Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jane Eyre
Jane Eyre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,99  39,99 
Jane Eyre
Jane Eyre
Audiobook
32 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Мэнди Хейл, Cast Full, Tom Burke
48,09 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
74,75 
Szczegóły
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Alison Larkin
136,55 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Juliet Mills
160,02 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Wanda McCaddon
170,71 
Szczegóły
Jane Eyre
Tekst
Jane Eyre
E-book
27,20  19,04 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przełożyła

Gabriela Jaworska

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Jane Eyre

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:

Sylwia Ząbczynska, Adam Lis

Redakcja:

Paulina Małochleb

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2009

ISBN 978-83-7895-192-6

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax: (012) 266-62-94, tel.: (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

PRZEDMOWA AUTORA
DO DRUGIEGO WYDANIA

Pierwsze wydanie Jane Eyre nie zostało opatrzone wstępem, ponieważ nie było takiej potrzeby. Drugie wydanie wymaga umieszczenia kilku słów podziękowań i wyjaśnień.

Podziękowania należą się trzem grupom.

Czytelnikom - za przychylność okazaną prostej i bezpretensjonalnej powiastce.

Dziennikarzom - za uznanie, które przed skromnym debiutantem otworzyło niejedne drzwi.

Wydawcom - za pomoc, takt, wysiłki, porady i wyrozumiałość, jakimi obdarzyli nieznanego i pozbawionego koneksji autora.

Dziennikarze oraz Czytelnicy są dla mnie postaciami nieokreślonymi, dlatego muszę im podziękować w ogólny sposób. Jednak Wydawcy to konkretni ludzie, podobnie jak niektórzy wspaniałomyślni krytycy, którzy we właściwy ludziom o wielkich sercach i szerokich horyzontach sposób dodawali mi otuchy. Właśnie do nich, do Wydawców i niektórych Recenzentów kieruje następujące słowa: dziękuję wam prosto z serca.

Złożywszy podziękowania tym, którzy mi pomagali i pochwalali to, co robię, zwracam się teraz do innej grupy – choć z tego co wiem nie jest ona wielka, nie powinna zostać pominięta. Mam na myśli garstkę osób o ograniczonych czy też może nadmiernie krytycznych umysłach, którzy mają wątpliwości co do idei przyświecającej książkom takim jak Jane Eyre. W ich oczach to, co niezwykłe, jest złe; w ich uszach każdy protest przeciwko bigoterii – tego źródła zbrodni – jest obrazą przybytku Boga na ziemi. Takim niedowiarkom radzę dostrzec pewne rozróżnienia i nie zapominać o kilku prostych prawdach.

Konwencjonalność nie jest moralnością. Obłuda nie jest religią. Atakowanie tych pierwszych nie jest równoznaczne z napadaniem na drugie. Zerwanie maski z twarzy Faryzeusza to nie podniesienie bezbożnej ręki na Koronę Cierniową.

Te sprawy i uczynki są skrajnie odmienne; są od siebie tak różne, jak występek różny jest od cnoty. Ludzie zbyt często mylą je ze sobą – a nie powinni, bowiem pozory nie powinny być brane za prawdę. Ciasne ludzkie zapatrywania nie powinny zastępować mającej moc odkupienia wiary Chrystusa. Powtarzam – istnieje różnica i jest rzeczą nie złą, a dobrą rozgraniczyć te sprawy wyraźną i szeroką linią.

Światu może się nie spodobać rozdzielenie tych idei, bowiem przywykł on do mieszania ich ze sobą; ponieważ wygodniej jest brać grę pozorów za prawdziwą wartość – białe ściany za marmury kaplicy. Świat może nienawidzić tego, kto szuka i docieka – kto pozbywa się pozłoty i ukazuje kryjący się pod nią metal; kto przeszukuje grobowiec i wynosi na światło dzienne spoczywające w nim kości. Jednak mimo tej nienawiści i tak winny jest mu wdzięczność.

Ahab nie lubił Michajasza, ponieważ ten nigdy nie przepowiadał mu dobrych, a jedynie złe rzeczy, król zaś wolał proroków sączących mu do ucha słodkie słówka. A jednak jeżeli tylko zamknąłby uszy przed pochlebstwem, a otworzył je na szczerą radę, uniknąłby krwawej śmierci.

Również w naszych czasach żyje człowiek, którego słowa nie chcą schlebiać i łagodzić. Człowiek, który – według mnie – góruje nad najwspanialszymi w społeczeństwie, tak jak Michajasz górował nad zasiadającymi na tronach królami Judy i Izraela; który objawia prawdy głębokie, prorocze i żywotne – czyn równie nieustraszony co śmiały. Czy w elitarnych kręgach satyryk „Vanity Fair” cieszy się poważaniem? Nie potrafię odpowiedzieć. Jednak uważam, że gdyby niektórzy spośród tych, na których miotał greckie ognie swojego sarkazmu i ciskał błyskawice swojej krytyki, na czas wzięliby sobie do serca jego przestrogi, zdołaliby uniknąć śmierci pod Ramot-Gilead.

Dlaczego o nim wspominam? Mówię o nim, Czytelniku, ponieważ wydaje mi się, że dostrzegam w nim intelekt bardziej szlachetny i niezwykły niż dostrzegają to jego współcześni; ponieważ uważam go za pierwszego społecznego reformatora naszych czasów – za generała, którego armia przywróci ład; ponieważ uważam, że nikt z komentujących jego utwory nie znalazł jeszcze odpowiedniego porównania, nie użył słów odpowiednio charakteryzujących jego talent. Porównuje się go do Fieldinga; mówi się o jego błyskotliwości, dowcipie, komizmie. Przypomina Fieldinga tak, jak orzeł przypomina sępa – Fielding mógłby pochylić się nad padliną, ale Thackeray nigdy tego nie robi. Jego błyskotliwość jest pogodna, jego dowcip lekki - jednak obie te cechy tak się mają do jego geniuszu jak promyczek światła igrający wokół letniej chmurki do naładowanej elektrycznością, niosącej śmierć błyskawicy drzemiącej w jej głębi. Ostatnim powodem, dla którego wspomniałam o panu Thackerayu jest fakt, że – jeśli zgodzi się on przyjąć hołd całkowicie nieznajomego mu człowieka – jemu dedykuję drugie wydanie Jane Eyre.

Currer Bell

21 grudnia 1847

NOTA AUTORA
DO TRZECIEGO WYDANIA

Pozwalam sobie wykorzystać okazję, jaką jest ukazanie się trzeciego wydania Jane Eyre, aby ponownie zwrócić się do Czytelników i wyjaśnić, że prawo do nazywania się powieściopisarzem zawdzięczam tylko i wyłącznie tej książce. Zatem przypisywanie mi autorstwa innych książek jest honorem całkowicie niezasłużonym i należącym się komu innemu.

To wyjaśnienie ma posłużyć naprawieniu błędów już poczynionych oraz zapobiegnięciu kolejnym.

Currer Bell

13 kwietnia 1848

TOM I
ROZDZIAŁ 1

To nie był dobry dzień na spacery. Rankiem, owszem, odbyliśmy godzinną przechadzkę wśród pozbawionych liści krzewów, jednak po kolacji (pani Reed, kiedy nie przyjmowała gości, jadała wcześnie) zimowy wiatr przywiał posępne chmury i lodowaty deszcz, tak więc nie mogło być mowy o ponownym wyjściu z domu.

Byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Długie przechadzki nigdy nie sprawiały mi przyjemności, a już na pewno nie w takie chłodne popołudnia. Przerażały mnie powroty do domu ze skostniałymi z zimna palcami u rąk i nóg, a także ze smutkiem w sercu z powodu połajanek naszej niani, Bessie, i poniżającą świadomością, jak słaba fizycznie jestem w porównaniu z krzepkim rodzeństwem Reed: Elizą, Johnem i Georgianą.

Eliza, John i Georgiana zgromadzili się właśnie w salonie wokół matki, która w pozycji półleżącej odpoczywała na sofie koło kominka. Otoczona wianuszkiem swoich pociech (które w tym momencie nie kłóciły się ani nie wrzeszczały) wyglądała na całkowicie szczęśliwą. Mnie zabroniła wstępu do rodzinnego kręgu. Jak to ujęła: „Z całego serca żałowała, że jest zmuszona trzymać mnie z dala, jednak dopóki nie usłyszy od Bessie i nie zobaczy na własne oczy, że szczerze próbuję stać się – co przystoi dziecku – bardziej przymilna, że zachowuję się w przyjemniejszy sposób i jest we mnie więcej życia, a ponadto że stałam się mniej poważna i skryta, a za to bardziej naturalna, dopóty naprawdę musi wykluczyć mnie z kręgu swojej miłości, w którym jest miejsce tylko dla zadowolonych i radosnych dzieci”.

– A co, zdaniem Bessie, zrobiłam? – zapytałam.

– Jane, nie lubię wścibstwa. Poza tym, kto to widział, żeby dziecko odzywało się w ten sposób do dorosłych. Usiądź sobie gdzieś i dopóki nie nauczysz się odzywać w przyjemny sposób, nie odzywaj się wcale.

Wślizgnęłam się do sąsiadującego z salonem niewielkiego pokoju śniadaniowego. Stała w nim biblioteczka, w której szybko znalazłam książkę dla siebie, oczywiście z mnóstwem ilustracji. Wspięłam się na szeroki parapet i usiadłam po turecku, krzyżując nogi. Jeszcze tylko starannie zasunęłam uszyte z ciężkiego czerwonego materiału zasłony i moje odosobnienie było całkowite.

Z prawej strony widziałam jedynie układającą się w fałdy szkarłatną draperię. Z lewej przejrzysta tafla szkła chroniła mnie, choć nie oddzielała, od smętnego listopadowego dnia. Przewracając kolejną kartkę, podnosiłam wzrok na zimowy krajobraz za oknem. W oddali widziałam jedynie bladą mgłę i chmury, bliżej był mokry trawnik, a na nim zamarznięty krzew – wszystko nieustannie obmywane przez deszcz, toczące niekończącą się walkę z potężnymi podmuchami wiatru.

Wróciłam do książki, Historii ptaków brytyjskic Bewicka. Całość nie wydawała mi się porywająca, a jednak nawet ja, dziecko, nie mogłam przejść obojętnie obok paru stronic wstępu. Tych mianowicie, na których opisano ptaki morskie, gnieżdżące się na „samotnych skałach i wzgórzach”; jedynymi mieszkańcami; na usianym wysepkami południowym wybrzeżu Norwegii: Lindesnäs, Naze aż po Północny Przylądek:

Gdzie spienione fale Północnego Oceanu

Otulają wyspę nagą, pełną smutku;

Tam gdzie na atlantyckiej fali

Tańczy sztorm wśród wody stuku.

 

Podobnie nie potrafiłam pozostać obojętna wobec wzmianki o lodowatych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii – „rozległych terenów arktycznych, opuszczonych przestrzeni, gdzie śnieg i zmarzlina zebrane podczas trwającej setki lat zimy tworzą twardą, wysoką niczym alpejskie szczyty pokrywę lodową, otaczającą biegun; panuje tam najokrutniejsza z zim”. Wyobrażałam sobie ten śmiertelnie biały obszar na swój sposób – w moim dziecięcym umyśle lęgły się nieco mgliste, a jednak niezwykle sugestywne obrazy. Słowa owego wstępu miały związek z następującymi potem winietami i nadawały sens samotnej skale, wynurzającej się z piany morskiej, zniszczonej łodzi, porzuconej na opustoszałym wybrzeżu i upiornemu księżycowi, obojętnie obserwującemu tonący statek.

Nie potrafię opisać uczuć, które mną targały na widok otoczonego zniszczonym murem samotnego cmentarza i tkwiącego na nim ozdobnego nagrobka; na tle nieba rysował się zarys furtki i dwóch drzew, a pojawienie się na niebie bladego sierpu księżyca zwiastowało nadejście szarej godziny. Dwa okręty, tkwiące nieruchomo na sennym morzu, wydawały się należeć do innego świata.

Szybko przerzuciłam kartkę z ilustracją przedstawiającą demona i jego piekielną świtę. Była zbyt przerażająca, podobnie jak czarne, rogate stworzenie usadowione na odległej skale, bacznie obserwujące zgromadzony pod szubienicą tłum.

Każdy obrazek opowiadał pewną historię, często niezrozumiałą dla mojego młodego umysłu i niewykształconych jeszcze uczuć, ale i tak niezwykle interesującą. Tak ciekawą, jak opowieści snute czasem w zimowe wieczory przez Bessie, kiedy zdarzyło się jej być w dobrym humorze. Rozstawiała wtedy przybory do prasowania koło kominka w pokoju dziecinnym, pozwalała nam usiąść koło ognia i – prasując koronkowe falbanki pani Reed i rurkując brzegi jej czepeczków – opowiadała nam historie o miłości i przygodach, które znała ze starych bajek i jeszcze starszych ballad, a może (jak to ostatnio odkryłam) wyczytanych w Pameli oraz Henryku, hrabim Moreland.

Z Bewickiem na kolanach czułam się na swój sposób szczęśliwa. Bałam się jedynie, że ktoś mi przeszkodzi, co się zresztą zaraz zdarzyło. Drzwi do pokoju śniadaniowego uchyliły się.

– Panno Płaczko! – wrzasnął John Reed, a następnie zamilkł. Najwyraźniej pokój wydał mu się pusty.

– Gdzie się, do diaska, podziała? – zapytał sam siebie. – Lizzy! Georgy! – ryknął w stronę sióstr – Jane tutaj nie ma. Powiedzcie mamie, że nieznośne stworzenie wybiegło na deszcz!

„Całe szczęście, że zaciągnęłam zasłony” – pomyślałam. Miałam nadzieję, że może nie odkryje mojej kryjówki, i – po prawdzie – tak by się stało, bo John Reed nie należał do najbystrzejszych i najbardziej spostrzegawczych. Jednak do pokoju zajrzała Eliza i od razu mnie zauważyła:

– Przecież ona siedzi na parapecie, John.

Natychmiast wyszłam, bo obawiałam się, że jeśli będę zwlekać, to zostanę stamtąd wywleczona przez niego.

– Czego chcesz? – zapytałam, zakłopotana i nieśmiała.

– Zapytaj raczej: „Czego pan sobie życzy, paniczu Reed?” – odpowiedział. – Chcę, żebyś tu podeszła.

Usadowił się w fotelu i wykonał gest oznaczający, że mam podejść i przed nim stanąć.

John Reed miał czternaście lat, o cztery więcej niż ja (liczyłam sobie wtedy dziesięć wiosen). Był jak na swój wiek wysoki i tęgi; miał bladą, niezdrową cerę, grubo ciosaną twarz, masywne kończyny oraz wielkie dłonie i stopy. Zazwyczaj objadał się bez opamiętania przy stole, przez co miał problemy z żółcią, jego oczy spoglądały w sposób mętny i zamglony, a policzki obwisały. Powinien być teraz w szkole, ale jego mama zabrała go na miesiąc czy dwa do domu „z uwagi na jego wątłe zdrowie”. Zdaniem pana Milesa, dyrektora szkoły, John radziłby sobie bardzo dobrze, gdyby z domu dostawał mniej ciastek i łakoci. Jednak serce matki odrzuciło ten surowy osąd i skłaniało się raczej ku subtelniejszemu wyjaśnieniu: żółtawa cera Johna była wynikiem zbytniej pilności oraz, być może, tęsknoty za domem.

John nie darzył wielką miłością matki i sióstr, natomiast ja budziłam w nim wręcz odrazę. Dręczył mnie i prześladował: nie dwa czy trzy razy na tydzień, nie raz czy dwa dziennie, ale nieustannie – każdy mój nerw wzdrygał się przed nim, każda cząstka ciała kurczyła się, kiedy był w pobliżu. Chwilami czułam się zupełnie bezbronna w obliczu zagrożenia, jakie dla mnie stanowił, ponieważ nie miałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc w sprawie pogróżek i razów, którymi mnie raczył. Służba nie chciała sprzeciwiać się swojemu młodemu paniczowi przez branie mojej strony, a pani Reed była ślepa i głucha na sprawki syna – nigdy nie widziała, że mnie bije, ani nie słyszała, że mnie wyzywa, choć od czasu do czasu robił to w jej obecności, jakkolwiek o wiele częściej za jej plecami.

Przyzwyczajona do posłuszeństwa wobec Johna, podeszłam do niego. Przez mniej więcej trzy minuty pokazywał mi język, wyciągając go tak daleko, jak mógł to zrobić, nie narażając na szwank swojego zdrowia. Wiedziałam, że wkrótce mnie uderzy i oczekując na cios, myślałam o tym, jak mój oprawca obrzydliwie i wstrętnie wygląda. Zastanawiam się, czy wyczytał te myśli z mojej twarzy, bo całkiem nagle, bez choćby słówka ostrzeżenia, uderzył mnie gwałtownie i mocno. Zachwiałam się i aby odzyskać równowagę, zrobiłam krok czy dwa do tyłu.

– To za to, że tak bezczelnie odezwałaś się do mamy – poinformował. – I za to, że zakradłaś się za zasłonkę, i jeszcze za to, że od dwóch minut wlepiasz tak we mnie swoje oczka, ty szczurze!

Byłam przyzwyczajona do wyzwisk Johna, więc nie przyszło mi do głowy, żeby mu odpowiedzieć tym samym; skupiałam się raczej nad tym, jak przetrwać cios, który nastąpi nieuchronnie, kiedy tylko skończy mnie obrażać.

– Co robiłaś za zasłonką? – dopytywał.

– Czytałam.

– Pokaż książkę.

Podeszłam do okna i przyniosłam stamtąd książkę.

– Nie wolno ci dotykać naszych książek; mama mówi, że trzymamy cię z litości; nie masz pieniędzy, bo twój ojciec nic ci nie zostawił; powinnaś żebrać na ulicy, a nie mieszkać ze szlachetnie urodzonymi dziećmi, jak my, jeść to samo, co my i nosić ubrania, za które płaci nasza mama. Oduczę cię węszenia po moich półkach z książkami, bo one są m o j e, cały dom jest mój albo będzie taki za parę lat. Stań przy drzwiach, z dala od lustra i okien.

Posłuchałam go, z początku nieświadoma, co zamierza. Kiedy zobaczyłam, że podnosi tomiszcze, bierze zamach i ma zamiar nim cisnąć, instynktownie uskoczyłam na bok, krzycząc z trwogi. Jednak spóźniłam się, książka już była w powietrzu; dosięgła mnie i upadłam, raniąc głowę o drzwi. Popłynęła krew, a mnie przeszył ostry ból; przerażenie sięgnęło szczytu, zapomniałam o innych uczuciach.

– Nikczemny, okrutny chłopcze – wykrzyknęłam. – Jesteś jak morderca…, jesteś jak poganiacz niewolników…, jesteś jak rzymscy cesarze!

Byłam po lekturze Historii Rzymu Goldsmitha i miałam wyrobioną opinię na temat Nerona, Kaliguli i innych. Pewne analogie narzucały się same, ale nie sądziłam, że kiedyś powiem o nich głośno.

– Że co? Że co? – wrzasnął. – Czy ona powiedziała to do mnie? Eliza, Georgiana, słyszałyście? Powiem mamie, ale najpierw…

Runął w moją stronę. Chwycił mnie za włosy i za ramię, jednak nie przewidział, że nie jestem już tamtym potulnym stworzeniem. Naprawdę widziałam w nim tyrana i mordercę. Poczułam, że po szyi spływa mi krew z rany na głowie, dokuczał mi dotkliwy ból – te dwa odczucia wzięły górę nad strachem i zaczęłam się bronić jak szalona. Nie jestem pewna, co dokładnie zrobiłam z rękami, ale John krzyknął do mnie: „Ty szczurze” i głośno zawył z bólu. Nie musiał długo czekać na odwet – Eliza i Georgiana popędziły po panią Reed, która była na górze, a teraz wkroczyła na miejsce zbrodni w asyście Bessie i pokojówki, Abbot. Rozdzielono nas. Usłyszałam, jak mówią:

– O mój Boże, chyba wpadła w szał, żeby tak się rzucić na panicza Johna!

– Widział kto taki napad wściekłości?

Wtedy pani Reed ucięła dyskusję:

– Zabrać mi ją zaraz do czerwonego pokoju i zamknąć na klucz.

Natychmiast w moją stronę wyciągnęły się dwie pary rąk i zostałam zaniesiona na górę.

ROZDZIAŁ 2

Po raz pierwszy w życiu przez całą drogę starałam się wyrwać, co pewnie utwierdziło w Bessie i pannę Abbot złą opinię, jaką o mnie miały. Tak naprawdę nie czułam się w tym momencie całkiem sobą: byłam świadoma, że chwilowy bunt sprowadzi na mnie nieznane mi jeszcze kary i jak każdy inny zbuntowany niewolnik, w swojej rozpaczy byłam gotowa na wszystko.

– Niechże pani chwyci ją za ręce, panno Abbot. Szarpie się jak dzikie kociątko!

– Co za wstyd, co za wstyd! – wykrzykiwała pokojówka. – Jakież to ohydne zachowanie, panienko Eyre, uderzyć młodego dżentelmena, syna panienki dobrodziejki! Panienki młodego pana!

– Pana! Czy on jest moim panem? Nie jestem służącą!

– Nie, jest panienka nawet mniej niż służącą, bo ona przynajmniej zarabia na swoje utrzymanie. Jesteśmy na miejscu, niech panienka tu posiedzi i przemyśli swoje nikczemne zachowanie.

Dotarłyśmy już do pokoju wskazanego przez panią Reed. Wepchnęły mnie na stołek; odruchowo próbowałam wstać, ale dwie pary rąk natychmiast mnie powstrzymały.

– Jeśli nie będzie panienka siedzieć spokojnie, będziemy musiały panienkę przywiązać – ostrzegła Bessie. – Panno Abbot, poproszę o pani podwiązki; moje zerwie w mgnieniu oka.

Panna Abbot odwróciła się, żeby pozbawić swe tęgie udo wspomnianego elementu garderoby. Te przygotowania do związania mnie oraz myśl o hańbie, jaka stałaby się moim udziałem, gdyby spełniły swoją groźbę, sprawiły, że nieco ochłonęłam.

– Proszę nie zdejmować – zaszlochałam. – Będę siedzieć spokojnie.

Na dowód tego ścisnęłam rękami siedzenie krzesła.

– Lepiej, żeby tak było – powiedziała Bessie i kiedy nabrała pewności, że naprawdę się uspokoiłam, jej uchwyt zelżał. Następnie ona i panna Abbot stanęły nade mną z rękami skrzyżowanymi na piersiach, spoglądając złowrogo i z powątpiewaniem, tak jakby nie wierzyły, że jestem przy zdrowych zmysłach.

– Nigdy wcześniej tak się nie zachowywała – zauważyła wreszcie Bessie, odwracając się do panny Abbot.

– Ale to zawsze w niej tkwiło – odpowiedziała pokojówka. – Często powtarzałam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani całkowicie się ze mną zgadzała. To podstępne stworzenie: nigdy nie widziałam tak skrytej dziewczynki w jej wieku.

Bessie nie odpowiedziała, jednak po chwili zwróciła się do mnie tymi słowy:

– Musi panienka pamiętać, że powinna być wdzięczna pani Reed, która ją utrzymuje. Gdyby nie zechciała więcej tego zajmować, skończyłaby panienka w przytułku.

Nie miałam na ten temat nic do powiedzenia. Nie pierwszy raz słyszałam taki argument: nawet gdy byłam malutkim dzieckiem, raczono mnie tego typu uwagami. Wypominanie, że jestem na utrzymaniu krewnych, było dla mnie jak dobiegający z oddali śpiew – bolesny i druzgocący, ale tylko po części zrozumiały. Panna Abbot nie omieszkała dorzucić swoich trzech groszy:

– I nie powinna sobie panienka myśleć, że ma takie same prawa jak panienki i panicz Reed, tylko dlatego, że pani łaskawie pozwala, żeby wychowywała się panienka razem z nimi. Oni w przyszłości będą mieli mnóstwo pieniędzy, a panienka – nic. Więc godzi się panience być pokorną i starać im się przypodobać.

– Mówimy to tylko dla panienki dobra – dodała Bessie głosem, w którym nie było już surowości. – Powinna panienka spróbować być użyteczną i miłą; bo jeżeli nadal będzie panienka porywcza i niegrzeczna, pani ją odeśle, jestem tego pewna.

– A poza tym – uzupełniła panna Abbot – Bóg panienkę ukarze: może zesłać na panienkę śmierć w samym środku napadu złości i gdzie wtedy pójdzie dusza panienki? Chodźmy, Bessie, zostawmy ją samą; za nic nie chciałabym mieć serca tak twardego jak ona. Proszę się modlić, panienko Eyre, kiedy zostanie panienka sama, bo jeżeli nie okaże panienka skruchy, być może coś złego wkradnie się tu przez komin i porwie panienkę.

Wyszły, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz.

W czerwonym pokoju nikt nie mieszkał, bardzo rzadko nawet ktoś tam sypiał; równie dobrze można powiedzieć, że nigdy. Pokój był zamieszkany jedynie wtedy, gdy do Gateshead Hall zjeżdżali się goście i trzeba było zrobić użytek ze wszystkich pomieszczeń – jednak i tak była to jedna z najwspanialszych i najbardziej okazałych komnat dworu. Na środku, jak tabernakulum, stało łoże wsparte na masywnych kolumnach z mahoniu, z których zwisały adamaszkowe zasłony w odcieniu głębokiej czerwieni; dwa ogromne okna z zawsze opuszczonymi żaluzjami były spowite w girlandy i fale równie czerwonej draperii. Dywan był purpurowy; stół, znajdujący się u podnóża łoża, nakryto szkarłatnym obrusem. Ściany miały delikatny płowy kolor z nutką różowego, zaś szafę, toaletkę i krzesła wykonano z doskonale wypolerowanego, ciemnego, starego mahoniu. Ze spowijających wszystko głębokich cieni wyłaniały się wysokie, oślepiająco białe materace i poduchy spiętrzone na łożu, nakryte pikowaną narzutą śnieżnobiałej barwy. Niewiele mniej imponujące wrażenie robił szeroki, obłożony poduchami fotel, stojący niedaleko wezgłowia łoża – również biały, z podnóżkiem; wydawał mi się jakimś jasnym tronem.

 

W pokoju panował przenikliwy ziąb, ponieważ rzadko palono tu w kominku; było w nim cicho, gdyż znajdował się daleko od pokoju dziecinnego i kuchni; uroczyście, bo rzadko kto tu zaglądał. Przychodziła tu jedynie służąca, która w soboty wycierała ze zwierciadeł i mebli kurz, cicho opadający na sprzęty w ciągu tygodnia. Sama pani Reed od czasu do czasu odwiedzała komnatę, żeby przeglądnąć zawartość pewnej sekretnej szuflady w szafie, gdzie złożone były rozmaite dokumenty, jej szkatułka z klejnotami i miniatura przedstawiająca jej zmarłego męża. Właśnie w tych ostatnich słowach kryje się sekret czerwonego pokoju, zaklęcie, które uczyniło to pomieszczenie tak samotnym, pomimo jego świetności.

Pan Reed nie żył od dziewięciu lat i właśnie w tym pokoju wydał swe ostatnie tchnienie; tutaj było wystawione jego ciało i stąd wyniesiono go na cmentarz. Od tamtego dnia komnata owiana była mrokiem i grozą, skutecznie chroniącymi ją od częstych odwiedzin.

Bessie i cierpka panna Abbot zostawiły mnie na niskiej otomanie, znajdującej się w pobliżu marmurowego kominka. Przede mną wznosiło się łoże; po mojej prawej stronie stała wysoka, ciemna szafa, po której lśniących deskach błąkały się przyćmione, rozproszone refleksy świetlne; po lewej znajdowały się zasłonięte okna. Stojące między nimi ogromne zwierciadło odbijało samotny majestat łoża i pokoju. Nie byłam pewna, czy zamknęły drzwi na klucz, więc, kiedy tylko ośmieliłam się poruszyć, poszłam to sprawdzić. Niestety nie zaniedbały tego – nie było na świecie lepiej strzeżonego więzienia. Kiedy wracałam, musiałam przejść obok lustra; zafascynowane oczy bez mojej zgody zajrzały w głębię zwierciadła. W jego nierealnej pustce wszystko wydawało się zimniejsze i ciemniejsze niż w świecie rzeczywistym. Ta dziwna, wlepiająca we mnie wzrok istotka, której biała twarz i ramiona przecinały mrok, a lśniące, przerażone oczy widziały wyimaginowany ruch w nieruchomym wnętrzu, wyglądała jak najprawdziwszy duch. Pomyślałam, że przypomina mi niewielką zjawę, po części wróżkę, po części chochlika, które w wieczornych opowieściach Bessie wychodziły z odludnych, porosłych paprocią kotlinek na wrzosowiskach i pojawiały się przed oczami spóźnionych wędrowców. Wróciłam na otomanę.

Czułam już zabobonny strach, ale jeszcze całkowicie mną nie zawładnął – krew ciągle mi wrzała w żyłach, a nastrój zbuntowanego niewolnika dodawał odwagi. Zanim posępne okoliczności, w jakich się znalazłam, miały zacząć budzić we mnie strach, musiałam opanować gwałtowny napływ myśli o tym, co się właśnie zdarzyło.

Brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, niechęć matki i stronniczość służby – wszystko to mieszało się w mojej przerażonej głowie jak mętny osad wirujący na dnie studni. Dlaczego zawsze cierpiałam, zawsze mnie zastraszano, zawsze oskarżano, zawsze potępiano? Dlaczego nigdy nikogo nie mogłam zadowolić? Dlaczego nie mogłam zdobyć niczyjej sympatii? Elizę, która była zawzięta i egoistyczna, szanowano. Georgianie powszechnie pobłażano, chociaż jej zachowanie cechowały podstępność i zuchwałość, a poza tym była zepsuta, cierpka i złośliwa. Każdy, kto na nią spojrzał, czerpał przyjemność z jej urody – różowych policzków i złotych loczków – i szybko zapominał o jej wadach. Johnowi nikt nie śmiał się sprzeciwić, a tym bardziej go ukarać, chociaż ukręcał łebki gołębiom, zabijał malutkie pawie, szczuł psy na owce, obrywał winogrona w oranżerii, strącał pąki najpiękniejszych kwiatów w cieplarni. Poza tym od czasu do czasu nazywał matkę „staruszką”, lżył ją za jej ciemną cerę, tak bardzo podobną do własnej, otwarcie lekceważył jej prośby, po wielokroć targał i plamił jej jedwabne suknie – mimo tego wszystkiego ciągle był „jej najsłodszym kochaniem”. Ja nie śmiałam popełnić żadnego błędu, próbowałam wykonywać wszystko, co do mnie należało, a i tak od rana do południa, a potem od południa do wieczora nazywano mnie nieposłuszną i uprzykrzoną, nadąsaną i podstępną.

Głowa ciągle mnie bolała, wciąż krwawiłam z powodu otrzymanego ciosu i upadku. Nikt nie skarcił Johna za brutalny atak, a ja, za to że zwróciłam się przeciwko niemu, aby uniknąć dalszej niezrozumiałej agresji, stałam się przedmiotem powszechnego potępienia.

„Niesprawiedliwość, niesprawiedliwość!” – podpowiadał mi rozum, któremu bolesne przeżycie udzieliło niezwykłej dla dziecka, acz chwilowej mocy, a podobnie roztrzęsiona wyobraźnia podsuwała mi dziwne sposoby na wyzwolenie się z opresji nie do zniesienia: ucieczkę, a jeżeli to by nie wyszło, zaprzestanie jedzenia i picia i doprowadzenie do własnej śmierci.

Jakże przerażona byłam w tamto mroczne popołudnie! Ileż rozterek kłębiło się w mojej głowie, jak zbuntowane było serce! A wszystkie te walki toczone były w ciemności, w całkowitej niewiedzy. Nie znałam odpowiedzi na pytanie, które sobie bez ustanku zadawałam – dlaczego tak cierpię? Teraz, z dystansu nie powiem ilu lat, znalezienie tej odpowiedzi jest dla mnie bardzo proste.

Nie pasowałam do Gateshead Hall, nie byłam podobna do nikogo we dworze – nie miałam nic wspólnego z panią Reed, jej dziećmi ani starannie przez nią dobranymi czołobitnymi sługami. Może i oni wszyscy mnie nie kochali, ale, szczerze mówiąc, ja też ich nie kochałam. Było pewne, że nie obdarzą uczuciem istoty, która nie czuje sympatii do nikogo z ich grona, różnej od nich, stanowiącej ich przeciwieństwo jeśli chodzi o temperament, zdolności i skłonności; nieużytecznej istoty, niezdolnej zachowywać się po ich myśli ani dostarczyć im rozrywki; szkodliwej osóbki, pielęgnującej urazę za sposób, w jaki była traktowana i kwestionującą ich osąd. Wiem, że gdybym była tryskającym radością, błyskotliwym, beztroskim, ładnym i swawolnym dzieckiem – choćby nawet tak samo ubogim i samotnym – pani Reed lepiej znosiłaby moją obecność, jej dzieci obdarzyłyby mnie serdeczniejszymi uczuciami, a służba byłaby mniej skłonna do robienia ze mnie kozła ofiarnego w pokoju dziecinnym.

Minęła już czwarta, światło dnia zaczęło powoli opuszczać czerwony pokój, chmurne popołudnie zamieniało się w mroczny wieczór. Słyszałam krople deszczu uderzające miarowo w okno na korytarzu nad schodami i wicher wyjący w gaju za dworem; było mi coraz zimniej, a wraz z ciepłem opuszczała mnie odwaga. Mój zwyczajny nastrój – uczucie poniżenia, zwątpienie w siebie, beznadziejne przygnębienie – przygasił ostatnie iskierki tlącego się we mnie gniewu. Wszyscy mówili, że jestem niegodziwa – całkiem możliwe, że tak było; a co by pomyśleli, gdyby wiedzieli, że właśnie rozważam możliwość zagłodzenie samej siebie na śmierć? To z pewnością była zbrodnia – jednak czy byłam gotowa umrzeć? Czy grobowiec pod prezbiterium kościoła w Gateshead był odpowiednim zakończeniem dla tej historii? Powiedziano mi, że w takim właśnie grobowcu pogrzebany został pan Reed. Zaczęłam wspominać wuja. Nie pamiętałam go, jednak wiedziałam, że był moim jedynym krewnym – bratem mojej matki – przyjął mnie pod swój dach, kiedy straciłam rodziców, i że w ostatniej chwili swego życia wymógł na pani Reed obietnicę, że będzie mnie wychowywać i traktować jak własne dziecko. Pani Reed prawdopodobnie święcie wierzyła, że dotrzyma obietnicy i pewnie dotrzymywała jej na tyle, na ile pozwalała jej na to własna natura. Jakże jednak mogła naprawdę polubić intruza, na dodatek nie związanego z nią – po śmierci męża – żadnymi więzami? Jak musiało ją to drażnić – z powodu wymuszonej przysięgi stała się matką dla dziwnego dziecka, którego nie mogła pokochać; musiała tolerować wrogiego odmieńca, który bez jej woli stał się częścią jej rodziny.