Przebudzenie. Córka wiatru. Cześć 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

– Proszę – szepnęła z bólem, spuszczając głowę. Kryształowe łzy spływały po jej bladych policzkach, przypominając krople deszczu. Opadały z wolna, a że stała blisko, trafiały wprost na jego buty. Chłopak nawet na to nie reagował. Zaciskał ręce w pięści, widząc, że jego ukochana cierpiała. Czuł się bezsilny, ponieważ nic nie mógł poradzić na jej smutek. Także nie chciał przecież odchodzić. Pragnął zostać z nią na zawsze, by móc się nią opiekować i chronić. Ale właśnie, aby zapewnić jej bezpieczeństwo, musiał pokonać swojego brata. Musiał stanąć twarzą w twarz z człowiekiem, który jeszcze niedawno był mu najwierniejszym towarzyszem. Inaczej dziewczyna sama by tam poszła i ryzykowała za jego grzechy.

O co prosisz? – zapytał, wyciągając dłoń i delikatnie ujmując jej twarz. W blasku księżyca jej mokre policzki błyszczały, niczym drogie kamienie. Czule otarł jedną ze spływających łez, był przy tym tak delikatny i ostrożny, jakby obawiał się, iż jego dotyk zanieczyści lub trwale naruszy nieskazitelną skórę jasnowłosej. – Abym został?

Dziewczyna otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie ani jednego słowa. Głos uwiązł jej w gardle, a uczucie niepewności, które od jakiegoś czasu, niczym nieodłączny duch, snuło się za nią, podsuwając najgorsze myśli, znów dało o sobie znać. Jej oczy zaczęły produkować coraz więcej płynów. Kryształowe krople przeinaczyły się w potok łez.

– Pro… szę…

Nic nie słyszę – przypomniał miękko chłopak, siłą woli powstrzymując krople smutku, które, jak nieproszeni goście, zaczęły pojawiać się i w jego ciemnych oczach. Za każdym razem, gdy widział malujący się na twarzy ukochanej lęk, pękało mu serce. Łamało się na kawałki, jakby stworzono je z najdelikatniejszego szkła. – O co prosisz?

Dziewczyna odwróciła z żalem wzrok. Nie mogła dłużej patrzeć na twarz ukochanego. To zbyt bolało.

– Proszę... proszę... – Przyłożyła rękę do serca. Biło w rytm mijających sekund, odliczając czas, który im jeszcze pozostał. Chciała powiedzieć, żeby zaniechał walki. Aby pozwolił jej spróbować porozmawiać z młodszym bratem. Wiedział, że dla niej wojna to najgorsza i najtragiczniejsza forma rozwiązywania konfliktów. Zawsze ktoś cierpiał, zawsze ktoś odchodził. – Proszę...

Nie mogła dokończyć zdania.

– Ukochana. – Młodzieniec przysunął się bliżej. Bezradnie pochylił głowę, nie umiejąc przekazać jej choćby krzty nadziei. Samemu mu jej brakowało. – Wiem, że to trudne, ale...

Drgnęła. Zaczął ją pocieszać. Sądził, że się bała. Nie! Nie chciała pozwolić, aby opuszczał ją z myślą, że była słaba. Wtedy by się o nią martwił i nie skupiał na walce. Nie mógł się przez nią zadręczać. Nie mógł o niej w ogóle myśleć! Aby przetrwać, powinien o wszystkim zapomnieć!

– Nie! – krzyknęła z przerażeniem w oczach. – Nie wolno ci!

Oszołomiony jej wybuchem chłopak, otworzył usta. Chwilę wpatrywał się w dziewczynę, nie potrafiąc odczytać nic z jej przestraszonego oblicza.

Czego, ukochana? Czego mi nie wolno? – Zbliżył się jeszcze bardziej. Na jego twarzy pojawiło się zaniepokojenie.

– Nie wolno ci się o mnie martwić – wyszeptała, a łzy na jej twarzy zaczęły płynąć jeszcze większym strumieniem. Jedna za drugą, tworzyły potok niewypowiedzianych myśli i próśb, których nie potrafiła ubrać w słowa. – To cię zniszczy.

Oniemiał. W zapamiętaniu zaczął kręcić głową.

– Nie, to nieprawda – powiedział cicho. – Dlaczego tak mówisz?

– Nie rozumiesz – jęknęła, a coś w jej sercu pękało właśnie na tysiąc kawałków. – Idziesz walczyć i musisz się skupić tylko na tym, by przetrwać. Twój brat to silny przeciwnik, dużo potężniejszy od wszystkich, których pokonałeś. Przeze mnie będziesz zaprzątał sobie głowę rzeczami, które wcale nie są istotne. Mój najdroższy Rinari, nie chcę pozwolić na to, byś zginął z mojej winy. Nie wybaczyłabym sobie tego.

Zanim zdążył pomyśleć, warknął na nią ze złością. Drgnęła.

– Nie jesteś nieistotną rzeczą! – wrzasnął, a w jego głosie słychać było tak wielki ból, jakby ktoś wbił mu nóż prosto w pierś. Jakby serce, które już i tak zostało splugawione zdradą i każdego dnia było pochłaniane przez zarazę, miało ponadto zostać rozerwane na pół. Rozszarpane. – Jak mam o tobie zapomnieć?! Kocham cię!

Jasnowłosa odsunęła się z lękiem, a on natychmiast poczuł niewyobrażalne wręcz wyrzuty sumienia. Po raz pierwszy, odkąd się poznali, aż tak podniósł na nią głos. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało, zawsze, bez względu na sytuację, starał się zachowywać zimną krew. Nie zamierzał tego robić, nie chciał jej znów straszyć ani doprowadzać do jeszcze gorszego stanu. Nie widział jednak innego wyjścia. Czuł się bezsilny i słaby, jak nigdy wcześniej, a świadomość, że musiał chronić bezbronną ukochaną, poruszała go do głębi. Choćby miał przez to zginąć, nie zostawiłby jej. Kochał ją ponad wszystko. Była jego gwiazdą, bielą, która po zapadnięciu nocy, jako jedyna była zdolna przebić się przez otaczający go mrok. Dlaczego tego nie pojmowała? Dlaczego w niego wątpiła?

Dziewczyna zaniosła się płaczem. Opadła na kolana, nie zwracają uwagi na błękitną suknię. Taras, niegdyś najpiękniejsza część pałacu, jej ulubione miejsce, z którego rozciągał się widok na otaczające budowlę ostre szczyty gór, teraz wyglądał jak pobojowisko. Na ziemi leżała warstwa kurzu, pyłu, ziemi i brudu, a wokół znajdowały się potłuczone wazony, zniszczone filary i pozostałości po krzesłach. Szarą ziemię pokrywały zwiędłe kwiaty. Niegdyś zachwycające pięknymi kolorami i świeżym zapachem rośliny, teraz ścieliły taras połamanymi łodygami i samotnymi płatkami.

Jasnowłosa sądziła zawsze, że tego zapachu nie dało się osłabić. A jednak, upadając na kawałek wazonu z porozrzucanymi wokół resztkami zwiędłych kwiatów i rozcinając na nim materiał sukni, zdała sobie sprawę, że nie miała racji. Ból draśniętego kolana przywrócił ją do rzeczywistości. Zrozumiała, że już nie czuła cudownej woni roślin, która niegdyś wydawała jej się nieodłącznym elementem życia w Królestwie. Zastąpiła go dusząca woń dymu, zmieszanego z krwią. Podeptano wszystkie kwiaty, zniszczono je tak samo bezdusznie, jak bezdusznie wymordowano strażników i bez skrupułów zasztyletowano służące.

Z jej otartego kolana, popłynęła rubinowa posoka.

– Ja... – wydukała, przykładając dłonie do ust. – Przepraszam.

– Ukochana. – Chłopak natychmiast się uspokoił. Ukląkł, aby przyjrzeć się ranie. Nie była poważna, ale z powodu obecnie panujących warunków – gdzie wszędzie panował brud i chaos – bez opatrzenia, istniało ryzyko infekcji. – To nie twoja wina… Zrozum, kocham cię bardziej niż kogokolwiek na świecie. Nie mógłbym ot tak wyrzucić cię z serca.

 

Zginiesz przez moją głupotę – jęknęła cicho, ze smutkiem, pozwalając, by wyciągnął z kieszeni białą chustę i obwiązał jej nogę. Pociągała nosem. – Tamtego dnia... mogłam nie wychodzić wam na spotkanie. Mogłam się do was nie odzywać. Wtedy nawet byś mnie nie poznał.

Wziął ją w ramiona.

– Nie mów tak. – Pogłaskał ją po włosach. Nie mógł nie zauważyć, że straciły na swojej miękkości, stały się szorstkie i poplątane. – To był najlepszy dzień w moim życiu. Zmieniłaś mnie.

– Twój brat to wykorzysta. Wie, że mnie kochasz i zrobisz wszystko, aby mnie chronić. – Dziewczyna zamknęła oczy. – Wie, że ja także cię kocham. Wie, że bez względu na wszystko, nie wybiorę jego objęć, w zastępstwie twoich.

Chłopak zacisnął zęby. Czasami pragnął, żeby nie rozumiała tak dobrze wszystkiego, co działo się wokół. Wtedy łatwiej byłoby mu ją okłamywać.

– Idę z nim walczyć właśnie po to, by cię ochronić – odparł, po czym musnął wargami wierzch jej dłoni. – Nie pozwolę, by cię skrzywdził. Mnie także nic nie zrobi. Rozumiesz?

Otarła łzy.

– Rozumiesz? – zapytał powtórnie chłopak, nieco bardziej dobitnie.

Nie chciała kłamać, ale przytaknęła. Dla niego.

– Tak bardzo cię kocham. – Młodzieniec pochylił się i, nie mogąc dłużej znieść rozłąki ich ciał, złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Dziewczyna powstrzymała szloch, żeby nie pokazać mu po raz kolejny, jak bardzo się bała. Objęła ukochanego za ramiona, pozwalając, by ostatni raz poczuł jej wargi.

W tym samym momencie w oddali rozległ się huk. Dzwonnica runęła.

* * *

– Co się dzieje? – Dziewczyna poderwała się, słysząc przeraźliwy hałas. Chciała pomóc wstać chłopakowi, ale ten był szybszy. Zanim się obejrzała, stał stabilnie na dwóch nogach, dzierżąc w zaciśniętej dłoni długi miecz. Drugą rękę wyciągał w bok, żeby chronić ukochaną przed ewentualnym atakiem.

Panowała cisza.

– Co się dzieje? – powtórzyła jasnowłosa w narastającej panice. Zawsze potrafiła panować nad emocjami, ale w tamtym momencie myślała tylko o księciu. Pierwszy raz czuła, jak bardzo była bezsilna.

Ukryj się – nakazał poważnym tonem, zamiast odpowiedzieć na jej pytanie. Nie patrzył na nią tylko w skupieniu obserwował horyzont, miejsce, skąd unosił się gęsty kłąb dymu. – Ukryj się i nie wychodź, dopóki po ciebie nie przyjdę.

Dziewczyna rozejrzała się w panice. Była przestraszona, ale nie chciała go opuszczać.

– Zostanę z tobą – odparła z mocą w głosie. – To mój pałac. Nie pozwolę twojemu bratu go zbezcześcić.

– Leanice! – krzyknął chłopak. Przez sekundę sądziła, że zrobił to, by przywołać ją do porządku i sprawić, żeby go posłuchała, ale po chwili poczuła mocne uderzenie w żebra. Chłopak odepchnął ją w ostatniej chwili. Ogromna rzeźba, która wcześniej zdobiła pałacowy dach, spadła, uderzając idealnie w miejsce, gdzie stała.

Książę chwycił oszołomioną dziewczynę za dłoń i pociągnął w bok. W tym samym momencie kolejne figury zaczęły bombardować już i tak zniszczony taras.

* * *

Poderwałam się jak oparzona. Oczywiście zahaczyłam o ławkę, przez co ta podskoczyła, a dwie, wypełniane po brzegi fiolki z eliksirami, wylały się na blat.

– Wszystko w porządku, Americo? – chciał wiedzieć zaniepokojony nauczyciel, który stał przy swoim stanowisku, nieco zdziwiony moim nagłym zerwaniem się z ławki. Trzymał w dłoniach pipetę i przeźroczystą miseczkę z jakimiś świecącymi na żółto roślinami.

– O... oczywiście. – Odruchowo chwyciłam białą ściereczkę leżącą na blacie. Zaczęłam energicznie ścierać rozlany płyn. – Zamyśliłam się. Przepraszam.

Nauczyciel pokręcił głową i pogroził mi palcem, co miało znaczyć, abym więcej się nie rozkojarzała. Później wrócił do robienia eliksiru.

Usiadłam na krześle i westchnęłam. Gapiąc się na mokrą ścierkę, rozważałam, jakim cudem udało mi się przysnąć na lekcji? Żeby jeszcze chodziło o poranną godzinę, na której byłby wygłaszany jakiś nudny wykład… To mogłabym zrozumieć, zdarzało się najlepszym. Ale nie! Ja odpłynęłam na zajęciach praktycznych.

– Co to było, Ami? – zapytał Aach, który wychylał się ze swojej ławki i bacznie mi się przyglądał. Zdrajca! Siedział wystarczająco blisko. Skoro widział, że zasnęłam, powinien mnie chociaż szturchnąć. Wtedy może nie narobiłabym sobie wstydu przed całą klasą.

Odwróciłam się w jego stronę i rozłożyłam ręce.

– Przysnęłam? – brzmiało to raczej jak pytanie niż odpowiedz.

– Nie wydaje mi się – odparł chłopak, drapiąc się po brodzie. – Miałaś zmrużone oczy. Wyglądałaś raczej jakbyś miała jakąś... wizje.

Prychnęłam.

– Jedyna wizja, jaką mam, to wściekła mina pana Darnella, jeśli te rozlane eliksiry przeżrą się przez stół. – Z niepokojem wzięłam ścierkę w dwa palce. Zaniepokoił mnie jej rozpuszczający się materiał. – Myślisz, że to było coś bardzo nieodpowiedniego dla szkolnych mebli?

Aach lekko się uśmiechnął.

– Wyciąg z liści Sogoe nie powinien raczej wyrządzić drewnu żadnych szkód, ale ten z jadu Escade pewnie wypali ładną dziurę na środku twojej ławki, jeśli nie ustawisz w pionie karafki.

Spojrzałam na swoje stanowisko. Szklana buteleczka pełna mazistej, pomarańczowej cieszy turlała się po blacie, zataczając coraz mniejsze kółka. W ostatniej chwili udało mi się chwycić ozdobny korek i ją zamknąć. Malutka kropla jadu spłynęła na blat, po czym wyparowała ze złowieszczym sykiem. Na szczęście była zbyt mikroskopijna, aby pozostawić po sobie widoczny ślad.

Zamknęłam oczy.

– Dzięki. Nie zauważyłam tego.

– Nie ma sprawy. – Aach wrócił na miejsce. – Na przyszłość nie zasypiaj na lekcjach, bo nie tylko tego nie zauważysz.

* * *

Wieczorem biblioteka była praktycznie pusta i wręcz zachęcała do zatopienia się w którymś z wygodnych foteli z książką w ręku, ale pomyślałam, że przyjemniej by się czytało na świeżym powietrzu. Korzystając, że o osiemnastej po dziedzińcu spacerowali tylko nieliczni uczniowie, wyszłam ze szkoły i usiadłam pod rozłożystym drzewem rosnącym naprzeciwko głównego wejścia. Cichy świergot sennych ptaków uspokajał moje napięte po całym dniu zajęć ciało, a brak wiatru sprawiał, że nie było zimno i nie musiałam opatulać się w ciepłą bluzę. Do pełni szczęścia brakowało mi jedynie ciepłej herbaty zaparzonej w ulubionym kubku i ciasteczek służących za przekąskę.

W błogim nastroju ułożyłam książki na trawie i rozważyłam, od czego w ogóle powinnam zacząć. Połowa lektur miała mi posłużyć do odrobienia pracy domowej, a reszta do odszukania informacji o enigmatycznych snach, które nękały mnie już od dłuższego czasu. Z wielu względów, ta pierwsza część wydawała się o wiele prostsza. Przynajmniej wiedziałam, czego się spodziewać.

Uporałam się ze wszystkimi szkolnymi zadaniami w około godzinę. Trwało by to pewnie dużo krócej, ale chciałam dobrze przygotować się na zajęcia z historii magii, aby pan Sampe, nauczyciel historii magii, nie miał okazji do postawienia mi kolejnej złej oceny. W razie, gdyby znowu niespodziewanie zechciał wziąć mnie do odpowiedzi, wykułam na pamięć wszystkie najważniejsze zagadnienia z poprzednich zajęć. Z racji, że mężczyzna wspominał też coś o egzaminie z ostatnich tematów, kolorowymi karteczkami pozaznaczałam w podręczniku dość istotne według mnie treści. W nocy planowałam poddać je skrupulatnej analizie.

Po skończeniu pracy domowej, zabrałam się do przeglądania ksiąg o tematyce żywiołów. Moimi jedynymi wskazówkami były dwa imiona: Leanice i Rinari. Słyszałam pierwsze z nich na poprawkach u pana Harsha, ale nadal zbyt dużo mi nie mówiło. Leanice była córką Władcy Powietrza, pierwszym magiem i osobą, która dobrowolnie zgodziła się wziąć udział w diamentowym zaprzysiężeniu. Zginęła, bo nie udało jej się dotrzymać obietnicy nieużywania magii.

Kolejne dwie godziny spędziłam na bezowocnym szukaniu przydatnych informacji. Owszem, w książkach znajdowało się sporo wzmianek o Władcach i ich potomstwie, ale nie miało to żadnego związku ze snami. Dowiedziałam się, że Rinari był synem Władcy Ognia i (tak jak się spodziewałam) miał młodszego brata – Aisadena Airena. Nie urodzili się z tych samych matek, ale mieli wspólnego ojca, który niezbyt dobrze się nimi zajmował. W gruncie rzeczy, gdy już okazywał zainteresowanie książętami, zawsze faworyzował starszego, pierworodnego syna, co bardzo raniło młodszego potomka. Choć bracia kochali się i traktowali na równi, drugi syn zawsze czuł się obojętny dla ojca. To wprowadziło w jego duszy zamęt, którego nie potrafił opanować. Każdego dnia drzazga nieświadomie wbita w serce przez rodzica powiększała się, powodując coraz gorszy ból. Choć z początku nikt tego nie dostrzegał, już wtedy Aisaden Airen zaczął odsuwać się od rodziny.

Zarówno Rinari, jak i jego młodszy brat mieszkali w Królestwie Ognia, gdzie dorastali w sąsiedztwie najlepszych nauczycieli. Obaj jednak nie widzieli się w pałacowych komnatach. Kiedy tylko osiągnęli odpowiedni wiek, zaczęli podróżować po świecie, odkrywając nowe tereny, a także ludzi. To właśnie podczas jednej z takich wypraw poznali Leanice – księżniczkę zamieszkującą odległe, położone na górskich terenach Królestwo Powietrza. To spotkanie nie zostało zaplanowane. Podczas podróży po sąsiednich krainach, bracia zdecydowali się zaszczycić swoją obecnością innego Władcę Żywiołów. Tam jednak, zamiast spodziewanego Władcy, napotkali jego młodą córkę, która w imieniu ojca uraczyła przybyszy gościną w swoim Królestwie. Uroda i dobroć dziewczyny od razu zauroczyły braci. To jednak Rinariego dziewczyna obdarzyła głębokim uczuciem, tym samym odrzucając zaloty rozgoryczonego Airena, brata, który zniszczony zazdrością i nienawiścią obrócił się później przeciwko rodzinie, sądząc, iż siłą zdobędzie to, co mu odebrano.

Wypuściłam powietrze z ust i przygryzłam wargę. Historia brzmiała wyjątkowo interesująco. Była długa, zajmująca i jak na legendę, zadziwiająco szczegółowo opisana, ale wciąż nie odpowiadała na moje pytania. Choć przewertowałam mnóstwo ksiąg, nie znalazłam nic o snach.

– Robi się ciemno – podsumowałam, unosząc głowę. Zza szarych chmur wystawał wschodzący księżyc. Jego tarcza jako jedyna oświetlała okolicę, gdyż nie było jeszcze widać gwiazd, a wokół Cennerowe’a nie ustawiono żadnych lamp. – Trzeba się zbierać.

Wstałam i rozprostowałam zdrętwiałe kończyny. Gdy nieprzyjemne mrowienie ustąpiło, przejechałam dłońmi po zmęczonych od bezustannego czytania oczach. Zaczęłam zbierać z ziemi książki. Nadchodził czas wychodzenia wampirów, więc musiałam wracać do szkoły.

 

Już miałam iść, kiedy zauważyłam, że na trawie został jeszcze jeden podręcznik. Pochyliłam się i podniosłam go za grzbiet. Okazało się to sporym błędem, bo nagle z książki zaczęło wypadać mnóstwo samoprzylepnych karteczek. Zapomniałam, że je tam zostawiłam, kiedy skończyłam zaznaczać tematy na historię magii. Klej widocznie wysechł, skoro nie działał tak, jak powinien.

Opadły mi ramiona i z rezygnacją zaczęłam przyglądać się trawie pokrytej kolorowym confetti. Oczywiście, tylko mi mogło się coś takiego przytrafić . Jak wielu osobom zdarzało się, aby ich samoprzylepne karteczki przestały się kleić?!

Mruknęłam pod nosem dwa niezbyt kulturalne słowa. Uklękłam, odkładając podręczniki na trawę. Przynajmniej nie było wiatru, który znając moje szczęście porwałby karteczki i porozrzucał je na większym obszarze. Nie było więc jeszcze tak najgorzej.

Zajęta sprzątaniem, nie zauważyłam, że ktoś wyszedł ze szkoły i do mnie podszedł. Zrobił to na tyle dyskretnie, że aż podskoczyłam, kiedy usłyszałam szelest dobiegający zza moich pleców. Z przestrachem uniosłam głowę, momentalnie odwracając się w stronę źródła hałasu. To nie mógł być wampir, skoro aż tak zwracał na siebie uwagę, ale i tak mało co nie dostałam zawału.

– Dobry wieczór. – Dorian stał za mną z założonymi rękami. – Co robisz?

Do tej pory klęczałam. Teraz usiadłam na piętach, próbując uspokoić przyśpieszony oddech. To był tylko Magelli.

– Nie skradaj się tak, kiedy jest pora wychodzenia wampirów! – fuknęłam trochę zbyt ostro. – Przestraszyłeś mnie.

Skrzywił się, jakby zjadł plasterek cytryny. Tak. Zdecydowanie zbyt ostro.

– Przepraszam. Myślałem, że mnie usłyszałaś – powiedział powoli. Wyglądał jakby chciał obok mnie przykucnąć, ale najwyraźniej obawiał się, że wtedy znowu na niego naskoczę. – Co to za papierki?

– Karteczki samoprzylepne – odparłam, starając się, aby tym razem mój głos zabrzmiał nieco łagodniej. Pochylił się, więc podziałało. – Uczyłam się i zaznaczałam nimi ważne fragmenty w książkach. Zapomniałam tylko, że powinnam je czymś spiąć po skończeniu. Dosyć często ich używam, więc klej nie trzyma już tak mocno, jak trzeba.

Na twarzy chłopaka pojawił się cień uśmiechu.

– Jesteś chyba najbardziej nieuważną dziewczyną jaką znam. – Ukląkł i z rozbawieniem zaczął zbierać na rękę pojedyncze karteczki.

– Po prostu mam pecha – stwierdziłam, wzdychając. Patrzyłam na jego ruchy dobre kilkanaście sekund, po czym zreflektowałam się i do niego dołączyłam.

W ciągu kolejnych dwóch minut udało nam się sprawnie sprzątnąć większość karteczek (z trudem, bo wypatrzenie ich w ciemnej trawie, nawet pomimo całej palety jasnych barw, było nie lada wyczynem). Zaproponowałam, żeby wrzucać je do mojej torby, bo zabawa w ich składanie trwałaby wieki, ale Dorian upierał się, że w ten sposób wszystkie się pogną. Zaczął wybierać najrówniejsze karteczki i pojedynczo je do siebie doklejał.

– Zachowujesz się jak pedant – skwitowałam, obserwując jego poczynania. – Dorianie, proszę cię. To bez sensu.

Chłopak uśmiechnął się i odłożył gotowy stosik na moje kolano.

– Dlaczego? Wiesz, jak to uspokaja? – zażartował, krzywiąc się.

Zrobił tak komiczną minę, że aż musiałam się roześmiać.

– Nie wygłupiaj się. – Zgarnęłam pozostałe karteczki, żeby nawet nie pomyślał o ich składaniu. Jednym ruchem wrzuciłam je do torby, a stos, który zebrał wcześniej, podzieliłam na mniejsze części i włożyłam pomiędzy strony jednego z podręczników. – Zajmie ci to całą noc.

– Najlepsze jest to, że od początku mogliśmy użyć magii – powiedział, wstając. Otrzepał kolana, a następnie wyciągnął do mnie rękę. – Wtedy sprzątanie zajęłoby jakieś cztery sekundy.

– Bez przesady. To by było zbyt proste. – Chwyciłam jego dłoń. – Tylko leniwi czarodzieje używają magii, żeby zrobić porządek.

Dorian zmarszczył nos, a ja przekrzywiłam z zaciekawieniem głowę. Nawet taki gest wydawał się w jego przypadku niezwykle interesujący. Jakby każdym ruchem próbował pokazać swoją atrakcyjność.

– Masz rację – przyznał. – Skoro masz takiego pecha, efekt byłby pewnie odwrotny od zamierzonego.

Szturchnęłam go w bok.

– Bez przesady. Nie jestem aż tak beznadziejna.

Dorian pochylił się, aby podnieść z ziemi pozostałe książki. Spadło na nie kilka liści, więc je z nich otrzepał. Usunął także przy okazji resztki trawy.

– No dobrze. Może trochę przesadziłem. – Z zaciekawieniem zaczął oglądać okładki. Było dosyć ciemno, ale nadal dało się dostrzec ich tytuły. – W końcu świetnie sobie radzisz na zajęciach z czterech żywiołów. Nie można ci też zarzucić, że nie umiesz cza...

Zamilkł i przyjrzał się dokładnie jednej z książek. Wyciągnęłam szyję, żeby zobaczyć, co go tak zaintrygowało. Nim spuściłam wzrok na tekst książki, było już za późno.

– „Pradawne legendy”. – Dorian odczytał tytuł na głos. – Nie przerabiamy ich teraz? Po co to czytasz?

Zacisnęłam usta. Przyłapana na gorącym uczynku, momentalnie poczułam się przyparta do muru. Straciłam humor. Wiedziałam, że dłużej nie uda mi się utrzymać mojego problemu w tajemnicy, przez co zrobiło mi się strasznie głupio. Motyw nawracających, ciągle powtarzających się snów był poważny, ale dotyczył tylko mnie. Młody Magelli, syn dyrektorki tak poważnej placówki jak szkoła imienia Ursula Cennerowe’a, raczej by go nie zrozumiał. W najlepszym wypadku, po usłyszeniu, iż uznawałam kilka podobnych snów, jako zły omen, stwierdziłby, że przesadzałam. Nawet jemu, pomimo pamięci, ile razy już mi pomógł, a także ile życzliwości okazał, kiedy przyjechałam do nowej szkoły, nie potrafiłam wyznać moich niejasnych obaw.

– Ami? – Nastolatek zauważył, że się wahałam. – Coś nie tak?

Wzruszyłam ramionami. Spojrzałam na swoje buty.Mówienie o snach i o tym, że chciałam się dowiedzieć, co oznaczają, było krępujące, ale nie chciałam kłamać. Prawdy niestety też nie mogłam powiedzieć. Nastolatek uznałby mnie za wariatkę!

– No... – wydukałam z trudem. – Chodzę na dodatkowe zajęcia z czterech żywiołów, więc pomyślałam, że będzie dobrze, jeśli poczytam o nich coś więcej.

To była najgłupsza i najbardziej oczywista wymówka, jaką mogłam wymyślić. Musiałam w końcu znaleźć kogoś, kto podszkoliłby mnie w ściemnianiu przed znajomymi. W innym razie nie widziałam przed sobą świetlanej przeszłości.

– Nie chcesz mi powiedzieć, prawda? – domyślił się Dorian, kiedy zagorzale zaczęłam drapać się po ramieniu.

Przygryzłam dolną wargę.

– Uznasz, że oszalałam.

– Ami – Nastolatek włożył książki pod pachę i położył wolne dłonie na moich ramionach. Nie chciałam, aby odkrył, że byłam zakłopotana, więc trzymałam głowę nisko. I na to znalazł jednak sposób. Uniósł moją brodę, aby móc spojrzeć mi głęboko w oczy. Widząc w nich lęk, westchnął przeciągle. – Teraz tym bardziej musisz mi powiedzieć.

– Ale…

– Ufasz mi?

Zamrugałam, nie spodziewając się, iż zapyta o coś takiego. Jasne, że mu ufałam, doskonale o tym wiedział. Wiele razy pomagał mi i moim znajomym, nie oczekując niczego w zamian. Zawsze był gotów rozmawiać z innymi uczniami, przy czym na żadnego z nich nie powiedziałby złego słowa. Bardzo ceniłam sobie lojalność, a ta mogłaby być przecież drugim imieniem Doriana.

Wytrzymałam jego łagodne, błękitne spojrzenie i pokiwałam głową. On mi ufał, liczył, że odwdzięczę się tym samym.

Przejechałam drżącymi palcami po jego dłoni. Należały mu się jakieś wyjaśnienia. Zwłaszcza, że w jego oczach pojawiła się troska.

– Od jakiegoś czasu śnią mi się dziwne sny. – Nabrałam dużo powietrza. W sumie czarodziej znał się na czterech żywiołach, może wiedział coś, czego nie znalazłabym w księgach. Wtedy odkryłabym rozwiązanie swojej „przypadłości” i obyłoby się bez wizyty u pana Harsha (rzecz jasna w ostateczności). – Na początku myślałam, że są normalne, ale ciągle pojawiają się w nich dwie, te same osoby, para zakochanych. Wiem, że zawsze podczas snu dokładnie widzę ich twarze, ale po przebudzeniu pamiętam tylko rozmazane obrazy i mgliste strzępki rozmów. Nie daje mi to jednak spokoju, bo mam wrażenie, że te sny są bardzo ważne i powinnam zapamiętywać ich każdy szczegół. Myślisz, że zwariowałam?

Dorian chyba nie zarejestrował, że ostatnie zdanie było skierowane do niego. Pogrążony w głębokiej zadumie, marszczył brwi i drapał się z zapałem po brodzie.

– Dlaczego sądzisz, że ma to związek z pradawnymi legendami? – zapytał, siląc się na obojętność. – To mógł być przypadek, że miałaś ten sam sen kilka razy.

Jeśli obawiałam się, że parsknie śmiechem to bardzo się myliłam. W jego spojrzeniu czy tonie głosu nie było krzty rozbawienia. Na szczęście wykazał się zrozumieniem, wziął moje słowa na poważnie.

– To nie może być zbieg okoliczności – zaprzeczyłam. – Ostatnio, w jednym ze snów usłyszałam...

Przełknęłam ślinę.

– Co takiego? – dopytywał z niecierpliwością Dorian.

– Imię – wyznałam cicho. – Imię córki Władcy Powietrza. Chłopak z mojego snu nazwał dziewczynę Leanice.

Nastolatek zachwiał się.

– Ż... żartujesz – wychrypiał. Przestąpił z nogi na nogę, jakby nagle zakręciło mu się w głowie. Chwyciłam go za ramię, aby się nie przewrócił. Mój dotyk zadziałał na niego paraliżująco, jego mięśnie naprężyły się, a dłoń, którą odruchowo próbował się czegoś podtrzymać, znieruchomiała centymetr nad moim nadgarstkiem.

– Dorian?! – Potrząsnęłam nim. Przestraszyłam się nie na żarty, że tak nieoczekiwanie zasłabł. Nic na to wcześniej nie wskazywało. – Hej! Dorian!

Spojrzał na mnie z niewyraźnym wyrazem twarzy, ale w końcu zacisnął drżące palce na mojej dłoni. Poczułam, jak jego ciało, mimo iż z nim walczył, przechylało się, szukając w moim podpory. Oddychając ciężko, oddał mi książki.

– Przepraszam. – Przyłożył dłoń do czoła. Dostrzegłam, że wystąpiły na nie kropelki potu. – To chyba po naszej walce. Dopiero teraz odzywa się osłabienie.

– Chcesz iść do pielęgniarki? – spytałam, zmartwiona momentalnym pogorszeniem się jego stanu zdrowia. – Nie masz ran na rękach, prawda?!

Widząc moje przerażenie, podwinął rękawy swetra. Nigdzie nie było krwi, więc odetchnęłam z ulgą.