Ciężar pianinaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

The Reise

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: The Weight of Piano

Redakcja: Anna Brzezińska

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcie na okładce: © Elly De Vries / Trevillion Images

Zdjęcie autorki: © Lauren Volness

Korekta: Aleksandra Ślósarska, Beata Wójcik

Copyright © 2019 by Chris Cander

Published by the Agreement with Salky Literary Management, USA and Book/lab Literary Agency, Poland

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Frątczak-Nowotny

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-998-3


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla mojej ślicznej Sashy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


ukryte w gęstych lasach wysoko w rumuńskich górach, gdzie zimy były wyjątkowo mroźne i długie, rosły świerki, z których powstawały doskonałe pianina i fortepiany, słynące z ciepłej barwy dźwięku i chwalone przez wielbicieli Schumanna i Liszta. Tylko jeden człowiek wiedział, jak je wybierać.

Kiedy z drzew opadły liście i śnieg pokrył ziemię, Julius Blüthner wyruszał pociągiem z Lipska, by rozpocząć swoją samotną wędrówkę przez lasy. Z powodu dużej wysokości i srogich mrozów drzewa rosły tu bardzo powoli. Rosły proste i silne, stawiając opór żywiołom, a ich słoje pełne były kalafonii. Blüthner kiwał głową młodym drzewom, od czasu do czasu dotykał ich kory w geście powitania. Szukał starszych, takich, których gałęzi nie mógł dosięgnąć, których pnie osiągały taką średnicę, że gdyby stał za nimi niedźwiedź, nie byłby w stanie go dojrzeć. Idąc, stukał w nie laską, przykładał ucho do tych, które wskazywała mu intuicja, nasłuchując ukrytej w ich wnętrzu muzyki. Słyszał ją wyraźniej niż jakikolwiek inny budowniczy pianin i fortepianów, wyraźniej niż Ignaz Bösendorfer, Carl Bechstein czy Henry Steinway. Kiedy znajdował drzewo, którego szukał, znakował je kawałkiem czerwonej włóczki, odróżniającej się wyraźnie na tle białego śniegu.

Potem wynajęci przez niego drwale ścinali drzewa. Blüthner bacznie się im przyglądał i wybierał najlepsze okazy, kierując się tym, jak padały na ziemię. Tylko pnie, które miały co najmniej siedem słojów regularnie rozmieszczonych w jednym centymetrze, trafiały na sanie i zostawały wywiezione z lasu. Potem płynęły statkiem do Niemiec. Najlepsze z nich stawały się w przyszłości płytami rezonansowymi: bijącymi sercami słynnych pianin i fortepianów Blüthnera.

By pnie nie pękały, musiały być mokre do chwili dotarcia do tartaku. Tam cięto je na ćwierćwałki, by wydobyć z nich najczystszy dźwięk. Wióry trafiały do pieca, ogrzewały tartak i napędzały maszyny parowe. Z powodu sęków i różnego rodzaju nierówności, które wychodziły na jaw dopiero podczas cięcia, także spora część wyselekcjonowanego już drewna lądowała w piecu. Drewno, które zostało, było niemal idealne: białe w kolorze, lekkie i elastyczne. Ledwie widoczne ślady słojów były gęste i biegły równolegle do siebie przez całą długość deski. Surowe drewno musiało leżakować co najmniej dwa lata, podczas których deski przykrywano i odkrywano, aż wilgotność zmalała do około czternastu procent.

Wówczas przewożono je wozem ciągniętym przez konie do ogromnej fabryki Blüthnera w zachodniej części Lipska i układano w ogrzewanych pomieszczeniach na półkach pod sufitem. Spędzały tam kolejne kilka miesięcy. Nadal jednak nie były gotowe, by zostać zamienione w instrument. By mieć pewność, że płyta rezonansowa będzie w stanie zapewnić dźwiękom wyjątkową złocistą barwę, drewno musiało jeszcze kilka lat schnąć na świeżym powietrzu.

Pewnego dnia w 1905 roku Klavierbaumeister wybrał z wielką atencją odpowiednio sezonowane deski i skleił ich krawędzie tak, by powstała jedna płyta. Przyciął ją, nadając jej odpowiedni kształt i grubość. Musiała być na tyle elastyczna, by wibrować, ale i dostatecznie mocna, by wytrzymać napięcie ponad dwustu strun. Kiedy zakończył pracę, płyta wróciła do cieplejszego pomieszczenia, gdzie schła dalej, aż pewnego dnia do jej spodu, prostopadle do przewodów żywicznych, przytwierdzono cienkie listwy. Płyta ponownie nabrała nieco wilgoci, tyle by wierzch stał się lekko wypukły. Do niego miały następnie zostać zamocowane mostki: basowy i wiolinowy, które, spotykając się na wyniesieniu, opasywały go niczym dużą beczkę. Klavierbaumeister podziwiał swoją pracę: listwy, idealnie dopasowane do przewodów żywicznych, i idealną krzywiznę korony. Płyta rezonansowa, na którą patrzył, miała stać się sercem kolejnego instrumentu wyprodukowanego w tych zakładach – sześćdziesiąt sześć tysięcy osiemset dwudziestego piątego.

Rama żeliwna została zbudowana przez innych rzemieślników. Solidne wsporniki musiały być na tyle silne, by mogły udźwignąć wagę płyty rezonansowej i żeliwnej ramy. Strojnica została wycięta i przygotowana. Agrafy umieszczono na wysokości wyznaczającej długość strun. Trzeba było je naciągnąć, najpierw jednak należało wbić kołki stroikowe. Drewniane młoteczki zabezpieczono grubą warstwą tłoczonego na zimno filcu, pilnując, by z jednej strony była ona nieco cieńsza. Następnie montowano tłumiki oraz listwę pedałową z przekaźnikami i dźwignią. Skrzyni nadawano kolor hebanu, pokrywając drewno niezliczonymi warstwami lakieru. Rzemieślnicy prężyli mięśnie, zakasując rękawy.

 

Teraz niemal gotowy instrument trzeba było nastroić. Każda z dwustu dwudziestu strun musiała zostać odpowiednio naprężona i wyregulowana, by ruch palców dotykających klawiszy był właściwie przenoszony na uderzające w struny młoteczki.

W końcu, po latach trudów i starań wielu ekspertów, należało nadać instrumentowi odpowiednie brzmienie. Meister unosił lniane płótno zakrywające pianino i przesuwał dłonią po błyszczącej powierzchni. Dlaczego właśnie to pianino miało być szczególne? Każde było wyjątkowe, miało własną duszę i wyrazistą osobowość. To było poważne, lecz skromne, tajemnicze, lecz szczere. Lniane płótno opadało na podłogę.

– Co pragniesz powiedzieć światu? – pytał Meister.

Dotykał po kolei młoteczków, wsłuchując się w brzmienie każdej struny, przystrzygając i delikatnie kilkakrotnie mierzwiąc filc. Był jak diagnosta, który dotykał nerwów pod rzepką kolana pacjenta, badając jego reakcję. Za każdym razem pianino dawało zgodną odpowiedź: Halo, halo.

– Fertig – orzekł Meister, skończywszy pracę. Otarł rękawem pot z czoła, odgarnął z twarzy kosmyki siwych włosów. Cofnął się, by spojrzeć z pewnej odległości na skończony, nowy instrument, który – o ile zostanie dobrze „rozegrany” – będzie w stanie odnosić niewiarygodne sukcesy. Pierwsze lata były nieprzewidywalne, ale z czasem instrument się otworzy, tworząc własną, niepowtarzalną historię. Na razie był idealnym instrumentem, wyróżniającym się dużym potencjałem.

Meister ściągnął fartuch, siadając na beczce, która miała zastąpić mu taboret, i zaczął rozciągać palce. Zastanawiał się, jakim utworem ochrzcić pianino. Jednym z dzieł Schuberta, jego ulubionego kompozytora. Zagra rondo z jego przedostatniej Sonaty A-dur. Jej początkowe dźwięki były ładne, miały w sobie nadzieję i radość poprzedzające dalszy ciąg, bardziej melancholijny, poruszający. Idealna inauguracja lśniącego czarnego blüthnera. Pianino numer sześćdziesiąt sześć tysięcy osiemset dwadzieścia pięć.

– Posłuchajcie! – zawołał, ale w fabrycznym hałasie nikt go nie słyszał. – Oto rodzi się nowy instrument!

Dotknął palcem klawisza. C-dur, pierwsze dźwięki ronda. Nasłuchiwał. Dźwięk wyszedł mu na spotkanie z niewinnością i siłą pierwszego krzyku nowo narodzonego dziecka. Tak czysty, jak się tego spodziewał. Zaczął grać sonatę. Chciał, by to nowe, lśniące pianino weszło w życie z optymizmem, a jednocześnie miał świadomość, że straci ono swoją niewinność, gdy dotkną go rozpaczliwie ludzkie dłonie jego przyszłego właściciela.


clara lundy kopnęła taboret tak, że uderzył o przednią oponę chevroleta blazera z 1966 roku. Przerzuciła przez ramię zebrane w kucyk ciemnoblond włosy i pochyliła się nad silnikiem. Odkręciła śrubę pokrywy, zakrywając zawór papierowym ręcznikiem, by nie dopuścić do wycieku oleju. Odpowietrzyła przewody, wepchnęła papier do tylnej kieszeni spodni i podeszła do skrzynki z narzędziami. Wzięła z niej dwa klucze, 16 i 19 mm, i narzędzie umożliwiające szybkie rozłączenie części, po czym zeskoczyła zgrabnie do oblamowanego żółtą taśmą kanału, by kontynuować pracę. Usunęła mocowanie, wyjęła korek i usunęła gumową uszczelkę od strony wylotu filtra, tak by paliwo nie kapało jej do oczu. Nauczyła się tego dawno temu w warsztacie wuja i nigdy tego nie zapomniała.

– Clara? – Peter Kappas, jeden z trzech synów właściciela warsztatu, spoglądał na nią z góry. Popołudniowe słońce tworzyło aureolę wokół jego masywnej sylwetki. – Wrócił facet, któremu naprawiałaś zębatkę silnika. Twierdzi, że nadal hałasuje.

– Tak samo jak wtedy?

– Podobno coś przeskakuje. Pewnie śruby.

– Możesz się tym zająć? Kończę naprawiać filtr.

– Obiecałem, że corvetta będzie gotowa na piątą.

Clara sięgnęła po filtr.

– Dobrze, daj mi kwadrans. Sprawdzę, co się stało, ale jeśli to śruby mocujące, to będziesz musiał je ponownie wyrównać. Znajdziesz czas?

– Dla ciebie?

– Przestań.

Peter uniósł ręce.

– Żartowałem. Jasne, że się tym zajmę.

Clara dokręciła śruby i sprawdziła przewody. Przekręciła kluczyk w stacyjce, zaczekała, aż pompa paliwa zacznie pracować, po czym wyłączyła silnik. Powtórzyła to kilka razy. Siedząc w samochodzie, zerknęła w lusterko i zobaczyła w nim swoje odbicie. Zdziwiona stwierdziła, że wygląda na starszą niż swoje dwadzieścia sześć lat, jakby przez noc przybyło jej co najmniej dziesięć. Powieki, mimo lekkiego makijażu, nadal były spuchnięte po wczorajszym płaczu. Usta zamieniły się w kreskę, od kącików odchodziły drobne zmarszczki, zaciskała mocno zęby. Kiedy rozluźniła mięśnie szczęki, zobaczyła, że jej blade policzki zwisają, a kąciki ust wyginają się w dół. Plama smaru na czole – musiała powstać, kiedy odgarniała grzywkę z oczu – przypominała znamię na czole jej nieżyjącego już ojca. Spojrzała na swoje odbicie w lusterku i zobaczyła jego jasnobrązowe oczy, jasne rzęsy i wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Poczuła dziwny skurcz żołądka. Do starych smutków doszły nowe.

Przekręciła kluczyk i uruchomiła silnik blazera.

– Clara! Telefon do ciebie! – zawołał ktoś, przekrzykując hałas w warsztacie: odgłosy klucza dynamometrycznego, sprężarki powietrza, szurgot otwieranych i zamykanych szuflad z narzędziami, nieustające stukanie metalu, stale obecne dźwięki greckiego laïko, dochodzące ze stojącego w kącie, pokrytego smarem przenośnego radia, i pokrzykiwania po grecku i angielsku.

Brudnym ręcznikiem starła smar z czoła i podeszła do wiszącego na ścianie telefonu. Brat Petera, Teddy, chwycił ją za rękę.

– To Ryan – powiedział. – Może chcesz odebrać w biurze?

Wiedziała, że plotkowano o niej i o Ryanie. Anna, matka Petera, czytała z jej twarzy jak z otwartej książki, jakby Clara była jej córką. Uznała, że Ryan nie jest dla niej odpowiednią partią, i nie kryła się z tym. Niestety Clara, nie będąc tego świadoma, sama dostarczała wiele argumentów na potwierdzenie tego i wkrótce cała rodzina wiedziała już wszystko o jej życiu prywatnym. Nie przeszkadzało jej to, bo prawdę mówiąc, rzeczywiście byli dla niej jak rodzina.

Skinęła głową. Biuro ograniczało się właściwie do niewielkiego biurka stojącego pod ścianą w poczekalni, wciśniętego między lodówkę a ekspres do kawy. Nie zapewniało prywatności, ale ponieważ w tym momencie w warsztacie nie było klientów, Anna, która właśnie wypisywała zamówienie na części, pomachała jej ręką, rzucając ze swoim silnym akcentem:

– Masz minutę.

Clara usiadła, usiłując nie patrzeć na migające światełko w aparacie, które sygnalizowało czekającą rozmowę. Skupiła się na wiszących na ścianie oprawionych w ramki zdjęciach Sporadów: białej rodzinnej willi, pofalowanym kamienistym wybrzeżu i niewiarygodnie turkusowej wodzie.

Kiedy nie mogła dłużej zwlekać, wzięła głęboki wdech i podniosła słuchawkę.

– Cześć – powiedziała.

– Nie odbierasz komórki.

– Pracuję.

– Wszystko jedno. Posłuchaj. Biorę kilka dni wolnego, żebyś mogła spakować swoje rzeczy. Chciałbym, żebyś się wyprowadziła przed weekendem, okej?

– Co? Serio? Myślałam, że nadal rozmawiamy.

– Nie słuchałaś mnie wczoraj. Mam dosyć czekania, aż coś postanowisz. Ty tego nie chcesz.

– Tego nie powiedziałam. Poprosiłam tylko o więcej czasu. – Odwróciła się do ściany. – Ryan, proszę.

– Wiem, że potrzebowałaś czasu. I próbowałem ci go dać. Ale nie mogę wciąż kierować się tylko twoimi potrzebami. Chcę iść dalej. Założyć rodzinę. Chcę być z tobą, ale skoro to niemożliwe, to jaki mam wybór?

– Kocham cię, Ryan. Wiesz o tym. Ale małżeństwo to poważna decyzja. Czy nie możemy po prostu być ze sobą? Po co ten pośpiech?

– Dlaczego perspektywa stałego związku tak cię przeraża? Wiem, że mnie kochasz. Więc dlaczego nie chcesz się zgodzić?

Clara westchnęła. Wiedziała, że wypowiadając jedno słowo, może zmienić przebieg tej rozmowy i całe swoje życie. Ale nie była w stanie.

– Nie wiem – powiedziała. – Przepraszam.

– Więc to koniec. Musisz się wyprowadzić. Chcę iść dalej.

– Wyrzucasz mnie? Po dwóch latach dajesz mi cztery dni na wyprowadzkę? Jak ty to sobie wyobrażasz? I skąd wezmę pieniądze?

– Wiesz, że nie wyrzucę cię na bruk. Znalazłem ci mieszkanie na East Bakersfield. Zapłaciłem czynsz za pierwszy i ostatni miesiąc. Pomyślałem, że to wszystko ułatwi.

– Chryste, Ryan. Nie mogłeś najpierw ze mną o tym porozmawiać? East Bakersfield?

Ryan odchrząknął.

– To ma dla ciebie jakieś znaczenie? To, gdzie mieszkasz? Myślałem, że jedyne, na czym ci zależy, to ten cholerny warsztat.

Clara mięła w dłoni spiralny kabel telefonu, walcząc z płaczem. Płakała, bo go straciła? Bo straciła dom? Czy dlatego, że nie mogła podjąć decyzji?

– Umowa najmu i klucze leżą na stole w kuchni – ciągnął Ryan. – Wychodząc, zamknij drzwi i wrzuć stary klucz przez szparę na listy.

Clara oparła czoło o ścianę i wypuściła powietrze z płuc.

– A więc to koniec?

– Tak – potwierdził Ryan.

Zamilkł, oboje zamilkli. Clara zastanawiała się, czy zakończy rozmowę, jak zawsze to robił, zapewniając, że jest jego dziewczyną. Nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, ale też nie była w stanie się rozłączyć. Nachyliła się do przodu, czekała pełna niepokoju. A mimo to nie chciała ustąpić.

– Powodzenia, Claro. Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz tego, z kim chcesz być. Żałuję, że nie jestem nim ja.

Rozłączył się.

Clara nadal trzymała słuchawkę przy uchu, wsłuchując się w bicie własnego serca. W końcu włączył się sygnał zajętej linii. Kiedy Clara się odwróciła, zobaczyła stojącego w drzwiach Petera.

– Wszystko w porządku? – spytał.

Nie odpowiedziała od razu. Może jednak wcale nie kochała Ryana? Na pewno nie tak, jak on tego pragnął. Ale przyzwyczaiła się do bycia z nim, do tego, że miała do kogo wracać. Poza tym życie z nim było proste.

– Pomożesz mi się przeprowadzić? – zwróciła się do Petera.

Peter zdjął czapkę z nadrukiem: „Havoline chroni to, co ważne” i przeciągnął palcami po gęstych czarnych włosach.

– Oczywiście – powiedział, ponownie wkładając czapkę. – Przecież wiesz, że ci pomogę.

Clara nie przystała na propozycję Anny, żeby wyszła wcześniej z pracy i zajęła się swoimi sprawami, nie przyjęła też zaproszenia Teddy’ego, który zaproponował, żeby podjechała z nim do klubu miłośników forda V-8 i pomogła mu znaleźć części do silnika dolnozaworowego. Ochlapała twarz wodą i wróciła do pracy. Powiedziała Peterowi, że zajmie się naprawą zębatki, chociaż wiedziała, że w tej sytuacji Peter najchętniej zrobiłby to sam.

Kiedy skończyła, odłożyła narzędzia do jednej ze skrzynek stojących pod półką z poradnikami Chiltona, zebrała brudne ścierki, wrzuciła do wiadra na szmaty i życzyła wszystkim dobrej nocy.

Peter przeszedł nad kanałem i ruszył przez poplamioną smarami cementową posadzkę, spotkali się w otwartych drzwiach.

– Idziemy po pracy na piwo. Wybierzesz się z nami?

– Dzięki, ale muszę zacząć się pakować.

– Potrzebujesz pomocy? – spytał.

Domyśliła się, że to powie, zanim zdążył otworzyć usta. Przynajmniej raz albo dwa razy dziennie, skończywszy jakąś pracę, podchodził do niej i pytał, czy nie potrzebuje pomocy. Kiedy Ryan wyjeżdżał, a to zdarzało się często, Peter wpadał do niej z owiniętymi folią talerzami z jedzeniem przygotowanym przez jego matkę, z biletami na mecz czy z filmem na DVD do wspólnego oglądania. Podczas ostatniego pożaru lasów, wbrew nakazowi ewakuacji pojechał do niej do domu i przekonał ją, żeby pojechała z nim na południe, na wybrzeże. Clara miała się za osobę opanowaną i bardzo to sobie ceniła. Jej matka nazwałaby to stoicyzmem i zapewne też byłaby z niej dumna. Clara – nawet kiedy była chora, czuła się samotna lub przygnębiona – za każdym razem, gdy ktoś pytał, jak się czuje, odpowiadała, że dobrze. Mimo to Peter zawsze wiedział, kiedy to nie była prawda, i pojawiał się jak wierny pies, nigdy nie oczekując niczego w zamian. Zawsze mogła na nim polegać. Miała wokół siebie ludzi, których lubiła, co nie znaczyło, że ich potrzebowała. A już szczególnie jego.

 

– Nie, idźcie sami – powiedziała, machając mu ręką. – Nic mi nie jest. Zobaczymy się jutro.

Na dworze słońce zniżało się już ku zachodowi, nadal jednak było upalnie, stojące powietrze nie przynosiło ulgi. Żadna zachodnia bryza nie rozwiewała drżącego od gorąca powietrza unoszącego się nad silnikami samochodów, nie była też w stanie poruszyć cienkimi, pokrytymi kurzem liśćmi palm, rosnących wzdłuż ogrodzenia od strony szosy. Clara stała obok stosu starych opon, które oddzielały wejście do warsztatu Kappas Xpress Lube od położonego obok parkingu dla przyczep, i wyglądając między mijającymi ją samochodami, patrzyła na działkę po drugiej stronie drogi. Warstwa sadzy i ozonu, która zawsze unosiła się nad Bakersfield, tego dnia wydała się jej szczególnie gruba i żółta, jakby niebo zostało czymś zainfekowane.

Postanowiła, że jeśli się odwróci i okaże się, że ktoś stoi i ją obserwuje, Peter lub któryś z jego braci, wtedy wróci i zgodzi się iść na piwo. W ten sposób odsunie w czasie powrót do wynajętego mieszkania, które dzieliła z Ryanem, gdzie teraz czekał na nią klucz do jej nowego, nieznanego lokum. Może wypije jedno czy nawet dwa albo trzy piwa i zapomni, że znów będzie musiała zaczynać wszystko od nowa. Sama. Odwróciła się i zobaczyła, jak Teddy opuszcza żaluzjowe drzwi od wewnątrz. Uznała to za znak. Kiedy w ruchu samochodowym pojawiła się luka, przebiegła na drugą stronę szosy do swojego samochodu.

Zatrzymała się przy meksykańskim warzywniaku, gdzie poznała się z Ryanem i gdzie potem zawsze robili zakupy, i natychmiast tego pożałowała. Zwisająca z sufitu piñata i dochodzące z głośników radosne dźwięki kapeli nie pasowały do jej obecnego stanu ducha. Spytała kogoś z personelu, czy mają puste kartony, i przeszła do działu z mocniejszymi alkoholami, szukając piwa. Ryan był zawsze bardzo wrażliwy na punkcie alkoholu, a szczególnie piwa. Często opowiadał o jego cierpkim smaku i działaniu. Nigdy nie pił prosto z butelki, twierdząc, że to źle wpływa na smak i konsystencję trunku. Clara przeszła obok półek z piwem z miejscowych browarów i tych importowanych, wzięła sześciopak pabsta, podeszła do kasy, żeby zapłacić i wziąć stos złożonych kartonów, które już tam na nią czekały.