Pomóż dziecku mniej myśleć

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Mon enfant pense trop. Comment l’accompagner dans sa surefficience


Przekład: Natalia Wiśniewska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Korekta: Katarzyna Nawrocka


Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA


© Guy Trédaniel éditeur, 2019

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.


ISBN 978-83-8225-012-1

Wydanie I, Łódź 2020


JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl


Wersję elektroniczną wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa

Długo się wahałam, czy napisać tę książkę. Wydawało mi się, że to, co zawarłam w Jak mniej myślećJak lepiej myśleć, wystarczy, aby czytelnik zyskał wszystkie informacje pozwalające zrozumieć, jak funkcjonuje nadwydajny mózg. Uznałam, że Jak mniej myśleć to pozycja na tyle prosta i konkretna, że będą mogli z niej korzystać także młodzi odbiorcy. I nie pomyliłam się, ponieważ niektórzy spośród moich czytelników mają po trzynaście lat. Bez trudu zapoznali się z treścią i odnaleźli fragmenty potrzebne im do zrozumienia siebie. Rodzicom młodszych dzieci radzę, aby z materiału ze wspomnianej książki uczynili punkt wyjścia do rozmów wyjaśniających ich pociechom, na czym polega ich odmienność. Ci, którzy tak zrobili, uzyskali dobre rezultaty.

Tym niemniej osoby przychodzące do mnie na konsultacje, publiczność biorąca udział w moich wykładach i piszący do mnie czytelnicy coraz częściej zwracali się do mnie z następującym problemem: W Pani książce odnajduję siebie i to mi pomaga. Ale odnajduję tam również moje dzieci i martwię się o nie. W dzieciństwie wiele wycierpiałam z powodu mojej odmienności. Nie chcę, żeby one przeżywały to samo co ja. Proszę nam pomóc! W mojej głowie zakiełkowała myśl, że Jak mniej myśleć w niewystarczającym stopniu wspiera rodziców w wychowywaniu ich nadwydajnych dzieci. W międzyczasie praca z takimi właśnie dziećmi i ich rodzicami dostarczyła mi kilku istotnych doświadczeń. Pomyślałam, że warto było czekać, aby podzielić się nową wiedzą z moimi czytelnikami. Faktycznie trzeba było bliżej przyjrzeć się pewnym aspektom życia charakterystycznym dla dzieci: szkole, socjalizacji, nadwrażliwości, nierozumieniu poleceń…

Później otrzymałam od Loïca takiego oto mejla, który ogromnie mnie poruszył:

W tym wszystkim nie chodzi jednak tylko o mnie i nie martwię się o siebie, lecz o mojego czternastoletniego syna, który przeżywa dokładnie to samo co ja w jego wieku. Zbyt dobrze wiem, jak cierpi, a jednocześnie nie mam pojęcia, jak mu pomóc z tej prostej przyczyny, że sam jako dziecko nie otrzymałem takiej pomocy. Może źle zrobiłem, ale przeczytałem mu ten fragment z Pani książki:

„Nawet jeśli rodzice szczerze kochają swoje dziecko, stopniowo coraz trudniej będzie im nad nim zapanować. Będą je oceniać coraz mniej pozytywnie: ono jest «zbyt…». To zbyt wrażliwe i emocjonalne dziecko jest z pewnością wychuchane i otoczone przesadnie troskliwą opieką. A może jest zbyt nerwowe! Albo zbyt uczuciowe, a wtedy staje się natrętne: wciąż czepia się matczynej spódnicy. Zadaje za dużo pytań. Co więcej, będzie mu się zarzucać, że jest aroganckie, że patrzy, jak daleko może się posunąć, doprowadzając dorosłych do rozpaczy. Już od przedszkola opinię rodziny potwierdza reszta otoczenia. Dziecko nie potrafi usiedzieć w miejscu. Nie umie się skupić. Nie rozumie poleceń. Koledzy je bojkotują, drwią z niego i jego dziwacznych pomysłów. Jak budować poczucie własnej wartości, czerpiąc z tak skażonych źródeł? Błędne koło się zamyka, gdy na domiar złego inni zaczynają wypominać dziecku tak niską samoocenę!”1.

Po wysłuchaniu tego akapitu mój syn zalał się gorzkimi łzami. Długo nie mógł się opanować. Powiedział mi o swoich kolegach z klasy coś takiego: „Czemu ci kretyni mają przyjaciół, a ja nie?”. Jego pytanie brzmiało niczym zarzut. Ścisnęło mnie za serce, ponieważ przypomniałem sobie, jak w dzieciństwie wypowiadałem dokładnie te same bolesne prawdy. Syn nie dogaduje się najlepiej ze swoją mamą („normalnie myślącą”, zgodnie z używaną przez Panią nomenklaturą, z którą jestem w separacji) i ma dość jej uwag na temat jego nierównych wyników w nauce. Ale najgorsze jest to, że sam zachowuję się wobec niego podobnie, choć, jak sądzę, z innych powodów. Wczoraj, kiedy kończyłem czytać Pani książkę, zrozumiałem, że ponieważ nie miałem pojęcia, jak inaczej mógłbym się zachować, stawiałem mu takie same zarzuty, jakich i mnie nigdy nie szczędzono.

Ponadto kilka lat temu, dokładnie w dniu, w którym poszedł do gimnazjum, zwiększyłem dzielący nas dystans emocjonalny. Nie potrafię go już przytulać i czuję się z tym okropnie, bo on do mnie lgnie. Teraz już wiem, że kieruje mną strach. Boję się, że za pośrednictwem syna ponownie będę przeżywał ten zbyt dobrze znany mi ból. Mdli mnie na samą myśl o tym. Odnoszę wrażenie, że jestem złym ojcem, całkiem do niczego, a syn i tak nie przestaje powtarzać, że mnie kocha i że jestem super. Wydaje mi się, że na to nie zasługuję. Nie wiem, co począć z moim chłopcem. Ta bezsilność głęboko mnie rani, zwłaszcza że zwykle znajduję rozwiązanie każdego (czy też prawie każdego) problemu. Dlaczego więc, choć wiem, co go dręczy, nie potrafię dać mu pocieszenia, którego tak bardzo potrzebuje? Chciałbym móc Pani wyznać wszystko to, co czuję w najgłębszych zakamarkach mojego jestestwa po tym, jak przeczytałem Pani książkę, ale blokuję się, bo im dłużej szukam właściwych słów, tym mniej ich znajduję. Zdaję sobie sprawę, że może Pani nie być w stanie odpowiedzieć albo pomóc każdemu (choć i tak to Pani robi dzięki swojej książce) i że jestem tylko jednym z wielu. Ale czy mogłaby mi Pani przynajmniej odpowiedzieć na pytanie, czy zna Pani inne osoby mogące wskazać mi drogę w pracy z moim dzieckiem?

Odpisałam Loïcowi.

Jego drugi mail przekonał mnie, że muszę ponownie chwycić za pióro.

Droga Christel,

tak bardzo się cieszę, że mogłem przeczytać odpowiedź od Ciebie. Gdy tylko odebrałem powiadomienie o niej na telefonie i ujrzałem Twoje nazwisko na liście mejlingowej, przepełniła mnie niezmierzona radość. To, że poświęciłaś mi uwagę, ogromnie mi pomogło. Wyczekiwałem Twojej odpowiedzi z wielką niecierpliwością. Ogarniały mnie jednak wątpliwości. „A jeśli napisze do mnie tylko po to, aby w kilku słowach podziękować za mój list i nie doda nic więcej? Czy starczyło jej cierpliwości, aby przeczytać go do końca?” itd. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że uczynisz mi ten zaszczyt i poprosisz o pozwolenie na wykorzystanie mojego listu w Twoim kolejnym dziele! Dziękuję Ci. W końcu czuję się użyteczny w swojej walce o szczęście, skoro pomagam Ci walczyć o szczęście innych. Więc TAK, zgadzam się, abyś wykorzystała to, co napisałem. Ponadto chcę zapytać o Twoją kolejną książkę. Czy poruszy temat wychowywania nadwydajnych dzieci przez normalnie myślących rodziców? I tych nadwydajnych? A także przez pary mieszane? W przypadku mojego syna, którego rodzice tworzyli mieszany związek, dochodzi problem separacji. Jak nadwydajny rodzic może poruszyć temat z tym drugim, nie sprawując opieki nad dzieckiem? Gdyby dzisiaj przyszło mi porozmawiać o tym z byłą żoną, nie wiedziałbym, od czego zacząć. Ona jest tak ograniczona w swoim podejściu do edukacji i z natury tak sceptyczna, że trudno byłoby ją przekonać, że mój syn naprawdę jest nadwydajny, a rozważenie wykorzystania niekonwencjonalnych metod graniczyłoby z cudem.

Loïc miał rację. W nowej książce musiałam poruszyć wszystkie kwestie, które mogą pomóc dorosłym, rodzicom i nauczycielom, normalnie myślącym i nadwydajnym, zrozumieć nadwydajne dzieci. Moim zamiarem stało się również przedstawienie rozwiązań wspierających rozwój tych ostatnich.

Wspomniane dzieło spędziło bardzo dużo czasu w moim inkubatorze pomysłów. W tym czasie syn Loïca zdążył sporo podrosnąć!

Czułam się onieśmielona na myśl o zabraniu się do pisania. O tak! Ogromnie onieśmielona, ponieważ miałam tak wiele do powiedzenia… Przecież dzieci są niezwykle ważne. A znając nadwydajnych, doskonale zdawałam sobie sprawę, że chociaż najpierw książka zaspokoi ich głód wiedzy, bardzo szybko wywoła lawinę kolejnych pytań.

Czułam się onieśmielona także dlatego, że w tej książce zamierzałam wielokrotnie poruszyć temat cierpienia:

■ cierpienia nadwydajnego dziecka w środowisku, do którego nie pasuje i w którym czuje się samotne i niezrozumiane, a prawdopodobnie pada także ofiarą nękania;

■ cierpienia nadwydajnych rodziców w konfrontacji z własną bezsilnością, kiedy chcą chronić dziecko przed systemem, który zadał im wiele bólu, oraz w konfrontacji z negacją i wrogością swoich rozmówców, którym próbują wytłumaczyć, kim jest ich dziecko;

 

■ cierpienia rodziców normalnie myślących, bezbronnych wobec tego kłopotliwego gagatka;

■ cierpienia nauczycieli, którzy utknęli w imadle hierarchicznej struktury, narzuconych z góry programów, rodziców uczniów i braku uznania dla ich zawodu;

■ cierpienia nauczycieli myślących normalnie w konfrontacji z uczniami, których nie rozumieją i którzy przysparzają im najwięcej problemów;

■ cierpienia nadwydajnych nauczycieli, zapędzonych w kozi róg przez instytucję funkcjonującą w ociężały i staroświecki sposób, a przy tym pełnych empatii dla swoich uczniów.

Zadanie było więc wymagające. Ale również w tej sytuacji pewien mejl zmotywował mnie, aby się zmierzyć z tym tematem. Otrzymałam go od nauczycielki, która uczestniczyła w jednym z moich wykładów. Jestem jej bardzo wdzięczna za to, że poświęciła czas, aby przyjść na spotkanie, wysłuchać mojej prelekcji oraz napisać dokładnie to, co potrzebowałam przeczytać, aby odnaleźć energię do działania.

Do Christel Petitcollin

Dziękuję za to, ż otworzyła mi Pani oczy. Mam w klasie nad wiek dojrzałe dziecko i zdałam sobie z tego sprawę dopiero wczoraj wieczorem. Dzięki Pani całkowicie zmieniłam sposób patrzenia na różne sprawy. Dawniej traktowałam wspomniane dziecko jako „trudne” i „uciążliwe”. Myślałam sobie: „O rany, będę je miała jeszcze w przyszłym roku”. (Uczę w małej szkole z klasami w systemie dwupoziomowym). Dzisiaj już wiem, że straciłam pięć miesięcy i zostało mi tylko pięć kolejnych, aby z nim popracować. Uświadomiłam sobie też, że: „Na szczęście będę je miała też w przyszłym roku!”.

Naprawdę wielkie dzięki za to wszystko.

Spotkanie z Panią otworzyło mi oczy na sprawy rodziców wszystkich uczniów. Niestety, podobnie jak wielu nauczycieli, miałam skłonność do osądzania tych ludzi. Teraz jednak dostrzegam głównie ich bezbronność i to, jak bardzo im zależy, żeby ich dzieci dobrze sobie radziły (zarówno w szkole, jak i w domu, gdzie także często nie jest to takie łatwe). Dostrzegam rodziców, którym się wydaje, że rozumieją, jak funkcjonują ich dzieci, i chcieliby, żeby nauczyciele także je rozumieli, ale często brakuje im umiejętności, aby z nami o tym porozmawiać (a nam często brakuje umiejętności, aby ich zrozumieć…).

Bardzo spodobała mi się metafora o tubce i stożku. „Tubki” (normalnie myślący) i „stożki” (nadwydajni) nie potrafią się dogadać, jeśli im się nie wyjaśni, że ich mózgi pracują inaczej. Sądzę, że to pomoże mi zdefiniować to, co przeżywa wspomniane przeze mnie dziecko, a także bez wątpienia także inne dzieci w mojej klasie i szkole.

Wystarczy zabrać się do działania…

Dziękuję raz jeszcze i życzę powodzenia.

To ja dziękuję! Pani mejl tchnął we mnie optymizm i przypomniał mi moje własne motto: „Nie ma problemów, są tylko rozwiązania!”. Dlatego też przyjrzyjmy się razem tym rozwiązaniom.

Rozdział 1
Parada łatek

Ze wszystkich diagnoz normalność jest tą najgorszą, ponieważ nie daje nadziei.

Jaques Lacan

Rodzice dzieci atypowych mierzą się z licznymi problemami. Atypowe dziecko jest nadwrażliwe i bardzo emocjonalne. Mało śpi, dużo się rusza albo wręcz przeciwnie, godzinami tkwi w kącie pochłonięte swoimi zajęciami. Miewa zdumiewające blokady wewnętrzne i robi równie gwałtowne, co niezrozumiałe awantury. Na ogół jest uprzejme, ale daleko mu do posłuszeństwa. Zadaje zaskakująco dojrzałe pytania, choć w pewnych sytuacjach wydaje się bardzo dziecinne. Jest niespokojne, nie lubi zmian, wymaga wiele uwagi i wyjaśnień. Z czasem jego udręczeni rodzice otrzymują z zewnątrz coraz więcej sygnałów, że źle wychowują swoją latorośl. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy takie dziecko rozpoczyna naukę w szkole, ponieważ nie słucha poleceń, nie siedzi na swoim miejscu i pochłania całą uwagę nauczyciela. Podczas przerw nie dogaduje się z rówieśnikami i często pada ofiarą nękania. Szkoła natomiast zaczyna krzywo patrzeć na jego rzekomo pobłażliwych rodziców.

W efekcie ci ostatni zaczynają szukać pomocy – najpierw w instytucjach związanych ze szkolnictwem, a następnie u lekarzy i ekspertów od dzieci. I wtedy rozpętuje się prawdziwe piekło. W świecie normalnie myślących, którzy swoją normalność utożsamiają z idealnym życiem, atypowość jest kojarzona z upośledzeniem i dysfunkcją, które trzeba leczyć i korygować. Pozostaje więc tylko wybrać stygmatyzującą łatkę, którą przyczepi się temu pełnemu energii dziecku.

Bruno Humbeeck2, belgijski psychopedagog i naukowiec zgłębiający zagadnienia pedagogiki rodziny, kpi z tego trendu w diagnostyce. Pisze: „Mój syn stał się całkowicie ZOKWZKWPZKUDYS (zaburzenia obsesyjno-kompulsywne związane z wysokim zaburzeniem koordynacji w kontekście wysokiego potencjału i zaburzeń koncentracji uwagi prowadzących do dyskalkulii, dyspraksji i dysleksji)”. I buntuje się przeciwko ingerencji świata medycznego w mechanizmy uczenia się: „Żargon medyczny często źle opisuje trudność pedagogiczną, ponieważ nierzadko tymczasową przeszkodę, która nie mieści się w polu kompetencji lekarzy, zamienia w chorobę. Pedagodzy nie diagnozują grypy, różyczki ani nowotworów. Czego zatem szukają lekarze, najczęściej pediatrzy, w obszarze edukacji szkolnej? Przyklejając łatkę, urzeczywistniają problem i więżą dziecko w kategorii «zły uczeń», «niezdolny do przyswajania wiedzy» albo «niewyuczalny», pod której ciężarem ono często się ugina”.

Obecnie, żeby uzyskać pomoc, rodzice nie mają innego wyboru, jak uzyskać diagnozę, a zatem przylepić dziecku łatkę. Następnie tracą energię na kolejne próby zrozumienia różnych osób tłumaczących, że ich dziecko – choć zdiagnozowane – jest inne, lecz nie ułomne, że potrzebuje pomocy, ale nie leczenia w zakładzie czy też przyjmowania środków farmakologicznych.

Na szczęście coraz częściej mówi się o tych dzieciach i ich specyfice, co pozwala spopularyzować temat. Nadwydajni coraz skuteczniej domagają się prawa do odmienności i bronią go. Do społeczeństwa zaczyna docierać, że dziecko nieneurotypowe nie jest głupie ani źle wychowane. Nadal pozostaje jednak wiele do zrobienia w tym zakresie.

Oto lista łatek, którą proponuje ci świat normalnie myślących, kiedy twoje dziecko odznacza się rozgałęzionym myśleniem kompleksowym. Ma ona tyle wad, że zachęcam cię do zdystansowania się od tych diagnoz.

AUTYZM

W języku molierowskim brakuje słów na opisanie instytucji, stowarzyszeń, kongresów, szarlatanów i świętoszków, którzy próbują zrobić z nas chorych z urojenia, podejmując „walkę z autyzmem”.

Hugo Horiot

Od dziesięciu lat autyzm stwierdza się w jednym przypadku na sto urodzeń, a od pięciu – w jednym przypadku na pięćdziesiąt. To daje około ośmiu tysięcy urodzeń rocznie. Niewiedza sprawia, że autyzm wywołuje strach i uruchamia głęboko zakorzenione stereotypy. Nadal jest on błędnie diagnozowany, co nawet dobrze się składa, skoro zbyt często utożsamia się go z chorobą psychiczną wymagającą leczenia. Autyzm nie jest upośledzeniem, ale po prostu odmiennością. Właśnie takie stanowisko, wywodzące się ze Stanów Zjednoczonych i Kanady, a przy tym nadal mało popularne we Francji, przemawia na korzyść „neuroróżnorodności”. Szczęśliwie same osoby autystyczne zaczynają domagać się uznania swojej odmiennej inteligencji w imię tej bioróżnorodności oraz buntować się przeciwko uwłaczającemu sposobowi, w jaki są traktowane. Ich wyjątkowe umiejętności zaczynają przyciągać zainteresowanie przemysłu pragnącego czerpać z tej żyły złota. Francji jednak można zarzucić poważne opóźnienie w zrozumieniu, wspieraniu i diagnozowaniu autyzmu. Dlatego dopóki nie zmieni się mentalność społeczna, właśnie ta łatka będzie najbardziej stygmatyzować atypowe dziecko.

WYSOKI POTENCJAŁ

Koncepcja wysokiego potencjału uwzględnia kilka aspektów.

Przedwczesna dojrzałość. Specjaliści, którzy nie rozumieli, jak to możliwe, że dziecko może być rozwinięte jak na swój wiek, a jednocześnie nadwrażliwe i emocjonalne, wymyślili termin „przedwczesnego rozwoju”. Jest on wyjątkowo mylący, ponieważ sugeruje, że dziecko wyprzedza rówieśników wyłącznie w zakresie inteligencji, a przy tym pozostaje opóźnione w obszarze emocji i uczuciowości. A przecież nie chodzi o bycie bardziej lub mniej jakimś od innych, ale o pewien rodzaj radykalnie odmiennego funkcjonowania. Zresztą dlaczego nadwrażliwość i emocjonalność miałyby być traktowane jak niedojrzałość emocjonalna?

Nieprzeciętna zdolność (nadinteligencja). To określenie jest najmniej stygmatyzujące z całej listy. Taką diagnozę można usłyszeć po przejściu testów oceniających iloraz inteligencji. Obecnie to właściwie jedyny sposób, aby zrozumieć, kim jest twoje dziecko, bez obarczania go chorobą psychiczną albo upośledzeniem. Niestety nadal zbyt wielu nauczycieli jest niewystarczająco przygotowanych, aby traktować nadinteligencję bez zastrzeżeń. Często wykonanie testów na inteligencję nie zmienia absolutnie niczego w rozliczaniu z obowiązków szkolnych, a może nawet pogorszyć sytuację. Niektórzy nauczyciele myślą sobie: „Jeśli to dziecko jest nieprzeciętnie zdolne, ma możliwości i musi uzyskiwać dobre wyniki. Skoro ich nie uzyskuje, widocznie pracuje za mało”. Co należy udowodnić!

Testy na inteligencję, choć rozjaśniają sytuację, mają pewne wady: są bardzo drogie, ich wiarygodność jest mocno dyskusyjna i często mogą budzić wątpliwości. Ponieważ celowo są kalibrowane tak, aby uwzględniać jedynie 2% populacji, wiele atypowych dzieci nie spełnia zawartych w nich kryteriów. W swojej książce Jak mniej myśleć poświęciłam testom na inteligencję cały rozdział. Jeśli więc chcesz zgłębić temat, zapraszam do lektury.

Wysoki potencjał. Właśnie taka kwalifikacja jest używana coraz częściej zamiast kategorii „przedwczesnego rozwoju” i „nadinteligencji”. Oznacza ona: wysoki potencjał, wysoki potencjał intelektualny, wysoki potencjał emocjonalny, wysoki współczynnik intelektualny i wysoki współczynnik emocjonalny. Fanny Nusbaum, neuropsycholog i dyrektor centrum PSYRENE w Lionie, specjalizująca się w zagadnieniu wysokiego potencjału, proponuje dodatkowo rozróżnienie na wysoki potencjał kompleksowy i wysoki potencjał laminarny. Oba terminy odnoszą się do sprawności intelektualnej na wysokim poziomie. Wysoki potencjał kompleksowy wskazuje na dość różnorodne umiejętności. Charakterystyczne dla niego są kreatywność, a nawet wizjonerstwo, ale również trudności w nauce i relacjach społecznych, a także dysleksja i dyspraksja. Wysoki potencjał laminarny wskazuje na bardziej jednorodne umiejętności. Obdarzona nim osoba jest bardziej solidna i elastyczna, ale także podatniejsza na lęk przed działaniem, przepracowanie i pewne uzależnienia, począwszy od końca okresu nastoletniości.

Fanny Nusbaum słusznie dokonuje takiego podziału. Do jednego worka opisanego jako „wysoki potencjał” wrzucamy bowiem dwa typy ludzi, których funkcjonowanie neurologiczne jest diametralnie odmienne. Bez wątpienia właśnie ten błąd tłumaczy rozbieżności pojawiające się czasem na forach dla nieprzeciętnie zdolnych. Niektórzy ludzie z wysokim potencjałem (ci „laminarni”), dumni ze swoich osiągnięć i IQ, miewają skłonności do pogardzania osobami o innych formach atypowości i wykluczania ich. Należałoby im wyjaśnić, że iloraz inteligencji to nie dyplom. Z drugiej strony pewna liczba nieprzeciętnie zdolnych (tych „kompleksowych”) nie uznaje tego waloru i nie chce, aby postrzegano ich przez jego „pretensjonalny” pryzmat. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze manipulatorzy korzystający z tej żyły złota. Podają się za nieprzeciętnie zdolnych, wmawiając innym, że uzyskali wysokie wyniki z testów na inteligencję, podczas gdy w rzeczywistości często nawet do nich nie podeszli. Dzisiaj posiadanie wysokiego potencjału czy nadinteligencji nie ma większego sensu.

Istnieją dziwne i zabawne zbiegi okoliczności. W chwili, gdy piszę te słowa, otrzymuję taką oto wiadomość:

Cześć, Christel. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Przyszło mi do głowy, żeby podzielić się z Tobą przemyśleniami na pewien temat. Co byś powiedziała, gdybym testy na inteligencję WAIS i wysokie potencjały uznała za chwilową modę? W związku z moim wykształceniem poznałam ludzi, którzy według testów zdawali się mieć wysoki potencjał, ale ja odnosiłam wrażenie, że wszystko w ich życiu kręci się wokół tych słynnych testów oraz ich IQ. Mają do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy, ale rozmowa z nimi mnie męczy: „Tak, odkąd odkryłem, że mam wysoki potencjał, moje życie się zmieniło. Tylko 2% osób ma tak wysoki iloraz inteligencji…”. Pod pewnymi względami przypominają zebry, ale pod innymi to, że próbują wpisać się w tę właśnie kategorię, doprowadza mnie do szału. Nie jestem pewna, czy wyrażam się jasno… Reasumując, czy istnieją dwie kategorie zebr? Całuję Cię.

 

Nawet jeśli to najmniej patologizująca z łatek, nadinteligencja nie jest najbardziej wiarygodnym sposobem zdefiniowania odmienności dziecka. Również pozostałe określenia nie są w większym stopniu zadowalające.

1Christel Petitcollin, Jak mniej myśleć, przeł. Krystyna Arustowicz, Feeria, 2019, s. 103–104 (przyp. tłum.).
2Autor Aider son enfant à bien vivre l’école, Editions Leduc, 2018.