Jak mniej myślećTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak mniej myśleć
Jak mniej myśleć
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Jak mniej myśleć
Audio
Jak mniej myśleć
Audiobook
Czyta Marta Król
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Je pense trop: Comment canaliser ce mental envahissant


Przekład: Krystyna Arustowicz

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska, Maria Zalasa

Korekta: Adam Plesiak


Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA


© Guy Trédaniel Éditeur, 2010

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019


Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.


ISBN 978-83-7229-859-1

Wydanie I, Łódź 2019


Wydawnictwo JK

Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3,

92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Tym, którzy kupili moją poprzednią książkę.

To wszystko Wasza wina.



Przedmowa

Camille jest mniej więcej dwudziestoletnią studentką. Trafiła do mnie z powodu „braku pewności siebie”. Gdy tylko zaczyna mi wyjaśniać swój problem, emocje biorą górę. Zagryza wargi, przyciska pięść do ust, z trudem powstrzymuje łzy, nieustannie przeprasza za swoją nadwrażliwość, a zarazem rozpaczliwie próbuje wziąć się w garść i wrócić do swojej opowieści. Z tego, co mówi, powoli wyłania się obraz błyskotliwej i twórczej młodej kobiety, niemającej na swoim koncie poważniejszej porażki. Przeciwnie, ku swojemu niekłamanemu zdumieniu, kolejno zalicza akademickie semestry. Obiektywnie wszystko układa się dobrze, a mimo to z biegiem czasu coraz bardziej wątpi w siebie. Inni studenci w miarę postępów w nauce nabierają zaufania do swoich możliwości, utwierdzają się w wyborze kariery i powoli znajdują sobie miejsce w społeczeństwie. Camille zaś coraz częściej czuje, że nie jest na swoim miejscu, i zastanawia się, czy wybrała właściwy kierunek. Narasta w niej poczucie, że się samooszukuje.

Także w życiu towarzyskim czuje się inna niż koledzy. Ich zainteresowania i tematy rozmów, jakie prowadzą, odstają od wszystkiego, co jej wydaje się naprawdę ważne i ciekawe. Niejednokrotnie podczas wieczornych spotkań w jej umyśle powstaje nagle dziwny rozdźwięk. Ni stąd, ni z owąd zaczyna się zastanawiać, co tu właściwie robi i dlaczego udział w tym błahym wydarzeniu, gdzie dominuje powierzchowność, wydaje się sprawiać innym tyle radości. Wesoła atmosfera tak naprawdę jest sztuczna. Wtedy Camille pragnie tylko jednego: czym prędzej wrócić do domu.

Już od dawna próbuje zrozumieć, co z nią jest nie tak. Osaczają ją wątpliwości i pytania, a w głowie wirują najdziwaczniejsze myśli. Czuje potęgujące się zniechęcenie i lęk. Stąd już tylko krok do depresji.

Camille bynajmniej nie jest przypadkiem odosobnionym. Podobnie jak ona, przychodzą do mnie na wizytę osoby w różnym wieku, które mają to samo wrażenie, że nie pasują do otoczenia, a ich niska samoocena prowadzi do „przegrzania” umysłu.

Ta książka, jak wszystkie poprzednie, w głównej mierze jest owocem mojej praktyki. Godziny, jakie spędziłam na rozmowach z ludźmi opowiadającymi o sobie, złożyłyby się na całe lata. Już od siedemnastu lat słucham, obserwuję i usiłuję zrozumieć każdego.

Nauczyłam się uprawiać coś, co twórca analizy transakcyjnej Eric Berne nazywa „słuchaniem marsjańskim”. Jak zepsuty magnetofon, uszy rejestrują niektóre wyrazy czy fragmenty zdań tak, że brzmią głośniej niż inne. Ten osobliwy sposób słuchania pozwala wyizolować z całej wypowiedzi istotne słowa, kluczowe zdania czy główne przesłanie.

Moją uwagę coraz częściej przyciągały lapidarne stwierdzenia, raz po raz powtarzane przez niektóre osoby:

▪ Za dużo myślę.

▪ Moi bliscy mówią, że jestem zakręcony i że zadaję sobie za dużo pytań.

▪ W mojej głowie stale coś się kłębi. Czasem chciałbym wyłączyć umysł i nie myśleć już o niczym.

Później ten profil uzupełniły kolejne zdania:

▪ Mam wrażenie, że jestem z innej planety.

▪ Nie mogę sobie znaleźć miejsca.

▪ Czuję się niezrozumiany.

I tak od jednej wypowiedzi do drugiej w moim umyśle kształtował się typowy obraz człowieka, który za dużo myśli. Coraz bardziej usiłowałam dociec, co powoduje cierpienia tych ludzi i, na szczęście, zaczęłam znajdować i proponować im jakieś rozwiązania. Odkąd postanowiłam napisać tę książkę, wykorzystuję uzyskiwane od nich informacje. Zawsze mam w zanadrzu jakieś pytanie, które im stawiam, aby lepiej ogarnąć psychikę i funkcjonowanie takich osób, by zrozumieć hierarchię ich wartości i motywacje, a że jedną z ich podstawowych potrzeb jest dzielenie się wiedzą, zawsze starają się mi ją przekazać. Ta książka wiele im zawdzięcza i za to gorąco dziękuję.

Kto mógłby sądzić, że z powodu własnej inteligencji można cierpieć i być nieszczęśliwym? A jednak ludzie „myślący za dużo” właśnie na to się skarżą. Zresztą nie uważają się za inteligentnych. Poza tym mówią, że umysł nie daje im chwili wytchnienia, nawet w nocy. Mają po dziurki w nosie tych wątpliwości, pytań, wyostrzonej świadomości, nadmiernie rozwiniętych zmysłów, którym nie umknie najmniejsza błahostka. Chcieliby wyłączyć swój umysł, ale szczególnie cierpią, ponieważ czują się inni, a dzisiejszy świat nie rozumie ich i rani. Dlatego często twierdzą: „Jestem nie z tej planety!”. Nurtujące ich myśli wywołują nieskończone ciągi skojarzeń, a z każdej nowej wytryskują następne. Ich umysły pracują na zbyt wysokich obrotach. Chcąc nadążyć za strumieniem własnej świadomości, jąkają się lub milkną, zniechęceni nadmiarem informacji. Słowa siłą rzeczy redukują pojęcia i nie mogą odtworzyć subtelnej złożoności myśli tych ludzi. Im zaś najdotkliwiej brak pewników, w których mogliby znaleźć oparcie. Nieustannie wszystko kwestionują, toteż ich system przekonań jest równie niestały i niepokojący jak ruchome piaski. A najbardziej krytyczni są wobec samych siebie: „Dlaczego inni nie dostrzegają tego, co mnie się rzuca w oczy? A może to ja rozumiem wszystko opacznie? Może to ja nigdy nie mam racji?”.

Wrażliwość, emocjonalność i uczuciowość są oczywiście proporcjonalne do inteligencji. Ci ludzie to prawdziwe butelki z nitrogliceryną. Przy najmniejszym wstrząsie wybuchają – wściekłością czy frustracją, ale najczęściej popadają w smutek. Przecież na tym świecie tak bardzo brak miłości! Rozdarte między radykalnym idealizmem a trzeźwą przenikliwością, osoby te stają wobec wyboru: zamknąć się w sobie lub zbuntować. Dlatego stale oscylują między zmysłowymi marzeniami a przygnębiającymi konstatacjami, między naiwnością a rozpaczą. Nie spodziewają się pomocy, bo zdają sobie sprawę, że niczyja dobra wola nie rozwiąże ich problemu. Rady otoczenia zamiast pomagać, jeszcze bardziej ich pogrążają. Mniej się zastanawiać? Tego właśnie najbardziej by chcieli! Ale jak to osiągnąć? Pogodzić się z niedoskonałością świata? Przecież to niemożliwe!

Poradzić się psychiatry czy psychologa też nie jest łatwo. Obawiają się, niestety nie całkiem bezpodstawnie, że zostaną uznani za wariatów. Jak ludzie o funkcjonującym normalnie umyśle mogliby się uporać z tak nieprzeciętną aktywnością mentalną? Stosowane w psychologii siatki analityczne tę subtelną, a zarazem potężną myśl kroją na kawałki i klasyfikują jako nienormalną, patologiczną. Już od czasów szkolnych nadwydajni mentalnie przysparzają kłopotów. Są uważani za nadaktywnych i niezdolnych do skupienia, ponieważ ich nastawione wielozadaniowo mózgi nudzą się wykonywaniem tylko jednej czynności naraz. Ich posiadacze zdają się tylko prześlizgiwać po informacjach, podczas gdy naprawdę potrafią nadzwyczaj szybko zgłębiać jednocześnie kilka tematów. Całe litanie „dys-”, jakimi byli dręczeni, ugruntowały w nich przekonanie, że mają skrzywiony umysł: dysleksja, dysortografia, dyskalkulia, dysgrafia…1 Gdy dorosną, łatwo mogą zostać zdiagnozowani jako osobowości borderline, chorzy na schizofrenię, dotknięci chorobą dwubiegunową czy psychozą maniakalno-depresyjną. Właśnie tam, gdzie ludzie nadwydajni mentalnie, szukając rozwiązań, liczą na pomoc, znajdują jeszcze mniej zrozumienia: przypina im się łatkę osób dysfunkcyjnych. Tymczasem najbardziej potrzebowaliby czegoś przeciwnego, by móc zrozumieć samych siebie i zaakceptować takimi, jakimi są: wcale nie są dysfunkcyjni, tylko po prostu odmienni.

Zresztą nadwydajność mentalna nie została jeszcze szczegółowo opisana i dlatego nie istnieje jednoznaczne określenie na to zjawisko. Można by użyć terminów „nieprzeciętnie zdolny” albo „o wysokim potencjale intelektualnym”, jednak są one już tak wyświechtane, że brzmią pretensjonalnie. Jest to sprzeczne z wartościami, jakie przedstawiają sobą ludzie nadwydajni mentalnie. Aspekt „bardziej niż inni” tych sformułowań zdecydowanie im nie odpowiada. Znacznie chętniej przystają na „nadwydajność mentalną”. W ich oczach ten termin odzwierciedla nękające ich rozgorączkowanie i nadaktywność umysłu. Podoba im się również pojęcie „dominująca prawa półkula mózgu”, bo wprawdzie nie chcą sobie przypisywać inteligencji wybitnej, ale chętnie przyznają, że w ich przypadku jest ona osobliwa. „O tak, jedno jest pewne: myślę inaczej niż wszyscy!” – to jedno ze znamiennych zdań, jakie często słyszę. Co więcej, trudności ze znalezieniem, a zwłaszcza z zaakceptowaniem najtrafniejszego określenia, świadczą o ich ogromnej potrzebie precyzji. Przede wszystkim jakieś słowo prawie nigdy nie może być dokładnym synonimem innego, bo każde ma wydźwięk indywidualny. Ponadto nie sposób wyrazić jednym słowem, kim są. Cóż więc robić? Jeanne Siaud-Facchin, autorka L’enfant surdoué2 zrezygnowała z określenia „nieprzeciętnie zdolny” i aby zdefiniować taką osobę, użyła wyrazu „zebra”. Wybór okazał się trafny: zebra jest zwierzęciem nietypowym, nieposkromionym, wyjątkowym, które potrafi wtopić się w krajobraz. Skoro już jednak jesteśmy przy metaforach zaczerpniętych ze świata zwierzęcego, nie możemy pominąć cech psich takich osób: wierności, lojalności, przywiązania i zdolności do poświęceń; kocich: delikatności, podejrzliwości i wyostrzonych zmysłów; czy wielbłądziej: niewiarygodnej wytrzymałości. Ale przede wszystkim ludzie ci przypominają chomiki, niezwykle szybko przebierające łapkami w kołowrotku!

 

Stowarzyszenie Ochrony Osób Obarczonych Nadwydajnością Mentalną (Groupement Associatif de Protection des Personnes Encombrées de Surefficience Mentale, GAPPESM) nazywa ich PESM. Jest to niewątpliwie dość dokładne określenie, obrazujące ich sytuację, ale przecież nie wszyscy czują się czymkolwiek obarczeni. Mimo że doceniam przydatność tego skrótowca, nie bardzo sobie wyobrażam jego używanie, gdyż brzmi niezbyt melodyjnie. Być nadwydajnym to jednak nie to samo, co być PESM! Chętnie nazwałabym ich nieprzeciętnie zdolnymi, bo obiektywnie biorąc, jest to termin najwłaściwszy, ale jeśli zacznę mówić o nieprzeciętnych zdolnościach, wielu moich czytelników zniechęci się i czym prędzej zamknie książkę. Inni zauważą, że gdyby ludzie, o których mowa, byli naprawdę inteligentni, potrafiliby przystosować się do społeczeństwa. Jednak żaden z nadwydajnych nie rozpozna siebie w stereotypie, jaki dziś jeszcze kojarzy się z osobą o wybitnych zdolnościach: błyskotliwe, zarozumiałe dziecko, prymus pouczający wszystkich w klasie. To ich całkowite przeciwieństwo!

Jako że lubię nazywać rzeczy po imieniu, gdy tylko odkryłam zjawisko nadwydajności mentalnej, upodobałam sobie termin „nieprzeciętnie zdolny” i bez umiaru obdarzałam nim swoich pacjentów z tą przypadłością. W tym ferworze zapominałam o ich ogromnej wrażliwości. Kilkoro z nich zdeprymowałam, innych wprawiłam w panikę, a niektórzy nawet uciekli w podskokach. Korzystam z okazji, by w tej książce wszystkich prosić o wybaczenie. Dziś formułuję swój komunikat bardziej oględnie, napomykając o nietypowym okablowaniu neurologicznym czy o dominującej prawej półkuli mózgu. Nawet ta informacja jest szokująca. Wprawdzie ludzie ci są świadomi swojej odmienności, jednak trudno im obiektywnie zmierzyć się z tą rzeczywistością.

Długo szukałam słowa, które syntetycznie ujęłoby ten profil. Z paroma bliskimi osobami kilka razy urządziliśmy burzę mózgów. W pewnym momencie ubawiły nas określenia „ADSL” i „wysoka przepustowość”, później omal nie zdecydowałam się na „spiderminda”, zarówno z powodu bystrości umysłu, jak i myśli rozpinającej się na podobieństwo pajęczyny. W końcu jednak termin „nadwydajny” okazał się najbardziej właściwy i najprostszy: wydaje mi się kompromisowy i choć nie jest całkiem zadowalający, nie wywołuje u nikogo poważnej blokady psychicznej. W każdym razie ta książka ma na celu nie przykleić ci jakąś etykietkę, lecz pomóc zrozumieć i zaakceptować siebie takim, jakim jesteś, a także żyć ze swoim kłębowiskiem myśli, nie tracąc pogody ducha.

Jeśli za dużo myślisz, prawdopodobnie rozpoznasz siebie w profilu osoby nadwydajnej mentalnie. Twój mózg, właśnie ten, który myśli zbyt wiele, to prawdziwy skarb. Jego subtelność, złożoność, szybkość, z jaka działa, zdumiewają, a pod względem mocy można go porównać z silnikiem Formuły 1! Ale bolid wyścigowy nie jest zwykłym samochodem. Gdy prowadzi go jakiś niezdara drogą lokalną, może się okazać kruchy i niebezpieczny. By zoptymalizować swój potencjał, potrzebuje doskonałych umiejętności kierowcy i toru na swoją miarę. Do tej pory to mózg wiódł cię po wertepach. Teraz ty musisz go poddać kontroli, i to już od dziś.

Aby uwydatnić najbardziej charakterystyczne aspekty nadwydajności, podzieliłam tę książkę na trzy części dotyczące kolejno:

▪ nadwrażliwości i wzmożonej aktywności umysłu;

▪ idealizmu i autentycznego niedostosowania do większości ludzi;

▪ wszystkich rozwiązań, które chciałabym zaproponować.

Wiem, że ludzie nadwydajni mentalnie uwielbiają przerzucać strony książek, wyłuskując z nich to i owo. Z reguły pozwala im to przyswoić sobie treść i dość często nawet nie muszą dobrnąć do końca, gdyż takie „podskubywanie” wystarczy im, by zapoznać się z tematem. Dlatego pragnę ostrzec: jeśli od razu przejdziesz do ostatniej części, zabraknie ci podstaw do obiektywnej oceny trafności przedstawianych rozwiązań. Zachęcam więc, byś w trakcie lektury podążał szlakiem, który dla ciebie wytyczyłam, nie pomijając poszczególnych etapów. Bez pośpiechu przyjmuj do wiadomości, że twoja nadwydajność jest zjawiskiem wyłącznie neurologicznym, a żeby stwierdzić, na czym naprawdę polega odmienność twojej inteligencji, przyjrzyj się, jak twoja myśl wrze i kipi. Jedną z zasadniczych cech twojej osobowości jest idealizm. Inna, nie mniej ważna, to twoje fałszywe self, które w relacjach z innymi może się okazać obciążeniem, a nawet handicapem. Rozdźwięk, jaki czujesz między sobą a otoczeniem, jest obiektywny, dlatego też warto zrozumieć, jakie konkretnie różnice się na niego składają. Kiedy już rozpatrzysz wszystkie aspekty problemu, przedstawione rozwiązania uzyskają pełne uzasadnienie.

Osiągnę swój cel, jeśli po zakończeniu lektury pogodzisz się sam ze sobą, a także ze swoim wspaniałym umysłem. By go jak najlepiej wykorzystywać, musisz się nauczyć nim kierować. W tej książce znajdziesz więc wiadomości z zakresu mechaniki (neurologia), kodeksu drogowego (emocje i relacje) oraz techniki prowadzenia (psychika). Jeśli zbyt wiele myślisz, książka dostarczy ci pożytecznych informacji o twoim psychicznym funkcjonowaniu i oczywiście – wielu rozwiązań!

Przez cały czas pisania chętnie powoływałam się na autorów, którzy mnie jakoś zainspirowali, i na teksty, do których sięgałam. Niezbyt zręcznie byłoby umieszczać na danej stronie przypisy bibliograficzne, ilekroć nawiązuję do jakiegoś dzieła. Wszystkie cytowane tytuły i przywoływanych autorów wymieniam w bibliografii. Szczególną wdzięczność żywię dla Jill Bolte Taylor, Daniela Tammeta, Tony’ego Attwooda i Béatrice Millêtre, którym dziękuję za wzbogacenie mojej wiedzy. Bardzo przydały mi się również książki Arielle Adda i Jeanne Siaud-Facchin. Wielkie im za to dzięki.

1
CZĘŚĆ
STRUKTURA UMYSŁOWA Z NATURY SKOMPLIKOWANA

Rozdział 1
Nadwrażliwe receptory

„Ten facet jest too much, ten facet jest za… Za, za, za!”, śpiewały w latach osiemdziesiątych Coco Girls. Już sam ten refren zawiera problematykę nadwydajności mentalnej. Wszystkiego jest za dużo: myśli, pytań, emocji… w dodatku w stopniu wyższym lub najwyższym: nadpobudliwy, nadwrażliwy, nadmiernie uczuciowy… Ludzie nadwydajni mentalnie przeżywają to, co się wokół nich dzieje, z niezwykłą intensywnością. Pod wpływem tego, co ich porusza, w sensie zarówno pozytywnym, jak i negatywnym, wydają z siebie dźwięki czyste jak kryształ. Nawet błahe incydenty mogą w ich oczach nabrać niebotycznych proporcji, zwłaszcza jeśli naruszają ich system wartości. Doznania, emocje, wrażliwość – wszystko jest spotęgowane. W gruncie rzeczy cały ich system zmysłowy i emocjonalny jest nadwrażliwy. Ta subtelność percepcji ma charakter neurologiczny i zaczyna się od postrzegania rzeczywistości.

Każdą informację odbieramy pięcioma zmysłami. Wiemy, że istnieją ludzie przygłusi lub niedowidzący, jednak wyobrażamy sobie, że wszyscy identycznie postrzegamy rzeczywistość. Nieprawda. Twój sposób widzenia świata jest niepowtarzalny i subiektywny. Pokaż to samo mieszkanie dziesięciu osobom. Następnie poproś je, aby szczegółowo opisały, jak wygląda to miejsce, a będziesz miał wrażenie, że obejrzały dziesięć różnych mieszkań. Każdy ma swój ulubiony kanał zmysłowy. Osoba, u której dominują wrażenia wzrokowe, skupi się na tym, co jest do zobaczenia: estetyce, barwach, świetlistości, widoku z okien itd. Inna, preferująca wrażenia słuchowe, uzna to miejsce za spokojne lub hałaśliwe. A osoby ruchliwe będą mówić o cieple, przestrzeni i wygodzie. Niektórzy posłużą się nawet zmysłem węchu i będą mówić o wyziewach tytoniowych lub dusznej atmosferze. Tak więc każdy wyselekcjonuje jako ważny i godny zainteresowania pewien fragment rzeczywistości, a całą resztę pominie. Podobnie każda osoba przypisze określoną intensywność doznanym wrażeniom. Być może jedna uzna miejsce za „nieco hałaśliwe”, druga za „bardzo hałaśliwe”, trzecia zaś w ogóle nie zwróci uwagi na akustykę. Ostatecznie każdy wyselekcjonuje pewną liczbę informacji, niezbędną i wystarczającą do wyrobienia sobie opinii. Nadwydajni mentalnie odbierają więcej informacji niż przeciętni ludzie, ponadto o wiele bardziej intensywnie. Zjawisko to nazywa się hiperestezją. Jeśli człowiek nadwydajny mentalnie obejrzy lokal, zapamięta więcej szczegółów niż większość ludzi i wyłowi jakieś mało znaczące drobiazgi, błahostki, których nikt oprócz niego nie dostrzeże.

Hiperestezja 3

Oto mail, jaki dostałam od François po jego pierwszej wizycie:

„Chciałbym Pani wyjaśnić, co nieustannie przeżywam, opowiadając na przykład o dniu, w którym po raz pierwszy do Pani przyszedłem (proszę się nie gniewać).

Parkuję samochód. Zastanawiam się, czy Pani parkuje na podwórzu czy na ulicy. Przechodzę przez bramę, usiłuję dociec, które auto należy do Pani. Czy lubi Pani samochody? Myślę, że tak. A jednak nie zauważam żadnego interesującego. Mówię sobie, że się pomyliłem. Dochodzę do domofonu. Na skrzynce na listy lub na dzwonku Pani nazwisko jest napisane inną czcionką niż nazwiska osteopatów. A więc nie zaczęła Pani przyjmować tam w tym samym czasie, co oni. Dlaczego? Gdzie Pani przedtem praktykowała? Dalej od swojego domu? U siebie w domu? Czy Pani klienteli nie przeszkadza, że zmieniła Pani adres? Wchodzę. Drugi dzwonek nie działa. Trzeba by go naprawić. Dlaczego nikt go dotąd nie naprawił? Wchodzę do poczekalni. Nie ma nikogo. Czy osteopaci są zajęci? Wydaje się, że potrafi Pani tak zorganizować sobie pracę, żeby ludzie nie musieli czekać. Czasopisma nie są najaktualniejsze. Przeważnie numery magazynu (…) są trochę zbyt (…), jak na mój gust. Czyżby Pani prenumerowała to czasopismo? Głosowała Pani na (…)? Zgroza! Patrzę przez okno: nic zachwycającego. Czuję się przybity. Żywopłot znajdujący się za blisko okna zupełnie psuje perspektywę. Słyszę Pani głos, domyślam się, jak Pani wygląda. Wyobrażam sobie, że jest Pani wysoka, dobrze zbudowana. Słyszę stukot Pani obcasów na podłodze z laminatu (nie lubię dźwięku wydawanego przez tę wykładzinę, zionie chłodem, nie ma w niej ani odrobiny ciepła). Ale po co włożyła Pani buty na obcasach, skoro i tak jest Pani wysoka? Wreszcie widzę Panią – bingo – dokładnie taką, jak sobie wyobrażałem. Podaje mi Pani rękę. Chętnie bym Panią ucałował, aby dowiedzieć się czegoś więcej, ale oczywiście nie mogę. Zadowalam się uściskiem dłoni. Oceniam go: jest mocny, ale nie za bardzo. Nie jest Pani uperfumowana, no może troszkę. To mi bardziej odpowiada, bo nie znoszę zbyt mocnych zapachów czy po prostu zbyt dużej ilości perfum. Idę za Panią do gabinetu. Zastanawiam się, gdzie są osteopaci, jak pracują. Pierwszy pokój – Pani gabinet. Jest uporządkowany, dla mnie nawet za bardzo, podobnie jak Pani biurko. Wnętrze wydaje mi się zimne, brakuje jakiejś okazałej rośliny, widok przez okno taki sam, przygnębiający. Na biurku niewiele przedmiotów, za to pełno długopisów, a każdy inny, dlaczego? Drugie pomieszczenie jest przyjemniejsze. Podoba mi się czerwony fotel, wydaje się starszy niż reszta mebli. Czy miała go Pani w poprzednim gabinecie? Na pewno. Siadamy. Interesuje mnie Pani. Uważnie przyglądam się Pani sukience (zacząłem już na korytarzu). Różnokolorowa, rzuca się w oczy, obcisła. Nie wstydzi się Pani swojego ciała, podoba się sobie, to się czuje. Podoba się Pani innym, to też się czuje. Porównuję Pani fryzurę z uczesaniem na dwóch zdjęciach w Pani książkach, które mam. Podoba mi się. Jest Pani opalona, wyobrażam sobie, że lubi Pani chodzić na plażę. Nie ma Pani na sobie zbyt dużo biżuterii. To nie w Pani stylu. Myślę, że woli Pani raczej fantazyjną niż złotą lub zbyt krzykliwą bransoletkę. Obserwuję Pani ręce, jak u każdego. Pani dłonie mi się podobają. To dla mnie bardzo ważne. Trochę się odprężam. Jednak wciąż jestem nieufny. Mówię sobie, że z łatwością mogłaby Pani mną manipulować. To wszystko odnosi się nie tylko do Pani, nieustannie coś takiego przeżywam. Przed naszym spotkaniem wstąpiłem do kiosku z gazetami na rogu ulicy, na której znajduje się Pani gabinet. Spędziłem tam trzy minuty. Zadałem sobie ze dwadzieścia pytań…”

 

Oto jak osoba nadwydajna żyje na co dzień, bombardowana informacjami, zapamiętująca mnóstwo szczegółów, próbująca przewidywać, co się wydarzy, i odgadywać resztę na podstawie nagromadzonej wiedzy, zadająca sobie tysiące pytań, często w stanie emocjonalnego napięcia i nieufności, zwłaszcza podczas pierwszego spotkania.

A więc jeśli za dużo myślisz, twój mózg będzie przede wszystkim charakteryzowała hiperestezja. Tym naukowym terminem określa się zjawisko posiadania pięciu nadzwyczaj wyostrzonych zmysłów. Jest to również stan przytomności, czujności, a nawet nieustannego pogotowia. Podobnie jak François, posiadasz niezwykle rozwiniętą umiejętność zauważania najdrobniejszych detali lub niuansów niedostrzegalnych dla większości ludzi. Osoby dotknięte hiperestezją, chociaż często przeszkadza im zgiełk, światło czy zapachy, nie zdają sobie sprawy, że ich doznania zmysłowe wykraczają poza normę. Mówię im o tym. Z początku słuchają ze zdziwieniem. Potem, stopniowo, w trakcie dyskusji, uświadamiają sobie, że faktycznie zwracają uwagę na szczegóły, że potrafią rozpoznać już od pierwszych taktów fragment jakiegoś utworu muzycznego albo domyślić się, z czego przyrządzono jakąś potrawę… Ale nawet by im nie przyszło do głowy, że inni nie są podobni do nich, skoro one same doświadczają takich stanów dziesięć razy dziennie. Ci, którzy wiedzą o swojej hiperestezji, mają skłonność przeżywać ją w sposób negatywny, i wyrzucają sobie nietolerancję, gdy nadmiar bodźców zmysłowych wytrąca ich z równowagi. „Nie znoszę zbyt głośnej muzyki w niektórych sklepach, zwiewam w popłochu!”, stwierdza Nelly. Dla Pierre’a gorszy jest dyskomfort wzrokowy: „W biurze świetlówki dają zbyt ostre światło, rażą w oczy. Tylko ja się na to skarżę. Uchodzę za zrzędę”. U innych na dyskomfort narażone są wszystkie zmysły.

Hiperestezja wzrokowa

Tak jak opowiada François, widzenie u hiperestetyków to przede wszystkim widzenie precyzyjne, w którym detal jest postrzegany wcześniej niż całość. Ciekawie byłoby sprawdzić, co widzieli inni moi klienci, i porównać z jego doświadczeniem. François dostrzegł mnóstwo drobnych szczegółów: długopisy, wytarty fotel, widok przez okno, czasopisma w poczekalni. Jego spojrzenie jest przenikliwe: istny promień laserowy, który bez przerwy skanuje wszystkie dane. Lustruje mnie od stóp do głów: biżuterię, sukienkę, fryzurę, ręce… W życiu codziennym ci, którzy napotykają takie spojrzenie, często uznają je za denerwujące, wścibskie lub nawet inkwizytorskie. Jednak nie zmierza ono do oceniania, lecz do zrozumienia, a w przypadku François, do uspokojenia się. W zapamiętywaniu niekiedy pomocne są jakieś nieistotne drobiazgi. Innym aspektem hiperestezji wzrokowej może być wielka wrażliwość na światło.

Hiperestezja słuchowa

Hiperestetyk potrafi słyszeć wiele dźwięków naraz. Może słuchać radia, jednocześnie śledząc rozmowę, ale będzie go rozpraszać dobiegający z sąsiedniego pokoju brzęk naczyń, który jego zdaniem zagłusza całą resztę. To prawdziwy dar mieć na tyle subtelny słuch muzyczny, by wychwycić delikatną frazę saksofonu wśród dźwięków wydawanych przez inne instrumenty. Gorzej, jeśli ktoś nie może wyciszyć dobiegającego z zewnątrz wizgu kosiarki do trawy, który słyszy tylko on. Ludzie dotknięci hiperestezją akustyczną często lepiej słyszą niskie niż wysokie tony. Podobnie z odległymi hałasami, lepiej wychwytywanymi przez nich niż bliskie. Dlatego gdy przysłuchują się rozmowie, będzie im przeszkadzać muzyka w tle. Tytuły wiadomości, zaówno w telewizji, jak i w radiu, przeważnie mieszają się hiperestetykom z sygnałem rozpoczynającym dziennik. Stają się ledwo słyszalne dla wielu nadwydajnych mentalnie, którzy muszą uczynić wysiłek, aby w tej wrzawie usłyszeć spikera. François czeka, aż usłyszy mój głos, przysłuchuje się moim krokom, uznaje, że dźwięk wydawany przez podłogę jest zimny, i zauważa zepsuty dzwonek.

Hiperestezja ruchowa

Atmosfera panująca w jakimś miejscu, wilgotność lub suchość powietrza, ciepło, szorstki lub miękki w dotyku materiał ubrania – nadwydajni mentalnie nieustannie odbierają wszystkie te informacje. François mówi, że bardzo chciał mnie pocałować. Nie odważył się. To był pierwszy seans, ale często się zdarza, że hiperestetycy nagle nabierają ochoty, by mi dać buziaka. W niektórych sytuacjach o dużym ładunku emocjonalnym życzą sobie, bym ich przytuliła albo by to oni mogli mnie uściskać. Nie ma żadnej dwuznaczności w takim pragnieniu. Potrzebują serdecznego, „niedźwiedziego uścisku” w amerykańskim stylu. Pozwala im to opanować emocje, a także, jak mówi François, „dowiedzieć się czegoś więcej”. Zasada tradycyjnej psychoterapii głosząca, że nie wolno dotykać pacjentów, wobec nich nie znajduje zastosowania. Są za bardzo dotykowi.

Hiperestezja węchowa

Rzadko używany przez większość ludzi węch jest zmysłem bardzo zwierzęcym i obfitującym w informacje. Droczę się z hiperestetykami, mówiąc im, że nie mają nosa, tylko kufę. Podobnie jak François, wchodzą do mojego gabinetu, dzięki wyczulonemu węchowi komentują moje perfumy, a jeśli w powietrzu unosi się jeszcze zapach tytoniu lub potu wydzielany przez ubranie poprzedniej osoby, marszczą nos.

W niektóre dni Florence prosi mnie nawet, by przewietrzyć pokój, kiedy czuje, że „tym powietrzem już ktoś oddychał”! Hiperestezja węchowa jest pożądana, gdy wdycha się zapach przedniego wina lub wącha kwiat. Może jednak stać się koszmarem, gdy chodzi o mdlący odór lub sztuczne zapachy, takie jak podrobiony aromat wanilii lub maślanej bułeczki. François nie znosi zbyt natarczywych woni.

Hiperestezja smakowa

Smak idzie w parze z węchem. Hiperestetycy są często wielkimi smakoszami. Jeśli zaufają swemu instynktowi, są zdolni wyczuć choćby odrobinę cynamonu lub papryki, odgadnąć, z jakiego regionu geograficznego pochodzi kawa lub czekolada. Ogólnie biorąc, prawie nie zdarzają im się zatrucia pokarmowe, gdyż potrafią wykryć najmniejszy podejrzany smaczek.


Większość z nas odbiera bardzo mało informacji w porównaniu z ludźmi nadwydajnymi mentalnie. A ci od czasu do czasu muszą to sobie uświadamiać. Wtedy nagle doznają wrażenia, że osobnicy w ich otoczeniu są głupi lub otępiali. Ale ta myśl ich krępuje, więc szybko ją odganiają. Starają się przede wszystkim nie oceniać bliźnich, nie podkreślać różnicy, która działa tak destabilizująco. A przecież ta różnica ma charakter neurologiczny i obiektywny. Została zbadana i zmierzona naukowo. Odważnie przyjmij do wiadomości ten oczywisty fakt. Będziesz wówczas mógł sobie wytłumaczyć nieustanny rozdźwięk między tobą a większością ludzi. Zacznij obserwować swoje otoczenie i sprawdź sam, ile uwagi poświęca mu ten i ów. Zaskakujące! François raptem sobie uświadamia: „To dlatego często mam dziwne wrażenie, że ludzie wokół mnie są jakby uśpieni!”.

Ejdetyzm

Hiperestezja ma aspekt ilościowy: pewną liczbę elementów, które ewentualnie zauważyłeś, i podział przestrzeni na coraz mniejsze szczegóły. Ma też aspekt jakościowy: subtelność odcieni, jakie możesz dostrzec między dwiema niemal identycznymi barwami, lub maleńką fałszywą nutkę w środku utworu muzycznego. W zjawisku tym rolę odgrywają również natężenie uwagi i memoryzacja, ponadto nie można pominąć aspektu „ejdetycznego” percepcji zmysłowej.

Czy widziałeś kiedyś dziecko bacznie przyglądające się biedronce? Jego wzrok to istny mikroskop. Dostrzega dosłownie wszystko, zachwyca je każdy szczegół. Błyszczący pancerz, delikatne żyłki, siatkowate oczy, drżące czułki, niezwykła struktura dwuczęściowego pancerza, z którego wyrastają przezroczyste skrzydełka. Jeśli chcemy opisać to jakościowe wyrafinowanie percepcji, mówimy o ejdetyzmie. Co za przyjemność poczuć na języku aksamitną fakturę musu owocowego, podziwiać lśniący, jakby pociągnięty lakierem liść, jedwabisty płatek róży lub mieniącą się perliście kroplę rosy, drżeć z rozkoszy, wkładając kaszmirowy sweterek, rozpływać się w błogości, słuchając delikatnych dźwięków wyczarowywanych z fortepianu. Hiperestezja oznacza również tę jakość, tę finezyjną uwagę, która stanowi źródło poezji, sztuki i zachwytu. Poza małymi dziećmi, ile osób w twoim otoczeniu wznosi się na taki poziom wyrafinowania i rozkoszy w postrzeganiu świata?

1Więcej na ten temat można się dowiedzieć z książki Marie Françoise Neveu Enfants autistes, hyperactifs, dyslexiques, dys… Et s’il s’agissait d’autre chose? (patrz bibliografia).
2Patrz bibliografia.
3Inaczej przeczulica (przyp. tłum.).