Przebudzenie. Córka wiatru. Cześć 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie martw się. Pod tym względem jest w porządku. – Zrobił grymas, który w pierwotnym założeniu miał chyba przypominać słaby uśmiech. – Muszę po prostu odpocząć. Zazwyczaj zmęczenie po walkach dopada mnie właśnie późnym wieczorem lub w nocy. To nic poważnego.

Nie był ze mną szczery. Zbladł i z trudem łapał każdy oddech. Wyglądał tak mizernie, że zaczęłam się zastanawiać, czy uda mu się dotrzeć samemu do skrzydła Nersai.

– Pomóc ci dojść do pokoju?

– Nie trzeba. – Zamknął oczy. – Już jest lepiej.

Wzięłam do ręki torbę, wrzuciłam do niej książki, po czym popchnęłam Doriana w stronę szkoły. Zakołysał się, więc natychmiast wzięłam go pod rękę.

– Przynajmniej pozwól podprowadzić się do holu. – Zabrzmiało to jak prośba, ale nie zamierzałam ustąpić nawet, gdyby odmówił. – Jeszcze zemdlejesz na schodach i będę się obwiniać. Zresztą mam wobec ciebie dług. W końcu też mi wcześniej pomogłeś.

Chłopak pokiwał głową, a że aktualnie nie miał nastroju do sprzeczek, razem powoli ruszyliśmy w stronę budynku. Gdy dotarliśmy do drzwi, obróciłam się jeszcze, żeby sprawdzić, czy niczego na pewno nie zapomniałam. Było jednak zbyt ciemno, aby dostrzec cokolwiek na trawie.

Nie wiedzieć czemu podniosłam wzrok i spojrzałam na ścieżkę prowadzącą do lasu. Przez chwilę wydawało mi się, że zobaczyłam w zaroślach jakiś ruch. Zmarszczyłam brwi i kilka kolejnych sekund wpatrywałam się w tamto miejsce, ale nic się nie wydarzyło. Dopiero, gdy z powrotem odwracałam się do Doriana, miałam wrażenie, że kątem oka dostrzegłam jasną połyskującą smugę znikającą za drzewami.

* * *

– Powiesz mi w końcu, co jest między tobą i Magellim? – chciała wiedzieć Misurie, krzyżując ręce. Siedziała po turecku na łóżku, a jej dłonie bębniły ze zniecierpliwieniem o kolana. Patrząc na mnie wzrokiem przenikliwszym niż kiedykolwiek, oczekiwała wyjaśnień.

Jak zwykle byłyśmy u mnie. Spotkałam dziewczynę na korytarzu, a ta uparła się, że obowiązkowo musi ze mną porozmawiać. Natychmiast, w cztery oczy i w ogóle najlepiej w miejscu, w którym nikt by nas nie podsłuchiwał. Zgodziłam się zaintrygowana, choć, gdybym wiedziała wtedy, o czym, a raczej o kim, czarownica planowała mówić, z pewnością znalazłabym jakąś wymówkę, aby się jej pozbyć. Niestety było już na to za późno, a nastolatka nie zamierzała odpuścić.

Przejechałam ręką po twarzy.

– Ile razy mam ci jeszcze powtórzyć, że między mną a Dorianem nic się nie wydarzyło. Kompletnie. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.

– Nie ściemniaj. – Dziewczyna uniosła ostrzegawczo palec. – Widziałam, jak szliście razem w stronę jego pokoju. Coś jest na rzeczy i mam zamiar wydusić z ciebie, co!

Wydęłam usta i opadłam bezsilnie na krzesło. Przy okazji, aby zarobić nieco czasu, wzięłam z biurka telefon. Udając, że sprawdzałam godzinę, pobieżnie przejrzałam skrzynkę, szukając nowych wiadomości. Niestety, pomimo upływających dni, wciąż nie było żadnego odzewu od rodziców.

– Dorianowi zrobiło się słabo – odrzekłam spokojnie, zgodnie z prawdą, odkładając komórkę na jej poprzednie miejsce. – Chciałam dopilnować, żeby bezpiecznie dotarł do swojego pokoju.

Misurie odgarnęła grzywkę. Wyprostowała nogi, co w jej mniemaniu miało dodać sytuacji powagi.

– Nie zamydlisz mi oczu. To pewnie wersja dla nauczycieli albo wścibskich koleżanek. Jaka jest wersja dla wścibskich przyjaciółek?

– Taka sama.

Nastolatka zmarszczyła nos.

– No weź... – jęknęła, opadając do tyłu na pościel. – Chcę poznać wszystkie pikantne szczegóły. Nie każ mi zgadywać.

Ukryłam twarz w dłoniach i stłumiłam śmiech. Misurie wyglądała komicznie, sądząc, że między mną a Dorianem z pewnością coś zaszło. Nawet nie próbowałam pytać, co dokładnie sobie wyobrażała. Z jej płonących policzków i nerwowych ruchów, dało się wyczytać wszystkie sprośne myśli.

– No dobrze – westchnęłam, próbując zachować powagę. Rozejrzałam się na boki, chociaż nikt nie podsłuchiwał, po czym nachyliłam się konspiracyjnie. Misurie, słysząc zmianę w moim głosie, poderwała się z łóżka jak oparzona. Usiadła pod krzesłem, aby dobrze słyszeć to, co miałam zamiar jej wyjawić. – Opowiedzieć ci każdy szczegół naszego intymnego spotkania?

Przygryzła kciuk i z zapałem pokiwała głową. Jej twarz poczerwieniała jeszcze bardziej niż wcześniej, zacisnęła palce u rak.

– No więc... na początku byliśmy na spacerze wokół szkoły... – zaczęłam bardzo powoli, żeby się z nią podroczyć. Musiałam włożyć sporo wysiłku w to, by nie parsknąć śmiechem. – Myśleliśmy, żeby przejść się po lesie, ale zrobiło się ciemno. Dorian uznał, że nie ma sensu się włóczyć, skoro niedługo wyjdą wampiry i zaproponował, żebyśmy poszli do niego do pokoju. Początkowo było mi z tym trochę niezręcznie, ale kiedy już znaleźliśmy się sami, postanowiłam nie tracić czasu na zbędne rozmowy. On chyba też nie miał takiego zamiaru, bo podszedł i objął mnie w talii. Pochylił czule głowę i nim się obejrzałam, już zasypywał moją szyję słodkimi, kuszącymi pocałunkami.

Misurie aż pisnęła.

– Naprawdę?!

– Nie, wariatko. – Zgasiłam jej entuzjazm w zarodku, bo jej ręce same układały się do klaskania. – Dorianowi było słabo, więc kiedy go odprowadziłam, przeprosił, mówiąc, że w innych okolicznościach z przyjemnością by mnie zaprosił, ale teraz wolałby się od razu położyć i zregenerować utraconą na zajęciach energię. Zostawiłam go pod pokojem i zamierzałam wrócić do siebie. Wtedy ty wyskoczyłaś zza rogu, twierdząc, że masz do mnie jakąś pilną, niecierpiącą zwłoki sprawę.

Dziewczynie opadły ramiona. Wyglądała na prawdziwie zawiedzioną.

– Nienawidzę cię! – Wstała, podbiegła do łóżka i chwyciła poduszkę, którą następnie we mnie rzuciła. Śmiejąc się, wyciągnęłam ręce, aby zasłonić się przed pociskiem. – Jak mogłaś mi coś takiego powiedzieć?! Myślałam, że to prawda!

– Zrozum w końcu, że Dorian jest tylko i wyłącznie moim przyjacielem – powiedziałam, ocierając z policzków łzy. – Twoje spekulacje i przekonanie, że nas do siebie nawzajem ciągnie, raczej tego nie zmienią.

– Dziewczyno, jak się nie sprężysz, umrzesz w samotności. – Misurie wycelowała we mnie palcem. – Zobaczysz, Dorian przyjedzie kiedyś na twój pogrzeb z pomarszczoną, szpetną żoną i trójką wrednych dzieci i stojąc nad twoim grobem, będzie ci wypominał, że to mogłaś być ty. Gdybyś nie ociągała się jak wstydliwa małolata, nie tylko uratowałabyś go od tak tragicznego losu, ale jeszcze nie zostałabyś starą panną z piętnastoma kotami. Koniecznie czarnymi, bo to przecież ukochany stereotyp niemagicznych.

Jej wypowiedź i fakt, że zapędziła się aż tak daleko w przyszłość, doprowadziły mnie do kolejnego napadu śmiechu. Nastolatka, choć nieco obrażona, że nie brałam jej na poważnie, musiała podejść i solidnie poklepać mnie po plecach, bo zaczęłam się dusić.

– Nie martw się – odezwałam się po kilku minutach, kiedy w końcu udało mi się złapać oddech. Wachlowałam się dłonią. – Mogę cię zapewnić, że taki scenariusz mi nie grozi. Przynajmniej nie teraz, kiedy...

Ugryzłam się w język, a mój dobry humor z miejsca zmienił się w zakłopotanie. Cholera! Dlaczego zawsze musiałam tyle mówić?!

Misurie nadstawiła uszu.

– Teraz, kiedy... co?

– Co, co?

– O nie! Nie ma mowy. Nie wywiniesz się. – Zielonowłosa pociągnęła mnie za ręce, a następnie siłą usadziła na brzegu łóżka. Sama stanęła nade mną jak strażnik, abym nie mogła uciec. – Kiedy co?

„Zander mnie zabije” – przeszło mi przez myśl.

– Kiedy... tak jakby... może... – zaczęłam się jąkać.

– Wyduś to z siebie! – czarownica położyła ręce na biodrach.

– Kiedy nieoficjalnie z kimś jestem – powiedziałam na jednym wydechu i zamknęłam oczy, bojąc się reakcji nastolatki. Tyle by było, jeśli chodziło o konspirację. Nie udało mi się utrzymać sekretu nawet przez dwa tygodnie.

Mimo moich początkowych obaw, Msurie nie zaczęła krzyczeć ani się na mnie nie rzuciła. Właściwie to chyba niczego nie zrobiła, bo po moim wyznaniu zapanowała kompletna cisza. Zmartwiona uniosłam jedną powiekę. Misurie stała z opuszczonymi rękami, gapiąc się na mnie jak na kosmitkę.

– Z kim? – zapytała płytkim głosem.

Odpowiedź ci się bardzo spodoba.

– Chyba nie z tym... jak mu tam? Victorem? – Zmartwiona dziewczyna usiadła przede mną na ziemi. Z powodu dezorientacji nie mogła dłużej ustać na nogach. Przypominała trochę Doriana, kiedy opadł z sił.

– Nie. Nie z Vincentem. – Pokręciłam głową. Zastanawiałam się, jak subtelnie przekazać jej najnowsze wieści. – Ale dobrze kombinujesz, bo to nocny.

Misurie zbladła. Otworzyła usta, chociaż wcale nie po to, by coś powiedzieć. Po prostu była w takim szoku, że nie kontrolowała mimiki swojej twarzy. Wstrząs widoczny w jej spojrzeniu, przenosił się od wierzchołka zmarszczonego czoła, po samoistnie opadniętą szczękę. Doskonale znała mój stosunek do wampirzej rasy. Zdawała sobie sprawę, iż w trakcie swojego życia nie miałam bezpośredniej styczności z nocnymi, co znacząco wpłynęło na moje postrzeganie ich gatunku. Opowieści zaprzyjaźnionych magów czy rodziny – negatywnie nastawionych do pijących krew osobników – osłabiły moją chęć obcowania z nimi. Nie czułam się komfortowo ani swobodnie z myślą, że trafię do mieszanej szkoły, gdzie będę spotykać wampiry za każdym rogiem. Koniec końców, mogło się wydarzyć wiele sytuacji podobnych do tej, którą przeżyłam z Vincentem, a także jego kolegą. Że któremuś z wampirów nie uda się powstrzymać pożądania, przez co któregoś dnia, zaciągnie mnie w ciemny korytarz, aby zaatakować.

Tyle że Zander zaręczał, że nie czuł pociągu do mojej krwi. Nie mógł kłamać w tak ważnej kwestii, nie zdołałby mnie zresztą oszukać, skoro ulubionym miejscem składania przezeń pocałunków okazał się obojczyk. Słyszał płynącą pod cienką warstwą skóry krew, czuł pod palcami wyraźne siateczki żył.

 

Westchnęłam. Nic dziwnego, że Misurie była zdumiona.

– To Licavoli – wyjawiłam, ponieważ nastolatka wpatrywała się we mnie z przejęciem. .

Misurie wyprostowała się, niczym napięta struna. Jej spojrzenie stało się zimne.

– America, to zbyt poważna sprawa, żebyś robiła sobie ze mnie żarty.

– Nie robię, przysięgam. – Przyłożyłam rękę do serca. – To naprawdę on.

Wciąż mi nie wierzyła, więc nabrałam do płuc mnóstwo powietrza i zaczęłam swoją opowieść. Przedstawiłam zielonowłosej całą historię, poczynając od mojego pierwszego spotkania z Zanderem, przechodząc do zajęć sportowych i wydarzeń ze skrzydła wampirów, a kończąc na feralnej rozmowie, którą odbyliśmy w sali gimnastycznej. Z każdym słowem Misurie robiła coraz bardziej teatralne miny: od tych zdradzających skołowanie, po te wyrażające wzburzenie i współczucie, w przypadku wzmianki o Aro i Vinie. Gdy skończyłam streszczać dziewczynie kilka ostatnich spotkań z Zanderem, kompletnie oniemiała.

– Czy naprawdę myślimy o tej samej osobie? – zapytała, lustrując podejrzliwie moją twarz. – O naszym dziewiętnastoletnim, przystojnym opiekunie, który spławia każdą możliwą dziewczynę, nieważne czy jest nią czarownica, czy wampirzyca?

Mruknęłam pod nosem ciche „tak”.

– Americo, to wspaniale! – wrzasnęła nagle. Wydarła się tak głośno, że aż drgnęłam ze strachu. – To cudownie! To świetnie! Znaczy... nie świetnie, bo jest wampirem i opiekunem, przez co mogą go wywalić ze szkoły, jeśli wasza relacja wyjdzie na jaw, ale… A co tam! Olać to wszystko! Sama chętnie próbowałabym go wyrwać! Ami, to niesamowite. Zander rzeczywiście od jakiegoś czasu wydawał mi się ożywiony i jakiś taki zadowolony, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że to z twojego powodu.

Oblałam się rumieńcem. Entuzjazm mojej przyjaciółki był zaraźliwy, a słowa tak pozytywne, że aż zrobiło mi się cieplej na sercu. Przez nią poczułam jeszcze większą dumę, że Licavoli zwrócił na mnie uwagę.

– Zapytałabym, jak do tego doszło, ale przecież przed chwilą mi powiedziałaś. – Nastolatka mocno mnie objęła. – Nie mogę w to uwierzyć. Wszystkie szkolne piękności pękną z zazdrości, jak się dowiedzą.A Serina… O matko! Przecież ona rozniesie tę szkołę na kawałki! Ale chyba warto, skoro zobaczymy dzięki temu jej wściekłą minę. Ciekawe, czy zrobi się równie czerwona, co jej kudły.

– Hola, hola. Zwolnij. To nie jest dobry pomysł, żeby komukolwiek wspominać teraz o naszej relacji. – Uniosłam dłonie. Właśnie tego się obawiałam: że Misurie nakręci się zbyt mocno i obie ściągniemy tym samym wampirowi na głowę całe mnóstwo problemów. – Sama przyznałaś, że Zander jest opiekunem, w dodatku nocnym. Nie wiemy, czy to, co nas łączy jest w ogóle... legalne.

– Proszę cię... – prychnęła Misurie. – Legalne czy nie, znajdź mi chociaż jedną czarownicę, która nie marzyłaby o zobaczeniu Licavoliego bez ubrań. Nawet ja nie umiałabym odwrócić wzroku, gdyby nagle zaczął zrzucać przede mną swoje ciuchy.

Uśmiechnęła się pod nosem.

– Jeżeli teraz to sobie wizualizujesz, to przynajmniej nie rób takich min. – Szturchnęłam ją.

– A ty? Widziałaś go już nago?

Wytrzeszczyłam na nią oczy. Za kogo ona mnie uważała?

– Nie i na razie nie zamierzam – odparłam od razu, krzywiąc się na samą myśl. – Jestem porządną czarownicą. Nasz… związek jest jeszcze zbyt świeży na takie rzeczy.

Oczywiście nie to, że nie chciałabym obejrzeć Zandera od stóp do głów bez ubrań. Nastolatek już dzięki samemu faktowi bycia wampirem, mógł pochwalić się perfekcyjną, bardzo męską figurą, która zachwycała mnie od pierwszego dnia naszej znajomości. Systematyczne ćwiczenia, a także dieta uboga w tuczące substancje, dodatkowo podkreślały skrywane pod ubraniami mięśnie: niewyróżniające się nadmiernie i nieprzesadnie twarde, a jednak zarysowane. Misurie nie miała pojęcia, jak bardzo kusiło mnie, aby sprawdzić, jak wyglądałyby „au naturel”, bez zbędnego nakrycia. Pamiętałam jednak, ile miałam lat.

Zielonowłosa przewróciła oczami, słysząc upór w moim głosie. Niespodziewanie wstała, po czym jak na skrzydłach poleciała do drzwi.

– Gdzie idziesz? – zdziwiłam się. Nie podejrzewałam, że tak nagle postanowi urwać rozmowę, zwłaszcza skoro weszłyśmy na ulubiony temat wszystkich dziewczyn świata: chłopców.

Nastolatka wyszczerzyła zęby.

– Po szczoteczkę do zębów i piżamę – oznajmiła, jakby to było zupełnie oczywiste. – Dzisiaj naszego skrzydła pilnuje panna Hills. Nawet nie zauważy, że nie ma mnie w pokoju.

Uniosłam brwi.

– Co zamierzasz?

– Urządzimy sobie babski wieczór. – Misurie wpadła w szampański humor. Przygryzła z ekscytacją wargę, a kiedy zrozumiała, że nie podzielałam aż tak jej podniecenia, wycelowała we mnie sugestywnie palcem. – Planuję spędzić całą noc na plotkowaniu o chłopakach, więc nie waż się zasypiać, kiedy mnie nie będzie.

ROZDZIAŁ 3

Leanice przyłożyła dłoń do ust, spojrzała na Airena z przerażeniem. Pojawił się znikąd, niczym skrytobójca wyłaniający się z najciemniejszego zakątka, aby niespodziewanie zaatakować. Rozproszył ich dalekodystansowym, destrukcyjnym zaklęciem, a kiedy dziewczyna wraz z Rinarim uciekała przed opadającymi fragmentami pałacu, zdołał przedrzeć się przez królewską obronę. Był silny, z zimną krwią mordował każdego, kto ośmielił się zastąpić mu drogę. Obecnie stał na placu, gdzie przebywali zakochani. Wpatrywał się w nich, jak gdyby nigdy nic, z oczami pełnymi szaleństwa, a także miną tyrana, który sądził, że wygrał zanim w ogóle zaczęła się prawdziwa walka. Spokojnie ocierając głownię miecza z zasychającej posoki, czekał na ruch starszego brata. Tylko jego pozwolił sobie zachować dla siebie, zakazał, aby ktokolwiek inny próbował podnieść na niego dłoń. Nie przybył bowiem sam, horda jego bestialskich, poinstruowanych, aby zabijać, żołnierzy, w ferworze walki, rzucała się na ostatnich, uciekających poddanych Władcy Powietrza. Unoszona broń połyskiwała w promieniach zachodzącego słońca, a wojenne okrzyki rosłych mężczyzn dźwięczały w uszach, wywołując na plecach ciarki.

To już nie była wojna, Aisaden Airen zmienił ją w rzeź!

– Stań za mną – kazał stanowczym głosem Rinari. Wyciągnął dłoń, aby własnym ciałem obronić ukochaną przed zagrożeniem. Podobnie jak ona, był przerażony tragedią, jaka działa się na jego oczach. Wychowywali się razem, nigdy nie pomyślałby, że jego brat będzie zdolny do tak okrutnego, zmasowanego ataku. Napędzany rządzą zemsty, jak również zazdrością, nie dostrzegał, do czego doprowadziły jego chore rządze. Przestał być księciem, na swoje życzenie przyczynił się do tego, iż jego własny, starszy brat widział w nim jedynie potwora.

Airen zaśmiał się szyderczo. Posłał ręką pocałunek w stronę Leanice.

– Myślisz, że uda ci się ją obronić? – zapytał kpiąco. Z całej trójki był najmłodszy, a jednak wydawało się, że to właśnie on panował obecnie nad sytuacją. – Przede mną?

– Sądzę, że tak – warknął chłopak, dobywając własnego miecza. Zabrzmiała złowieszcza pieśń stali.

Airen przestał się uśmiechać, wcale nie wyglądał jednak na przejętego słowami rywala. Wręcz przeciwnie, czuł podekscytowanie na myśl, że w końcu bez żadnych przeszkód, czy utkwionych na dnie umysłu wyrzutów, będzie mógł zagrać z bratem w otwarte karty. Wygarnąć mu wszystko, co przez tyle długich wiosen ciążyło mu na sercu, niczym sterta masywnych głazów. Głazów o wyjątkowo ostrych krawędziach.

– Jesteś odważny, Rinari – stwierdził zjadliwie. – Tak odważny, jak głupi. Nie pokonasz mnie w pojedynkę.

Leanice zacisnęła powieki, z jej ust wydobył się szloch. Pogubiła się. Bardzo chciała pomóc ukochanemu, lecz nie wiedziała, jak miałaby to uczynić. Słowa okazały się nic nie warte, Rinari miał rację co do tego, że do jego brata nie dało się już dotrzeć, przemówić. Zaszedł zbyt daleko, aby mógł się wycofać, ziemia, po której stąpał wychłeptała dość krwi, by na stałe przesłonić jego oczy ofiarną czerwienią.

Nie chciała dopuścić do walki, ale uświadomiła sobie, że jedynym, co mogłoby w tamtej chwili zapobiec krwawemu starciu dwóch, nienawidzących się braci, była silniejsza od tej Airena moc. Pokłady nieskończonej wręcz energii, które od urodzenia znajdowały się w jej sercu, jednak nie mogła zaczerpnąć z nich ani krztyny magii. Była przeciwniczką wojen, nie rozumiała, dlaczego ludzie w własnej, nieprzymuszonej woli godzili się na odbieranie życia. Właśnie dlatego, złożyła dobrowolne śluby, że sama nigdy nikogo nie zaatakuje. Zapieczętowała swe niebezpieczne, wyrywające się na wolność talenty, aby żyć w zgodzie z naturą. Najlepszym tego dowodem był połyskujący na jej szyi wisior. Symbol zamkniętej w krystalicznie czystym diamencie, destrukcyjnej siły.

Ale Airen chciał ich zabić. Ją i Rinariego, którego darzył tak ogromną nienawiścią. Mierzył w niego mieczem, groził, że użyje magii. Wiedziała, że stał się naprawdę silny, długo przygotowywał się do ataku na jej Królestwo. Jego moc na pewno była potężniejsza od tej Rinariego, który dla księżniczki zdecydował się na długi czas zaniechać walki.

– Proszę – chwyciła ukochanego za dłoń. Po policzkach płynęły jej łzy, nie mogła znieść krzyków dobiegających z oddali ani krwi, która zraszała jej ziemię – nie walczcie. Walka to nie żaden sposób, unosząc oręż, doprowadzicie jedynie do własnego cierpienia. Nie udowodnicie niczego ani sobie, ani światu, a wasze serca zaleje tym większa nienawiść. Nikomu nie wyjdzie to na dobre.

Ukochany wyczuł zaciskające się na jego ręce palce i obejrzał się, aby na nią spojrzeć. Jego wzrok był pełen troski, ale, czego najbardziej się obawiała, nie zniknęła z niego determinacja. Pochylił głowę. Gdy się odezwał, przeszedł ją dreszcz.

– Kocham cię – wymruczał cichym, drżącym głosem. – Nigdy o tym nie zapomnij.

* * *

– Naprawdę rozmawiałyście całą noc? – zapytał z rozbawieniem Zander, kiedy ziewnęłam po raz trzeci w ciągu pięciu minut.

Posłałam mu niezbyt subtelne, zmęczone spojrzenie. W przeciwieństwie do mnie, nocny wyglądał na orzeźwionego i pełnego życia. Ciągle się uśmiechał, a jego oczy jaśniały karmelowym, wyrazistym odcieniem. Już na pierwszy rzut oka szło się domyślić, że poprzedniej nocy musiał się żywić. Nawet bez dotykania jego skóry, czułam, że promieniała przyjemnym ciepłem.

 

– Nie znasz Misurie. – Oparłam się wygodniej o jego ramię. Siedzieliśmy pod drzewem w ogrodzie, który od jakiegoś czasu, ze względu na dużą ilość prywatności i tak ważnego dla wampira cienia, był naszym ulubionym miejscem w Cennerowe’ie. Lubiliśmy tam przesiadywać zwłaszcza w takich porach jak ta, czyli w godzinach obiadu. Przynajmniej nie istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że nakryje nas jakiś zabłąkany wśród krzewów mag. – Kiedy już wymsknęło mi się, że się spotykamy, nie dała mi nawet chwili spokoju. Spędziłam dwie godziny na odpowiadaniu na jej pytania. Chyba z pięć razy musiałam mówić, czy dobrze całujesz. Nawet nie wiesz, jakie to było dla mnie krępujące!

Chłopak uniósł w zamyśleniu brwi.

– Jesteś pewna, że możemy jej zaufać w tej sprawie? Wiesz, że nasza relacja nie może ujrzeć światła dziennego, dopóki nie wymyślę, jak przekazać i oswoić z tym faktem pannę Magelli. Znam Misurie głównie z zajęć, jest mądra, ale wyjątkowo gadatliwa. Jeśli wcześniej niechcący komuś o nas wspomni albo doniesie na mnie nauczycielom… W najlepszym wypadku zostanę przeniesiony do innej placówki.

Wzdrygnęłam się na samą tę myśl. Oboje wiedzieliśmy, że jeden nieostrożny ruch wpędziłby nas oboje w kłopoty. Ja, jako niepełnoletnia może uniknęłabym poważniejszej kary, ale Zander, bądź co bądź, pracownik renomowanej szkoły, straciłby zaufanie dyrekcji, a także Rady. Nawet, gdyby skończyło się tylko przenosinami, zawsze istniało ryzyko, iż opiekun, który raz wdał się w romans z uczniem, zrobi to ponownie. Ta myśl chodziła za Licavolim krok w krok. Za mną także. Gdyby miesiąc wcześniej ktoś powiedział mi, że skończę w ramionach szkolnego pracownika, nawet tak młodego, jak Zander, chyba bym go wyśmiała.

– Misurie obiecała, że będzie milczeć – zapewniłam z mocą. – Kazałam jej przysiąc na eliksiry, że nie piśmie choćby słowem o tym, czego się wczoraj dowiedziała.

Zander odrzucił głowę do tyłu. Przez jakiś czas w milczeniu wpatrywał się w koronę drzew. W sumie był wampirem, możliwe, że składanie tak poważnych obietnic na „eliksiry” ani go nie przekonywało, ani nie pomagało się uspokoić. Byłam gotowa zapewnić go, że akurat w przypadku Misurie, bardziej prawdopodobne było, że złamałaby przysięgę złożoną na własne życie, niż na ukochane mikstury, ale akurat wtedy nocny zboczył z tematu:

– No to...? Jaka była odpowiedź?

– W sensie?

– Co powiedziałaś, kiedy Ashton zapytała, jak całuję?

Zaśmiałam się serdecznie.

– No cóż. Nie mam porównania, ale sądzę, że w miarę dobrze. – Tak jak on, odchyliłam głowę w stronę słońca, aby pochłonąć jak najwięcej ciepłych promieni. Wyczułam, że Zander chciał o coś jeszcze zapytać, więc szybko dodałam: – I błagam, tylko nie pytaj o szczegóły. I tak mam już szczerze dosyć wczorajszego przesłuchania. Porozmawiajmy o czymś innym.

Zander potarł ręką moje ramię.

– W porządku. – Zerwał źdźbło zielnej trawy i zaczął się nim bawić. – Nie muszę znać twojego zdania na temat tego, jak całuję. Dajesz mi odpowiedź za każdym razem, gdy w mojej obecności przyśpiesza ci serce albo gdy z przejęcia nie możesz złapać oddechu.

– Kiedy zrobiłeś się taki skromny? – zapytałam ironicznie, unosząc brwi.

Uśmiechnął się szeroko, ukazując białe zęby. Kły, jak zawsze po żywieniu, były nieco dłuższe w stosunku do reszty. Musiało potrwać trochę czasu zanim organizm wampira uspokoił się po dostarczeniu nowej porcji krwi.

– Mam na ciebie zły wpływ – stwierdziłam. Przygładziłam zmięty rąbek spódniczki, po czym znów niekontrolowanie ziewnęłam.

– Rzeczywiście, masz – przyznał, opierając się wygodniej o pień drzewa. – Wcześniej nawet bym nie pomyślał, żeby potajemnie spotykać się z uczennicą. A co dziwniejsze, żebym nie chciał przestać tego robić.

– Mówisz tak, jakby to była zbrodnia. Jesteś ode mnie tylko trzy lata starszy. Dwa, jeśli nie liczyć tych kilku miesięcy, które zostały do moich urodzin.

Zander zamknął oczy.

– Masz rację – westchnął. Poczułam, że jego palce zacisnęły się na moim ramieniu. Zupełnie jakby bał się, że wstanę i odejdę. – Chyba za długo wmawiałem sobie, że jestem opiekunem i nie wolno mi nawiązywać bliższym relacji z nikim ze szkoły. Za długo wspominałem… – Urwał. Przełknął ślinę, uświadamiają sobie, że mało brakowało, a powiedziałby słowo za dużo. – Zresztą, nieważne.

Spiął się. Uznałam, że każdy miał prawo do sekretów, więc postanowiłam nie dopytywać, jak brzmiało zakończenie ostatniego zdania. Jak to określiła niedawno Vanessa, jeśli pragnął zatrzymać dla siebie coś, co było ważne, nie zamierzałam tego na siłę szukać.

– Czyli… dotąd powtarzałeś sobie, że nie możesz być z żadną dziewczyną, a teraz, kiedy już uświadomiłeś sobie, że to nie prawda, od razu związałeś się z czarownicą?– Udałam, że puściłam końcówkę jego wypowiedzi mimo uszu. – Wpadasz ze skrajności w skrajność, mój drogi. Magia jest... O właśnie! À propos magii... Chcesz coś zobaczyć?

Uniósł brwi, więc wysunęłam się z jego objęć, aby przyjąć wygodniejszą pozycję. Uklękłam i nie czekając, aż dziewiętnastolatek cokolwiek powie, uniosłam dłonie.

– Nauczyła nas tego dzisiaj pani Allessi – wyjaśniłam z entuzjazmem, kierując palce w stronę pobliskiego krzewu różanego. Idealnie się złożyło, bo jeden kwiat usechł, a jego płatki straciły kolor. – Podobno to połączenie magii roślinnej z żywiołem ziemi, ale osobiście myślę, że to zwykła iluzja.

Zander podrapał się po brodzie, ale nadal nic nie powiedział. Przykucnął tuż obok, aby z bliska obserwować moje poczynania. Błąd. Znalazł się tak blisko, że czułam na karku łaskotanie jego ciepłego oddechu. Nie umiałam się skupić, kiedy wiedziałam, że dzieliły nas zaledwie centymetry pustej przestrzeni. Moje nieposłuszne myśli zawędrowały nieoczekiwanie w całkiem inne miejsca niż powinny.

– O… odsuń się – skarciłam go niewyraźnie. – Rozpraszasz mnie.

Tłumiąc śmiech, posłusznie się wycofał. Przewróciłam oczami i odetchnęłam, aby uspokoić bicie serca. Na wszelki wypadek zerknęłam jeszcze do tyłu, gotowa znów ofuknąć Zandera, gdyby zamierzał wrócić na poprzednią pozycję. On jednak cierpliwie czekał kawałek dalej, w bezpiecznej odległości ode mnie.

Spojrzałam na zwiędniętą różę, po czym cicho wypowiedziałam zaklęcie. Płatki delikatnie drgnęły, więc mocniej skoncentrowałam się na mrowieniu, które czułam na czubkach palców. Sucha róża wykręciła się minimalnie w lewo. Kiedy ponownie wyrecytowałam inkantację, zmieniła kierunek, a następnie zapadła się w sobie, chowając wszystkie płatki. Pstryknęłam palcami i kwiat się rozłożył. Nie był już jednak zaniedbaną różą, a małym, różowym astrem.

– Nieźle – przyznał Zander, zaglądając mi przez ramię.

– Czekaj... – Spojrzałam na krzew. – To jeszcze nie koniec.

Jak na zawołanie, wszystkie róże zaczęły się składać. Z dumą obserwowałam, jak pojedynczo każda z nich zmieniała kolor, a następnie się otwierała. Gdy proces się skończył, krzew był pełen jasnych, pachnących jak róże, astrów.

Zander wychylił się, aby zerwać jeden z kwiatów.

– Robisz postępy. – Przyjrzał się małym płatkom.

Wyszczerzyłam zęby.

– Pani Allessi też tak powiedziała. – Przeciągnęłam się, nie ukrywając zadowolenia. – Podobno mam, jak to określiła, naturalny talent do roślin.

– Pewnie mówi tak każdemu, kto jej słucha.

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, kiedy nagle poczułam, że kieszeń mojej bluzy zaczęła wibrować. Początkowo podskoczyłam i popatrzyłam na nią z przerażeniem, sądząc, że do środka wpełzł jakiś robak, mylnie biorąc otwór za wejście do norki. Po chwili jednak przypomniałam sobie, że rano schowałam do kieszeni telefon. Po prostu dzwonił, nie było w tym nic dziwnego.

Zaraz! Telefon!?

– Ktoś dzwoni! – krzyknęłam, bardziej zaskoczona niż ucieszona rozlegającym się sygnałem komórki. Trzęsąc się z ekscytacji, uciszana przez syki Zandera, z przejęciem wyciągnęłam przedmiot. Nie mogłam się powstrzymać i w myślach już zastanawiałam się, kto to mógł być. Może babcia! Tak strasznie za nią tęskniłam. A może to tacie nareszcie udało się połączyć albo Debbie znalazła sposób na przełamanie bariery, która do tej pory nie pozwalała nam się kontaktować. Albo mama... a nuż w końcu zdecydowała się przeprosić za to, że pierwszego dnia szkoły potraktowała mnie tak, jakbym była dla niej kompletnie obojętna...

Od miesiąca nie rozmawiałam z nikim z zewnątrz. Chciałam usłyszeć znajome głosy rodziny i przyjaciół, porozmawiać z nimi, powiedzieć, ile rzeczy się wydarzyło, pochwalić się, ile udało mi się do tej pory osiągnąć...

Cała moja radość zniknęła, kiedy spojrzałam na wyświetlacz. Okazało się, że krótkie wibracje były po prostu informacją, że wyładowywała mi się bateria i powinnam jak najszybciej podłączyć telefon do ładowarki.

Przez dłuższą chwilę gapiłam się na ekran jak zahipnotyzowana, nie słuchając, o czym mówił do mnie Zander. Ten krótki moment nadziei wzbudził we mnie niewyobrażalny smutek. Rodzice, znajomi, ludzie, których tak bardzo kochałam... Nikt o mnie nie pamiętał? Naprawdę nikt nie mógł się ze mną skontaktować?