Przebudzenie. Córka wiatru. Cześć 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego...? – wykrztusiłam. Poczułam w oczach gorzkie łzy. Żałość ścisnęła mi serce, bo poczułam się oszukana przez głupią, zdychającą baterię. – Dlaczego nikt nie dzwoni?

Tego już było za wiele. Do tej pory udawało mi się jakoś ukrywać żal i tęsknotę, bo sądziłam, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś w końcu sobie o mnie przypomni. Minął już jednak prawie miesiąc. Gdyby ktokolwiek za mną tęsknił, z pewnością by zadzwonił.

Zander zrozumiał, o co mi chodziło i dlaczego tak uporczywie wpatrywałam się w ekran telefonu. Wyciągnął ręce, aby mnie do siebie przyciągnąć.

– W szkole jest przecież zasięg – wymamrotałam, ukrywając twarz w jego ramionach. Choć nie chciałam pokazywać przed nim słabości, zaczęłam cicho łkać. – Czemu nie chcą się ze mną skontaktować? Mamę jeszcze bym zrozumiała, ale tata? Babcia?

– To tak nie funkcjonuje, Americo. – Zander pokręcił głową. Głaskał mnie po włosach, jakby kołysał w ramionach małe, płaczliwe dziecko. – Jesteśmy w ukrytym wymiarze. Zwykłe komórki w nim działają, ale możesz ich użyć tylko wewnątrz. Nie da się połączyć z nikim z zewnątrz. Nie wiedziałaś?

Zacisnęłam palce na zimnej obudowie telefonu i pokręciłam głową.

– Dziwne, że nikt ci o tym nie powiedział – odparł nieco zamyślony. – Zazwyczaj uczniowie dowiadują się o tym już pierwszego dnia pobytu w Cennerowe’ie. Sam bym ci wszystko wyjaśnił, ale o nic nie pytałaś.

– Jakoś nie było okazji. – Pociągnęłam nosem. Przeklinałam się w duchu, że już po pierwszym dniu nie zapytałam o podobne informację kogoś z przyjaciół. Przecież nawet o tym myślałam. O ile dobrze pamiętałam, wahałam się, czy nie porozmawiać o braku połączeń z Aachem. – Naprawdę nie ma żadnego sposobu, żebym mogła porozmawiać z rodzicami?

Chłopak podrapał się po brodzie.

– O ile wiem, niektórzy uczniowie chodzą czasami pod główną bramę i stamtąd próbują wysyłać SMS–y. Podobno, w nielicznych przypadkach się udaje, ale nie mam stuprocentowej pewności. Tyle że, Ami. Kontakt z bliskimi z zewnątrz nie bez powodu nie jest wskazany. Nierzadko wiadomości w ogóle do nich nie docierają, a to jedynie pogłębia żal tych, którzy usiłują się z nimi porozumieć.

Wzięłam głęboki wdech, po czym powoli wypuściłam zalegające w płucach powietrze. Mimo jego sceptycyzmu i tak się ożywiłam. Może istniała jakaś szansa na skontaktowanie się z rodzicami i przyjaciółmi.

– Naprawdę? – Uniosłam głowę.

– Tak, ale jak mówię, nie rób sobie zbyt dużych nadziei. – Zander otarł moje łzy wierzchem dłoni. – Możesz być potem strasznie zawiedziona.

– I tak spróbuję. – Chwyciłam go za rękę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym usłyszeć głos kogoś bliskiego. Przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie.

Zacisnął dłoń wokół moich palców. Uśmiechnął się, ale zaraz przybrał bardziej ponurą minę.

– Domyślam się.

Po tych słowach zapanowała między nami cisza. Nie krępująca czy dokuczliwa, ale kojąca, mnie dająca czas na wyciszenie się, a Zanderowi na poukładanie myśli. Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu, słuchając cichego śpiewu ptaków. Zapach wampira mieszał się w moich nozdrzach z najróżniejszymi zapachami kwiatów, tworząc niesamowitą, osobliwą kompozycję. Mogłabym ją wdychać całymi godzinami, ale wiedziałam, że chłopak miał swoje obowiązki, których nie mógł zaniechać. Nawet ze względu na mnie.

– Czy nie powinieneś iść na zajęcia z samoobrony? – zapytałam, niechętnie przerywając cudowny spokój.

– Hmm? – Zander uniósł brwi. Jemu również udzieliła się sielska atmosfera. Pogrążony we własnych myślach, kreślił kółka na wierzchu mojej dłoni.

– Samoobrona – przypomniałam, chwytając za jego dłoń. Postukałam paznokciem w tarczę zegarka. – Zaraz zaczyna się lekcja.

Nastolatek zmarszczył brwi. Uniósł rękę do oczu, a kiedy upewnił się, że faktycznie była już późna godzina, cmoknął.

– Rzeczywiście – przyznał ze zdziwieniem. – Aż tak długo jesteśmy w ogrodzie?

– Najwyraźniej tak. – Poprawiłam włosy, po czym zaczęłam wstawać. – Zbieraj się. Nie powinieneś się spóźnić.

Chłopak również się podniósł. Otrzepał własne spodnie z trawy, a następnie przeniósł dłoń na moje włosy, aby wyciągnąć zaplątany wśród różowych pasemek listek. Obracał go przez chwilę w palcach, jakby wcale nie śpieszyło mu się do powrotu do szkolnych zajęć.

– No idź już. – Popchnęłam go w stronę ścieżki. Nawet nie wiedział, ile wysiłku mnie to kosztowało, sama też wolałabym zostać w ogrodzie i cieszyć się popołudniem spędzonym w jego ramionach. – Poczekam dwie minuty i też pójdę.

– Nie przesadzamy trochę z tą konspiracją?

– Przezorności nigdy za wiele, panie Licavoli. – Stanęłam na palcach i musnęłam przelotnie ustami jego wargi. Skrzywił się, gdy zaczęłam się odsuwać. – Nie chciałabym, żeby zwolnili pana z pracy.

– Nie martw się. – Chwycił mnie za rękę, po czym, pomimo protestów, znowu do siebie przysunął. Ujął moją twarz w obie dłonie, aby złożyć na ustach jeszcze jeden, trochę dłuższy pocałunek. Czując słodki, znajomy smak, mimowolnie westchnęłam. – Nie zwolnią.

To powiedziawszy, odwrócił się i odszedł. Dopóki nie zniknął za drzewami, obserwowałam z głupkowatym uśmiechem jego oddalającą się sylwetkę, to jak przy każdym kroku poruszał zgrabnymi biodrami. I jakkolwiek zarzekałam się przed Misurie, że wcale nie planowałam w najbliższym czasie tykać się ubrań chłopaka, stojąc w ogrodzie, wśród wyczarowanych przeze mnie astrów i wielobarwnych róż, musiałam mocno przygryzać dolną wargę, aby nie przychodziły mi do głowy żadne nieczyste myśli.

* * *

Zawsze sądziłam, że dźwięk budzika o szóstej rano, w chłodny, deszczowy dzień, kiedy łóżko każdemu wydawało się najwygodniejszym miejscem na świecie, a organizm wręcz błagał, by pozwolić mu na jeszcze chwilę błogiego odpoczynku, kwalifikował się jako najbardziej irytujący odgłos świata. Szybko jednak okazało się, że istniało coś dużo, dużo gorszego. To coś skutecznie zepchnęło z podium całe rzesze budzików i zmusiło je do zajęcia drugiego, haniebnego miejsca.

Magiczne przypominajki.

Każdego poranka żywiłam nadzieję, że w końcu uda mi się do nich przyzwyczaić. Niestety, materializujące się nade mną koguty, koty miauczące, jakby je ktoś obdzierał ze skóry, czy chociażby krzyczące Oregotki skaczące dwadzieścia centymetrów nad pościelą, dzień w dzień sumiennie wyprowadzały mnie z tego błędu. Im wcześniej musiałam wstać, tym głośniejsze zwierzę pojawiało się pomiędzy obłoczkami dymu, skutecznie zmuszając mnie do ruchu. Przypominajek nie dało się wyłączyć tak jak zwykłego budzika. Między innymi właśnie dlatego uznawałam je za dużo gorsze.

Na śniadaniu pojawiłam się tuż przed siódmą. W stołówce nie było nikogo znajomego, więc w milczeniu zjadłam kilka tostów z dżemem i wróciłam do pokoju. Tam przebrałam się w obowiązkową białą koszulę, założyłam krawat, a następnie poszłam na zajęcia. Miałam sporą nadwyżkę czasu, więc zdecydowałam się usiąść na ławce stojącej pod salą. Planowałam cierpliwie poczekać na pierwszy dzwonek.

Okazało się, że Terence, jeden z bliźniaków Catherfield, wpadł na taki sam pomysł.

– Dzień dobry. – Usiadłam w nieznacznej odległości od chłopaka. Nie byłam pewna, jak się wobec niego zachowywać. Nie to, żebym czuła się niekomfortowo przez to, że był niewidomy, ale nastolatek traktował uczniów raczej ozięble i nie asymilował się zbytnio z otoczeniem.

Zupełnie jak jego siostra, Cynthie.

– Taki sobie – odpowiedział krótko.

Uśmiechnęłam się. Przynajmniej mnie nie zignorował.

– Długo tu siedzisz? – spróbowałam zapoczątkować rozmowę. Skoro Serina, moja chwilowa nemezis, mnie nie cierpiała, a Christian, jej dobry przyjaciel (jakżeby inaczej), ciągle pchał łapy, gdzie nie trzeba, chociaż z Catherfieldami chciałam mieć dobre kontakty. Mając ich po swojej stronie, życie w ukrytym wymiarze stałoby się o wiele prostsze.

Niestety, w przeciwieństwie do mnie, Terence nie miał najwidoczniej ochoty na konwersacje. Odsunął się na drugi koniec ławki.

– W porządku. – Wzruszyłam ramionami, kładąc plecak obok nogi. – Możemy pomilczeć.

Nastolatek nie zareagował. Utkwił wzrok w przeciwległej ścianie. Nic na niej nie było ani obrazów, ani ozdobnych kresek, ale niewidomej osobie i tak musiało być pod tym względem wszystko jedno.

Odchyliłam głowę i z zaciekawieniem przyjrzałam się owalnej twarzy chłopaka. Terence miał małe, ale za to niesamowicie jasne oczy spowite gęstymi, długimi rzęsami. Nie wiedziałam, jak określić ich odcień. Były trochę fioletowe, trochę szare, trochę miętowe... Jakby w spojrzeniu nastolatka ukryto całą paletę zimnych, smutnych kolorów.

Nie wiedzieć czemu, uznałam to przygnębiające, martwe spojrzenie za bardzo interesujące. Dyskretnie, starając się nie narobić hałasu, przysunęłam się bliżej i z fascynacją zanurzyłam się w całym oceanie mroźnych, ale pięknych barw. Miałam wrażenie, że podczas każdego mrugnięcia, kolory się mieszały, dzięki czemu, gdy Terence otwierał oczy, te zawsze były inne, niepowtarzalne.

– Możesz łaskawie przestać? – zapytał nagle chłopak spokojnie.

Potrząsnęłam głową, pojmując, że nastolatek odezwał się do mnie. Dopiero wtedy zrozumiałam o co mu chodziło. Niepostrzeżenie, przysunęłam się do niego tak blisko, że brakowało zaledwie kilku centymetrów, a zetknęlibyśmy się kolanami.

– Nie wiesz, że niekulturalnie jest się tak przyglądać? – Terence ciągle był skierowany w stronę ściany. – Nigdy nie widziałaś ślepego nastolatka?

– To nie tak! – Odsunęłam się od niego tak szybko, że o mało co nie spadłam z ławki. – Nie chciałam...

– Więc jak? – przerwał mi. – To, że mam niesprawne, zniszczone oczy, nie oznacza, że nie mam pojęcia, co robisz.

 

Przełknęłam ślinę.

– Z... zniszczone?

– Po co nazywać to inaczej? – Chłopak był zaskakująco zrównoważony. Wzruszył ramionami, jakby poruszał właśnie kwestię tego, co jadł na śniadanie. – Jestem ślepy. Fakt. Nic na to jednak nie poradzę. Mogłabyś więc nie patrzeć na mnie jak na kalekę?

– Wcale nie patrzę – oburzyłam się. – Znaczy... owszem, przed chwilą patrzyłam, ale nie dlatego, że twoje oczy są... uszkodzone. Robiłam to, bo uznałam, że mają niezwykłą barwę. Przepraszam, jeśli cię to uraziło, ale po prostu nigdy nie widziałam tak wyjątkowego koloru tęczówek.

Chłopak obrócił lekko głowę.

– Wyjątkowe, czy nie, są bezużyteczne – powiedział leniwie. – W każdej chwili mógłbym je wydłubać, a i tak nie poczułbym żadnej różnicy.

– Nie mów tak. – Wzdrygnęłam się na samą myśl. – Są naprawdę niepowtarzalne i piękne.

– I co z tego? – Wzruszył ramionami. – Dla mnie to dwie, niepotrzebne kule przypominające o tym, że gdyby nie magia Energii, byłbym zwykłym inwalidą, nie potrafiącym samemu przejść przez głupi korytarz.

No tak. Terence posługiwał się przecież magią, która pozwalała mu analizować otoczenie i tworzyć zarysy świata, którego normalnie nie mógł zobaczyć. Tylko w ten sposób żył jak normalny czarodziej i nie potrzebował niczyjej pomocy, aby funkcjonować wśród innych uczniów.

– Przecież...

Nagle chłopak spojrzał prosto na mnie. Nie wiedziałam, czy wiedział, gdzie dokładnie patrzyłam, czy był to czysty przypadek, ale nasze oczy się zetknęły.

Nawet jeśli miałam jakieś argumenty przemawiające za tym, że nie powinien pozbawiać się wzroku (a raczej oczu, ponieważ wzrok stracił już dawno temu), to wszystkie momentalnie wyparowały. Ujrzałam coś, co przyprawiło mnie o dreszcze.

Oczy Terence’a z tej perspektywy nie mieniły się zachwycającymi kolorami. Przypominały raczej szklaną, surową taflę, w której odbijały się czyjeś rozmazane odbicia.

Żadne z nich nie należało jednak do mnie.

Odwróciłam się, ale korytarz był pusty. Nie było żadnej żywej duszy, która mogłaby zarysować się w oczach nastolatka. Oblałam się zimnym potem. Byłam praktycznie pewna, że zobaczyłam przynajmniej dwie osoby. Postacie, które, choć rozmazane, łudząco przypominały te z mojego snu.

Wizje zamknięte w szklanym spojrzeniu.

Czy przepowiednia Vanessy zaczynała się sprawdzać?

* * *

Kolejne dreszcze przypomniały mi o tym, że powinnam oddychać. Zdrętwiały mi palce, a ciało było jak sparaliżowane. Czułam nieprzyjemny, pulsujący ból głowy, jakby nieoczekiwanie dopadła mnie silna migrena.

Kiedy wypuszczałam powietrze, ogarnął mnie podświadomy, niewytłumaczalny lęk.

Miałam przewidzenia? Misurie co prawda wspominała o ukrytych zdolnościach Catherfieldów, ale przecież Terence nie miał pojęcia o przepowiedni wieszczki. Nie miał prawa wiedzieć!

– Czemu tak nagle zamilkłaś? – zapytał chłopak. – Moje oczy nie są już takie piękne, jak myślałaś?

Z całych sił próbowałam nie szczękać zębami. Nikomu nie życzyłam takiego widoku – tajemniczych, niematerialnych duchów odbijających się w oczach niewidomego nastolatka. Już samo to mogło niesamowicie przerazić. Co dopiero, gdy w czeluściach umysłu, kryła się świadomość, że te same zjawy nawiedzały czyjeś sny?

– T... to niemożliwe. Cz... czemu..?

Akurat wtedy rozległ się dzwonek. Było to tak niespodziewane, brutalne i przywracające do rzeczywistości, że aż pisnęłam. Nastolatek uniósł brwi. Wyciągnął szyję, słysząc kilkanaście par butów, zmierzających w kierunku klas.

– Czas iść na zajęcia – powiedział, ignorując moje rozdygotanie. Podniósł z ławki plecak i jak gdyby nigdy nic, zaczął odchodzić. Zostawił mnie samą na pastwę przerażających obaw.

* * *

W czasie lekcji, udało mi się jakoś w miarę uspokoić. Nie było łatwo zapomnieć o traumatycznym spotkaniu z bliźniakiem Catherfield, ale po kilku godzinach przestałam odczuwać mrożący, płynący w moich żyłach strach. Słuchanie nudnych wykładów o gestach, a później o bezpiecznym stosowaniu run, skutecznie odwróciło moją uwagę od duchów, zjaw, dzieci żywiołów i wszystkiego, czym mogły być tajemnicze postacie pojawiające się w oczach Terence’a.

Ostatnimi czasy byłam przewrażliwiona, musiało mi się po prostu coś przewidzieć. A nawet jeśli nie i przepowiednia naprawdę się spełniała, wolałam zachować trzeźwość umysłu, aby nie przegapić innych, świadczących o tym dowodów. Chciałam dać wyraz lub zaprzeczyć swoim przypuszczeniom. Panika raczej by mi w tym nie pomogła.

Po lekcjach wyszłam pod szkołę, a stamtąd, tak jak polecił Zander, przeszłam pod bramę główną. Planowałam to zrobić już poprzedniego wieczora, ale okazało się, że za długo zwlekałam z podłączeniem telefonu do ładowarki, przez co ten się rozładował. Musiałam więc cierpliwie poczekać.

Myślałam, że nie będzie to trudne z racji, iż i tak nie kontaktowałam się z nikim z zewnątrz od przeszło miesiąca. Jeden dzień w tę, czy we w tę, nie powinien robić mi żadnej różnicy, a jednak, oddalając się od budynku szkoły, zaczynałam się coraz bardziej martwić i denerwować. Ciągle zadawałam sobie to samo pytanie: czy w ogóle uda mi się wysłać komuś jakąś wiadomość?

Pod bramą było cicho i spokojnie. Nikt nie zapuszczał się tak daleko od szkoły, bo zwyczajnie nie było po co. Oprócz wejścia oddzielającego uczniów od normalnego świata, znajdowały się tam jedynie równo przycięte krzewy i kilka skupisk kwiatów, które systematycznie zakwitały na idealnie równej trawie, pomimo wyraźnych starań ogrodnika, aby je usunąć.

Dotarłam na miejsce i pełna wątpliwości, zadarłam głowę. Brama była niższa niż ją zapamiętałam. Może dlatego, że za pierwszym razem, gdy przejeżdżałam przez nią w samochodzie rodziców, kojarzyła mi się z więziennymi kratami, ciągnęła się niemal ku firmamentowi.

Wyciągnęłam telefon, a następnie z drżącym serce odblokowałam ekran. Wybrałam tatę z listy kontaktów i zaczęłam pisać krótką wiadomość. Zawarłam w niej informację, że wszystko ze mną w porządku i uprzedziłam, że najprawdopodobniej nie uda mu się do mnie dodzwonić z powodu panujących w ukrytym wymiarze praw. Dodałam też, że go kocham i mam nadzieję, że niedługo przyjedzie z mamą mnie odwiedzić.

Wysłałam SMS–a i od razu wybrałam z listy kontaktów kolejną osobę – mamę. Wiadomość miała podobny wydźwięk, jak ta kierowana do taty. Następnie napisałam do babci, Joela i Debbie, dwójki moich najlepszych przyjaciół spoza ukrytego wymiaru. Oczywiście nie zapomniałam wspomnieć tej ostatniej, że poznałam wielu niesamowitych chłopców, do których nawet nie umywała się moja niespełniana miłość z poprzedniej szkoły, Chriss. Byłam pewna, że przyjaciółka pęknie z zazdrości, jeśli jakimś cudem SMS do niej dotrze.

Wysłałam jeszcze kilka wiadomości, po czym z ulgą schowałam komórkę do kieszeni. Przynajmniej jedną sprawą nie musiałam się na razie martwić.

* * *

Chłopak odgarnął zlepione od potu włosy i spojrzał na brata, nie ukrywając wściekłości.

– Zostaw ją – warknął, wciąż zasłaniając ukochaną własnym ciałem. Jego głos ociekał jadem. Nienawidził brata za to, co ten chciał zrobić.

Dziewczyna przycisnęła dłonie do walącego serca i zamknęła oczy. Nigdy nie widziała Rinariego w takim stanie. Odkąd pamiętała, znała go od tej łagodniejszej strony. Przy niej nie nosił miecza, nie używał słów, które mogłyby kogoś urazić, ani nie zachowywał się jak doświadczony wojownik. Znała go jako rozważnego, poczciwego księcia, który skradł jej duszę. Jako chłopca, który czekając na jej przybycie, odziany w cienką koszulę poruszał dzwonem, aby jego melodia niosła się po łąkach, docierając aż do jej pałacu.

Teraz, stojąc na zniszczonym tarasie, wokół gruzów dawnej świetności i potęgi swojego wspaniałego królestwa, patrzyła na zupełnie inną osobę. Kogoś, kto umiejętnie zaciskał palce na rękojeści długiego, lśniącego, ostrego jak brzytwa miecza. Kogoś, kto tego dnia zdążył wypowiedzieć więcej okrutnych słów niż umiała zliczyć. Kogoś, kto wiedział, jak walczyć. Kogoś, kto celował tylko po to, aby skutecznie zranić...

Kogoś, kto kochał ją tak bardzo, że ryzykował życiem, aby ją chronić.

– Ależ bracie. O nią możesz być spokojny. – W oczach Airena błysnęła chora satysfakcja. – Nie wezmę jej siłą. Sama do mnie przyjdzie, kiedy w końcu się ciebie pozbędę.

Rysy Rinariego zastygły w zaciętym, nienawistnym wyrazie. Zacisnął palce tak mocno, że pod skórą zapulsowały niebieskie żyły. Chłopak pohamował się jednak i nie wykonał żadnego pochopnego ruchu. W duchu z pewnością przeklinał fakt, iż była przy nim Leanice. Gdyby nie ona, bez żadnych wyrzutów, rzuciłby się w stronę brata, aby wbić koniec miecza w jego ciało, najlepiej w serce lub krtań, by śmierć nadeszła szybko. Tylko myśl o dziewczynie, sprawiała, że potrafił się powstrzymać i w miarę ignorować trujące słowa Airena.

– Nie pójdzie za tobą nawet jeśli zginę! – wysyczał. – Przysporzyłeś jej poddanym wiele cierpienia. Zniszczyłeś Królestwo! Naprawdę wierzysz, bracie, że tak czysta i piękna duchem istota, jak ona, zakocha się w tak zepsutym, kryjącym przegniłe serce potworze?

Airen zachęcająco machnął mieczem.

– Sprawdźmy to.

– Rinari, Airenie! – Leanice podwinęła podartą suknię i wysunęła się na przód. Była blada, a także zmęczona, ale nie mogła tak po prostu stać, patrząc jak bracia próbowali się zabić na jej oczach. – Błagam, przestańcie. Nie walczcie.

Rinari spojrzał na nią poważnym wzrokiem, dając do zrozumienia, że powinna się wycofać. Dziewczyna jednak wyjątkowo nie zamierzała go posłuchać.

– Agresja nie jest rozwiązaniem – podjęła ostatnią próbę. Starała się brzmieć kategorycznie i władczo, ale była zbyt przerażona, zbyt roztrzęsiona, żeby dostatecznie dobrze ukryć drżenie głosu. Powoli stanęła przed ukochanym i spojrzała błagalnie na Airena. – Proszę was. Nie warto tego robić.

Airen otaksował Leanice wzrokiem. Poszarpane poły brudnej sukni odsłaniały długie, niegdyś blade, teraz pokryte ciemnymi siniakami nogi. Była boso, więc drobne, napuchnięte stopy zdobiła warstwa brudu, zmieszana z wypływającą z poranionych palców krwią. Misternie upięte włosy nie wytrzymały ostatnich wydarzeń, uciekały z podtrzymującej je beżowej tasiemki, okalając twarz ich właścicielki, niczym białą aureolą. Oczy dziewczyny były zaczerwienione i szkliste. Na policzkach lśniły ślady po łzach.

Nawet w takim stanie potrafiła urzekać swoją urodą.

– Za słabo się cenisz, Leanice. – Chłopak opuścił miecz. Spojrzał uważnie na unoszącą się i opadającą pierś dziewczyny. Kryształ zawieszony na jej szyi, błyszczał w zachodzącym słońcu tysiącem kolorów. – Jesteś warta o wiele więcej niż mój brat mógłby ci dać.

Rinari warknął i chwycił Leanice za rękę.

 

– Nie masz prawa tak mówić. – Przyciągnął do siebie dziewczynę tak mocno, że aż pisnęła z bólu. – Leanice zdecydowała. Pogódź się z tym, że nigdy cię nie pokocha.

Airen zacisnął ręce w pięści. Gdy je otworzył, wokół zabłysło jasne światło.

W takim razie będzie patrzyła, jak umierają wszyscy, których ponoć kocha.

* * *

Od wysłania wiadomości do rodziny i przyjaciół minęło kilka dni, jednak nadal nikt z zewnątrz się nie odezwał. Nie marudziłam, ponieważ dzięki Zanderowi wiedziałam już, że mogli mieć problemy ze skontaktowaniem się ze mną. Mimo wszystko, i tak liczyłam skrycie na to, że komuś uda się przesłać przynajmniej krótkiego SMS–a z informacją, że w świecie ludzi wszystko było w porządku.

Na szczęście nie miałam zbytnio czasu się martwić. Panna Magelli zapowiedziała, że w najbliższych dniach odbędzie się oficjalny apel, na którym ogłosi bardzo ważne oświadczenie. Nikt nie wiedział, o co mogło dyrektorce chodzić, toteż ciekawość uczniów sięgała zenitu. Wszyscy, jak jeden mąż, głowili się nad tym, co kobieta miała im do przekazania, skoro z tej okazji postanowiła aż zorganizować zebranie.

– Może planuje jakieś magiczne zawody – spekulował Aach, wbijając żółtą bilę do bocznej łuzy. Do zmierzchu pozostało jeszcze trochę czasu, więc całą paczką postanowiliśmy się rozerwać i zagrać w bilard. Na razie jednak bardziej przypominało to poważną burzę mózgów niż luźne spotkanie grupki znajomych. – Dawno żadnych nie było.

– Jeśli tak to ja pasuję. – Dafne oparła się o brzeg stołu. Zaczęła smarować kredą cieńszy koniec kija. – Nie mam zamiaru pchać się Serinie pod różdżkę.

– Rozniosłaby cię w pół minuty – przyznała Misurie, która z podkulonymi nogami siedziała na krześle i z niezbyt dużym zainteresowaniem oglądała grę przyjaciół. – Chociaż myślę, że w bezpośrednim starciu lepiej poradziłyby sobie bliźniaki Catherfield. Serina woli dyskretnie pozbywać się nieprzyjaciół.

Uniosłam brwi. Odette roześmiała się, widząc moją skwaszoną minę. Jak zwykle miała na szyi czarną, ciasno zawiązaną tasiemkę.

– Nie mów tak przy Americe – przypomniała, zwracając się do zielonowłosej. – W końcu już zdążyła podpaść Craight.

– Rzeczywiście. – Nastolatka uderzyła się w czoło. – Zapomniałam, że nasza różowowłosa przyjaciółka jest jej kolejnym celem.

– Nie pomagasz – zauważył skoncentrowany na zawartości stołu Aach.

Wszyscy prócz niego zaczęli się śmiać. Nawet ja, chociaż nie podobała mi się wizja Seriny knującej plan, jakby się tu mnie niepostrzeżenie pozbyć.

– Wracając do apelu... – Dafne przymierzyła się do wbicia niebieskiej bili. Jej brat i jednoczesny przeciwnik syknął, niezadowolony, że miała czysty strzał. Jego bile były porozrzucane po całej długości stołu, z czego żadna nie leżała w dość wygodnej pozycji, aby móc w nią uderzyć. – Może dyrektorka planuje jakieś testy.

– Nie wystarczyły ci te, co były ostatnio? – Misurie skrzywiła się, jakby zjadła plasterek cytryny. – Odpada. Nawet jeśli próbowałaby ogłosić wiadomość o nadchodzących egzaminach, to raczej nie zapowiadałaby apelu.

– A co, jeśli chce zorganizować jakiś wyjazd? – rozpromieniła się Odette. – Wszyscy świetnie się bawili na ostatniej wycieczce.

– Zwłaszcza, gdy ci od pana Harsha podpalili ośrodek wypoczynkowy. – Aach westchnął i oparł się o kij. Wydął wargi. – Po tamtym incydencie możemy tylko pomarzyć o wyjeździe. Żaden nauczyciel nie będzie na tyle głupi, żeby zgłosić się do pilnowania nas.

Zamyśliłam się.

– Spotykam się jutro wieczorem z Dorianem – napomknęłam, czym zwróciłam na siebie uwagę wszystkich. Nawet Dafne zrezygnowała z celowania w kolejną bilę i się wyprostowała. – Mogłabym go wypytać o apel.

Aach uniósł nieufnie brwi. Jego siostra z kolei pokiwała głową.

– To dobry pomysł – przyznała. – Dyrektorka na pewno powiedziała swojemu synowi, co planuje ogłosić. Warto by spróbować to z niego wyciągnąć.

Choć jej i Odette plan z wypytywaniem Doriana przypadł do gustu, Aach i Misurie nie wydawali się nim już aż tak specjalnie zachwyceni. Chłopak mruknął coś pod nosem i wlepił wzrok w stół bilardowy, a zielonowłosa spojrzała na mnie dwuznacznie. Odkąd wiedziała, że spotykałam się z Zanderem, była podejrzliwa, jeśli chodziło o widywanie się z innymi chłopakami. Zwłaszcza z Dorianem, którego ni z tego, ni z owego, zaczęła uważać za potężnego konkurenta Licavoliego. Zabawne, jak szybko z potencjalnego kandydata na mojego chłopaka, zmieniła go na wroga numer jeden.

– Porozmawiam z nim. – Udałam, że nie dostrzegłam jej uniesionych brwi. – Dam wam znać, jeśli czegoś się dowiem.

* * *

Nazajutrz pierwszą lekcją było wychowanie fizyczne. Zdążyłam się już przyzwyczaić, że Zander traktował mnie podczas zajęć jak zwykłą uczennicę, więc nie zdziwiła mnie jego obojętność, kiedy stając obok pana Westa, nawet na mnie nie spojrzał. Też starałam się zachowywać normalnie, ale nic nie mogłam poradzić na to, że zaciskałam zęby za każdym razem, gdy widziałam którąś z kolei dziewczynę, wlepiającą w chłopaka rozmarzony wzrok.

W takich chwilach ukrywanie naszego związku było najbardziej męczące i wystawiało moją cierpliwość na ciężką próbę.

– America, skup się. – Byłam tak rozkojarzona, że nie zauważyłam pana Westa stojącego tuż za moimi plecami. – Dlaczego nie biegasz?

Rozejrzałam się. Wszyscy uczniowie robili okrążenia wokół sali, więc musiałam przegapić początek rozgrzewki. Nauczyciel spoglądał na mnie wyczekująco swoimi szaro srebrnymi oczami z rękami ułożonymi na szerokich biodrach. Jego grafitowe, krótko ścięte włosy zbierały opadające na nie światło lamp.

– Tak, tak, już. Przepraszam. – Naprędce poprawiłam kucyk, z którego wymykało się kilka pojedynczych kosmyków i pobiegłam za resztą. Miałam wystarczająco dobrą kondycję, żeby jak zwykle bez trudu wyprzedzić grupę, ale na samym przodzie dostrzegłam Serinę, więc wyjątkowo postanowiłam trzymać się z tyłu.

Rozgrzewka poszła dosyć sprawnie. Ekspresowo uwinęliśmy się z zadaniami i rozciąganiem, więc pan West nie miał na co narzekać. Z zadowoleniem czekał, aż ustawimy się w rzędzie. Dopiero wtedy zapowiedział ćwiczenia w grupach.

– Tym razem zmienimy nieco zasady. Nie będziecie walczyć przeciwko sobie – oznajmił, widząc, że wszyscy zaczęli sobie szukać partnerów. – Ponieważ wasze wyniki są zadowalające, poprosiłem pana Licavoliego, aby zaprosił na dzisiejsze zajęcia specjalnych gości. To z nimi się zmierzycie.

Chyba każdy, włącznie ze mną, spojrzał pytająco na Zandera. Chłopak skrzyżował ręce na piersi i bez słowa wskazał głową wejście do sali. Kilkanaście par oczu powędrowało posłusznie za jego spojrzeniem.

– Careai – wyszeptała stojąca obok mnie dziewczyna. Przełknęła ślinę.

Pod drzwiami w istocie stała niewielka grupa wampirów. Po szybkich obliczeniach stwierdziłam, że było ich dokładnie tyle, co uczniów w sali – zarówno dziewczyn, jak i chłopców. Nikt nie wykazywał zbyt wielkiego entuzjazmu, choć niektórzy przyglądali się magom nienawistnym wzrokiem, jakby zastanawiali się, dlaczego w ogóle zgodzili się przyjść o tak późnej porze na zajęcia, tylko po to, aby banda słabych Nersai mogła się z nimi posiłować.

Wszyscy byli ubrani bardzo podobnie: w ciemne wygodne stroje, a także sportowe buty. Dziewczyny związały włosy w ciasne, wręcz przylizane kucyki, a chłopcy zdjęli zegarki. Szykował się poważny pojedynek.

– Macie dwie minuty, żeby się przywitać – oznajmił wspaniałomyślnie pan West. – Potem zacznę przydzielać wam partnerów.

Nikt nie ruszył się z miejsca. Magowie raczej nie kwapili się do rozmów z nocnymi, a nocni z magami. Mi wcale nie przeszkadzali i z chęcią zamieniłabym z którymś z nich kilka słów (zwłaszcza że przy drzwiach dostrzegłam Vincenta), ale nie zamierzałam jako jedyna występować z szeregu, narażając się tym samym na docinki, czy złośliwe komentarze ze strony Seriny.

Po dwóch minutach niezręcznej ciszy i bezruchu, nauczyciel chrząknął.

– Czas minął – zakomunikował niezbyt zaskoczony drętwą reakcją młodzieży. – W porządku. Ustawcie się. Zaczniemy od dziewczyn.

Tym razem go posłuchano. Pan West zaczął kolejno wywoływać poszczególnych magów, aby następnie każdego z nich sparować z którymś z czekających przy wejściu wampirów. Niektórzy byli bardziej, inni mniej zadowoleni ze swoich przeciwników, ale nie narzekano. Nie skakano też jednak z radości.

W końcu nadeszła moja kolej.

– America... – Nauczyciel podrapał się po brodzie, jakby poważnie zastanawiał się nad swoim wyborem. – Ty będziesz z panem Aronem.

Aronem?