3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,80  64,64 
Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
Audiobook
42,90 
Szczegóły
Jak lepiej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Przed­mowa

2  Roz­dział 1. Ana­liza waszej kore­spon­den­cji

3  Roz­dział 2. Pie­lę­gnuj swoją hiper­este­zję Zatroszcz się o swoje oczy Dopiesz­czaj swoje uszy Dbaj o swoje odczu­cia Hiper­este­zja i uciąż­liwe sąsiedz­two

4  Roz­dział 3. Poskro­mić swoją nad­wraż­li­wość Uni­kaj waha­deł Nie nada­waj niczemu zbyt wiel­kiego zna­cze­nia Tro­chę lin­gwi­styki

5  Roz­dział 4. Twój defi­cyt ego Ego to nie jest brzyd­kie słowo Nie odda­waj swo­jej mocy innym Wypeł­nij wańkę-wstańkę

6  Roz­dział 5. Auty­styczny świat plu­sza­ków Kim są nad­wy­dajni men­tal­nie? Odmienne i kom­plek­sowe myśle­nie Pato­lo­gi­za­cja sta­nów ducha Być innym, nie będąc upo­śle­dzo­nym Autyzm, psy­cho­ana­li­tyczny fran­cu­ski wyją­tek Co należy zapa­mię­tać z auty­zmu Funk­cje wyko­naw­cze Potrzeba domknię­cia poznaw­czego

7  Roz­dział 6. Czy nad­wy­daj­ność utoż­sa­mia się z pamię­cią? Pamięć o nie­bez­pie­czeń­stwie? Pamięć o utra­co­nym bliź­niaku? Sza­ma­nizm, twoje duchowe dzie­dzic­two? Fizycy kwan­towi, któ­rzy o sobie nie wie­dzą?

8  Roz­dział 7. Zro­zu­mieć spo­łe­czeń­stwo i jed­nostki, z któ­rych się składa Trzy rodzaje alie­na­cji Wie­dzieć, z kim ma się do czy­nie­nia: jed­nostka Spo­łe­czeń­stwo zwane cywi­li­zo­wa­nym Hie­rar­chia szym­pan­sów Huma­ni­styczni i altru­istyczni cemen­cia­rze Rze­czy­wi­stość 2.0: nadzieja dla ludz­ko­ści?

9  Roz­dział 8. Świat pracy Bar­dzo pro­sto­duszny wio­ślarz Zasłu­żyć na znak jako­ści „Q” Twój sto­su­nek do pie­nię­dzy

10  Roz­dział 9. Popra­wić swoje sto­sunki z innymi Wykaz two­ich błę­dów w poro­zu­mie­wa­niu się z innymi Zna­leźć i zająć swoje miej­sce Zro­zu­mieć nor­mal­nie myślą­cych i dosto­so­wać się do nich Już ni­gdy nie paść ofiarą mani­pu­la­to­rów Kilka zasad komu­ni­ka­cji inter­per­so­nal­nej

11  Roz­dział 10. Twoje życie miło­sne Zapro­gra­mo­wani na porażkę i ama­torsz­czy­znę Przejdź na tryb pro Miłość nie przy­nosi cier­pie­nia Nie ma miło­ści bez szcze­ro­ści i wza­jem­nego sza­cunku Jak ste­ro­wać swoim życiem miło­snym Poślu­biamy pracę nad sobą Zacho­wać dystans i bez­stron­ność

12  Roz­dział 11. Twoja misja zawo­dowa Jakie są twoje wyjąt­kowe kom­pe­ten­cje? Pozwól śpie­wać swo­jej duszy Znajdź swoją życiową misję Połącz swoją życiową misję z wyko­ny­wa­nym zawo­dem

13  Kon­klu­zja

14  Biblio­gra­fia

Tytuł ory­gi­nału: Je pense mieux

Prze­kład: Kry­styna Aru­sto­wicz

Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Nawrocka

Redak­cja: Marta Stę­plew­ska, Maria Zalasa

Korekta: Kata­rzyna Nawrocka

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA

© Guy Trédaniel Éditeur, 2015

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion

© JK Wydaw­nic­two sp. z o.o. sp. k., 2019

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-127-2

Wyda­nie II, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Przed­mowa

Naj­milsi czy­tel­nicy!

Po raz pierw­szy piszę książkę, która ma cha­rak­ter listu czy dia­logu, prze­zna­czoną jedy­nie dla tych spo­śród was, któ­rzy znają treść poprzed­niej, pisali mi o niej i ocze­kują dal­szego ciągu. Temu pisar­skiemu eks­pe­ry­men­towi towa­rzy­szy dziwne, pełne entu­zja­zmu, ale też onie­śmie­la­jące wra­że­nie: z jed­nej strony mam wam do prze­ka­za­nia wiele rze­czy i liczę, że okażą się przy­datne, jed­nak z dru­giej wiem, jak wiel­kie są wasze ocze­ki­wa­nia, jak nie­na­sy­cona cie­ka­wość i jak daleko idąca docie­kli­wość. Będzie­cie ska­no­wali wszyst­kie roz­wią­za­nia, które zapro­po­nuję. Mam nadzieję, że ta nowa książka przede wszyst­kim zaspo­koi waszą potrzebę rozu­mie­nia, a w dru­giej kolej­no­ści wywoła lawinę jesz­cze bar­dziej wni­kli­wych pytań. Wiem rów­nież, że do głosu doj­dzie wasza uczu­cio­wość. A to nie lada wyzwa­nie!

Wyda­nie dru­kiem Jak mniej myśleć to była (i wciąż jest) nie­sa­mo­wita przy­goda: ni­gdy wcze­śniej nie otrzy­ma­łam tylu elek­tro­nicz­nych i papie­ro­wych listów, postów i SMS-ów doty­czą­cych jakiej­kol­wiek mojej książki. Od chwili publi­ka­cji dostaję prze­cięt­nie dzie­sięć wia­do­mo­ści tygo­dniowo. Wasze odpo­wie­dzi, opi­nie i pyta­nia już zaj­mują wię­cej miej­sca niż sam tekst książki! Rów­nież za to wyra­żam wdzięcz­ność: dzię­kuję, że poświę­ci­li­ście tyle czasu, by dzie­lić się ze mną waszymi odczu­ciami. Pra­gnę też prze­pro­sić, że nie odpo­wie­działam na tę całą kore­spon­den­cję. Przy­znaję, że przy­tło­czyła mnie ona: nacho­dzące maile spy­chały poprzed­nie na dal­sze strony, coraz to dalej i dalej… Do tej pory nie opra­co­wa­łam metody opty­mal­nego zarzą­dza­nia skrzynką odbior­czą. Prze­pra­szam zatem wszyst­kich, któ­rym nie odpo­wie­działam. Napi­sa­łam inne książki, które także budzą żywy oddźwięk. Wpraw­dzie czy­tam każdy nad­cho­dzący list, jed­nak nie mogę reago­wać na tasiem­cową kore­spon­den­cję. Jest to bar­dzo fru­stru­jące i dla was, i dla mnie!

 

W swo­ich listach skła­da­li­ście mi gorące, żar­liwe, także czułe podzię­ko­wa­nia: nie­któ­rzy zwra­cali się do mnie „droga Chri­stel”, ści­skali mnie, cało­wali… Wielu zwie­rzało mi się z dozna­wa­nych cier­pień: „Po tylu latach udręki wresz­cie dowia­duję się, kim jestem”. Wstrzą­snęły mną nie­które maile, zwłasz­cza tchnące roz­pa­czą; ich treść czę­sto spro­wa­dzała się do kon­klu­zji: „Oca­liła mnie Pani przed samo­bój­stwem”. Dzie­li­li­ście się ze mną swo­imi życio­wymi doświad­cze­niami, swo­imi przy­pusz­cze­niami, rela­cjo­no­wa­li­ście (nie­raz na kilku stro­nach) swoje men­talne wędrówki, wresz­cie zasy­py­wa­li­ście mnie pyta­niami…

Pod­czas kon­sul­ta­cji w gabi­ne­cie mogli­śmy razem znaj­do­wać opar­cie w tre­ści Jak mniej myśleć i korzy­sta­jąc ze zgro­ma­dzo­nej przez każ­dego wie­dzy o sobie samym, czy­nić postępy w odkry­wa­niu waszych psy­chicz­nych mecha­ni­zmów. Mogli­śmy sta­wiać hipo­tezy, a następ­nie potwier­dzać je bądź odrzu­cać. A że wasza kre­atyw­ność jest nie­spo­żyta, zaska­ki­wa­li­ście mnie, nie­kiedy nawet wpra­wia­jąc w podziw, kon­struk­tyw­nym spo­so­bem, w jaki czy­ni­li­ście uży­tek ze zdo­by­tej wie­dzy o waszej oso­bo­wo­ści. Krótko mówiąc, muszę wyznać, że praca z wami i dal­sze wspólne docie­ka­nie, jak funk­cjo­nują wasze umy­sły, spra­wiają mi ogromną przy­jem­ność!

Nie­któ­rzy spo­śród was pytali, jakie są moje kom­pe­ten­cje do zaj­mo­wa­nia się tema­tem nad­wy­daj­no­ści. Spo­dzie­wali się, że po prze­pro­wa­dze­niu wielu sek­cji mózgu wyizo­lo­wa­łam neu­ron, gen czy sekwen­cję DNA odpo­wie­dzialne za tę cechę. Doma­gali się nie­za­wod­nego testu, który wyka­załby bez­a­pe­la­cyj­nie, że są nad­wy­dajni. Nie­kiedy trak­to­wali mnie podejrz­li­wie: skąd po jed­nej roz­mo­wie, a nawet po kilku zda­niach, mogę wie­dzieć, że nie są nor­mal­nie myślący? Nie­ła­two wyja­śnić, że mał­pio zwinna myśl, ska­cząca od jed­nego pomy­słu do dru­giego i odbi­ja­jąca się od nich jak piłeczka ping­pon­gowa, ujaw­nia się z reguły w pierw­szym zda­niu! Czę­sto czu­łam się jak bota­nik z żołę­dziem w dłoni, sto­jący naprze­ciw podejrz­li­wej osoby, któ­rej trzeba udo­wod­nić, że spadł on z dębu.

Tak więc: jakie są moje kom­pe­ten­cje do zaj­mo­wa­nia się tym tema­tem? Nie łam­cie sobie głowy: żadne! I dzięki temu mogłam podejść do tych spraw w spo­sób nie­tu­zin­kowy. Moja spe­cjal­ność to komu­ni­ka­cja mię­dzy­ludzka i roz­wój oso­bi­sty. Mogłam pro­wa­dzić swoje bada­nia tylko w inte­rak­cji z wami, bez jakie­go­kol­wiek „pato­lo­gi­zo­wa­nia”. W trak­cie pracy, jaką wyko­nuję, w pierw­szej kolej­no­ści słu­cha się, obser­wuje i doku­men­tuje, następ­nie segre­guje dane i zesta­wia je ze sobą, by wresz­cie przejść do syn­tezy. Takie roz­mowy, w któ­rych gro­ma­dzi się infor­ma­cje, nie suge­ru­jąc odpo­wie­dzi, socjo­lo­go­wie okre­ślają mia­nem wywia­dów jako­ścio­wych. Oka­zuje się, że już od dwu­dzie­stu lat całymi dniami robię tylko i wyłącz­nie wywiady jako­ściowe! Tak naprawdę to wy napi­sa­li­ście Jak mniej myśleć i wła­śnie dla­tego w tej książce od pierw­szej do ostat­niej strony roz­po­zna­wa­li­ście samych sie­bie.

Tym razem rów­nież słu­cha­łam was, obser­wo­wa­łam, wypy­ty­wa­łam. Na ile to było moż­liwe, zapo­zna­łam się z waszą jakże obfitą kore­spon­den­cją, sta­ra­łam się zro­zu­mieć, co was nur­tuje, co nie­po­koi, i wraz z wami szu­ka­łam moż­li­wych roz­wią­zań. Oczy­wi­ście zebra­łam obszerną doku­men­ta­cję. Książka, którą obec­nie czy­ta­cie, jest w znacz­nej mie­rze waszym dzie­łem, gdyż powstała we współ­pracy z wami, dzięki waszej aktyw­no­ści i zapa­łowi. Wszyst­kim ser­decz­nie dzię­kuję za wydatne wzbo­ga­ce­nie tej publi­ka­cji.

Para­dok­sal­nie, mimo że składa się ona w zasa­dzie z dostar­czo­nych przez was tre­ści, mam nadzieję, że nie­raz was zasko­czę, przed­sta­wia­jąc nowa­tor­skie spo­soby rozu­mo­wa­nia. Posta­no­wi­łam popro­wa­dzić was ścież­kami innymi niż wska­zy­wane przez auto­rów zna­nych mi ksią­żek i arty­ku­łów o nie­prze­cięt­nych zdol­no­ściach. Ofe­ruję wam eks­plo­ra­cję wie­lo­kie­run­kową: autyzm, utra­co­nego bliź­niaka, sza­ma­nizm, fizykę kwan­tową, szym­pansy… Radzę wam prze­czy­tać książki wymie­nione w mojej biblio­gra­fii: znaj­dzie­cie w nich następne wska­zówki i pogłę­bi­cie wie­dzę o pro­po­no­wa­nych przeze mnie spo­so­bach postę­po­wa­nia. Ze swo­jej strony odpo­wiem na nie­które z zada­wa­nych mi pytań: o hiper­emo­cjo­nal­ność, o sto­sunki ze świa­tem pracy, o miłość… a także na takie, które zapo­mi­na­cie zadać sami sobie: o pie­nią­dze, o nie­unik­nione obo­wiązki spo­łeczno-towa­rzy­skie, o wza­jem­ność nie­zbędną w kon­tak­tach mię­dzy ludźmi… Zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem opra­co­wa­łam, strona po stro­nie, spójną metodę rozu­mo­wa­nia, pro­szę więc, byście podą­żali za mną krok po kroku. Choć zdaję sobie sprawę, że nie­któ­rzy z was zde­cy­dują się na wyryw­kowe czy­ta­nie tych stro­nic!

Przede wszyst­kim jed­nak jesz­cze raz chcia­ła­bym z całego serca podzię­ko­wać za oka­zy­wane mi zaufa­nie wszyst­kim tym, któ­rzy trzy­mają w rękach tę nową książkę. Tak wiele mam wam do powie­dze­nia, nie traćmy więc czasu. W drogę!

Roz­dział 1. Ana­liza waszej kore­spon­den­cji

Roz­dział 1

Ana­liza waszej kore­spon­den­cji

Sza­nowna Pani,

pisać do Pani oso­bi­ście to dla mnie zaszczyt. Przy­pusz­cza­łam, że do Pani trudno dotrzeć, ale w trak­cie swo­ich poszu­ki­wań z przy­jem­no­ścią stwier­dzi­łam, że wcale tak nie jest.

Latem 2012 roku za namową zna­nej księ­garni wysył­ko­wej zaj­rza­łam do roz­pro­wa­dza­nego przez nią kata­logu, gdzie zauwa­ży­łam Jak mniej myśleć Pani autor­stwa. Mam dwa­dzie­ścia cztery lata i już od wcze­snego dzie­ciń­stwa nie­ustan­nie sły­szę to zda­nie: „Za dużo myślisz”1, które za każ­dym razem potę­guje we mnie poczu­cie nie­zro­zu­mie­nia, a także wąt­pli­wość, czy jestem przy zdro­wych zmy­słach.

Pani książkę, którą kupi­łam raczej dla roz­rywki, zacie­ka­wiona jej tema­tyką, pochło­nę­łam w tydzień! Dla mnie to była rewe­la­cja… Czy­ta­jąc na kolej­nych stro­nach ana­lizy psy­chiki Pani pacjen­tów, stop­niowo nabie­ra­łam prze­ko­na­nia, że te wszyst­kie słowa są skie­ro­wane do mnie. Nie do wiary. Roz­re­kla­mo­wa­łam dzieło w swoim oto­cze­niu, szczę­śliwa, że temu „ana­li­zo­wa­niu bez końca” można wresz­cie przy­pi­sać uży­wane przez Panią poję­cie: „nad­wy­daj­ność men­talna”. Moja kam­pa­nia czy­tel­ni­cza wśród bli­skich odnio­sła wielki suk­ces w przy­padku osób, któ­rych umysł ma skłon­ność do autoana­lizy, czyli upra­wia­ją­cych self thin­king, nato­miast odpo­wiedź tych bar­dziej przy­ziem­nych była z reguły taka sama: „Takie książki są jak horo­skopy. Ich treść jest tak sfor­mu­ło­wana, żebyś mogła się z nią iden­ty­fi­ko­wać i od razu poczuć zro­zu­miana. Jesteś pewna, że nie stoi za tym jakaś sekta?”. Wyobra­żam sobie, jaki uśmiech wywo­łuje to na Pani twa­rzy…

Tak więc całymi mie­sią­cami mówi­łam sobie, że to jest to. W końcu mogłam jakoś zaszu­flad­ko­wać tę cechę cha­rak­teru, którą od pew­nego czasu usi­ło­wa­łam tłu­mić, zwłasz­cza stwier­dziw­szy zni­komą reak­cję na moją odmien­ność tych, z któ­rymi się sty­ka­łam. Teraz mia­łam wra­że­nie, że naprawdę jestem z innej pla­nety i że wła­śnie zna­la­złam brat­nią duszę.

Jed­nak oce­nia­jąc to z dzi­siej­szej per­spek­tywy, zasta­na­wiam się, czy tro­chę nie prze­bra­łam miary. Gdy o tym mówię, nie­któ­rzy mi odpo­wia­dają: „Och, tak, ja też bez prze­rwy myślę. Cza­sem tak bar­dzo pra­gnę, żeby to się skoń­czyło!”.

W takich przy­pad­kach skła­niam się ku trzem hipo­te­zom:

– źle wyja­śni­łam swoją teo­rię,

– ci ludzie są rze­czy­wi­ście nad­wy­dajni men­tal­nie (w co jed­nak wąt­pię, bo w takim razie byłoby ich na świe­cie mnó­stwo…),

– a może ja wcale nie jestem nad­wy­dajna i tylko wsku­tek złej inter­pre­ta­cji roz­po­zna­łam sie­bie w Pani książce…

Chcia­ła­bym jesz­cze napi­sać o czymś innym. Odkąd uzna­łam sie­bie za nad­wy­dajną men­tal­nie, naj­pierw odczu­łam ulgę, że wresz­cie ktoś mnie rozu­mie i że w tej sytu­acji nie jestem sama, a następ­nie zaczę­łam prze­ce­niać swoje zdol­no­ści inte­lek­tu­alne, co mnie naraża na nie­miłe nie­spo­dzianki. I tak, mam lekką skłon­ność do trak­to­wa­nia ludzi z góry, więc codzien­nie pra­cuję nad zmianą tej postawy (choć odkry­cie mojej nad­wy­daj­no­ści nie skło­niło mnie do więk­szej roz­wagi). Niech Pani jed­nak nie myśli, że woda sodowa ude­rzyła mi do głowy. Prze­ciw­nie, jestem osobą hojną, altru­istką, trosz­czącą się (może nawet zbyt­nio?) o szczę­ście innych. Ale skoro napo­my­kam o wywyż­sza­niu się, ta wada prze­ja­wia się wyklu­cza­niem z mojego życia osób nie­in­te­li­gent­nych. Ota­czam się wyłącz­nie ludźmi o żywym umy­śle (nie­za­leż­nie od poziomu wykształ­ce­nia). Pod­trzy­my­wa­nie przy­jaźni z pozo­sta­łymi to, moim zda­niem, strata czasu, bo oni ni­gdy nie zrozu­mieją tego, co chcia­ła­bym im prze­ka­zać (pro­szę mi uwie­rzyć: pró­bo­wa­łam!). Zresztą świat roi się od ludzi inte­re­su­ją­cych i mają­cych jakąś pasję, jest tyle spraw, któ­rymi można się dzie­lić…

A moi rozu­mu­jący po kar­te­zjań­sku bli­scy na samo napo­mknie­nie, że zamie­rzam nawią­zać z Panią kon­takt, stwier­dzają: „Ojo­joj! Chyba ci odbiło. Pew­nie jako nasto­latka za dużo impre­zo­wa­łaś. Ta twoja teo­ria jest jakaś hipi­sow­ska. Aleś się zaga­lo­po­wała!”.

Dzię­kuję, kochani!

Czyli uznali mnie za wariatkę, a ja powoli zamy­ka­łam się jak ostryga, świę­cie prze­ko­nana, że mają rację. Ale tak było, zanim prze­czy­ta­łam Pani książkę. Teraz czuję, że wyprze­dzam zwy­kłych zja­da­czy chleba o kilka dłu­go­ści.

Mówiła Pani, co to zna­czy być nad­zwy­czaj­nie uzdol­nio­nym, mieć wyso­kie IQ. Wła­ści­wie to chcia­ła­bym zro­bić sobie ten test. Bo odkąd byłam małą dziew­czynką, nie­które osoby mówiły, że jestem „spe­cy­ficzna”, „bar­dzo inte­li­gentna” i że to się wyczuwa. Zresztą któ­re­goś dnia zaj­rza­łam do kwe­stio­na­riu­sza IQ, ale szybko się znie­chę­ci­łam: jak­bym waliła głową o mur. Byłam pewna, że nie dam sobie z tym rady!

Jak Pani dosko­nale wie, test składa się z logicz­nych, kar­te­zjań­skich pytań, jak ja to nazy­wam – z róż­nych „zadań z matmy”! A na mnie logika, rozu­mo­wa­nie, liczby dzia­łają jak płachta na byka, do tego stop­nia, że jesz­cze dziś mam trud­no­ści w życiu codzien­nym: po pro­stu nie potra­fię liczyć. Widząc, na czym polega ten reno­mo­wany test IQ, natych­miast pomy­śla­łam sobie: „A więc to jest defi­ni­cja czło­wieka inte­li­gent­nego??? No to ja na pewno nim nie jestem…”.

Poczu­łam się sfru­stro­wana, bo w głębi ducha zawsze wie­dzia­łam, że mam w sobie coś szcze­gól­nego.

Za tym, że należę do opi­sa­nej przez Panią kate­go­rii ludzi, prze­ma­wiają nastę­pu­jące argu­menty:

– Naprawdę myślę bez prze­rwy, za dużo. Jed­no­cze­śnie zadaję sobie pyta­nia o róż­nego rodzaju sprawy, od rana do wie­czora. Tak, jak­bym w tym samym cza­sie miała otwar­tych kilka nie­po­wią­za­nych ze sobą stron inter­ne­to­wych. Bywa, że upa­jam się tymi myślami.

– Odczu­wam głę­boką empa­tię wobec innych. Kiedy ktoś opo­wiada mi o swo­ich nie­szczę­ściach, natych­miast czuję ucisk w dołku, jakby to był mój pro­blem. Cza­sem po powro­cie do domu godzi­nami roz­my­ślam, jak go roz­wią­zać. Co gor­sza, nie­kiedy on obcho­dzi bar­dziej mnie niż tego, kto się nim ze mną podzie­lił. Wtedy zyskuję pew­ność, że ja, i tylko ja, mogę zna­leźć roz­wią­za­nie. A jeśli nawet nie spró­buję pomóc tej oso­bie, wpadnę w zły nastrój, będę miała poczu­cie winy. Skrajny ego­cen­tryzm?

– Gdy pierw­szy raz (a czę­sto i póź­niej) kogoś spo­ty­kam, lustruję go od stóp do głów: prze­cho­dzę w tryb ska­no­wa­nia i pytam sama sie­bie o głup­stwa, na przy­kład: „Pro­szę, choć jest opa­lona, ma jasną obwódkę wokół palca: gdzie była na waka­cjach? Teraz jed­nak jest marzec, za wcze­śnie na opa­la­nie! Pew­nie może sobie pozwo­lić na wyjazd do cie­płych kra­jów… A może ma w fir­mie ope­ra­tywną radę zakła­dową? Poza tym skąd ten ślad po pier­ścionku? Czemu już go nie nosi? To był pier­ścio­nek noszony dla ozdoby czy obrączka? Jeśli to ostat­nie, dla­czego się roz­wio­dła? Zresztą może owdo­wiała… Ale jeśli nie, to kto porzu­cił kogo? I dla­czego? Jak ona prze­żyła to roz­sta­nie?”. I to wszystko trwa minutę, gdy przed­sta­wia­jąc się, uprzej­mie ści­skam wycią­gniętą dłoń.

Rzecz jasna, to jest tylko jeden z wielu przy­kła­dów. Cza­sami te ana­li­tyczne pyta­nia tak mnie przy­tła­czają, że mam ochotę krzyk­nąć do swo­jego dru­giego ja, żeby prze­stało, że dość już tego, że jestem tym wykoń­czona! Odkąd prze­czy­ta­łam Pani książkę, poczy­ni­łam spore postępy! Udaje mi się czę­ściowo kana­li­zo­wać swoje emo­cje; ina­czej cał­kiem bym zwa­rio­wała.

 

(…)

Sza­nowna Pani, jestem ogrom­nie wdzięczna, że prze­czy­tała Pani moją opo­wieść. Mia­łam oka­zję się wywnę­trzyć przed kimś, kto potrafi mi pomóc, a to przy­nio­sło mi sza­loną ulgę. Życzę powo­dze­nia i jesz­cze raz dzię­kuję za poświę­ce­nie mi czasu.

Ser­decz­nie pozdra­wiam

Amélie

Ten mail Amélie, repre­zen­ta­tywny dla całej waszej kore­spon­den­cji, w zasa­dzie stresz­cza wszystko, z czego mi się zwier­za­cie. Prze­cież każdy z was mógłby napi­sać to samo. Także obję­tość tek­stu nie wykra­cza poza śred­nią waszych listów. Może teraz zro­zu­mie­cie, że trudno mi było nadą­żyć za nad­cho­dzącą pocztą! Cza­sem pisze­cie z całą naiw­no­ścią: Zdaje sobie Pani sprawę, że przy tak poważ­nym tema­cie nie mogę się ogra­ni­czyć do pię­ciu lini­jek albo: Zamiast mniej myśleć, wię­cej mówię… Tysiąc­krot­nie prze­pra­szam, zało­ży­łam sobie, że nie będę się roz­pi­sy­wać, bo wiem, że i tak musi Pani tyle czy­tać… więc na tym poprze­stanę. Ale zda­rzają się maile kil­ku­na­sto­stro­ni­cowe i wtedy naprawdę to już lekka prze­sada, zwłasz­cza gdy autor koń­czy sło­wami: Nie wiem, czy Pani na ten mail odpo­wie ani czy go Pani nawet prze­czyta, ale tak przy­jem­nie było ubrać w słowa swoje odczu­cia.

Nie­jed­no­krot­nie mnie wku­rza­li­ście: na przy­kład wtedy, gdy z nie­po­ha­mo­wa­nym zapa­łem pisa­li­ście do mnie już po prze­czy­ta­niu pierw­szych stron, zada­jąc mnó­stwo pytań, na które odpo­wia­dam w dal­szej czę­ści książki. Rekord należy tu do Sébastiena: po godzin­nej lek­tu­rze przy­słał mi swoje uwagi i zapo­wie­dział następne na koń­co­wym eta­pie czy­ta­nia! Wydaje mi się, że nie­któ­rzy prze­czy­tali książkę za szybko, praw­do­po­dob­nie na wyrywki, jak to macie w zwy­czaju, mimo mojej usil­nej prośby o podą­ża­nie krok po kroku ścieżką rozu­mo­wa­nia, którą dla was wyty­czy­łam. Może o tym świad­czyć choćby nie­pełne rozu­mie­nie poję­cia „nad­wy­daj­ność”. Odkry­łam też u nie­któ­rych, zwłasz­cza przy oka­zji kon­tak­tów na Face­bo­oku, pewne cechy oso­bo­wo­ści para­no­icz­nej. Doszło nawet do zgrzy­tów, które dziś by mnie roz­śmie­szyły, gdy­bym nie wie­działa, jaką przy­krość wam spra­wiły przy waszej ogrom­nej wraż­li­wo­ści. Byli i tacy, któ­rzy naj­pierw mnie ide­ali­zo­wali, by potem w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie znie­na­wi­dzić! W sumie jed­nak uwa­żam nasze sto­sunki za ser­deczne i kon­struk­tywne. Jakaż to przy­jem­ność czy­tać, co pisze­cie, słu­chać was, pozna­wać was na spo­tka­niach autor­skich! Dzię­kuję za oka­zaną mi uprzej­mość, hoj­ność, za waszą pogodę ducha i radość życia. To szczę­ście mieć takich czy­tel­ni­ków!

Dobrą syn­tezę waszych odczuć po prze­czy­ta­niu Jak mniej myśleć sta­nowi poniż­szy SMS:

Chri­stel, mam nadzieję, że u Pani wszystko w porządku. Chcia­ła­bym zacy­to­wać SMS, który wła­śnie otrzy­ma­łam: „Bar­dzo Ci jestem wdzięczny i… jed­no­cze­śnie na Cie­bie wście­kły [!] za to, że pora­dzi­łaś mi prze­czy­tać Jak mniej myśleć. Wła­śnie dotar­łem do końca; to doświad­cze­nie oka­zało się zara­zem cenne i wstrzą­sa­jące: przy wielu frag­men­tach łzy napły­wały mi do oczu. W sumie bilans jed­nak jest pozy­tywny, a więc DZIĘ­KUJĘ ”. Życzę Pani przy­jem­nego lata!

Ale­xan­dra

Prze­waż­nie tra­fia­li­ście na moją książkę z dwóch powo­dów:

– ktoś ją wam pole­cił bądź poda­ro­wał w geście przy­jaźni;

– wpa­dła wam w ręce zupeł­nie przy­pad­kowo, w sytu­acji, którą mi potem długo i szcze­gó­łowo opi­sy­wa­li­ście, a ten dziwny zbieg oko­licz­no­ści nastę­po­wał aku­rat wtedy, gdy lek­tura oka­zy­wała się dla was szcze­gól­nie poży­teczna. Prze­pa­dam za tego rodzaju syn­chro­ni­za­cją!

Od pew­nego czasu pisze­cie, że to lekarz lub tera­peuta dora­dził czy nawet pole­cił wam prze­czy­ta­nie mojej książki. Chcia­ła­bym podzię­ko­wać tym pro­fe­sjo­na­li­stom za otwar­tość umy­słu i oka­zane mi zaufa­nie. Jestem szczę­śliwa i dumna z tego, że moje dziełko uważa się za jedno z narzę­dzi tera­peu­tycz­nych.

Poza tym, podob­nie jak przy­ja­ciel Ale­xan­dry, twier­dzi­cie, że książka zro­biła na was ogromne wra­że­nie. Wszy­scy czę­sto śmia­li­ście się i pła­ka­li­ście, cier­pie­nie mie­szało się z uczu­ciem ulgi, a radość z gnie­wem. Dla wielu ta lek­tura była wstrzą­sem, na szczę­ście pozy­tyw­nym; dla nie­któ­rych kołem ratun­ko­wym, zła­pa­nym w chwili, gdy już mieli iść na dno. Pewne osoby pisały nawet, że ura­to­wa­łam im życie czy oca­li­łam przed popad­nię­ciem w obłęd. Jakie to szczę­ście, że można w ten spo­sób komuś pomóc! Wasza wdzięcz­ność wzru­sza mnie do głębi. Więk­szość z was roz­po­zna­wała w mojej książce sie­bie, od pierw­szej do ostat­niej linijki. Ta pra­wi­dło­wość jest zaska­ku­jąca. Albo to, co piszę, podoba się wam, albo nie. Pisze­cie, że jesz­cze ni­gdy żaden autor tak was nie zro­zu­miał, nie scha­rak­te­ry­zo­wał. Nie­któ­rych krę­po­wało to, że zostali tak dogłęb­nie prze­świe­tleni, więk­szość jed­nak doce­niła, że naresz­cie ktoś wyszedł im naprze­ciw. Cza­sem jakaś osoba z zaże­no­wa­niem przy­znaje, że roz­po­znała u sie­bie pewne opi­sy­wane cechy, ale nie wszyst­kie… Wtedy ja, uda­jąc zdzi­wie­nie, pytam: „Ach tak? A któ­rych pan(i) u sie­bie nie roz­po­znał(a)?”. Odpo­wiedź jest zawsze taka sama i nie­zmien­nie mnie bawi: osoba ta roz­po­znała u sie­bie wła­ści­wie wszyst­kie cechy opi­sane w prze­czy­ta­nej od deski do deski książce, oprócz inte­li­gen­cji! Widocz­nie frag­ment doty­czący tego tematu stwa­rza jakiś pro­blem. Będziemy zatem musieli nieco pogłę­bić ten aspekt nad­wy­daj­no­ści.

Wyko­rzy­stu­jąc prze­strzeń swo­bod­nej wymiany myśli, z ogrom­nym wyczu­ciem rela­cjo­no­wa­li­ście swoje doświad­cze­nia ponadzmy­słowe. Podob­nie jak wielu z was, Carole pisze:

Chcia­ła­bym zwró­cić uwagę, że na stro­nie 502 pisze Pani o doświad­cze­niach mistycz­nych, zazna­cza­jąc, że nie chcia­łaby zbyt­nio się na ten temat roz­wo­dzić, ja jed­nak zapew­niam, że jestem tym żywo zain­te­re­so­wana: jasno­widz­two, jed­ność z naturą, prze­czu­cia, postrze­ga­nie aury, ener­ge­tycz­ność powie­trza (przy sza­rym czy błę­kit­nym nie­bie), fizyczne odczu­wa­nie czy­jejś obec­no­ści, wspo­mi­na­nie poprzed­nich egzy­sten­cji (zwłasz­cza w związku z Egip­tem i mumi­fi­ka­cją). Dzię­kuję więc za to, że Pani te kwe­stie przy­naj­mniej poru­szyła. Ja w znacz­nej mie­rze żyję nimi: skła­dają się na moją rze­czy­wi­stość. Pomo­gły mi osoby mediu­miczne, pod­czas gdy psy­cho­lo­go­wie i psy­chia­trzy tłu­ma­czyli, że mam halu­cy­na­cje albo oso­bo­wość nar­cy­styczną. Dla mnie wszystko to jest zależne od funk­cjo­no­wa­nia mózgu. (Wcze­śniej zapo­zna­łam się z tre­ścią pre­lek­cji Jill Bolte Tay­lor).

Oczy­wi­ście zare­ago­wała pani spon­ta­nicz­nie na hiper­este­zję, opo­wia­da­jąc, jak róż­no­rod­nie prze­ja­wia się w pani życiu. Dzięki pozy­tyw­nemu nasta­wie­niu wspa­niale wyra­ziła pani swoją wraż­li­wość, zmy­sło­wość, zdol­ność dozna­wa­nia przy­jem­no­ści. Nega­tywne aspekty hiper­este­zji przy­spa­rzają wam wszyst­kim stresu i pogar­szają samo­po­czu­cie, czego nie może zro­zu­mieć oto­cze­nie, które sądzi, że po pro­stu maru­dzi­cie. Opi­sy­wa­li­ście mi w poetycki spo­sób swoją syne­ste­zję. Nie­któ­rzy mówili o zdol­no­ści do wykry­wa­nia w powie­trzu elek­trycz­no­ści sta­tycz­nej i o uldze, jaką odczu­wają, gdy po desz­czu kon­cen­trują się w atmos­fe­rze jony ujemne. Kilka osób pytało mnie, czy hiper­este­zja może być przy­czyną nad­wraż­li­wo­ści na pole czy fale elek­tro­ma­gne­tyczne, na Wi-Fi albo na tele­fony komór­kowe. Sądzę, że tak, ale nie potra­fię tego uza­sad­nić, uży­wa­jąc nauko­wych argu­men­tów.

W dal­szej czę­ści książki bar­dziej szcze­gó­łowo zaj­miemy się waszym bra­kiem poczu­cia wła­snej war­to­ści, trud­no­ściami, jakie musi­cie poko­ny­wać w miło­ści, w pracy, w spo­łe­czeń­stwie. Zada­li­ście mi wiele pytań, a ja mogę zapro­po­no­wać odpo­wie­dzi przy­naj­mniej na nie­które.

W waszych reak­cjach wśród tylu pozy­ty­wów można zauwa­żyć dwa mroczne obszary: odno­sze­nie się do was nor­mal­nie myślą­cych i sto­sunki z mani­pu­la­to­rami.

Co do tych pierw­szych, wielu z was wyra­ziło zado­wo­le­nie, że naresz­cie mogą zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nują te osoby. To bar­dzo uła­twiło wam rela­cję z nimi. Nie­któ­rzy stwier­dzili, że są zaszo­ko­wani, bo w spo­so­bie, w jaki przed­sta­wiam nor­mal­nie myślą­cych, dopa­trzyli się próby ich dys­kre­dy­to­wa­nia. Dziwi mnie to. Nie mia­łam naj­mniej­szego zamiaru kogo­kol­wiek zdys­kre­dy­to­wać. Mia­nem „nor­mal­nie myślą­cych” okre­ślam po pro­stu ludzi, któ­rzy myślą nor­mal­nie, a więc stan­dar­dowo. Takie osoby spe­cja­li­ści od auty­zmu nazy­wają „neu­ro­ty­po­wymi”. Jeżeli ter­min „ludzie nor­mal­nie myślący” wydaje się wam pejo­ra­tywny, uży­waj­cie innego: „ludzie neu­ro­ty­powi”. Dla mnie oby­dwa okre­śle­nia się uzu­peł­niają. Dałam wam klu­cze do zro­zu­mie­nia samych sie­bie oraz nor­mal­nie myślą­cych. Sądzi­łam, że i oni ucie­szą się z otrzy­ma­nego sche­matu inter­pre­ta­cji ludzi nad­wy­daj­nych. Ku mojemu wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu tak się jed­nak nie stało.

Amélie pisze: Moja kam­pa­nia czy­tel­ni­cza wśród bli­skich odnio­sła wielki suk­ces w przy­padku osób, któ­rych umysł ma skłon­ność do auto­ana­lizy, czyli upra­wia­ją­cych self thin­king, nato­miast odpo­wiedź tych bar­dziej przy­ziem­nych była w zasa­dzie taka sama: „Nie, takie książki są jak horo­skopy. Ich treść jest tak sfor­mu­ło­wana, żebyś się mogła z nią iden­ty­fi­ko­wać i od razu poczuć zro­zu­miana. Jesteś pewna, że nie stoi za tym jakaś sekta?”. Wyobra­żam sobie, jaki uśmiech wywo­łuje to na Pani twa­rzy… Nie, Amélie, nie uśmiech­nę­łam się! Podob­nie jak ta kore­spon­dentka, Xavier zauważa, jak bar­dzo roz­cza­ro­wało go przy­ję­cie książki przez nor­mal­nie myślą­cych: Od razu wiem, kiedy mam z kimś takim do czy­nie­nia. Wystar­czy, że coś komuś powiem o Pani książce. Jeśli to nad­wy­dajny, zasy­puje mnie pyta­niami. Widać, że temat go pasjo­nuje. Jeśli nor­mal­nie myślący, naj­pierw zapada lodo­wate mil­cze­nie, a potem roz­mówca pod byle pre­tek­stem zmie­nia temat. Nie­które spo­śród matek i żon, przy­zna­ją­cych się do prze­czy­ta­nia książki, w jej tre­ści roz­po­znały swoje dzieci lub mężów. Pro­siły, abym dora­dziła, jak z nimi postę­po­wać. Lek­tura spra­wiła nato­miast przy­krość dwom nor­mal­nie myślą­cym mężom zako­cha­nym w swo­ich nad­wy­daj­nych żonach. Każdy, zachwy­cony apa­ry­cją, uprzej­mo­ścią, żywio­ło­wo­ścią i inte­li­gen­cją swo­jej mał­żonki, po sto­icku zno­sił jej wysoką emo­cjo­nal­ność, wąt­pli­wo­ści, waha­nia nastro­jów. Dowie­dziaw­szy się z mojej książki, że osoba nad­wy­dajna naraża się na nudę, żyjąc z nor­mal­nie myślą­cym part­ne­rem, popa­dli w przy­gnę­bie­nie. Zasmu­ciło mnie, że moje stwier­dze­nie oka­zało się dla nich krzyw­dzące. Wysi­łek, jaki uczy­nili, czy­ta­jąc Jak mniej myśleć, by lepiej rozu­mieć swoje nad­wy­dajne panie, dowo­dzi, że odzna­czają się otwar­to­ścią umy­słu. Ich uczu­cia są jed­nak tak wyso­kiej próby, że jak sądzę, ich nor­mal­ność powinna dla part­ne­rek sta­no­wić raczej źró­dło sta­bi­li­za­cji i uko­je­nia, niż wywo­ły­wać nudę. Mam nadzieję, że kon­struk­tywna dys­ku­sja po tej lek­tu­rze przy­czyni się do poprawy rela­cji, a nie do ich zerwa­nia!

Pod­su­mo­wu­jąc, z waszych opi­sów reak­cji nor­mal­nie myślą­cych wynika, że nie­wielu z nich prze­czy­tało moją książkę. Bar­dzo nie­liczni przy­znali, że zna­leźli w niej klucz do zro­zu­mie­nia nad­wy­daj­no­ści bli­skiej im osoby. Więk­szość jed­nak oka­zuje obo­jęt­ność lub lek­ce­wa­że­nie. Horo­skop, sekta, dema­go­gia, wresz­cie miaż­dżący argu­ment: moda. Rów­no­cze­śnie coraz czę­ściej sta­wiane są dia­gnozy: cho­roba dwu­bie­gu­nowa, hiper­ak­tyw­ność, zabu­rze­nia uwagi. Gdy jed­nak ter­min „nad­wy­daj­ność” jest nad­uży­wany, bo odmie­nia się go przez wszyst­kie przy­padki, może z niego wypa­ro­wać treść. O ludziach nie­prze­cięt­nie zdol­nych, nad­wraż­li­wych, wysoko emo­cjo­nal­nych mnożą się nafa­sze­ro­wane bana­łami arty­kuły, któ­rych auto­rzy, wywa­ża­jąc otwarte drzwi, wywo­łują u czy­tel­ni­ków prze­syt i nie­smak.