Bez winy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez winy
Bez winy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,90  63,12 
Bez winy
Bez winy
Audiobook
42,90  30,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Original title: Ohne Schuld

by Charlotte Link

© 2020 by Blanvalet,

a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Dariusz Guzik

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Maria Zając, Iwona Wyrwisz, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-8230-216-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ 1. Trzynaście lat później

Piątek, 19 lipca 2019 roku

Sobota, 20 lipca

1

2

3

Poniedziałek, 22 lipca

Wtorek, 23 lipca

1

2

3

Środa, 24 lipca

1

2

3

Piątek, 26 lipca

Luty 2001 roku

Poniedziałek, 29 lipca

1

2

3

Wtorek, 30 lipca

1

2

3

4

5

Środa, 31 lipca

1

2

3

4

5

6

CZĘŚĆ 2

Czwartek, 1 sierpnia

1

2

3

4

5

6

7

8

Piątek, 2 sierpnia

1

2

3

4

Sobota, 3 sierpnia

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

Niedziela, 4 sierpnia

1

Poniedziałek, 5 sierpnia

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

Wtorek, 6 sierpnia

1

2

3

Piątek, 9 sierpnia

West Bromwich

piątek, 3 listopada 2006 roku

Posterunkowa, która dwie minuty po godzinie siedemnastej odebrała telefon alarmowy, miała ogromne trudności ze zrozumieniem słów rozmówczyni. Kobieta sapała tak ciężko, że ledwo mogła cokolwiek z siebie wydusić. Albo szybko biegła, albo była w stanie potwornego wzburzenia, a może jedno i drugie. Najprawdopodobniej to ostatnie.

– Tylko spokojnie – powiedziała łagodnym tonem funkcjonariuszka. – Proszę zrobić głęboki wdech. I spróbować się uspokoić. Proszę.

Kobieta usiłowała złapać oddech, z mizernym skutkiem. Wydawało się, że jest u kresu sił.

– On… ma dziecko… ma z sobą dziecko – wyrzuciła w końcu z siebie.

– Kto? I skąd pani dzwoni?

– West Bromwich. Shaw Street. Ale policja musi jechać do Harvills Hawthorne. Na samym końcu… Teren przemysłowy… – Łapała powietrze.

– Spokojnie, tylko spokojnie – napominała funkcjonariuszka, choć w jej głowie zapaliły się wszystkie lampki alarmowe. Ta kobieta mówiła o dziecku. Widocznie groziło mu niebezpieczeństwo. Niewiele sensu miałoby jednak zasypywanie jej teraz gradem pytań. Rozmówczyni nie mogła stracić nerwów, bo wtedy pewnie by się rozłączyła. Choć podała już przybliżoną lokalizację.

 

– Są tam garaże. Większość z nich stoi pusta. On jest w jednym z nich. Ma z sobą dziecko.

– Ile lat ma dziecko?

– Nie wiem… trzy albo cztery…

– A on nie jest jego ojcem?

– Nie. Nie, on nie ma dzieci, sam jest jeszcze dzieckiem. Ale jest chory. Niezrównoważony. Niebezpieczny. Porwał tę małą i ją tam zabrał. Proszę, musicie się pospieszyć!

– Tak, natychmiast kogoś wyślę – zapewniła funkcjonariuszka. Uniosła wzrok.

Koleżanka, która przysłuchiwała się rozmowie, szepnęła:

– Półtorej godziny temu zgłoszono zaginięcie. Trzyletnia dziewczynka, zniknęła z przydomowego ogródka. W West Bromwich.

Policjantka dyżurująca przy telefonie wykonała ręką gest, koleżanka skinęła głową. Niezwłocznie wyśle patrol pod wskazane miejsce.

– Czy zna pani nazwisko porywacza?

– Ian Slade.

– A jak się pani nazywa?

Zamiast podać swoje nazwisko, kobieta desperacko się zaśmiała.

– Tego nie mogę powiedzieć. To nie może się wydać. Inaczej on mnie zabije.

– Będziemy panią chronić.

– Nie zdołacie.

– Pani głos brzmi bardzo młodo. Ile ma pani lat?

– To nieistotne.

– Dzwoni pani z budki telefonicznej? – Gdzieniegdzie nadal stały te relikty przeszłości. Wyraźnie dał się słyszeć brzęk wrzucanej do automatu monety.

– Tak.

– Proszę posłuchać, zaraz kogoś do pani wyślemy, porozmawia z panią i…

– Nie.

– Sądzę, że obleciał panią strach, może moglibyśmy…

– Strach? – W jej głosie słychać było szloch. – Jestem śmiertelnie przerażona. Możliwe, że on mnie spostrzegł – i rozpoznał.

– Możemy panią ochraniać tylko wówczas, gdy…

Trzask odkładanej słuchawki.

Koniec rozmowy.

CZĘŚĆ 1 Trzynaście lat później

Piątek, 19 lipca 2019 roku

Lokatorka wakacyjnego apartamentu zaalarmowała policję.

– Słychać strzały. Wydaje mi się, że w mieszkaniu obok. Proszę natychmiast przyjechać!

Tuż po jej telefonie padł kolejny strzał, co potwierdzili przybyłym na miejsce policjantom inni mieszkańcy budynku. Mieszkanie w apartamentowcu przy plaży nad Zatoką Północną w Scarborough, w którym doszło do strzelaniny, wynajął na dwa tygodnie niejaki Jayden White.

Wszyscy letnicy zostali wyprowadzeni przez funkcjonariuszy na zewnątrz, ewakuowano również klientów z mieszczących się na parterze sklepów i kawiarni oraz osoby z promenady biegnącej powyżej plaży, a odcinek deptaka ciągnący się bezpośrednio przed budynkiem zamknięto. Ponieważ dzień był gorący, a do tego właśnie rozpoczęły się wakacje, nad brzegiem morza aż się roiło od amatorów kąpieli, choć wybiła dopiero jedenasta. Błyskawicznie zrobiono wszystko, by zapewnić ludziom bezpieczeństwo, mimo to uzbrojony i z pewnością zdeterminowany mężczyzna grasujący w ośrodku wypoczynkowym to dla każdego policjanta prawdziwy koszmar. Na wszelki wypadek powiadomiono wydział śledczy. Nikt nie miał pojęcia, jak może się potoczyć ta historia. Nikt nie chciał być później obarczony winą zaniechania.

Nadkomisarz Caleb Hale przybył na miejsce razem z najbliższym współpracownikiem Robertem Stewartem, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej awansował do stopnia inspektora śledczego i od tej pory obnosił się z tym dumnie z napuszoną miną. Caleb uznał, że stał się bardziej arogancki, choć ktoś mógłby powiedzieć: zyskał pewność siebie. W każdym razie Caleb miał wrażenie, że coś się między nimi zmieniło, poróżniła ich jakaś trudna do określenia drobnostka. Zamierzał w najbliższych dniach porozmawiać o tym z Robertem.

Teraz był po temu nader niestosowny moment.

Wpatrywał się w fasadę domu. Kompleks składał się z dwóch dużych budynków, z których pierwszy został wzniesiony na planie półkola. Mieścił apartamenty wakacyjne przeróżnego metrażu i rodzaju, jedno-, dwu- lub trzypokojowe, z widokiem na morze albo – w tańszej wersji – na tyły budynku. Niekończące się rzędy balkonów. Od frontu roztaczał się widok na morze oraz zamek w Scarborough, wzniesiony na cyplu dzielącym zatokę na część południową i północną. Na parterze sporo sklepów, kawiarni, jadłodajnia, lodziarnia. A w oddali czereda spragnionych kąpieli. Przynajmniej w lecie. Zimą zionęło tu pustką.

Jeden z funkcjonariuszy, który niezwłocznie pojawił się z patrolem na miejscu zdarzenia, przystanął obok Caleba i Roberta, by zdać raport.

– Według zgodnych relacji świadków strzały padły w mieszkaniu na trzecim piętrze. Widać je stąd, mieści się nad Fish ’n’ Chips. – Wskazał palcem w górę.

Caleb podążył za nim wzrokiem. Mieszkanie jak każde inne, balkon jak wszystkie pozostałe. Żaluzje w oknach były opuszczone. Nic się nie poruszało. Na balkonie nie było nikogo. Caleb zmrużył oczy. Jedynie stół i trzy krzesła.

– Najemca mieszkania nazywa się Jayden White – kontynuował funkcjonariusz. – Spędza tu dwa tygodnie razem z żoną Yasmin i dwiema córeczkami. W jakim dokładnie są wieku, tego właściciel nie potrafił powiedzieć. Ocenia, że mają sześć i siedem lat.

– Czy rodzina jest tu po raz pierwszy? – dopytywał się Caleb.

– Nie. Piąty rok z rzędu. Zawsze latem. Właściciel mówi, że pojawił się problem z kartą kredytową pana White’a, zna go jednak na tyle dobrze, że zgodził się, by White zapłacił dopiero pod koniec urlopu, bez żadnego zadatku.

– Gdzie mieszkają White’owie?

– W pobliżu Sheffield. Pan White prowadzi tam kawiarnię.

– Co inni letnicy mówią o tej rodzinie? O ile w ogóle nawiązano jakieś kontakty towarzyskie… – Istotne było wyrobienie sobie zdania, choć Caleb miał świadomość, że musi działać szybko. Ktoś strzelał w mieszkaniu. Przebywało tam dwoje małych dzieci.

– Raczej nie spotykano ich często, ale z dotychczasowych zeznań wynika, że nie uchodzili za nieuprzejmych. Ot, spokojna rodzina. Grzeczni i bardzo powściągliwi ludzie. Tak też opisuje ich właściciel.

– Wspomniał pan o problemach z kartą kredytową White’a – wtrącił Robert Stewart.

Funkcjonariusz się zawahał.

– Niezupełnie. Właściciel twierdzi, że w poprzednich latach pan White zawsze płacił kartą, tym jednak razem oznajmił, że pojawiły się jakieś trudności. Nie wyjaśnił, jakiej natury. Oświadczył, że pod koniec pobytu zapłaci gotówką. Jako że White nigdy nie sprawiał kłopotów, właściciel się zgodził.

– Chciałbym sam porozmawiać z właścicielem – oznajmił Caleb.

– Pewnie kręci się gdzieś w pobliżu – powiedział niejasno funkcjonariusz.

Caleb z trudem stłumił w sobie uwagę, że sensownie byłoby zatrzymać tego człowieka.

– Czy istnieje jakiś sposób nawiązania kontaktu z panem White’em? – zapytał Robert. – Albo z jego żoną?

Funkcjonariusz z rezygnacją wzruszył ramionami.

– W mieszkaniu jest telefon stacjonarny. Dzwoniliśmy tam kilka razy, ale nikt nie odbiera.

– Jaką mamy pewność, że ktokolwiek przebywa w mieszkaniu? – zapytał Caleb. Panowała tam absolutna cisza. Mogło się okazać, że całe zastępy policjantów obserwują puste mieszkanie, którego najemcy poszli się kąpać.

– Padły dwa strzały – oznajmił funkcjonariusz. – Potwierdziło to niezależnie od siebie kilkoro mieszkańców budynku. Wskazali jednoznacznie na trzecie piętro. Tylko w mieszkaniu White’ów nikt nam nie otworzył. Wszystkich pozostałych lokatorów ewakuowano, mieszkania zostały zabezpieczone. Tylko tam mogło dojść do strzelaniny.

– Hm – mruknął Caleb. Wiedział, że czasem można się pomylić przy rozróżnianiu dźwięków. Ponownie spojrzał w górę, wytężając wzrok, jakby gładka fasada oraz uśpiony balkon mogły mu podsunąć jakąś wskazówkę. Co się wydarzyło za opuszczonymi żaluzjami?

– Sir – odezwał się Robert Stewart – co robimy?

Caleb otarł pot z czoła. Było mu potwornie gorąco, a na deptaku nie znalazł ani skrawka zacienionego miejsca. Tęsknie spojrzał w stronę parasoli rozstawionych przed barem na końcu rzędu budynków. Zapragnął, by cały dramat tam właśnie się rozegrał, wtedy bowiem wszyscy mogliby się schronić w cieniu. Miał jednak wrażenie, że nikt inny nie poci się tak bardzo jak on. Robert Stewart budził w nim zazdrość, gdyż zdawał się emanować chłodem i opanowaniem, choć miał na sobie ciemnoszary garnitur i przepisowy krawat. Caleb już dawno zdjął marynarkę, a mimo to wciąż oblewał się potem. Nie powinien był o dziewiątej rano pić tej whiskey, ale siedział za biurkiem i nie potrafił skupić myśli na niczym poza butelką ukrytą w zamykanej szafce na dole po prawej. W takim upale… W ogóle nie powinno się zaczynać dnia od szklaneczki whiskey. Miał nadzieję, że Robert nic nie wyczuje. Stał tuż obok.

Zjawił się inny funkcjonariusz i wręczył Calebowi notatkę.

– Sir, młoda dziewczyna, córka właściciela lodziarni, ma numer telefonu komórkowego pani White. W ubiegłym tygodniu opiekowała się jej dziećmi, kiedy White’owie wyszli wieczorem na drinka. Wspomniała, że nie otrzymała uzgodnionej zapłaty. Pani White zabrakło gotówki, ale obiecała, że nazajutrz jej zapłaci. Tak się jednak nie stało.

– Problem z kartą kredytową, brak gotówki dla opiekunki – wyliczał Robert. – Dziwne nagromadzenie przypadków, prawda? Czyżby White’owie mieli kłopoty finansowe?

– Być może – odparł Caleb.

Nie wyglądało to dobrze. Niestety, często właśnie trudności finansowe doprowadzały mężczyzn, w szczególności ojców rodzin, do napadów szału. Zabrał notatkę.

– Spróbuję.

Wyjął komórkę, wystukał numer. Włączył tryb głośnomówiący, żeby Robert mógł się przysłuchiwać rozmowie. Czy było to jedynie wrażenie, czy rzeczywiście jego współpracownik bacznie mu się przyglądał?

Uznał, że nie jest to właściwy moment na takie rozważania.

Po dłuższej chwili miał już dać za wygraną, gdy w końcu usłyszał drżący głos:

– Tak?

– Pani White?

– Tak. – Słowo zabrzmiało jak nikłe tchnienie.

– Pani White, mówi komisarz Caleb Hale z wydziału śledczego w Scarborough. Czy przebywa pani obecnie w jednym z apartamentów Scarborough Beach Chalets w Peasholm Gap?

– Tak.

– Razem z dwójką dzieci?

– Tak.

– A pani mąż?

W głosie Yasmin White dał się słyszeć stłumiony szloch.

– On… także tu jest…

– Pani White, czy pani i dzieciom grozi niebezpieczeństwo?

– Tak.

– Czy mąż jest uzbrojony?

– Tak.

Caleb ponownie otarł pot z czoła. Gdzie się podziewa sierżant Helen Bennett, będąca wykwalifikowaną policyjną psycholożką? Lepiej się nadawała do prowadzenia takich rozmów. Wzięła wolne, gdyż chciała spędzić długi weekend z matką, mieszkającą w Saltburn-by-the-Sea. Kiedy dodzwonili się do Helen, obiecała, że postara się przyjechać jak najszybciej, ale siedziała akurat z matką w kawiarni i najpierw musiała odwieźć starszą kobietę do domu. Jeśli niezwłocznie wyruszy w drogę, może dotrze do Scarborough w godzinę. Zazwyczaj jednak jazda trwa dłużej, ponieważ szosa prowadząca wzdłuż wybrzeża jest zwykle zatłoczona powolnie sunącymi pojazdami.

Wygląda na to, że będzie musiał radzić sobie sam.

– Pani White, lokatorzy usłyszeli wystrzały. Czy to pani mąż strzelał?

– Tak.

– Czy ktoś jest ranny?

– Nie, ale… – Zniżyła głos, mówiła jeszcze ciszej.

Caleb musiał się wysilić, by cokolwiek zrozumieć.

– Musi nam pan pomóc. Proszę. On jest… On nie jest sobą. On chce nas wszystkich pozabijać.

– Pani White, proszę zachować spokój i nie tracić nerwów. Jesteśmy tu, by wam pomóc. Czy może mi pani powiedzieć, w której części mieszkania pani przebywa? W pokoju od frontu z wyjściem na balkon?

– Nie. Jestem w jednej z sypialni. Z widokiem na podwórko.

– Dobrze. Czy są z panią dzieci?

– Tak.

– A gdzie jest pani mąż?

– Nie wiem. Chyba w salonie.

– Czy może pani opuścić z dziećmi mieszkanie?

– Nie. Okno jest za wysoko. Nie damy rady skoczyć.

– Rozumiem. – Caleb kilkoma gestami dał Robertowi do zrozumienia, by poszedł na tyły budynku. Rozstawiono tam paru funkcjonariuszy, ale Robert sam miał ocenić sytuację. Caleb od razu poczuł ulgę, gdy jego współpracownik nie stał już obok niego.

 

– Czy zamknęła pani drzwi do sypialni?

– Zabrał nam klucz.

– Czy może pani podeprzeć klamkę? Podstawić komodę? Krzesło?

Dobiegł go cichy płacz.

– Nie. On to usłyszy.

– Mogłaby pani zamknąć się razem z dziećmi w łazience?

– Nie. Nie, to zbyt niebezpieczne. Musiałybyśmy przejść przez cały przedpokój. – Kobieta była sparaliżowana strachem.

Caleb wyobrażał sobie, jak przykucnęła gdzieś w kącie sypialni, mocno przyciskając do siebie obie dziewczynki, wstrzymując oddech, zamarła w bezruchu.

– Wyciągniemy was stamtąd. Tylko proszę zachować spokój.

Kliknięcie, rozmowa skończona. To Yasmin White się rozłączyła. Może usłyszała kroki męża. A może po prostu puściły jej nerwy.

Robert Stewart powrócił z obchodu.

– Sir, droga prowadzi na tyły, do wjazdu na podziemny parking, i dalej przez bramę na podwórze. Wszystko wokół ładnie obsadzone zielenią, są tam także balkony. Ale nie w apartamencie White’ów, oni mają balkon od frontu.

– A co z mieszkaniami obok? Czy z ich balkonów można by się dostać do okna sypialni?

– Nie. – Robert potrząsnął głową. – Za daleko. Jeśli mamy kogoś posłać do tego mieszkania, powinniśmy to zrobić od góry. Po linie opuszczonej z dachu. Myślę, że to trochę mniej ryzykowne i znacznie pewniejsze rozwiązanie.

– Gdybyśmy zdołali w ten sposób uwolnić dzieci, wtedy…

Zabrzęczał telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer Yasmin White. Caleb natychmiast odebrał.

– Pani White?

– Tu Jayden White. Rozmawiał pan z moją żoną.

– Tak. Panie White, mówi komisarz Caleb Hale. Cieszę się, że pan dzwoni. Bardzo się cieszę. – Rzadko kiedy tak bardzo tęsknił za obecnością Helen. Była w tym po prostu lepsza.

– Czego pan chciał od mojej żony?

– Chciałem się dowiedzieć, jak się czuje. I jak się miewają dzieci. Dwie małe dziewczynki.

– Nic im nie jest. – Jayden White mówił monotonnie, w ogóle nie modulując głosu. Przynajmniej w tej chwili. Caleb przypuszczał, że zazwyczaj mówi całkiem inaczej. Sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie był sobą. Albo znajdował się w głębokim szoku.

Komisarz zakrył dłonią słuchawkę i syknął do Roberta:

– Potrzebujemy psychologa. Wydaje mi się, że ten człowiek majaczy.

– Helen jest już w drodze.

– To potrwa zbyt długo. Spróbuj znaleźć kogoś innego!

Robert nieznacznie przewrócił oczami. Caleb natychmiast zrozumiał przesłanie: Sam musisz sobie radzić, szefie!.

– Panie White, może mi pan opowiedzieć, co się stało?

– Nic się nie stało.

– Sąsiedzi słyszeli, że…

– Gówno słyszeli! – Również te słowa Jayden wypowiedział całkiem beznamiętnie. – Do cholery! Niech pilnują swoich spraw.

– Panie White, doskonale rozumiem, że nie ma pan ochoty dzielić się osobistymi problemami z sąsiadami. Dlatego proponuję, żebyśmy porozmawiali. Tylko my dwaj. Na osobności.

– Niby po co?

– Rozmowa zawsze coś daje. Pozwala uporządkować sprawy.

– Nikt nie może mi pomóc.

– Jestem pewien, że możemy panu pomóc.

Nie padła żadna odpowiedź.

– Czy jest pan tam jeszcze, panie White? – zapytał Caleb.

– Jestem.

– Czy mógłby pan wysłać żonę i dzieci na dwór? Jest piękna pogoda, mogłyby posiedzieć na plaży. A wtedy ja przyjdę do pana. Sam. Moglibyśmy spokojnie porozmawiać.

– Moja rodzina nie opuści mieszkania!

– No dobrze. A czy ja mogę wejść?

Kolejne długie milczenie.

– To nie ma sensu – odparł w końcu Jayden. Ciężko oddychał.

– Cokolwiek pana trapi, znajdziemy jakieś rozwiązanie… – oznajmił Caleb. Zdawał sobie sprawę, jak nachalnie brzmią jego słowa. Musiał zachować ostrożność. Jeśli Jayden poczuje, że na niego naciska, sytuacja może wymknąć się spod kontroli. Ludzie, którzy stawiają siebie i swoją rodzinę w podobnej sytuacji, znaleźli się pod ogromną presją, kompletnie przyparci do muru.

– Jeśli tylko pan tego chce – dodał. Miał w pamięci słowa wypowiedziane niegdyś przez Helen o pewnym porywaczu – a takim porywaczem był w jakimś sensie White: Niech poczuje, że ma wybór. Zostaw mu nieco swobody działania. Za żadne skarby go nie przyduszaj.

– Nic nie da się zrobić – odpowiedział Jayden.

Wydawało się, że to przeświadczenie wyryło się w jego umyśle, w jego świadomości, i że będzie tak odpowiadał na wszystko, co Caleb zaproponuje, powie albo o co zapyta: nic nie da się zrobić, nie ma żadnego wyjścia, nic już nie ma sensu, wszystko stracone.

– Wiem, że nie zdołam pana teraz przekonać – odparł Caleb. – Ale proszę mi wierzyć, na trudnościach życie wcale się nie kończy. Niech pan da sobie i swojej żonie, a zwłaszcza dzieciom, szansę na dalsze życie. Nie jest pan człowiekiem, który zrobiłby coś takiego. Kto byłby zdolny zastrzelić kobietę i dwie małe dziewczynki?

– Nie ma pan o niczym pojęcia – powiedział Jayden.

Caleb miał nadzieję, że nie popełni błędu, poruszając jedyny temat, jaki nasuwał się na podstawie dostępnych informacji.

– Jeśli chodzi o kłopoty finansowe, panie White, myślę, że…

– Nie mam żadnych kłopotów finansowych – odpowiedział Jayden.

– Cóż, tym lepiej, w takim razie…

– To finansowa katastrofa – odparł Jayden.

Po czym się rozłączył.

Pół minuty później padło kilka strzałów.