Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział IX

Popra­wiały się jed­nak z wolna nie­do­statki, a raczej surowe warunki pobytu w Lowood. Wio­sna nad­cią­gała, wła­ści­wie już nade­szła. Mrozy ustały, stop­niały śniegi, zła­god­niały ostre wia­try. Nie­szczę­sne moje nogi, opu­chłe, pora­nione mroź­nym stycz­nio­wym powie­trzem, zaczęły goić się pod wpły­wem łagod­nych tchnień kwiet­nia. Noce i ranki kana­dyj­ską tem­pe­ra­turą już nam nie mro­ziły krwi w żyłach; zno­śne teraz były godziny zabaw spę­dzane w ogro­dzie, a nie­kiedy, w dzień sło­neczny, bywało nawet mile i wesoło. Ciemne, bru­natne grządki zaczy­nały zie­le­nieć, sta­wały się coraz śwież­sze i nasu­wały myśl, że nadzieja prze­cha­dza się po nich co noc, zosta­wia­jąc co ranek jaśniej­sze ślady swo­ich kro­ków. Kwiaty wyzie­rały spo­mię­dzy liści: śnie­życzki, kro­kusy, aury­kle, zło­to­okie bratki. W czwart­kowe popo­łu­dnia (wolne od zajęć) odby­wa­ły­śmy dal­sze spa­cery i znaj­do­wa­ły­śmy jesz­cze mil­sze kwiaty roz­kwi­ta­jące przy dro­gach i pod pło­tami.

Odkry­łam też źró­dło wiel­kiej przy­jem­no­ści, leżące poza wyso­kim, szpi­kul­cami naje­żo­nym murem naszego ogrodu; tym źró­dłem rado­ści był widok na malow­ni­cze szczyty oka­la­jące wielką dolinę gór­ską, bogatą w zie­lo­ność i w cień, i jasny stru­mień, pełen ciem­nych kamieni i iskrzą­cych wirów. Jakże ina­czej przed­sta­wiał się ten kra­jo­braz, gdy oglą­da­łam go pod oło­wia­nym nie­bem zimy, gdy zesztyw­niały był od mrozu, zatu­lony w śniegi… gdy śmier­tel­nie chłodne mgły, gnane wschod­nim wia­trem, tłu­kły się wśród tych fio­le­to­wych szczy­tów i opa­dały do ich stóp, łącząc się z chłod­nym stru­mie­niem. Ten sam stru­mień był wtedy męt­nym, rwą­cym poto­kiem; wyry­wał się z lasu, śląc w powie­trze sza­lony łoskot, czę­sto wzmo­żony szu­mem ulewy czy śnie­życy, a las nad jego brze­gami wyglą­dał jak sze­reg szkie­le­tów.

Kwie­cień minął, przy­szedł maj, jasny i pogodny maj. Dni były sło­neczne, nie­biosa błę­kitne, powiewy zachod­nie lub połu­dniowe – łagodne. Teraz roślin­ność doj­rze­wała pośpiesz­nie; Lowood roz­pu­ściło war­ko­cze, zazie­le­niło się, roz­kwie­ciło całe; wiel­kie szkie­lety jesio­nów, klo­nów i dębów przy­wdziały znów maje­sta­tyczną szatę życia, leśne rośliny wyra­stały obfi­cie w zakąt­kach lasu, nie­zli­czone odmiany mchów wypeł­niały jego wgłę­bie­nia, a dzi­kie pry­mulki słały się wśród trawy jak plamy sło­neczne, leżały, poły­sku­jąc bla­dym zło­tem na gęsto ocie­nio­nej tra­wie, jak pro­mie­nie naj­mil­szego świa­tła. Wszyst­kim tym rado­wa­łam się czę­sto i w całej pełni, wolna, nie­pil­no­wana i nie­le­d­wie sama. O przy­czy­nie tej nie­zwy­kłej wol­no­ści teraz mówić mi wypada.

Czy nie opi­sa­łam miłego miej­sca zamiesz­ka­nia, mówiąc, że poło­żone było wśród wzgórz i lasu, wzno­sząc się nad brze­giem stru­mie­nia? Istot­nie, miłe ono było, ale czy zdrowe, to inna sprawa.

Leśna dolinka, w któ­rej leżało Lowood, była kolebką mgły i z mgły rodzą­cej się epi­de­mii. Zarazki jej roz­wi­nęły się wio­sną, wdarły się do schro­ni­ska sie­rot; tyfus zagnieź­dził się w prze­lud­nio­nym pokoju szkol­nym i sypialni i zanim nad­szedł maj, zakład zmie­nił się w szpi­tal.

Nie­do­ży­wia­nie oraz zanie­dbane prze­zię­bie­nia i katary osła­biły odpor­ność dziew­cząt. Czter­dzie­ści pięć z osiem­dzie­się­ciu uczen­nic zacho­ro­wało rów­no­cze­śnie. Roz­pusz­czono klasy, zła­go­dzono regu­la­miny. Nie­licz­nym zdro­wym dano pra­wie nie­ogra­ni­czoną swo­bodę, raz że dok­tor zale­cał koniecz­ność ruchu i prze­by­wa­nia na świe­żym powie­trzu dla pod­trzy­ma­nia zdro­wia, a potem, gdyby nawet nie to, nikt nie miał czasu pil­no­wać ich i czu­wać nad nimi. Całą uwagę panny Tem­ple pochła­niały pacjentki. Prze­by­wała cały czas w pokoju cho­rych, nie opusz­cza­jąc go wcale, chyba nocą, by parę godzin snu ukraść. Nauczy­cielki miały dość roboty z pako­wa­niem i wypra­wia­niem tych szczę­śli­wych dziew­cząt, które miały przy­ja­ciół lub krew­nych, posia­da­ją­cych warunki i oka­zu­ją­cych goto­wość zabra­nia ich z sie­dziby zarazy. Wiele już dotknię­tych cho­robą poje­chało do domu po to tylko, by tam umrzeć; nie­które umarły w szkole, a pocho­wano je szybko i cicho, żeby nie roz­sze­rzać zarazy.

Pod­czas gdy cho­roba w ten spo­sób pano­szyła się w Lowood, a śmierć stała się tam czę­stym gościem, pod­czas gdy mrok i lęk pano­wał w jego murach, gdy w poko­jach i na kory­ta­rzach uno­siły się wonie szpi­talne (gdyż kadzi­dła i pastylki darem­nie wal­czyły z wyzie­wami cho­roby), sło­neczny maj siał bla­ski na strome wzgó­rza i piękną lesi­stą kra­inę. I sam ogród zapło­nął bar­wami kwia­tów: malwy wystrze­liły wysoko jak drzewa, roz­wi­jały się lilie, kwi­tły tuli­pany i róże; skraje małych grzą­dek wesoło różo­wiły się goź­dzi­kami i pąso­wymi podwój­nymi sto­krot­kami; polne różyczki wyda­wały ran­kami i wie­czo­rami woń słodką, zala­tu­jąc jabł­kiem i korze­niami. A wszyst­kie te wonne skarby były bez­u­ży­teczne dla więk­szo­ści miesz­ka­nek Lowood, chyba że od czasu do czasu dostar­czały gar­ści ziół i kwia­tów skła­da­nych do trumny.

Ja tym­cza­sem wraz z resztą zdro­wych uczen­nic uży­wa­łam w pełni pięk­no­ści wido­ków o tej porze roku. Pozwa­lano nam, jak Cygan­kom, błą­dzić po lesie od rana do wie­czora; robi­ły­śmy, co nam się podo­bało, cho­dzi­ły­śmy, gdzie ochota nio­sła; lepiej też nas żywiono. Pan Broc­kle­hurst ze swą rodziną ni­gdy się teraz nie poka­zy­wał w Lowood; w gospo­dar­skie sprawy nie wglą­dano. Skwa­szona gospo­dyni ode­szła, wypę­dził ją strach przed zarazą; następ­czyni jej, zatrud­niona uprzed­nio jako kie­row­niczka izby cho­rych w Lowood, nie­przy­wy­kła do nowego zaję­cia, gospo­da­ro­wała sto­sun­kowo hoj­nie. Przy tym mniej osób było do żywie­nia; chore nie­wiele mogły jeść; nasze śnia­da­niowe miseczki bywały peł­niej­sze. Gdy bra­kło czasu na przy­go­to­wa­nie pra­wi­dło­wego obiadu, co zda­rzało się czę­sto, dawała nam po dobrym kawale zim­nego pie­roga albo po gru­bej kromce chleba z serem; zabie­ra­ły­śmy to do lasu, gdzie każda wybie­rała sobie miej­sce naj­mil­sze, i tam uczto­wa­ły­śmy wspa­niale.

Ulu­bio­nym moim miej­scem był gładki, sze­roki kamień, biały i suchy, ster­czący w samym środku stru­mie­nia, do któ­rego dostać się można było jedy­nie, bro­dząc przez wodę; czy­ni­łam to boso. Powierzch­nia kamie­nia była dość sze­roka, by wygod­nie pomie­ścić mnie i drugą dziew­czynkę, wów­czas moją wybraną towa­rzyszkę, Mary Annę Wil­son. Była to bystra i spo­strze­gaw­cza osóbka, któ­rej towa­rzy­stwo lubi­łam, po czę­ści dla­tego, że była dow­cipna i ory­gi­nalna, a po czę­ści, że była łatwa w obej­ściu i czu­łam się z nią nie­skrę­po­wana. O parę lat star­sza ode mnie, lepiej znała świat i umiała opo­wie­dzieć mi wiele rze­czy, któ­rych lubi­łam słu­chać, zaspo­ka­jała moją cie­ka­wość, a wzglę­dem wad moich zacho­wy­wała się z pełną pobłaż­li­wo­ścią, ni­gdy mnie nie hamu­jąc ani nie powstrzy­mu­jąc, cokol­wiek bym mówiła. Miała dar opo­wia­da­nia, ja skłon­ność do ana­lizy; lubiła infor­mo­wać, ja lubi­łam pytać; toteż sto­su­nek nasz ukła­dał się gładko, będąc dla nas obu obfi­tym źró­dłem roz­rywki, jeśli nie poważ­niej­szej korzy­ści.

A gdzie tym­cza­sem była Helena Burns? Dla­czego tych miłych dni swo­body nie spę­dza­łam z nią razem? Czy zapo­mnia­łam o niej? Czy też byłam tak nie­godna, iż nudzi­łam się jej szla­chet­nym towa­rzy­stwem? Mary Anna Wil­son z pew­no­ścią była mniej warta niż ona; umiała tylko opo­wia­dać zaj­mu­jące histo­rie i odwza­jem­niać się, jeżeli pozwo­li­łam sobie na jakieś trafne, a cza­sem zło­śliwe, uwagi. Helena, prze­ciw­nie, potra­fiła tych, któ­rzy mieli szczę­ście z nią roz­ma­wiać, wpro­wa­dzać w sferę o wiele wyż­szych pojęć.

To prawda, czy­tel­niku. Wie­dzia­łam to i czu­łam. Cho­ciaż ułomne ze mnie stwo­rze­nie, choć wiele mam wad, a nie­wiele w sobie dobrego, to jed­nak ni­gdy nie zobo­jęt­nia­łam dla Heleny Burns, ni­gdy nie osty­głam w przy­wią­za­niu do niej, tak sil­nym, ser­decz­nym, tak peł­nym uzna­nia, na jakie tylko stać było moje serce. Jak­żeby mogło być ina­czej, skoro Helena zawsze i we wszyst­kich oko­licz­no­ściach oka­zy­wała mi spo­kojną i wierną przy­jaźń, któ­rej ni­gdy nie zamą­cił zły humor, ni­gdy nie zakłó­ciło roz­draż­nie­nie? Ale Helena cho­ro­wała teraz, od paru tygo­dni oddzie­lono ją od nas, prze­no­sząc do nie­wia­do­mego mi pokoju na górze. Powie­dziano mi, że nie ma jej w szpi­tal­nej czę­ści domu z gorącz­ku­ją­cymi cho­rymi, gdyż cho­robą jej są suchoty, nie tyfus; ja zaś w nie­świa­do­mo­ści wyobra­ża­łam sobie, że suchoty to cho­roba łagodna, którą czas i sta­ra­nia ule­czą nie­wąt­pli­wie.

Utwier­dzi­łam się w tym prze­ko­na­niu, ponie­waż raz czy dwa razy zeszła na dół w bar­dzo cie­płe sło­neczne popo­łu­dnie, a wtedy panna Tem­ple zapro­wa­dziła ją do ogrodu; mnie jed­nakże nie pozwo­lono wtedy pójść do niej i roz­ma­wiać z nią. Widzia­łam ją tylko z okna szkol­nego pokoju, i to nie­wy­raź­nie, gdyż była mocno pootu­lana i sie­działa daleko pod werandą.

Pew­nego wie­czora, w począt­kach czerwca, zosta­łam do póź­nej godziny z Mary Anną w lesie; odłą­czy­ły­śmy się, jak zwy­kle, od innych i zawę­dro­wa­ły­śmy daleko, tak że nawet zabłą­dzi­ły­śmy tro­chę i musia­ły­śmy pytać o drogę w poło­żo­nej daleko cha­cie, gdzie miesz­kali jakiś męż­czy­zna i kobieta doglą­da­jący stada pół­dzi­kich świń żywią­cych się leśnymi żołę­dziami. Wra­ca­ły­śmy już po wzej­ściu księ­życa; konik, w któ­rym pozna­ły­śmy kuca dok­tora, stał uwią­zany przy furtce ogrodu. Mary Anna zauwa­żyła, że ktoś musi być bar­dzo chory, skoro posłano po pana Batesa o tak póź­nej porze. Weszła do domu, a ja pozosta­łam jesz­cze chwilę, chcąc zasa­dzić w ogródku garść roślin wyko­pa­nych w lesie, gdyż bałam się, że zwiędną, jeżeli pozo­sta­wię je nie­za­sa­dzone do rana. Skoń­czyw­szy z tym, nie śpie­szy­łam się z powro­tem: rosa spa­dła, kwiaty pach­niały tak słodko – taki miły był wie­czór, pogodny i cie­pły; rumiany jesz­cze zachód zapo­wia­dał na jutro taki sam piękny dzień; księ­życ wscho­dził tak wspa­niale. Roz­glą­da­łam się po tym wszyst­kim i cie­szy­łam, jak cie­szyć się może dziecko. Nagle zbu­dziła się we mnie myśl:

 

„Jak to smutno być chorą i móc umrzeć. Ten świat jest piękny; strasz­nie byłoby zostać z niego odwo­łaną i pójść nie wia­domo dokąd”.

I wtedy umysł mój zro­bił pierw­szy poważny wysi­łek, by zro­zu­mieć wpo­jone weń poję­cie o nie­bie i pie­kle. I po raz pierw­szy wzdry­gnął się, nie poj­mu­jąc; i po raz pierw­szy, spoj­rzaw­szy za sie­bie, przed sie­bie i na wszyst­kie strony, ujrzał dokoła tylko prze­paść nie­zgłę­bioną; był pewien tylko jed­nego punktu, na któ­rym się opie­rał – teraź­niej­szo­ści; wszystko pozo­stałe było tylko bez­kształtną mgła­wicą, pustą głę­biną. I zadrża­łam z lęku na myśl, że mogła­bym zato­nąć w tym cha­osie.

Pod­czas tych roz­my­ślań usły­sza­łam, że otwie­rają się drzwi fron­towe; to pan Bates wycho­dził, a odpro­wa­dzała go pie­lę­gniarka. Gdy już wsiadł na swego konika i odje­chał, pie­lę­gniarka chciała zamknąć drzwi, ale ja pod­bie­głam do niej.

– Jak się miewa Helenka Burns?

– Bar­dzo mar­nie – odpo­wie­działa.

– Czy to do niej przy­jeż­dżał pan Bates?

– Tak.

– I co powie­dział o niej?

– Powie­dział, że nie­długo już będzie tu z nami.

Gdy­bym była usły­szała to zda­nie wczo­raj, mia­łoby dla mnie ten sens, że Helenę mają ode­słać do Nor­thum­ber­land, do jej rodzin­nego domu. Nie była­bym podej­rze­wała, że to zna­czy, iż ona ma umrzeć; ale teraz wie­dzia­łam! Zro­zu­mia­łam jasno, że Helena dożywa ostat­nich dni na tym świe­cie i że nie­ba­wem przej­dzie w świat duchów, jeśli taki świat ist­nieje. Wstrzą­snęła mną groza, potem prze­jął mnie silny, bole­sny żal, a w ślad za tym pra­gnie­nie – koniecz­ność zoba­cze­nia jej. Zapy­ta­łam, w któ­rym pokoju leży Helenka.

– Leży w pokoju panny Tem­ple – odpo­wie­działa pie­lę­gniarka.

– Czy mogę tam pójść i pomó­wić z nią?

– O nie, dziecko! Nie sądzę; a teraz czas, żebyś wró­ciła do domu; jesz­cze zacho­ru­jesz, zosta­jąc na dwo­rze, kiedy rosa pada.

Pie­lę­gniarka zamknęła drzwi fron­towe; ja weszłam bocz­nym wej­ściem pro­wa­dzą­cym do pokoju szkol­nego; przy­szłam w sam czas; była godzina dzie­wiąta i panna Mil­ler kazała uczen­ni­com iść spać.

Mogło to być ze dwie godziny póź­niej, praw­do­po­dob­nie bli­sko jede­na­stej, gdy nie mogąc usnąć, a wno­sząc z ciszy w sypialni, że towa­rzyszki moje spo­czy­wają pogrą­żone w głę­bo­kim śnie, wsta­łam po cichu i zarzu­ciw­szy suk­nię na nocną koszulę, wysu­nę­łam się boso z sypialni, aby dostać się do pokoju panny Tem­ple. Pokój ten znaj­do­wał się w dru­gim końcu domu, ale ja zna­łam do niego drogę i dzięki świa­tłu księ­życa, wpa­da­ją­cemu tu i ówdzie przez okna na kory­ta­rzach, odna­la­złam ją bez trud­no­ści. Zapach kam­fory i kadzi­dła z octem ostrzegł mnie, że zbli­żam się do pokoju cho­rych; minę­łam szybko drzwi w oba­wie, by nie usły­szała mnie pie­lę­gniarka czu­wa­jąca tam przez całą noc. Lęka­łam się, by mnie nie odkryto i nie kazano wra­cać, bo prze­cież musia­łam zoba­czyć się z Helenką, musia­łam uści­skać ją, zanim umrze – poże­gnać ją ostat­nim poca­łun­kiem, zamie­nić z nią ostat­nie słowa.

Zeszedł­szy z jed­nych scho­dów, prze­byw­szy na dole znaczną część domu, otwo­rzyw­szy i zamknąw­szy szczę­śli­wie bez hałasu dwoje drzwi, dotar­łam do dru­gich scho­dów; wstą­pi­łam na nie, a wtedy zna­la­złam się na wprost pokoju panny Tem­ple. Świa­tło prze­dzie­rało się przez dziurkę od klu­cza i pod drzwiami; głę­boka cisza zale­gała dokoła. Zbli­żyw­szy się, dostrze­głam, że drzwi są lekko uchy­lone, praw­do­po­dob­nie, aby wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza do dusz­nego pokoju, gdzie leżała chora. Bez waha­nia, nie­cier­pli­wie, ogar­nięta śmier­tel­nym stra­chem otwo­rzy­łam je i zaj­rza­łam do środka. Oczy moje szu­kały Heleny, a bały się ujrzeć śmierć.

Tuż obok łóżka panny Tem­ple, na wpół zakryte białą jego kotarą, stało wąskie łóżeczko. Widzia­łam zarysy postaci pod koł­drą, ale twarz zakry­wała kotara; pie­lę­gniarka, z którą roz­ma­wia­łam w ogro­dzie, sie­działa w fotelu i spała; nie obja­śniona świeca paliła się ciemno na stole. Panny Tem­ple nie­było; dowie­dzia­łam się póź­niej, że zawo­łano ją do innej cho­rej będą­cej w cięż­kiej mali­gnie. Postą­pi­łam naprzód; sta­nę­łam przy łóżeczku; już wycią­ga­łam rękę do kotary, ale wola­łam wpierw prze­mó­wić, zanim ją odsunę. Wciąż jesz­cze się bałam, że zoba­czę umarłą.

– Helenko! – szep­nę­łam cicho. – Czy nie śpisz?

Poru­szyła się, odgar­nęła kotarę, a wtedy ujrza­łam twarz jej bladą, wymi­ze­ro­waną, ale zupeł­nie spo­kojną: wydała mi się tak mało zmie­niona, że lęk mój roz­wiał się od razu.

– Czy to moż­liwe, że to ty, Jane? – zapy­tała swym miłym gło­sem.

„Och – pomy­śla­łam – ona nie umrze, oni się mylą; prze­cież nie mogłaby tak mówić ani tak spo­koj­nie wyglą­dać, gdyby miała umrzeć!”

Nachy­li­łam się nad jej łóżecz­kiem i uca­ło­wa­łam ją: czoło jej było chłodne, policzki chłodne i wychu­dzone, podob­nie i ręce; ale uśmie­chała się po daw­nemu.

– Dla­czego przy­szłaś, Jane? Już minęła jede­na­sta; sły­sza­łam, jak zegar bił kilka minut temu.

– Przy­szłam cię odwie­dzić, Helenko; sły­sza­łam, że jesteś bar­dzo chora, i czu­łam, że nie zasnę, dopóki cię nie zoba­czę.

– A więc przy­szłaś mnie poże­gnać; zdą­ży­łaś, zdaje się, w samą porę.

– Czy ty gdzieś wyjeż­dżasz, Helenko? Czy może jedziesz do domu?

– Tak, do mojego dale­kiego domu, do mojego ostat­niego domu.

– Nie, nie, Helenko! – prze­rwa­łam, pełna smutku. Lecz gdy usi­ło­wa­łam opa­no­wać łzy, pochwy­cił ją atak kaszlu; nie obu­dziło to jed­nak pie­lę­gniarki i gdy kaszel minął, Helenka leżała parę minut, wyczer­pana, a potem szep­nęła:

– Jane, twoje nóżki są bose, połóż się przy mnie i nakryj koł­drą. Zro­bi­łam, jak chciała; oto­czyła mnie ramie­niem, a ja uło­ży­łam się tuż przy niej. Po dłu­gim mil­cze­niu mówiła dalej, wciąż szep­tem:

– Jestem bar­dzo szczę­śliwa, Jane, a jak się dowiesz, że umar­łam, pamię­taj, żebyś się nie mar­twiła: nie ma się czym mar­twić. Wszy­scy musimy kie­dyś umrzeć, a cho­roba, która mnie zabiera, nie jest bole­sna; postę­puje łagod­nie i stop­niowo. W duszy czuję spo­kój. Nie pozo­sta­wiam nikogo, kto by mnie bar­dzo żało­wał; mam tylko ojca, ale on się nie­dawno oże­nił, więc nie odczuje mej nie­obec­no­ści. Umie­ra­jąc młodo, uniknę wiel­kich cier­pień. Nie mia­łam tych cech ani talen­tów, jakich potrzeba, żeby sobie dobrze toro­wać drogę w świe­cie; błą­dzi­ła­bym wciąż.

– Ale dokąd ty idziesz, Helenko? Czy ty to rozu­miesz?

Czy wiesz?

– Wie­rzę, mam wiarę; idę do Boga.

– Gdzie jest Bóg? I co to jest Bóg, Helenko?

– Mój Stwórca i twój, który nie uni­ce­stwi swo­jego stwo­rze­nia. Pole­gam cał­ko­wi­cie na Jego potę­dze i ufam naj­moc­niej w Jego dobroć: liczę godziny, rychło nadej­dzie ta wielka chwila, która mnie przy­wróci Jemu i objawi mi Jego.

– Jesteś pewna, Helenko, że ist­nieje takie miej­sce, które jest nie­bem, i że dusze nasze mogą się tam dostać, gdy umie­ramy?

– Jestem pewna, że jest dal­sze ist­nie­nie; wie­rzę, że Bóg jest dobry; powie­rzam Mu nie­śmier­telną cząstkę swo­jej istoty bez żad­nej obawy; Bóg jest moim ojcem; jest moim przy­ja­cie­lem, kocham Go i wie­rzę, że i On mnie kocha.

– A czy ja się z tobą spo­tkam, Helenko, gdy umrę?

– Przyj­dziesz do tej samej kra­iny szczę­śli­wo­ści; przyj­mie cię ten sam wszech­po­tężny, wspólny Ojciec, nie wąt­pię o tym, droga Jane.

Znowu zapy­ta­łam, ale tym razem w myśli jedy­nie: „Gdzie jest ta kra­ina? Czy ist­nieje?”. I oto­czy­łam ramio­nami Helenkę, tuląc się do niej; droż­sza mi była niż kie­dy­kol­wiek. „Nie pusz­czę cię! Nie pozwolę ci odejść!” – myśla­łam; leża­łam z twa­rzą ukrytą na jej ramie­niu. A wtedy ona powie­działa jak naj­ła­god­niej:

– Jak mi dobrze i wygod­nie! Ten ostatni atak kaszlu zmę­czył mnie tro­chę; zdaje mi się, że będę mogła zasnąć; ale nie odchodź ode mnie, Jane; miło mi czuć cię przy sobie.

– Zostanę z tobą, Helenko naj­droż­sza. Nikt mnie stąd nie zabie­rze!

– Cie­pło ci, kocha­nie?

– Tak.

– Dobra­noc, Jane.

– Dobra­noc, Helenko. Poca­ło­wa­ły­śmy się i wkrótce zasnę­ły­śmy obie.

Gdy się obu­dzi­łam, był już dzień; obu­dził mnie nie­zwy­kły ruch; spoj­rza­łam: byłam w czy­ichś obję­ciach, to pie­lę­gniarka nio­sła mnie przez kory­tarz z powro­tem do sypialni. Nikt się na mnie nie gnie­wał, że ucie­kłam z łóżka; inne sprawy ich zaj­mo­wały. Nie dano mi wtedy żad­nych wyja­śnień na moje liczne pyta­nia, ale w jakieś dwa dni potem dowie­dzia­łam się, że panna Tem­ple, wró­ciw­szy o świ­cie do swego pokoju, zastała mnie leżącą obok Helenki, z twa­rzą opartą o jej ramię, z rękoma dokoła jej szyi. Ja spa­łam, a Helenka – nie żyła.

Grób jej znaj­duje się na cmen­ta­rzu w Broc­kle­bridge: przez pięt­na­ście lat po jej śmierci była to tylko dar­niowa mogiła, obec­nie tablica z sza­rego mar­muru ozna­cza to miej­sce, a napis na tej tablicy głosi jej imię i słowo: Resur­gam1.

1 Zmar­twych­wstanę (tac.). [wróć]

Roz­dział X

Dotych­czas opo­wia­da­łam szcze­gó­łowo wypadki swo­jego dzie­ciń­stwa: pierw­szemu dzie­się­cio­le­ciu mego życia poświę­ci­łam pra­wie dzie­sięć Roz­dział ów. Jed­nakże to nie ma być dokładna auto­bio­gra­fia; chcę tylko wyła­wiać z pamięci to, co może wzbu­dzić pewne zain­te­re­so­wa­nie; dla­tego teraz okres ośmio­letni pominę pra­wie mil­cze­niem; kilku wier­szy tylko potrzeba, by stwo­rzyć łączące ogniwo.

Dopeł­niw­szy dzieła znisz­cze­nia w Lowood, epi­de­mia tyfusu wyga­sła stop­niowo; jed­nakże jej zło­śli­wość i liczba ofiar zwró­ciła publiczną uwagę na szkołę. Zba­dano powody tej klę­ski i wkrótce wyszły na jaw różne fakty, które wzbu­dziły ogólne obu­rze­nie. Nie­zdrowe poło­że­nie; ilość i jakość poży­wie­nia dawa­nego dzie­ciom; nie­do­bra, cuch­nąca woda uży­wana do goto­wa­nia; nędzne ubra­nie uczen­nic i braki w urzą­dze­niach miesz­ka­nio­wych – wszystko to wykryto, a wykry­cie wywo­łało rezul­tat przy­kry dla pana Broc­kle­hur­sta, ale zba­wienny dla zakładu.

Kilku ludzi boga­tych i dobrej woli sub­skry­bo­wało więk­sze sumy w hrab­stwie na posta­wie­nie odpo­wied­niej­szego budynku i w lep­szym miej­scu niż dotych­cza­sowe. Uło­żono nowy regu­la­min i wpro­wa­dzono ulep­sze­nia w odży­wia­niu i ubra­niu dziew­cząt; fun­du­sze szkoły wziął w ręce komi­tet. Pan Broc­kle­hurst, któ­rego przez wzgląd na jego bogac­two i koli­ga­cje nie można było pomi­nąć, zatrzy­mał sta­no­wi­sko skarb­nika; dopo­ma­gali mu jed­nak w speł­nia­niu tych obo­wiąz­ków pano­wie o szer­szych poglą­dach i bar­dziej ludz­kich uczu­ciach. Urząd inspek­tora dzie­lili z nim tacy, któ­rzy umieli łączyć roz­są­dek ze ści­sło­ścią, wygodę z oszczęd­no­ścią, współ­czu­cie z pra­wo­ścią. Szkoła, w ten spo­sób ulep­szona, stała się z cza­sem praw­dzi­wie poży­tecz­nym, dużej war­to­ści zakła­dem. Pozo­sta­łam w obrę­bie jej murów, po jej odro­dze­niu, przez dal­szych osiem lat, z tych sześć jako uczen­nica, a dwa jako nauczy­cielka; tak w jed­nym, jak i w dru­gim cha­rak­te­rze mogę zaświad­czyć o jej war­to­ści i wyso­kim pozio­mie.

Przez te osiem lat pędzi­łam życie jed­no­stajne; nie smutne jed­nakże, gdyż było pra­co­wite. Mia­łam moż­ność zdo­by­cia dosko­na­łego wykształ­ce­nia; mia­łam zami­ło­wa­nie do nie­któ­rych przed­mio­tów, a pra­gnie­nie odzna­cze­nia się we wszyst­kich. Spra­wiało mi wielką przy­jem­ność móc zado­wo­lić nauczy­cielki, zwłasz­cza te, które kocha­łam; toteż korzy­sta­łam w pełni z otwar­tych przede mną źró­deł wie­dzy. Z cza­sem zosta­łam pierw­szą uczen­nicą naj­star­szej klasy, a potem powie­rzono mi sta­no­wi­sko nauczy­cielki, na któ­rym gor­li­wie pra­co­wa­łam przez dwa lata. Wtedy jed­nakże nastą­piła zmiana.

Panna Tem­ple przez cały czas pozo­sta­wała prze­ło­żoną szkoły; jej naucza­niu zawdzię­czam naj­więk­szą część wie­dzy, jej życz­li­wość i towa­rzy­stwo były stałą moją pocie­chą; ona zastę­po­wała mi matkę, była moją nauczy­cielką, a w końcu towa­rzyszką. W tym okre­sie jed­nak wyszła za mąż za duchow­nego, naj­zac­niej­szego czło­wieka, pra­wie god­nego takiej żony. Wyje­chała z mężem do odle­głego hrab­stwa i tym spo­so­bem stra­ci­łam ją na zawsze.

Od dnia jej wyjazdu nie czu­łam się ta sama: Lowood prze­stał mi być jakby domem rodzin­nym. Prze­ję­łam się szcze­rze indy­wi­du­al­no­ścią panny Tem­ple, a więc wzo­ro­wa­łam się na jej spo­so­bie myśle­nia, opa­no­wy­wa­łam swą impul­syw­ność. Zda­wało mi się, że już osią­gnę­łam rów­no­wagę cha­rak­teru. Obo­wiąz­ko­wość i porzą­dek uwa­ża­łam za naj­wyż­sze prawa; byłam spo­kojna i łagodna, a w oczach kole­ża­nek ucho­dzi­łam nawet za osobę o sil­nym cha­rak­te­rze.

 

Jed­nakże los w postaci wie­leb­nego pana Nasmy­tha roz­dzie­lił mnie od panny Tem­ple. Widzia­łam ją wkrótce po cere­mo­nii ślub­nej, wsia­da­jącą w sukni podróż­nej do karetki pocz­to­wej; widzia­łam karetkę pod­jeż­dża­jącą pod wzgó­rek i nik­nącą za jego szczy­tem; a wtedy uda­łam się do swego pokoju i tam w samot­no­ści spę­dzi­łam więk­szą część poobied­niej rekre­acji udzie­lo­nej uczen­ni­com na cześć tej uro­czy­sto­ści.

Cho­dzi­łam po pokoju, roz­my­śla­jąc. Zda­wało mi się, że odczu­wam jedy­nie żal po stra­cie panny Tem­ple i obmy­ślam, jak by ją zastą­pić; ale gdy doszłam do końca mych roz­my­ślań, zoba­czy­łam nagle, że dzień skło­nił się ku wie­czo­rowi, i zaczę­łam sobie uświa­da­miać, że tym­cza­sem zaszła we mnie zasad­ni­cza zmiana; strzą­snę­łam z sie­bie wszystko, co zapo­ży­czy­łam od panny Tem­ple, a raczej ona zabrała z sobą ten pogodny nastrój, jakim przy niej oddy­cha­łam; pozo­sta­wiona wła­snej natu­rze, poczu­łam budze­nie się daw­nych, wła­ści­wych mi uczuć. Nie mia­łam wra­że­nia, że utra­ci­łam jakąś pod­porę, ale jak gdyby zabra­kło mi bodźca – nie utra­ci­łam umie­jęt­no­ści zacho­wa­nia spo­koju, ale nie dosta­wało mi do tego powodu i bodźca. Świa­tem moim przez sze­reg lat było Lowood; żyłam w obrę­bie jego regu­la­minu i praw; teraz przy­po­mnia­łam sobie, że rze­czy­wi­sty świat jest sze­roki i że otwiera on obszerne pole nadziei i obaw, wra­żeń i pod­niety dla tych, któ­rzy mają odwagę iść szu­kać praw­dzi­wej zna­jo­mo­ści życia wśród jego nie­bez­pie­czeństw.

Zbli­ży­łam się do okna, otwo­rzy­łam je i wyj­rza­łam. Przede mną wzno­siły się oba skrzy­dła szkol­nego budynku, leżał ogród, zary­so­wy­wała się gra­nica Lowood, roz­cią­gał się pagór­ko­waty hory­zont. Oczy moje prze­su­nęły się po tym, co naj­bliż­sze, i zatrzy­mały się na naj­dal­szym kra­jo­bra­zie: na błę­kit­nych szczy­tach; zapra­gnę­łam je prze­być; wszystko w ich ska­li­stym obrę­bie wydało mi się wię­zie­niem. Śle­dzi­łam okiem białą drogę wijącą się u stóp jed­nej góry i zni­ka­jącą w wąwo­zie pomię­dzy dwiema; jakże pra­gnę­łam móc ją śle­dzić dalej! Przy­po­mnia­łam sobie swoją pierw­szą podróż po tej dro­dze dyli­żan­sem, przy­po­mnia­łam sobie, jak o zmroku scho­dzi­łam z tego wzgórka. Wiek upły­nął od tego dnia, gdy po raz pierw­szy ujrza­łam Lowood, i już odtąd nie opu­ści­łam go ni­gdy. Wszyst­kie waka­cje spę­dza­łam w szkole; pani Reed ni­gdy nie wezwała mnie do Gate­shead; ani ona, ani nikt z jej rodziny ni­gdy mnie nie odwie­dzili. Nie mia­łam żad­nych sto­sun­ków ani listow­nych, ani oso­bi­stych ze świa­tem zewnętrz­nym, zna­łam jedy­nie szkolne reguły i obo­wiązki, szkolne zwy­czaje i poję­cia, głosy, twa­rze i zda­nia, sym­pa­tie i anty­pa­tie. A teraz czu­łam, że to nie wystar­cza. I oto w jedno popo­łu­dnie uświa­do­mi­łam sobie, że znu­żyła mnie rutyna tych ośmiu lat; pra­gnę­łam wol­no­ści, bra­kło mi jej, modli­łam się o nią; wydało mi się, że wiatr roz­wiewa to wes­tchnie­nie i modli­twę. Wtedy wznio­słam do nieba skrom­niej­sze bła­ga­nie: po pro­stu o zmianę, o nowy bodziec! I to bła­ga­nie zda­wało się roz­pra­szać gdzieś w prze­strzeni. „Niech­że mi cho­ciaż będzie dana nowa służba!” – zawo­ła­łam, pra­wie zroz­pa­czona.

Tu dzwo­nek, oznaj­mia­jący godzinę wie­cze­rzy, wezwał mnie na dół.

Nie mogłam pod­jąć prze­rwa­nych roz­my­ślań aż do godziny spo­czynku; ale i wtedy jesz­cze nauczy­cielka, która dzie­liła ze mną pokój, nie pozwa­lała mi powró­cić do przed­miotu, koło któ­rego moje myśli krą­żyły, prze­dłu­ża­jąc bez końca zdaw­kową gawędę. Jak­żeż pra­gnę­łam, żeby ją sen uci­szył! Zda­wało mi się, że skoro tylko będę mogła powró­cić do myśli, która zaświ­tała mi w gło­wie, gdym stała przy oknie, jakiś szczę­śliwy pomysł zro­dzi się ku mojej pocie­szę.

Panna Gryce naresz­cie zaczęła chra­pać; była to ciężka Walijka i dotych­czas jej nosowy kon­cert doku­czał mi zawsze. Tym razem z zado­wo­le­niem posły­sza­łam pierw­sze głę­bo­kie jego tony; nie gro­ziła mi już żadna prze­szkoda z jej strony i zaraz też moje przy­ga­szone myśli ożyły.

„Nowa służba! Coś w tym jest – roz­my­śla­łam. – Tak, coś w tym jest, bo nie brzmi to nader ponęt­nie; nie brzmi jak słowa: wol­ność, radość, zado­wo­le­nie; prze­ślicz­nie brzmiące słowa, ale dla mnie to tylko puste i prze­lotne dźwięki, wsłu­chi­wać się w nie to pro­sta strata czasu. Ale służba! To coś zwy­kłego, rze­czy­wi­stego. Każdy może słu­żyć. Słu­ży­łam tutaj przez osiem lat, teraz chcę słu­żyć gdzie indziej. Czyż mi nie wolno? Czy to się nie da zro­bić?

Ależ tak, tak, to nie takie trudne zada­nie; trzeba tylko wytę­żyć myśli i zna­leźć spo­sób otrzy­ma­nia innej służby”.

Sia­dłam w łóżku, by pobu­dzić myśli; noc była chłodna, otu­li­łam się sza­lem i znów pogrą­ży­łam w roz­my­śla­niu.

„Czego pra­gnę? Innej posady, w innym domu, wśród innych twa­rzy, w innych warun­kach. Pra­gnę tego, gdyż darem­nie pra­gnęłabym cze­goś lep­szego. Jakim spo­so­bem sta­rają się ludzie o inną posadę? Sądzę, że zwra­cają się do przy­ja­ciół i zna­jo­mych; ja ich nie mam. Ale jest wielu takich, któ­rzy rów­nież nie mają przy­ja­ciół i sami muszą się sta­rać, sami sobie poma­gać. I jak się oni biorą do tego?”

Nie wie­dzia­łam; zni­kąd pomy­słu. Naka­za­łam swemu mózgowi zna­leźć wyj­ście. Mózg mój pra­co­wał z natę­że­niem; czu­łam, jak krew pul­suje mi w gło­wie i w skro­niach, lecz z godzinę męczy­łam się w darem­nym cha­osie, nie mogąc nic wyna­leźć. Roz­go­rącz­ko­wana próż­nym wysił­kiem wsta­łam i prze­szłam się po pokoju; odsło­ni­łam storę, popa­trzy­łam na gwiazdy, ale poczuw­szy chłód, powró­ci­łam nie­ba­wem do łóżka.

Jakaś dobro­tliwa wróżka widocz­nie pod moją nie­obec­ność zło­żyła upra­gniony pomysł na poduszce, gdyż zale­d­wie się poło­ży­łam, zupeł­nie spo­koj­nie i natu­ral­nie przy­szło mi na myśl: „Ci, któ­rzy szu­kają posady, dają ogło­sze­nia; musisz dać ogło­sze­nie w «Heral­dzie»”.

„Ale jak? Nie wiem, jak się to ogła­sza”.

Teraz już odpo­wiedź przy­szła gładko i prędko:

„Musisz wło­żyć do koperty ogło­sze­nie i należne za nie pie­nią­dze i zaadre­so­wać kopertę do wydawcy «Heralda»; przy pierw­szej spo­sob­no­ści musisz to nadać na poczcie w Low­ton. Musisz pro­sić o odpo­wiedź pod lite­rami J.E., poste restante w Low­ton. Za jaki tydzień po wysła­niu listu dowiedz się, czy są odpo­wie­dzi, i sto­sow­nie do tego dzia­łaj”.

Ten plan roz­wa­ży­łam jesz­cze dobrze, a upew­niw­szy się w myśli, że jest jasny i prak­tyczny, usnę­łam zado­wo­lona.

Skoro tylko dzień zaświ­tał, wsta­łam; napi­sa­łam, zapie­czę­to­wa­łam i zaadre­so­wa­łam ogło­sze­nie, zanim jesz­cze roz­legł się dzwo­nek budzący szkołę. Ogło­sze­nie moje brzmiało:

„Młoda osoba mająca wprawę w naucza­niu – czyż od dwóch lat nie byłam nauczy­cielką? – pra­gnie otrzy­mać posadę nauczy­cielki w domu pry­wat­nym do dzieci poni­żej lat czter­na­stu – pomy­śla­łam, że mając sama zale­d­wie osiem­na­ście lat, nie chcia­ła­bym podej­mo­wać się pro­wa­dze­nia dziew­cząt bliż­szych mi wie­kiem. – Może udzie­lać zwy­kłych przed­mio­tów, obję­tych pro­gra­mem dobrego angiel­skiego wykształ­ce­nia wraz z języ­kiem fran­cu­skim, rysun­kami i muzyką.

(W owych cza­sach, czy­tel­niku, ten, na dziś już za szczu­pły, kata­log umie­jęt­no­ści był uwa­żany za wcale obszerny).