w bełkot. Wziął oddech i spróbował się skupić.

– Możesz powtórzyć?

– Rękawiczki. Jaki jest rozmiar twoich rękawiczek?

– Siedem i pół.

Pielęgniarka skinęła głową jak mnich świątynny i przesunęła się obok niego, nie mówiąc nic więcej. Mathias pochylił się nad stołem, na którym leżała otwarta paczka z fartuchem operacyjnym. Drżały mu dłonie, kiedy chwycił fartuch i potrząsnął nim, by rozprostować materiał. Kiedy wsuwał ręce w rękawy, przez głowę przelatywały mu myśli o wszystkim, co mogło pójść źle, jak migawki telewizyjne o błędach w sztuce lekarskiej, których byłby głównym sprawcą. Wiedział, że nie powinien tak myśleć, ale ta świadomość mu nie pomagała. Obrazy napływały same bez względu na to, jak bardzo z nimi walczył.

Wzdrygnął się, gdy ktoś ujął jego fartuch operacyjny i zapiął rzepy na plecach. Czekając na rękawiczki, zerknął na zegar nad drzwiami. Była już czwarta. Środek nocy. Zaledwie parę godzin wcześniej leżał w dyżurce, pogrążony w głębokim śnie i nie przeczuwał żadnego niebezpieczeństwa. Teraz zaś nagle stał tutaj, przeżywając ciężkie chwile. Ni mniej, ni więcej. Leżący na stole pacjent był zaledwie dwudziestokilkulatkiem, u którego wystąpił krwotok wewnątrzczaszkowy. Zadaniem Mathiasa było usunięcie krwawienia – a świadomość, że oto po raz pierwszy miał samodzielnie otworzyć czaszkę, bynajmniej nie koiła jego nerwów.

– Spójrz no tu, Grande! – zabrzmiał głos Edith, instrumentariuszki, która miała stać u jego boku w sterylnym polu zabiegowym. Trzymała przed nim rękawiczkę w taki sposób, że mógł do niej wsunąć rękę. Zrobił, jak kazała, zdobywając się nawet na uśmieszek pod maską chirurgiczną, kiedy na obu rękach znalazły się po dwie rękawice. Edith była starą, cwaną lisicą, która znała na wylot wszystkie procedury operacyjne. Trudno by było o lepszą pomocnicę tej nocy.

Voilà!

Edith klasnęła w dłonie na znak zadowolenia. Mathias podszedł do głowy pacjenta. Ze wszystkich stron przykrywały ją serwety chirurgiczne. Obnażona była jedynie ta połowa, którą ogolił i na której tuszem zaznaczył linię cięcia. Położył rękę na gładkiej skórze i poczuł, że serce łomocze mu jeszcze mocniej. Miał wrażenie, że cały pokój tętni. Spojrzał na przeciwny koniec stołu operacyjnego, gdzie personel anestezjologiczny uwijał się jak w ukropie za pionową zasłoną, rozpiętą, aby oddzielić jałową część sali od części brudnej.

– Podano mannitol? – zapytał.

– Podano – odparł anestezjolog, unikając jego wzroku. Wydawał się spięty i miał po temu powód.

– A keflin?

– Też.

– No to zaczynamy.

Mathias odwrócił się do Edith, żeby poprosić o nóż, ale zobaczył, że pielęgniarka już mu go podaje.

– Słuchaj, Grande – powiedziała tak cicho, żeby nikt inny nie słyszał. – Damy sobie radę. Pójdziemy krok za krokiem, tylko mów do mnie wyraźnie. Okej?

Mathias przytaknął. Ujmując trzonek noża, czuł drżenie w całym ciele. Nigdy w życiu nie bał się bardziej. I to chyba raczej błędów, które mógł popełnić, niż ich konsekwencji dla pacjenta. Ale nie powinien teraz zaprzątać sobie tym głowy.

Czas było zacząć.

*

Zbliżało się wpół do trzeciej, kiedy zadzwonili do niego po raz pierwszy. Na wyspie Sotra doszło do bójki na imprezie, znaleziono nieprzytomnego chłopaka. Przetransportowano go helikopterem do szpitala, gdzie czekał już zespół urazowy, gotowy przewieźć go w głąb budynku. Niedługo później Mathias stał w sterowni pracowni tomografii komputerowej i oglądał zdjęcia, przesuwające się po ekranie komputera. Białe pasmo, rozciągające się między wewnętrzną stroną czaszki a lewą półkulą mózgu, nie pozostawiało złudzeń. Duża ilość krwi zebrała się w tym miejscu i uciskała mózg, sprawiając, że linia środkowa przesunęła się o kilka centymetrów w prawo. Jeżeli w krótkim czasie krew nie zostałaby usunięta, chłopak by umarł. To oczywiste.

Mathias natychmiast przedzwonił do lekarza pełniącego dyżur telefoniczny, Pera Irgensa. W Szpitalu Haukeland Irgens był nie byle kim. Od lat osiemdziesiątych kierował oddziałem, ale ostatnio przekazał ster innym. Szykował się już wprawdzie do przejścia na emeryturę, ale wciąż nalegał, żeby dawano mu dyżury. Tych, którzy go znali, niezbyt to dziwiło. Nadal wielką radość sprawiały mu wyzwania, nie mówiąc już o tym, że ciągnęło go do popisywania się, jakby był dwudziestolatkiem. Sam Irgens był tego w pełni świadomy i lubił to potwierdzać w opowiadanych historiach. Wszyscy słyszeli, jak przed kilkoma laty zerwał sobie więzadło krzyżowe w kolanie w wyniku groźnego upadku przy skoku narciarskim z siedemdziesięciometrowej skoczni. Nie dał za wygraną i znów skoczył; tym razem się udało.

Kiedy tej nocy Mathias wyjaśnił mu sytuację, spodziewał się szybkiego „Już lecę”. Starszy lekarz zamilkł jednak na kilka sekund, po czym zadał swoje odwieczne, enigmatyczne pytanie:

– Jaki jest najważniejszy mięsień neurochirurga?

Mathias słyszał to już mnóstwo razy. Irgens miał w zwyczaju pytać o to, kiedy chciał zabić ćwieka młodszym kolegom lub studentom. Wbrew przypuszczeniom wielu, nie chodziło mu bowiem o łacińską nazwę tego czy innego mięśnia. Chciał tylko podkreślić, że neurochirurg powinien mieć pewną rękę i być gotów w równej mierze wycofać się lub podjąć działanie. Niezdarność mogła przynieść duże szkody. Mathias odparł bez namysłu:

– Przeciwstawny. Układam pacjenta do operacji i przygotowuję się do cięcia. W porządku?

Znowu zapadła cisza. Mathias zaczął powątpiewać, czy Irgens rozumie powagę sytuacji i powtórzył pytanie. Wreszcie jednak starszy lekarz odpowiedział.

– Myślę, że sam sobie poradzisz, Mathias.

– Co sugerujesz?

W słuchawce odezwało się pełne irytacji chrząknięcie.

– To, co mówię. Kiedyś musi być ten pierwszy raz i nigdy nie będziesz się czuł do niego w pełni przygotowany. Niemniej jednak nie zapominaj o przeciwstawnym.

Zanim Mathias zdążył coś dodać, na linii zabrzmiało kliknięcie. Mimo to jeszcze przez chwilę stał ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Zaczęło narastać w nim jakieś uczucie. Bardzo przypominało lęk.

*

Mathias przyłożył gazik do obnażonej już czaszki. Jak dotąd wszystko szło dobrze. Ujął kraniotom i przytknął czubek wiertła do powierzchni kości w miejscu, gdzie miał wywiercić otwór. Zanim zdążył nacisnąć pedał i uruchomić urządzenie, Edith zaczęła rozpylać wodę w okolicy czubka wiertła. Gdy zagłębiło się ono w czaszce, wokół posypały się wióry kostne. Mathias nie lubił tych wierteł. Zaprojektowano je tak, żeby wyłączały się po przejściu przez kość czaszki, on jednak nigdy nie czuł się dość pewny, że to nastąpi. Na szczęście usłyszał lekki trzask, oznaczający uruchomienie blokady. Już miał przyciągnąć do siebie kraniotom, gdy zrozumiał, że Edith trzyma urządzenie: usunęli je razem.

– Przygotuję piłkę – powiedziała.

Podała mu piłkę drutową Olivecrona, za pomocą której miał wyciąć okrągłą płytkę kostną. Spojrzy wtedy wreszcie na niebieskobiałą błonę, która ukaże się w dole. Dura mater – opona twarda – otaczała mózg grubą warstwą. Chcąc usunąć krew, musiał dostać się pod nią, ale zarazem, przecinając kość, nie mógł o nią zaczepić, żeby nie uszkodzić naczyń krwionośnych lub zagłębić się w tkance mózgowej. Byłoby to, rzecz jasna, niezbyt fortunne.

– Proszę!

Podniósł wzrok, a piłka trafiła do jego rąk. Mocno ujął uchwyt i wprowadził cieniutkie ostrze do otworu, wykonanego kraniotomem. Poczuł, że rąbek piły dobrze się zaczepił o spód kości. Teraz wystarczyło skupić się na mięśniu przeciwstawnym. Nacisnął pedał. Piła uruchomiła się z wizgiem. Poleciały wióry kostne, a nad otworem w czaszce uniosła się strużka dymu. Mathias poczuł, że metal pod rękawiczką się rozgrzał, chociaż Edith starała się, jak mogła chłodzić go wodą. Ważne było, żeby odważyć się na wystarczająco duży otwór. Gdyby okazał się on zbyt mały, nie udałoby mu się usunąć całej krwi zalegającej na korze mózgowej. Nie spieszył się, przerywał pracę, kiedy czuł, że ostrze napotyka za duży opór, po czym znów do niej powracał. Wkrótce piła zatoczyła krąg i mógł ją wyjąć, i stwierdzić, że nie doszło do naruszenia leżącej poniżej błony.

 

Zanim przeszedł dalej, zrobił sobie przerwę. Zadanie było wyczerpujące, chociaż przed operacją wlał w siebie supermieszankę Irgensa: w tekturowym kubku równą ilość kawy i koncentratu owocowego. Dużo kofeiny. Dużo cukru. Musiał się uśmiechnąć. Zaczął się uspokajać, łomot serca w piersi przestał być nieprzyjemny, a zamiast tego stał się motywujący. Dotknął okrągłego płatu kostnego, który właśnie wyciął, i uniósł go ostrożnie. Skrobiąc delikatnie jego spód skrobaczką do okostnej, oddzielił od niego pasma tkanki, przytrzymujące go w dole. Wkrótce potem mógł przekazać skrawek Edith. Przyjęła go jak noworodka, owinęła w wilgotny bandaż kompresyjny i włożyła do metalowej misy pełnej wody, stojącej na stoliku instrumentalnym.

Tak, czuł się już spokojniejszy. Niebezpieczeństwo wciąż jednak nie minęło. Dopiero teraz dotarł do samego mózgu i popełniając błąd w tej chwili, mógł wyrządzić nieodwracalne szkody.

– Nóż twardówkowy.

Ledwo skończył słowo, a już poczuł w ręku instrument. Edith zawsze była parę kroków przed nim. Nawet teraz, w środku nocy, stała na palcach, nachylając się ku niemu, czujna jak drapieżny ptak. Nie wszystkie instrumentariuszki takie były. Może to dlatego wyrwało mu się słowo, które rzadko się słyszy na sali operacyjnej:

– Dziękuję.

– Nie ma za co.

Odpowiedź padła błyskawicznie i nie zachęcała do dalszej rozmowy. Mathias przyłożył ostrze do opony mózgowej i przycisnął nóż. Z małego nacięcia natychmiast pociekł rzadki płyn o barwie syropu na kaszel. Bez wątpienia dotarł do nagromadzonej krwi.

– Nożyce i pęseta chirurgiczna.

Polecenie znowu wydało mu się zbędne. Z ręki już wyjęto mu nóż. Wkrótce między palcami poczuł nożyce, ale podniósł wzrok na głos Edith.

– Daj mi ssak, to dostaniesz pęsetę.

Oczywiście. Lewej ręki też przecież nie miał wolnej. Pozwolił pielęgniarce wziąć ssak, po czym jego ręka zawisła w powietrzu, dopóki między palce nie trafiła pęseta. Na krótką chwilę ich oczy się spotkały, po czym Edith spojrzała na pole operacyjne i umieściła ssak w nacięciu opony mózgowej.

– Tylko nie myśl, żeby mi znowu dziękować – oznajmiła, zanim zdążył coś powiedzieć. – Zostawmy to sobie na później.

Mathias się nie odezwał. Wiedział, że miała rację. Znowu.

Zakrzepła krew przypominała galaretkę o barwie porto. Przytknął końcówkę ssaka do obrzeży skupiska krwi. Edith zaczęła tymczasem ostrzykiwać wodą czerwoną masę, która zareagowała po części rozstępując się na boki, po części zaś się rozpuszczając. Mathias też poprosił o strzykawkę i odtąd pracowali ramię w ramię, cierpliwie przemywając obszar operacyjny i odsysając krew. Wkrótce ich oczom ukazał się nagi, nieskalany mózg. Tak zapewne musiało wyglądać lądowanie na obcej planecie. Sfałdowana, beżowa powierzchnia lśniła w świetle lampy operacyjnej. W bruzdach między zakrętami wiły się wężowato żyły, tłuste i liliowe, z długimi, białymi pasmami opony pajęczej, arachnoidea. Tętnice natomiast, zgrabne i niemal różowe, płynęły jak narybek przez krajobraz barwy piasku.

– Pulsuje! – zawołała Edith. – To dobry znak.

Mathias sięgnął po szczypce biopsyjne, leżące na stoliku instrumentalnym i pomógł usunąć skrzepy. Edith miała rację. Fakt, że dzięki uderzeniom krwi mózg miarowo się unosił, oznaczał jego prawidłowe ukrwienie i zwiększał szanse na to, że mózg nie uległ poważniejszemu uszkodzeniu.

Tak. Będzie dobrze. Mózg został odbarczony i większość roboty mieli już za sobą. Teraz wystarczyło dolać dużo wody, po czym zamknąć twardówkę i umocować wyciętą płytkę kostną. Chociaż... chwila!

Odwrócił się do ekranu na ścianie, który wyświetlał zdjęcia z tomografu. W głębi mózgu były jakieś stłuczenia, które w najgorszym razie mogły spowodować jego nowy obrzęk i ucisk w czaszce.

– Założymy czujnik ciśnienia – orzekł i zauważył, że Edith, która pochylała się właśnie nad stolikiem instrumentalnym i sprzątała, zamarła. Zanim się odezwała, zrozumiał, że się z nim nie zgadza.

– Nie budzimy pacjenta?

– Założymy czujnik... i nie, nie będziemy go budzić.

– Ani Lohmann, ani Hasselgren nie przepadają za czujnikami ciśnienia, ale tego chyba nie muszę ci mówić.

Mathias wbił łukowatą igłę w oponę mózgową i zrobił pierwszy węzeł. Dobrze wiedział, do czego piła Edith. Lohmann, ten zwłaszcza uważał, że stopień świadomości pacjenta po wybudzeniu był w przebiegu intensywnej terapii pewniejszym sygnałem niż abstrakcyjna wartość ciśnienia. Pytanie brzmiało jednak, czy musiał się tym kierować. Już miał przeciągnąć najkrótszą nitkę na bok, tak by Edith mogła ją obciąć, ale zanim zdążył to zrobić, czekała z nożycami. Chwyciła drugą nić i pociągnęła ją, aż ta się napięła. Edith zrozumiała już, że Mathias zakłada szew ciągły. Cudowna była, ta Edith. Chłopak mógł leżeć pod respiratorem z założonym czujnikiem ciśnienia wewnątrzczaszkowego, znajdować się pod nadzorem i powoli być wybudzany. Można by to pewnie uznać za przesadną ostrożność, ale lepsze to niż ryzyko.

– Założymy czujnik – powtórzył.

Edith zwróciła się do brudnej koleżanki[1], która siedziała przy ścianie z kiwającą się głową.

– Doktor Grande chce czujnik ciśnienia wewnątrzczaszkowego. Załatwisz mu go?

Pielęgniarka zerwała się na równe nogi, jakby zadzwonił budzik. Mathias odprowadził ją wzrokiem do drzwi. Znów dojrzał zegar, wiszący na ścianie powyżej. Wskazywał, że zbliżała się szósta godzina doby. Dyżur dobiegał końca. Boże, ależ był zmęczony. Ruszył barkami. Mięśnie były obolałe i sztywne, ale w głębi jego duszy odezwało się uczucie, którego nie czuł już od bardzo, bardzo dawna. Lęk, narastający w nim zaledwie parę godzin temu, teraz zupełnie zniknął. Zastąpiło go wielkie szczęście.

[1] Pielęgniarka brudna – pielęgniarka, która nie bierze bezpośredniego udziału w operacji, w związku z czym nie musi spełnić wymogów aseptyki, przyp. tłum.

2. Mathias

Deszcz bębnił w szklaną kopułę nad sypialnią. To pozbawione okien pomieszczenie, oddane do użytku neurochirurga, który pełnił dyżur, przypominało celę. Mathias odłożył plik papierów na biurko, wciśnięte w róg między drzwiami i ścianą. Był gotów na udział w rytuałach poranka. Za pół godziny lekarze zatrudnieni na Oddziale Neurochirurgii mieli zebrać się na Radiologii na pierwszym piętrze, by usłyszeć o badaniach przeprowadzonych w ciągu ostatniej doby. Następnie winda miała zawieźć ich na siódme piętro, gdzie w sali seminaryjnej przeanalizują stan pacjentów przyjętych na oddział. Właśnie dlatego Mathias zajrzał wcześniej na Pododdział Nadzoru Neurochirurgicznego NOVA, skontrolował odpływ z drenów i zamienił parę słów z pielęgniarkami, które tej nocy zajmowały się pacjentami. Miał pełen obraz sytuacji. I co najważniejsze: tomografia komputerowa wykonana u młodego chłopaka po nocnej operacji nie wykazała obecności krwi, za to dobre warunki przestrzenne w czaszce. Uderzyła go myśl, że może jednak trochę się pospieszył z zakładaniem czujnika ciśnienia, ale teraz było już po sprawie. Udało mu się przejść przez najgorsze – a wynik wydawał się sukcesem.

Rozebrał się i wszedł do ciasnej łazienki, odkręcił kurki prysznica i zaczekał, aż woda się nagrzeje. Wciąż rozpierało go szczęście, które poczuł pod koniec operacji. Może jeśli poprosi, pozwolą mu na udział w którymś z zabiegów po zebraniu porannym? Starsi chirurdzy na oddziale bardzo doceniali tego typu inicjatywy. Nadal pamiętał komentarz starszego lekarza Odda Hasselgrena, kiedy miał nieszczęście narzekać w jego obecności na niedostateczne wsparcie dla lekarzy-asystentów.

– Marudzenie nic nie da, Grande. Jeżeli chcesz się czegoś nauczyć, to umów się z żoną, żeby zajęła się domem, a sam zostań po dyżurze i przyjrzyj się pracy starszych kolegów. Jeśli ma być z ciebie neurochirurg, to musimy zobaczyć, że cię to obchodzi.

Być neurochirurgiem.

Oczywiście, że tego pragnął. Mógł więc tylko przytaknąć, kiedy zwierzchnik z przestarzałym poglądem na rolę kobiety wyrokował o zapotrzebowaniu na mężczyznę w domu. Trzeba się było przyłożyć do pracy. Mimo że była to harówka, do tej pory udało mu się jakoś przetrwać na tymczasowej posadzie, ale ta właśnie dobiegała końca. Jak dotąd nikt go nie uprzedził, czy może liczyć na przedłużenie kontraktu, sam zaś bał się pytać. Wiedział, że aby pozostać, potrzebuje stanowiska naukowego na stałe. Tej jesieni planowano nabór na trzy takie posady, a jak na razie jedynymi kandydatami byli on i dwie inne osoby. Na tle Niemca Wernera Schlunka, który zdążył obronić doktorat, i młodej badaczki Thei Michelsen, która pracowała już nad projektem pod okiem profesor z oddziału, wypadał najgorzej. Mimo to powinno się udać – no chyba że wygłupiłby się tuż przed ogłoszeniem naboru.

Wsunął rękę w strumień płynący z prysznica i stwierdził, że woda nareszcie zrobiła się letnia, kiedy dobiegł go znajomy dźwięk.

Pager.

Poczuł dosłownie, jak hormony stresu przenikają mu do krwi. Typowe, że pager odzywał się zawsze wtedy, gdy człowiek próbował się ogarnąć. Wrócił do dyżurki i wprowadził swój stały numer odbiorczy do telefonu. Odezwała się kobieta.

– Grande, dyżurny neurochirurg – rzekł do słuchawki. – Zaraz będzie zebranie poranne. Czy to nie może zaczekać?

– Ech... tu Ingrid z OIOM-u. Nie sądzę.

– Aha.

– Mamy kłopoty. Może pan przyjść?

– Teraz? Idę pod prysznic. Czy coś...?

– Chodzi o pańskiego pacjenta. Chcemy, żeby przyszedł pan jak najszybciej. ICP wynosi sześćdziesiąt.

– Sześćdziesiąt? – wyrwało mu się. ICP. Intracranial pressure. Ciśnienie wewnątrzczaszkowe. Powinno utrzymywać się poniżej dwudziestu. Obrócił się do łazienki, skąd sączyła się para z gorącej wody. Jeszcze nigdy myśl o prysznicu nie była mu równie odległa.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak pędził. Stopnie schodów w dół do recepcji dosłownie znikały mu pod nogami. Ściany długich korytarzy prowadzących na OIOM przemykały obok, jak film na przyspieszonym podglądzie. Przecież tak zadbał o hemostazę, kiedy zamykał powłoki. Taki był neurotycznie dokładny. Wypalił wszystkie małe naczynia krwionośne. Nie pozostało nic, co mogłoby tłoczyć krew do oczyszczonej przestrzeni. Mimo to wiedział, że nie było innego wyjaśnienia tak niebotycznego skoku ICP. Ciśnienie w czaszce nie wzrosłoby tak szybko, gdyby nie wystąpiło ponowne krwawienie.

Okrążył ostatni róg i przed łukowatą ladą recepcji OIOM-u zauważył kobietę, którą uznał za Ingrid. Zwolnił i spróbował się opanować. Możliwe, że było już za późno, żeby cokolwiek zrobić. Ale w razie wątpliwości pacjent powinien natychmiast wrócić na stół operacyjny w celu otwarcia czaszki. Stawką było tu jego życie. Ni mniej, ni więcej.

– Wciąż sześćdziesiąt? – spytał zdyszany, podszedłszy do pielęgniarki, ale wyraz jej twarzy starczył mu za odpowiedź.

– Jest u niego Sandemann. Zadzwoniła do pracowni TK. Są gotowi, czekają na nas.

Taa, Sandemann. W takiej chwili musiał oczywiście trafić na starszą lekarz Karinę Sandemann. Za każdym razem, kiedy słyszał jej nazwisko, nie mógł przestać myśleć o podobnie brzmiącym Kapitanie Sabeltannie. I to nie tylko dlatego, że regularnie przedawkowywał kreskówkę o „szablozębnym” piracie, odwożąc córkę do opiekunki. Sandemann rozkoszowała się utarczkami z chirurgami – zwłaszcza młodszymi, którym brakowało doświadczenia – i ścierała się z nimi, kiedy tylko mogła. Dlatego poczuł ulgę, gdy wchodząc do pokoju pacjenta, zauważył, że lekarka pochyla się nad pompami anestezjologicznymi.

Mathias stanął przy łóżku i obrzucił badawczym spojrzeniem ekran aparatu do pomiaru ciśnienia wewnątrzczaszkowego. Widniała na nim liczba 56 mmHg. Skontrolował wzrokiem, czy przewód czujnika jest prawidłowo przytwierdzony do głowy pacjenta. Potem ujął barierkę ochronną łóżka i spróbował się skupić. Nie było dobrze. Oczyma wyobraźni widział już, jak Mons Lohmann kręci głową na zbliżającym się zebraniu porannym. Młody lekarz-asystent na dyżurze porwał się z motyką na słońce – a teraz bardziej doświadczeni będą musieli ratować sytuację. Mógł sobie tylko pomarzyć o stałym stanowisku naukowym. Skończy się odprawą w niełasce.

– A pan to kto?

Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Kariny Sandemann. Okolona czarnymi włosami twarz była blada, prawie biała. Nie tylko z nazwiska przypominała Kapitana Sabeltanna.

– Mathias Grande, dyżurny z Neurochirurgii.

Sandemann obróciła się do Ingrid, która stanęła w bezpiecznej odległości od pojedynkujących się.

– Kiedy każę dzwonić po dyżurnego, to nie chodzi mi o jakiegoś młodego szeregowca, który robi za panią z recepcji. Chodzi mi o operatora.

 

Mathias wziął oddech.

– Ja operowałem – powiedział.

Sandemann obróciła się z powrotem do niego. W jej oczach błysnęła pogarda.

– A, więc to pan tak się popisał dziś w nocy? No cóż, pański pacjent zaczął krwawić – ruchem głowy wskazała czujnik ciśnienia. – Może pan nam pomóc zawieźć go teraz na rentgen. Dobrze by też było, żeby zawiadomił pan swojego dyżurnego telefonicznego. To nie pan będzie reoperował.

Słysząc ostatni komentarz, Mathias spuścił wzrok.

Nie. Jemu już tak nie zaufają.

– Zadzwonię – wymamrotał.

– A blankiet zlecenia rentgena leży tam. – Sandemann wskazała stolik u stóp łóżka. – Jeśli go pan wypełni, to za parę minut będziemy gotowi wieźć pacjenta. Ingrid? Chodź no i pomóż mi odpiąć aparaturę.

Ruchem ręki przywołała pielęgniarkę, która zaraz pospieszyła w jej stronę. Mathias podszedł do stolika, na którym leżał blankiet zlecenia badania. Sięgnął do kieszeni na piersi, ale zorientował się, że nie ma długopisu, wziął więc kartkę i ruszył do biurka z telefonem po drugiej stronie pokoju. Podniósł ołówek leżący na stosie papierów i zaczął pisać:

„Operowany nocą z powodu ASDH. ICP 60. Ponowny krwotok?”.

Złożył podpis we właściwej rubryce i obrócił się do Sandemann, która w najlepsze przenosiła pompy i ekrany systemu monitorowania na łóżko pacjenta. Wiedział, że powinien zadzwonić, ale nie mógł się przemóc. Cała sytuacja wydawała mu się niemal nierealna. Wszystko szło przecież tak dobrze. Aż dotąd.

Przyjrzał się czystej, jakby uduchowionej twarzy młodego pacjenta na łóżku. Tylko rurka intubacyjna i opatrunek uciskowy u podstawy czaszki zdradzały, że coś jest nie tak. Gdyby nie one, można byłoby spokojnie uznać, że chłopak głęboko śpi. Z ciśnieniem wewnątrzczaszkowym na poziomie 60 prognozy były dlań kiepskie. Nie wyjdzie z tego bez trwałych uszkodzeń mózgu. O ile w ogóle z tego wyjdzie.

Mathias uniósł słuchawkę. Wystarczyło zrobić, co mu kazano. Przynajmniej serce chłopaka wciąż biło. Rytm jego pracy rysował się równomiernie na ekranie. No i ciśnienie krwi miał niezłe.

Opuścił słuchawkę.

Ciśnienie krwi – w normie?

Sekundę później szedł już przez pokój. Ciśnienie skurczowe krwi było poniżej setki. A powinno być wyższe, żeby zrównoważyć wysokie ciśnienie wewnątrzczaszkowe. Organizm zawsze stara się zapewnić mózgowi jak najlepsze ukrwienie.

Doszedłszy do łóżka, uniósł ręką obie powieki chłopca jednocześnie. Źrenice były wielkości szpilki. Oznaczało to brak ucisku na trzeci nerw czaszkowy. Czy możliwe, że...?

– Co pan wyprawia?

Sandemann obróciła się do niego.

– Kiedy zauważyliście, że ciśnienie wzrosło?

– Pan myśli, że co my tu właściwie robimy? Że kiedy rozdzwania się alarm, to kręcimy się w kółko i zastanawiamy, co dalej?

– Ja nic nie myślę. Zastanawiam się tylko, kiedy zauważyliście wzrost ciśnienia.

– Przy wymianie aparatu – wtrąciła się Ingrid. – Poprzedni spadł na podłogę podczas transportu. Nie zamontowaliśmy nowego, dopóki nie przywieziono pacjenta.

Mathias zakręcił się wokół własnej osi.

Nowy aparat do pomiaru ICP. Aparaty wymagały kalibracji przed użyciem.

Znalazł kartę znieczulenia i wyszukał na niej numer kalibracji czujnika ciśnienia: 483. Strzelał na chybił trafił, ale nie miał nic do stracenia.

Podniósł wzrok. Ingrid stała przy aparacie.

– Wyłącz go – powiedział, wskazując urządzenie.

– Co?

– WYŁĄCZ GO!

Wzdrygnęła się, gdy podniósł głos, ale wykonała polecenie.

– Grande, czy panu już całkiem odbiło?

Sandemann podeszła do niego.

– Włącz go z powrotem!

Kiedy Ingrid nacisnęła guzik zasilania, aparat do pomiaru ICP wydał przeciągły elektroniczny jęk.

– Powtarzam panu, Grande: to będzie miało konsekwencje. Słyszy mnie pan?

Ekran rozbłysł niebieskim, neonowym światłem. W duchu Mathias znów ujrzał Monsa Lohmanna, czerwonym długopisem starannie skreślającego jego nazwisko z listy kandydatów na stałą posadę.

– Pięćset dwadzieścia siedem – odezwała się Ingrid. Mówiła szybko. Wiedziała już, dokąd zmierzał. – Czy to się zgadza z...?

Zajrzał do karty znieczulenia, chociaż wiedział, co tam znajdzie. Musiał mieć jednak całkowitą pewność.

– Nie, czterysta osiemdziesiąt trzy. Możesz...?

– Już się robi.

Uniósł wzrok. Karina Sandemann stała z rękami na biodrach i szczęką wysuniętą do przodu. Jej blada twarz nawet nie drgnęła, kiedy chwilę później pielęgniarka wykrzyknęła:

– Trzy milimetry słupa rtęci! Ciśnienie wynosi trzy! Boże, ale mi ulżyło. Z tego pośpiechu musiałam zapomnieć o kalibracji.

Radosny śmiech, który nastąpił po tych słowach, zabrzmiał w jego uszach jak muzyka.

Mathias zamknął oczy. Ten dyżur to był kawał roboty. Na szczęście dobiegał końca. Otworzył oczy i udał się do wyjścia. Kiedy mijał Karinę Sandemann, w jego głowie odezwała się melodia. Chwilę później zawtórował jej na głos:

– Kapitan Sabeltann... to bardzo groźny pan...

Mina starszej lekarz Kariny Sandemann bynajmniej nie była łagodna, kiedy napotkał jej wzrok:

– Przejmie pani dowodzenie nad statkiem?