Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rado­wa­łam się jesz­cze spo­koj­nym wido­kiem i miłą świe­żo­ścią powie­trza; przy­słu­chi­wa­łam się z przy­jem­no­ścią kra­ka­niu wron. Jesz­cze oglą­da­łam sze­roki, siwy front domu, zasta­na­wia­jąc się nad tym, jaki to wielki dom dla samot­nej jego miesz­kanki, małej sta­ruszki pani Fair­fax, gdy pani ta uka­zała się w drzwiach.

– Co widzę? Już pani wyszła? – powie­działa. – Ranny pta­szek z pani.

Zbli­ży­łam się do niej; powi­tała mnie ser­decz­nym poca­łun­kiem i uści­skiem ręki.

– Jak się pani podoba Thorn­field? – zapy­tała. Powie­dzia­łam jej, że bar­dzo mi się podoba.

– Tak – odpo­wie­działa – to ładna sie­dziba; lękam się tylko, że zakradną się tu nie­po­rządki, jeżeli pan Roche­ster nie zasta­nowi się i nie zamieszka tu na stałe albo przy­naj­mniej jeżeli czę­ściej tu nie będzie zaglą­dał: wiel­kie domy i piękne ogrody wyma­gają obec­no­ści wła­ści­ciela.

– Pan Roche­ster! Któż to jest? – zawo­ła­łam.

– Wła­ści­ciel Thorn­field – odpo­wie­działa spo­koj­nie. – To pani nie wie­działa, że on się nazywa Roche­ster?

Natu­ral­nie, że nie wie­dzia­łam, ni­gdy o nim przed­tem nie sły­sza­łam; ale sta­ruszka widocz­nie uwa­żała ist­nie­nie jego za fakt ogól­nie wia­domy, o któ­rym każdy instynk­tow­nie musi wie­dzieć.

– A ja myśla­łam – powie­dzia­łam dalej – że Thorn­field należy do pani.

– Do mnie? Dziecko moje, co za pomysł! Ja tu jestem tylko gospo­dy­nią-zarząd­czy­nią. To prawda, że jestem daleko spo­krew­niona z Roche­ste­rami ze strony matki, a wła­ści­wie nie tyle ja, ile mój mąż. Mój mąż był duchow­nym, pasto­rem w Hay, tej małej wio­sce tam na wzgó­rzu, a ten oto kościół bli­sko bram to był jego kościół. Matka obec­nego pana Roche­stera, z domu Fair­fax, była kuzynką mojego męża; ale ja nie wyko­rzy­stuję tego pokre­wień­stwa, jest ono dla mnie niczym; uwa­żam się po pro­stu za zwy­kłą zarząd­czy­nię; mój chle­bo­dawca jest zawsze uprzejmy, a ja też niczego wię­cej nie wyma­gam.

– A ta mała dziew­czynka, moja uczen­nica?

– To jest pupilka pana Roche­stera; pole­cił mi wyszu­kać dla niej nauczy­cielkę. Sądzę, że ją chce wycho­wać w naszym hrab­stwie. A oto wła­śnie ona idzie z boną!

Tak więc wyja­śniła się zagadka; ta uprzejma, dobro­tliwa maleńka wdowa nie była żadną wielką panią, była osobą zależną tak jak i ja. Nic na tym w moich oczach nie stra­ciła, prze­ciw­nie, ucie­szyło mnie to tylko. Rów­ność pomię­dzy nią a mną sta­wała się bar­dziej rze­czy­wi­sta, nie wyni­kała tylko z łaska­wo­ści z jej strony; tym lepiej, będę się czuła swo­bod­niej­sza na swoim sta­no­wi­sku.

Gdy tak roz­my­śla­łam, mała dziew­czynka, wyprze­dza­jąc towa­rzyszkę, bie­gła ku nam przez traw­nik. Przyj­rza­łam się mojej uczen­nicy, która, zdaje się, z początku mnie nie zauwa­żyła. Było to dziecko jesz­cze, może sied­mio­albo ośmio­let­nie, deli­kat­nie zbu­do­wane, z bladą, o drob­nych rysach twa­rzyczką. Obfite włosy opa­dały jej w lokach do pasa.

– Dzień dobry, Adelko – prze­mó­wiła pani Fair­fax. – Pójdź i przy­wi­taj się z tą panią, która cię będzie uczyła, tak aże­byś wyro­sła z cza­sem na mądrą kobietę.

Mała zbli­żyła się.

C’est là ma gou­ver­nante?2 – rze­kła, wska­zu­jąc mnie pal­cem i zwra­ca­jąc się do bony; ta odpo­wie­działa:

Mais oui, cer­ta­ine­ment3.

– Czy to są cudzo­ziemki? – zapy­ta­łam, ze zdu­mie­niem usły­szaw­szy język fran­cu­ski.

– Bona jest cudzo­ziemką, a Adelka uro­dziła się na kon­ty­nen­cie, który dopiero przed kilku mie­sią­cami opu­ściła. Gdy tu przy­była, nie umiała zupeł­nie mówić po angiel­sku, teraz mówi tro­chę; ja jej nie rozu­miem, tak mie­sza angiel­ski z fran­cu­skim, ale pani z pew­no­ścią potrafi dobrze ją zro­zu­mieć.

Mnie na szczę­ście fran­cu­skiego uczyła Fran­cuzka, a że sta­ra­łam się zawsze jak naj­wię­cej roz­ma­wiać z panią Pier­rot, że przy tym przez sie­dem lat uczy­łam się codzien­nie kawałka prozy fran­cu­skiej na pamięć, pra­co­wa­łam nad akcen­tem, naśla­du­jąc wymowę swo­jej nauczy­cielki, więc też osią­gnę­łam pewien sto­pień bie­gło­ści i popraw­no­ści w tym języku i nie oba­wia­łam się trud­no­ści w poro­zu­mie­wa­niu się z Adelką. Mała przy­bli­żyła się do mnie i podała mi rękę, ja zaś pro­wa­dząc ją na śnia­da­nie, powie­dzia­łam kilka zdań w jej wła­snym języku; odpo­wie­działa mi zrazu krótko, ale gdy sia­dły­śmy do stołu, mała przy­pa­trzyw­szy mi się badaw­czo przez jakieś dzie­sięć minut swymi wiel­kimi piw­nymi oczami, zaczęła nagle bar­dzo szybko mówić:

– Ach! – zawo­łała po fran­cu­sku – pani umie mówić moim języ­kiem tak dobrze jak pan Roche­ster! Mogę roz­ma­wiać z panią, tak jak z nim roz­ma­wiam; i Sophie będzie mogła mówić do pani! Jak ona się ucie­szy! Nikt jej tutaj nie rozu­mie; pani Fair­fax umie tylko po angiel­sku. Sophie to moja bona; przy­była tu ze mną przez morze wiel­kim stat­kiem z komi­nem, który dymił, i jak jesz­cze…! Ja cho­ro­wa­łam i Sophie także, a i pan Roche­ster cho­ro­wał. Pan Roche­ster leżał na kana­pie w ład­nym pokoju, który nazy­wał się salo­nem, a Sophie i ja mia­ły­śmy łóżeczka gdzie indziej. Ja o mało nie wypa­dłam ze swego, było takie jak półeczka. A made­mo­iselle, jak się made­mo­iselle nazywa?

– Eyre. Jane Eyre.

– Aire? Ba! Nie umiem tego wymó­wić! No, i nasz sta­tek zatrzy­mał się rano, zanim jesz­cze zupeł­nie jasny dzień nastał, przed wiel­kim mia­stem, gdzie były bar­dzo ciemne domy, a wszyst­kie zady­mione; wcale nie takie jak w ład­nym, czy­stym mie­ście, skąd przy­by­łam; a pan Roche­ster prze­niósł mnie na rękach przez deskę na ląd, a Sophie szła za nami; a potem wsie­dli­śmy wszy­scy do powozu, który nas zawiózł do pięk­nego, wiel­kiego domu, więk­szego niż ten i pięk­niej­szego; taki dom nazywa się hotel. Tam pozo­sta­li­śmy pra­wie tydzień; ja i Sophie cho­dzi­ły­śmy codzien­nie na spa­cer do wiel­kiego zie­lo­nego ogrodu peł­nego drzew, który nazy­wają par­kiem; i było tam oprócz mnie wiele innych dzieci i staw z pięk­nymi pta­kami, które kar­mi­łam chle­bem.

– Czy pani ją rozu­mie, choć ona tak prędko trze­pie? – zapy­tała pani Fair­fax.

Rozu­mia­łam ją bar­dzo dobrze, gdyż byłam przy­zwy­cza­jona do szyb­kiej mowy madame Pier­rot.

– Pra­gnę­ła­bym – cią­gnęła dalej poczciwa sta­ruszka – żeby jej pani zadała parę pytań o jej rodzi­ców; cie­ka­wam, czy ich pamięta.

– Adelko – zapy­ta­łam – u kogo miesz­ka­łaś wtedy, gdy byłaś w tym ład­nym, czy­stym mie­ście, o któ­rym mówi­łaś?

– Dawno temu miesz­ka­łam u mamy; ale mama poszła do nieba. Mama uczyła mnie tań­czyć, śpie­wać i mówić wier­szyki. Wielu panów i wiele pań przy­cho­dziło do mamy z wizy­tami, a ja wtedy tań­czy­łam przed nimi albo sia­dy­wa­łam u nich na kola­nach i śpie­wa­łam im; ja to lubi­łam. Czy mam pani zaśpie­wać co teraz?

Skoń­czyła śnia­da­nie, więc pozwo­li­łam jej przed­sta­wić próbkę swych umie­jęt­no­ści. Zsu­nęła się z krze­sła, przy­szła do mnie i sia­dła mi na kola­nach; potem zło­żyw­szy rączki poważ­nie przed sobą, strzą­snąw­szy w tył loki i pod­nió­sł­szy oczy do sufitu, zaczęła śpie­wać arię z jakiejś opery. Była to skarga opusz­czo­nej kobiety, która opła­kuje zdradę swego kochanka, wzywa dumę na pomoc, a potem każe słu­żeb­nej, by ją ubrała w naj­pięk­niej­sze klej­noty i naj­bo­gat­sze suk­nie i posta­na­wia spo­tkać się z nie­wier­nym wie­czo­rem na balu, by mu oka­zać weso­ło­ścią i zacho­wa­niem, jak mało obe­szła ją jego zdrada.

Temat wydał mi się dziw­nie nie­sto­sowny dla dziecka; przy­pusz­czam jed­nak, że cała pointa leżała w tym wła­śnie, by sły­szeć słowa miło­ści i zazdro­ści śpie­wane ustecz­kami dziecka. Według mnie był to pomysł w bar­dzo złym guście.

Adelka śpie­wała wcale czy­sto i melo­dyj­nie, i z naiw­no­ścią swo­jego wieku. Skoń­czyw­szy, zesko­czyła mi z kolan i powie­działa:

– A teraz, made­mo­iselle, powiem pani wier­szyk!

Sta­nęła, jak nale­żało, i zaczęła: La ligue des rats, fable de La Fon­ta­ine4. Po czym zade­kla­mo­wała bajkę z prze­ję­ciem, modu­lu­jąc głos, zwra­ca­jąc uwagę na inter­punk­cję i z odpo­wied­nią gesty­ku­la­cją, istot­nie nie­zwy­kłą jak na jej wiek; dowo­dziło to sta­ran­nego wyucze­nia.

– Czy to mama nauczyła cię tego wier­szyka? – zapy­ta­łam.

– Tak, i to ona wła­śnie w ten spo­sób go mówiła: Qu’ave­zvous donc? lui dit un de ces rats; par­lez!5 Kazała mi rękę pod­no­sić – o, tak – żebym sobie przy­po­mniała, że mam głos pod­nieść przy zapy­ta­niu. A teraz czy mam pani zatań­czyć?

– Nie, tym­cza­sem dosyć. Lecz gdy mama twoja poszła do nieba, jak mówisz, u kogo potem miesz­ka­łaś?

– U pani Frédérick i jej męża. Opie­ko­wała się mną, ale to nie żadna moja krewna. Ja myślę, że ona musi być biedna, gdyż nie miała tak ład­nego domu jak moja mama. Ale ja tam nie byłam długo. Pan Roche­ster zapy­tał mnie, czy chcia­ła­bym poje­chać i miesz­kać z nim w Anglii, a ja odpo­wie­dzia­łam, że chcia­ła­bym, bo pana Roche­stera zna­łam już przed­tem, zanim pozna­łam panią Frédérick, a on zawsze był dla mnie dobry i dawał mi ładne sukienki i zabawki; ale widzi pani, jak nie dotrzy­mał słowa! Przy­wiózł mnie do Anglii, a teraz sam wyje­chał i ja go ni­gdy nie widzę.

Po śnia­da­niu uda­łam się z Adelką do biblio­teki, którą, zdaje się, pan Roche­ster wyzna­czył na pokój szkolny dla nas. Więk­szość ksią­żek zamknięta była w oszklo­nych sza­fach. Jedna tylko szafa była otwarta, a zawie­rała wszystko, co mogłoby być potrzebne z dzie­dziny ele­men­tar­nej nauki oraz kilka tomów lek­kiej lite­ra­tury, poezji, bio­gra­fii, ksią­żek podróż­ni­czych, kilka roman­sów itd. Praw­do­po­dob­nie pan Roche­ster uwa­żał, że to jest wszystko, czego nauczy­cielka może potrze­bo­wać do wła­snej lek­tury; istot­nie książki te zado­wo­liły mnie na razie w zupeł­no­ści; w porów­na­niu z tym, co nie­kiedy doryw­czo mogłam zdo­być w Lowood, przed­sta­wiały one dla mnie źró­dło roz­rywki i wia­do­mo­ści. W tym pokoju rów­nież znaj­do­wał się for­te­pian, zupeł­nie nowy, o dosko­na­łym tonie, szta­lugi do malo­wa­nia i dwa glo­busy.

 

Adelka była uczen­nicą dosta­tecz­nie posłuszną, choć nie­skłonną do pil­no­ści i uwagi. Nie była wdro­żona do pracy sys­te­ma­tycz­nej. Czu­łam, że byłoby nie­roz­sąd­nie na począ­tek prze­trzy­my­wać ją zbyt długo nad książką; toteż opo­wia­da­łam jej dużo, zada­łam jej tro­chę do nauki, a że zbli­żało się połu­dnie, pozwo­li­łam jej powró­cić do bony. Następ­nie obie­cy­wa­łam sobie wyry­so­wać parę małych szki­ców na jej uży­tek.

Idąc na górę po swoją tekę i ołówki, usły­sza­łam woła­jącą ku mnie panią Fair­fax:

– Zapewne pani skoń­czyła już ranne lek­cje!

Znaj­do­wała się w pokoju, któ­rego drzwi były otwarte, weszłam tam, gdy do mnie prze­mó­wiła. Był to duży, oka­zały pokój z orze­chową boaze­rią wzdłuż ścian; meble i por­tiery były w kolo­rze pur­pu­ro­wym, dywan turecki zdo­bił jego śro­dek. Sufit był bogato i arty­stycz­nie rzeź­biony; piękny, choć tro­chę ciemny witraż dopeł­niał cało­ści arty­stycz­nej tej sali. Pani Fair­fax ocie­rała z kurzu piękne wazy z fio­le­to­wego krysz­tału, sto­jące na kre­den­sie.

– Co za piękny pokój! – zawo­ła­łam, roz­glą­da­jąc się dokoła, gdyż ni­gdy jesz­cze rów­nie impo­nu­ją­cego nie widzia­łam.

– Tak, to pokój jadalny. Wła­śnie otwo­rzy­łam okno, żeby wpu­ścić tro­chę powie­trza i słońca, bo wszystko tak wil­got­nieje w poko­jach rzadko zamiesz­ka­nych; tam w salo­nie czuć wprost piw­nicą.

Wska­zała sze­roką arkadę na wprost okna, zawie­szoną, tak jak i okno, szkar­łatną zasłoną, która była teraz roz­chy­lona. Wstą­piw­szy po dwóch sze­ro­kich stop­niach i zaj­rzaw­szy do środka, mnie­ma­łam, że oglą­dam jakąś cza­ro­dziej­ską kra­inę. Był to tylko bar­dzo ładny salon, a tuż obok buduar, oba wyło­żone bia­łym dywa­nem w gir­landy barw­nych kwia­tów, oba o sufi­tach ze śnieżną sztu­ka­te­rią bia­łych gron win­nych i liści, co dawało bogaty kon­trast z kar­ma­zy­no­wym kolo­rem kusze­tek i oto­man. Nad bia­łym mar­mu­ro­wym komin­kiem błysz­czały ozdoby z cze­skiego szkła w kolo­rze rubi­nów. Sze­ro­kie zwier­cia­dła mię­dzy oknami odbi­jały to połą­cze­nie barw ognia i śniegu.

– W jakim porządku utrzy­muje pani te pokoje! – zawo­ła­łam. – Ani odro­biny kurzu, choć nie ma pokrow­ców, i gdyby nie ten ostry chłód, można by myśleć, że są w codzien­nym uży­ciu.

– Bo pani widzi, cho­ciaż pan Roche­ster rzadko tutaj bywa, to jego odwie­dziny bywają zawsze nagłe i nie­spo­dzie­wane; zauwa­ży­łam, że go to drażni, gdy wszystko zastaje poza­sła­niane, poza­wi­jane i gdy po przy­by­ciu musi zno­sić ruch i zamęt porząd­ko­wa­nia pokoi, pomy­śla­łam więc, że naj­le­piej trzy­mać je w goto­wo­ści.

– Czy pan Roche­ster jest wyma­ga­jący i wybredny?

– Nie powie­dzia­ła­bym; ale ma pań­skie gusta i przy­zwy­cza­je­nia i chciałby, żeby odpo­wied­nio do tego kie­ro­wać spra­wami.

– Czy pani go lubi? Czy jest ogól­nie lubiany?

– O tak; ta rodzina zawsze tu była sza­no­wana. Pra­wie wszystka zie­mia w tej oko­licy, jak daleko pani okiem się­gnie, od cza­sów nie­pa­mięt­nych nale­żała do Roche­ste­rów.

– No dobrze, ale nie mówiąc o jego ziemi, czy pani go lubi? Czy jest w ogóle lubiany?

– Ja nie mam powodu go nie lubić, więc go lubię; a sądzę, że dzier­żawcy uwa­żają go za spra­wie­dli­wego i hoj­nego; ale pan Roche­ster ni­gdy długo wśród nich nie miesz­kał.

– Tak, ale czy nie ma on jakichś swo­ich szcze­gól­nych wła­ści­wo­ści? Sło­wem, jaki jest jego cha­rak­ter?

– O! Cha­rak­ter pana Roche­stera jest bez zarzutu. Jest on może tro­chę dziwny: wiele podró­żo­wał, widział, sądzę, kawał świata. Myślę, że musi być mądry, ale ja z nim ni­gdy wiele nie roz­ma­wia­łam.

– W czym jest dziwny?

– Nie wiem, to nie­ła­two opi­sać; nic ude­rza­ją­cego, ale czuje się to, gdy do czło­wieka mówi; nie zawsze można być pew­nym, czy żar­tuje, czy mówi serio, czy jest kon­tent, czy prze­ciw­nie; sło­wem, trudno go do gruntu wyro­zu­mieć, ja przy­naj­mniej nie potra­fię; ale to nie ma zna­cze­nia, bo to bar­dzo dobry pan i chle­bo­dawca.

Tyle tylko mogłam się dowie­dzieć od pani Fair­fax o jej i moim chle­bo­dawcy. Nie­któ­rzy ludzie nie potra­fią naszki­co­wać cha­rak­teru, zauwa­żyć i opi­sać wybit­nych rysów osób czy rze­czy; poczciwa kobieta widocz­nie nale­żała do tej kate­go­rii. Moje pyta­nia wpro­wa­dzały ją w zakło­po­ta­nie, ale nie potra­fi­łam nic z niej wycią­gnąć. W jej oczach pan Roche­ster to był pan Roche­ster, i koniec; szlach­cic, wła­ści­ciel ziem­ski – nic wię­cej; nie pytała i nie szu­kała dalej, i dzi­wiła się widocz­nie, że ja pra­gnę posiąść dokład­niej­sze poję­cie o jego oso­bie.

Wycho­dząc z sali jadal­nej, zapro­po­no­wała mi poka­za­nie reszty domu. Cho­dzi­łam więc za nią na górę i na dół, podzi­wia­jąc wszystko po dro­dze, bo też wszystko było dobrze urzą­dzone i ładne. Wiel­kie pokoje fron­towe wydały mi się szcze­gól­nie wspa­niałe, nie­które zaś na trze­cim pię­trze, cho­ciaż i ciemne, i niskie, zacie­ka­wiały sta­ro­świec­kim wyglą­dem. Meble nale­żące pier­wej do apar­ta­men­tów z pierw­szego i dru­giego pię­tra prze­no­szono tutaj, w miarę jak się zmie­niała moda. W nie­pew­nym świe­tle wpa­da­ją­cym przez wąskie okna widzia­łam łoża sprzed stu lat; dębowe albo orze­chowe szafy o dziw­nych rzeź­bio­nych gałąz­kach palm i głów­kach che­ru­bi­nów, przy­po­mi­na­jące kształty arki przy­mie­rza; rzędy wytwor­nych krze­seł, wąskich i o wyso­kich opar­ciach; jesz­cze star­sze tabo­rety, na któ­rych wyście­ła­nych sie­dze­niach znać było jesz­cze ślady na wpół wytar­tych haftów, wyszy­tych pal­cami, które już od dwóch poko­leń były pro­chem tru­mien­nym. Wszyst­kie te sta­ro­świec­kie pozo­sta­ło­ści nada­wały trze­ciemu pię­tru Thorn­field Hall pozór jakiejś ojczy­zny prze­szło­ści – gro­bowca pamią­tek.

Miła mi była ta cisza, ten mrok, ory­gi­nal­ność tych zakąt­ków za dnia; by­naj­mniej jed­nak nie pra­gnę­ła­bym spo­cząć nocą na któ­rymś z tych sze­ro­kich, cięż­kich łóżek; nie­które z nich zamy­kały się na drzwi dębowe, inne ocie­niały stare angiel­skie kotary tkane, pokryte gru­bym haftem, przed­sta­wia­ją­cym obrazy dziw­nych kwia­tów, dziw­niej­szych pta­ków i najdziw­niej­szych ludz­kich istot, wszystko to wyglą­da­łoby nie­sa­mo­wi­cie, zaiste, w bla­dym świe­tle księ­życa.

– Czy to służba sypia w tych poko­jach? – zapy­ta­łam.

– Nie, służba zaj­muje sze­reg mniej­szych pokoi w tyle domu; tutaj nikt nie sypia; można by pra­wie powie­dzieć, że gdyby Thorn­field Hall miało swo­jego ducha, tutaj byłaby jego sie­dziba.

– I ja tak myślę; zatem nie macie tu żad­nego ducha?

– Nie, ja ni­gdy o żad­nym nie sły­sza­łam – odpo­wie­działa, uśmie­cha­jąc się, pani Fair­fax.

– Ani żad­nego poda­nia o duchu? Żad­nej legendy, żad­nej histo­rii o duchach?

– Chyba nie. A jed­nak sły­szy się, że Roche­ste­ro­wie był to swo­jego czasu ród gwał­towny i krewki, wcale nie spo­kojny; może wła­śnie dla­tego śpią teraz w gro­bach tak cicho.

– Tak… „po życia gorączce śpią teraz cicho” – szep­nę­łam. – A dokąd pani teraz idzie? – zapy­ta­łam, widząc, że rusza z miej­sca.

– Idę wyj­rzeć z gór­nego tarasu na dachu. Czy chce pani pójść ze mną i obej­rzeć widok stam­tąd?

Poszłam za nią, naj­pierw po bar­dzo wąskich scho­dach na strych, a stam­tąd po dra­bince i przez pod­no­szoną klapę na dach domu. Zna­la­złam się teraz na rów­nym pozio­mie z kolo­nią wron, mogłam zaglą­dać do ich gniazd. Oparta o para­pet i patrząc daleko w dół, widzia­łam zarysy ogrodu, leżą­cego przede mną jak mapa; widzia­łam jasny, aksa­mitny traw­nik ota­cza­jący z bli­ska szarą pod­stawę domu; pole, sze­ro­kie jak park, pozna­czone tu i ówdzie sta­rymi drze­wami; las w zło­to­brą­zo­wych bar­wach, prze­cięty ścieżką, tak zaro­śniętą zie­lo­nym mchem, że była zie­leń­sza od drzew i liści; kościół przed bramą, drogę, łagodne pagórki, wszystko to spo­czy­wa­jące w świe­tle jesien­nego słońca; wid­no­krąg objęty pogod­nym, lazu­ro­wym nie­bem, zasnuty per­ło­wo­bia­łymi obłocz­kami. Nic w tym kra­jo­bra­zie nie było nie­zwy­kłego, lecz wszystko miłe dla oka. Gdy zawró­ciw­szy, scho­dzi­łam przez drzwi w dachu, zale­d­wie mogłam tra­fić na dra­binkę; olśnio­nym moim oczom strych wydał się ciemny jak piw­nica w porów­na­niu z błę­ki­tem nieba, roz­sło­necz­nio­nym laskiem, pastwi­skiem i zie­lo­nymi wzgór­kami, na które patrzy­łam z roz­ko­szą.

Pani Fair­fax zatrzy­mała się chwilę, zajęta zamy­ka­niem drzwi w dachu; ja, tro­chę po omacku, zna­la­złam wyj­ście z pod­da­sza i zaczę­łam scho­dzić po wąskich scho­dach. Sta­nę­łam na chwilę w dłu­gim kory­ta­rzu, na który pro­wa­dziły schody; prze­gra­dzał on fron­towe i tylne pokoje trze­ciego pię­tra, był wąski, niski i ciemny, o jed­nym tylko małym okienku na naj­dal­szym końcu; ze swymi dwoma rzę­dami małych, czar­nych poza­my­ka­nych drzwi spra­wiał wra­że­nie kory­ta­rza w zamku jakie­goś Sino­bro­dego.

Gdy cicho ruszy­łam dalej, ude­rzył moje uszy odgłos, jakiego naj­mniej mogłam się spo­dzie­wać w miej­scu tak spo­koj­nym. Był to śmiech; śmiech dziwny, wyraźny, lecz nie­we­soły. Sta­nę­łam; śmiech ustał, lecz tylko na chwilę; znów zabrzmiał – ale gło­śniej­szy, gdyż za pierw­szym razem, cho­ciaż wyraźny, był bar­dzo cichy. Teraz prze­szedł w hała­śliwy wybuch, który zda­wał się budzić echa we wszyst­kich tych zamknię­tych poko­jach, jak­kol­wiek naj­wy­raź­niej pły­nął z jed­nego pokoju, któ­rego drzwi mogła­bym wska­zać.

– Pani Fair­fax! – zawo­ła­łam, gdyż usły­sza­łam, że scho­dzi po scho­dach. – Czy pani sły­szała ten gło­śny śmiech? Kto to się śmieje?

– Któ­raś słu­żąca zapewne – odpo­wie­działa. – Może Gra­cja Poole.

– Czy pani sły­szała? – powtó­rzy­łam pyta­nie.

– Ow­szem, wyraź­nie sły­sza­łam: ja ją czę­sto sły­szę; szyje w jed­nym z tam­tych pokoi. Cza­sami Lea jest z nią; czę­sto, gdy pra­cują razem, bywają hała­śliwe.

Śmiech znowu się powtó­rzył cichą gamą i zakoń­czył szcze­gól­nym mam­ro­ta­niem.

– Gra­cjo! – zawo­łała pani Fair­fax.

Nie spo­dzie­wa­łam się doprawdy, żeby jakaś Gra­cja odpo­wie­działa, tak tra­giczny, tak nad­na­tu­ralny wydał mi się ten śmiech; i gdyby nie to, że było samo połu­dnie, że ani pora dnia, ani oto­cze­nie nie sprzy­jały zabo­bon­nym nastro­jom, była­bym się prze­lę­kła. Poka­zało się wszakże, że byłam nie­mą­dra, dzi­wiąc się tak bar­dzo i snu­jąc nie­ja­sne przy­pusz­cze­nia. Naj­bliż­sze drzwi otwo­rzyły się i wyszła słu­żąca – kobieta trzy­dzie­sto­let­nia, a może star­sza, przy­sa­dzi­sta, krępa, ruda, nie­ładna; trudno by sobie wyobra­zić zja­wi­sko mniej roman­tyczne, mniej przy­po­mi­na­jące ducha.

– Za wiele hałasu, Gra­cjo – upo­mniała pani Fair­fax. – Pamię­taj, co zapo­wie­dziane.

Gra­cja ukło­niła się, mil­cząc, i wró­ciła do pokoju.

– Jest to osoba, którą wzię­li­śmy do szy­cia i do pomocy Lei, poko­jo­wej – mówiła dalej wdowa. – Nie jest ona zupeł­nie bez zarzutu pod pew­nym wzglę­dem, lecz na ogół nie­źle się spra­wuje. Ale jakże tam dziś lek­cje poszły z pani nową uczen­nicą?

Tym spo­so­bem roz­mowa skie­ro­wana na Adelkę trwała dopóty, dopóki nie zna­la­zły­śmy się w jasnej i pogod­nej stre­fie na dole. W hallu Adelka wybie­gła na nasze spo­tka­nie, woła­jąc:

Mes­da­mes, vous êtes servies! – i dodała: – J’ai bien faim, moi!6

Istot­nie obiad był gotów i cze­kał na nas w pokoju pani Fair­fax.

1 Thorn – cierń; Thorn­field – pole cier­niowe. [wróć]

2 Czy to moja guwer­nantka? (fr.). [wróć]

3 Ależ tak, natu­ral­nie (fr.). [wróć]

Rada szczu­rów, bajka La Fon­ta­ine’a (fr.). [wróć]

5 Co ci jest? – rzekł jeden ze szczu­rów – mów! (fr.). [wróć]

6 Moje panie, podano do stołu. Jestem bar­dzo głodna (fr.). [wróć]

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?