Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W tym miej­scu prze­rwano panu Broc­kle­hur­stowi: do pokoju weszły trzy inne panie. Powinny były przyjść nieco wcze­śniej, żeby wysłu­chać wykładu o stro­jach, gdyż były wspa­niale ubrane w jedwa­bie, aksa­mity i futra. Dwie młode z tej trójki (ładne panny szes­na­sto- i sie­dem­na­sto­let­nia) miały popie­late fil­cowe kape­lu­sze, modne naów­czas, zdobne w stru­sie pióra, a spod ronda tych wdzięcz­nych kape­lu­szy spa­dała obfi­tość jasnych wło­sów, kunsz­tow­nie ufry­zo­wa­nych; star­sza dama otu­lała się w kosz­towny aksa­mitny szal, obszyty gro­no­sta­jami, i miała według mody fran­cu­skiej grzywkę upiętą z fał­szy­wych locz­ków.

Panna Tem­ple z usza­no­wa­niem powi­tała te damy – panią Broc­kle­hurst z cór­kami – i prze­pro­wa­dziła je na pocze­sne miej­sce. Zdaje się, że przy­były one powo­zem razem z sza­now­nym rodzi­cem i krzą­tały się w pokoju na górze, pod­czas gdy on zała­twiał inte­resy z gospo­dy­nią, wypy­ty­wał praczkę i dawał repry­mendę prze­ło­żo­nej. Teraz zaczęły robić różne uwagi i zarzuty pan­nie Smith, pod któ­rej opieką była bie­li­zna i która spra­wo­wała nad­zór nad sypial­niami; nie mia­łam jed­nakże czasu słu­chać tego, co mówiły; inne sprawy zaprząt­nęły i przy­kuły moją uwagę.

Przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie pana Broc­kle­hur­sta z panną Tem­ple, nie zanie­dby­wa­łam jed­nakże prze­zor­nie oso­bi­stego bez­pie­czeń­stwa; sądzi­łam, że dopnę tego, jeżeli tylko ujdę uwagi. W tym celu sie­dzia­łam głę­boko wsu­nięta w ławkę i uda­jąc, że pil­nie jestem zajęta rachun­kami, trzy­ma­łam w ten spo­sób tabliczkę, żeby nią twarz zasło­nić, i była­bym uszła uwagi, gdyby nie to, że zdra­dziecka tabliczka jakimś przy­pad­kiem wysu­nęła mi się z ręki i upa­da­jąc z hała­sem, ścią­gnęła oczy wszyst­kich wprost na mnie. Wie­dzia­łam, że teraz wszystko prze­pa­dło, i schy­la­jąc się, by pod­nieść pęk­niętą na dwoje tabliczkę, sku­pi­łam wszyst­kie siły, by wytrzy­mać naj­gor­sze. I przy­szło.

– Nie­dbała dziew­czyna! – powie­dział pan Broc­kle­hurst i zaraz dodał: – To ta nowa uczen­nica, jak widzę! – i zanim zdą­ży­łam ode­tchnąć, mówił dalej: – Żebym nie zapo­mniał, że mam o niej słówko do powie­dze­nia.

A potem powie­dział gło­śno, ach, jakże gło­śne wydały mi się jego słowa:

– Niech to dziecko, które stłu­kło tabliczkę, wystąpi na przód!

O wła­snej mocy nie była­bym się poru­szyła; byłam jak spa­ra­li­żo­wana; ale dwie duże dziew­czyny, mię­dzy któ­rymi sie­dzia­łam, posta­wiły mnie na nogi i popchnęły ku strasz­nemu sędziemu, a wtedy panna Tem­ple łagod­nie popro­wa­dziła mnie do niego i dosły­sza­łam jej wyszep­tane słowa:

– Nie bój się, Jane, widzia­łam, że to był przy­pa­dek, nie będziesz uka­rana.

Ten dobro­tliwy szept zra­nił mi serce.

„Za chwilę ona pogar­dzi mną, uwie­rzyw­szy, że jestem obłud­nicą!” – pomy­śla­łam i zatrzę­słam się od wście­kłego gniewu prze­ciw panu Broc­kle­hur­stowi, pani Reed i im wszyst­kim. Nie byłam Heleną Burns.

– Przy­nie­ście to krze­sło – rzekł pan Broc­kle­hurst, wska­zu­jąc na bar­dzo wyso­kie krze­sło, z któ­rego jedna z dyżur­nych wła­śnie wstała. Przy­nie­siono je.

– Postaw­cie to dziecko na nim.

I posta­wiono mnie na nim; kto mnie posta­wił, nie wiem; nie byłam w sta­nie zauwa­żyć szcze­gó­łów; wie­dzia­łam tylko, że zosta­łam pod­nie­siona do poziomu nosa pana Broc­kle­hur­sta, że znaj­duję się w odle­gło­ści jarda od niego i że fala poma­rań­czo­wych i fio­le­to­wych jedwab­nych okryć oraz obłok srebr­nych piór roz­po­ściera się i powiewa poni­żej mnie.

Pan Broc­kle­hurst odchrząk­nął.

– Moje panie – prze­mó­wił, zwra­ca­jąc się do swo­jej rodziny – panno Tem­ple, panie nauczy­cielki i wy, dzieci, czy widzi­cie tę dziew­czynkę?

Oczy­wi­ście widziały mnie, gdyż czu­łam na sobie palący ich wzrok.

– Widzi­cie, jaka jesz­cze jest mała; widzi­cie, że wygląda tak jak inne dzieci. Bóg łaska­wie obda­rzył ją takim samym kształ­tem, jakim obda­rzył nas wszyst­kich; żadne wybitne kalec­two jej nie wyróż­nia. Kto by pomy­ślał, że zły duch zna­lazł już w niej powolną sługę i wspól­niczkę? A jed­nak z bólem powie­dzieć muszę, że tak jest.

Prze­rwał, a ja zaczę­łam opa­no­wy­wać ner­wowe drże­nie i czuć, że Rubi­kon został prze­kro­czony i że mękę, któ­rej już unik­nąć nie można, należy męż­nie wytrzy­mać.

– Moje dro­gie dzieci – cią­gnął dalej pate­tycz­nie czarny, kamienny duchowny – bar­dzo to smutna i żało­sna sprawa; mam bowiem obo­wią­zek prze­strzec was, że ta dziew­czynka, która mogłaby być jedną z owie­czek Bożych, jest małym wyrzut­kiem; nie człon­kiem wier­nej gro­madki, ale przy­błędą i obcą. Musi­cie się jej strzec i musi­cie uni­kać jej przy­kładu; jeśli potrzeba, musi­cie stro­nić od jej towa­rzy­stwa, wyłą­czać z zabaw i wyklu­czać od roz­mów z wami. Nauczy­cielki, musi­cie czu­wać nad nią: nie spusz­czaj­cie z oczu jej uczyn­ków, waż­cie dobrze jej słowa, badaj­cie dokład­nie jej postę­po­wa­nie; karć­cie jej ciało, by zba­wić duszę – jeżeli, istot­nie, to zba­wie­nie jest moż­liwe, gdyż (język mój zacina się, gdy mam to powie­dzieć) ta dziew­czynka, to dziecko chrze­ści­jań­skiego kraju, gor­sza jest od wielu małych pogan, co modlą się do Brahmy i klę­kają przed Baalem, ta dziew­czyna kła­mie!

Nastą­piła teraz prze­rwa kil­ku­mi­nu­towa, w cza­sie któ­rej ja, zupeł­nie już teraz przy­tomna, zauwa­ży­łam, że wszyst­kie panie Broc­kle­hurst wycią­gnęły chu­s­teczki i przy­tknęły je do oczu, pod­czas gdy star­sza pani kiwała się naprzód i w tył, a obie młod­sze szep­tały: „Ach, to szka­rad­nie!”.

Pan Broc­kle­hurst cią­gnął dalej:

– Dowie­dzia­łem się tego od jej dobro­dziejki, od naboż­nej i miło­sier­nej pani, która zaadop­to­wała tę sie­rotę, wycho­wy­wała jak wła­sną córkę, a któ­rej dobroć i wspa­nia­ło­myśl­ność ta nie­szczę­sna dziew­czynka odpła­ciła nie­wdzięcz­no­ścią tak brzydką, tak okropną, że w końcu szla­chetna jej opie­kunka widziała się zmu­szoną odłą­czyć ją od wła­snych dzieci w oba­wie, że zły przy­kład może zara­zić czy­ste ich dusze; przy­słała ją tutaj, aby ją uzdro­wić, tak jak dawni Żydzi posy­łali cho­rych do męt­nego jeziorka w Bet­se­dzie; a was, panie nauczy­cielki, pani prze­ło­żono, pro­szę, nie pozwól­cie, żeby wody dokoła niej sta­nęły.

Po tym wznio­słym zakoń­cze­niu pan Broc­kle­hurst zapiął naj­wyż­szy guzik sur­duta i szep­nął coś swo­jej rodzi­nie, która wstała, ukło­niła się pan­nie Tem­ple, po czym wszy­scy ci wielcy ludzie uro­czy­ście wyszli z pokoju. Odwra­ca­jąc się w drzwiach, mój sędzia powie­dział:

– Niech ona stoi jesz­cze pół godziny na tym krze­śle i niech nikt się do niej nie odzywa przez resztę dnia.

Tak więc sta­łam tam, na wznie­sie­niu; ja, która mówi­łam, że nie znio­sła­bym wstydu sta­nia na wła­snych nogach na środku pokoju, wysta­wiona byłam teraz na widok publiczny na hań­bią­cym pie­de­stale. Co czu­łam, tego nie opi­szą żadne słowa; ale wła­śnie gdy uczu­cia moje aż oddech dusiły mi w pier­siach, dła­wiąc i ści­ska­jąc za gar­dło, prze­szła obok mnie jedna z uczen­nic; prze­cho­dząc, pod­nio­sła na mnie oczy. Jakież dziwne świa­tło jaśniało w tych oczach! Jakim nie­zwy­kłym uczu­ciem ten pro­mień świa­tła mnie prze­jął! Jakże mnie to nowe uczu­cie pod­nio­sło! Było to tak, jak gdyby męczen­nik, boha­ter, prze­szedł obok nie­wol­nika albo ofiary i w przej­ściu dodał mu siły. Opa­no­wa­łam gro­żący mi wybuch ner­wo­wego pła­czu, pod­nio­słam głowę, sta­nę­łam sil­nie na stołku.

Helena Burns zapy­tała pannę Smith o jakiś dro­biazg przy swo­jej robo­cie, dostała burę, że pyta o takie drob­nostki, wró­ciła na swoje miej­sce i znowu uśmiech­nęła się do mnie, prze­cho­dząc. Co za uśmiech! Pamię­tam go dobrze i wiem teraz, że był to pro­mień pięk­nej duszy, praw­dzi­wej odwagi: roz­świe­tlił jej wybitne rysy, jej szczu­płą twarz, jej zapa­dłe siwe oczy jak odblask istoty anioła. A jed­nak w tej chwili Helena Burns nosiła na ramie­niu opa­skę „nie­po­rządna”; led­wie godzinę temu usły­sza­łam, jak panna Scat­cherd ska­zy­wała ją na obiad z chleba i wody na jutro za to, że popla­miła ćwi­cze­nie, prze­pi­su­jąc je na czy­sto. Tak nie­do­sko­nała jest natura ludzka! Takie plamy wid­nieją na powierzchni naj­ja­śniej­szych pla­net, a oczy takie jak oczy panny Scat­cherd mogły doj­rzeć tylko te maleń­kie skazy, ślepe na pełne świa­tło gwiazdy.

Roz­dział VIII

Zanim upły­nęło owe pół godziny, wybiła piąta; roz­pusz­czono szkołę i wszyst­kie dziew­czynki poszły do refek­ta­rza na pod­wie­czo­rek. Odwa­ży­łam się teraz zejść. Był zmrok; poszłam do kącika i usia­dłam na ziemi. Czar, który mnie dotąd pod­trzy­my­wał na siłach, zaczął się roz­wie­wać; nastą­piła reak­cja i nie­ba­wem tak prze­możny żal mną owład­nął, że upa­dłam twa­rzą do ziemi i roz­pła­ka­łam się. Nie było przy mnie Heleny Burns; nic mnie nie pod­trzy­my­wało; pozo­sta­wiona samej sobie pod­da­łam się roz­ża­le­niu i łzy moje zwil­żyły deski pod­łogi. Zamie­rza­łam prze­cież być taka dobra, zdzia­łać tak wiele w Lowood; zyskać tyle przy­ja­ció­łek, zasłu­żyć na uzna­nie, zdo­być sym­pa­tię ludzką. Już nawet zro­bi­łam widoczny postęp; tego rana jesz­cze zyska­łam pierw­sze miej­sce w kla­sie. Panna Mil­ler gorąco mnie chwa­liła, panna Tem­ple uśmiech­nęła się z uzna­niem; przy­rze­kła, że będzie mnie uczyła ryso­wać i że pozwoli mi się uczyć fran­cu­skiego, jeżeli przez dal­sze dwa mie­siące będę robiła takie postępy jak dotąd. I moje kole­żanki dobrze się do mnie odno­siły; moje rówie­śniczki trak­to­wały mnie jak równą, a żadna mi nie doku­czała; a oto teraz leżę zgnę­biona, zdep­tana i czyż kiedy będę mogła powstać?

„Ni­gdy” – myśla­łam i gorąco pra­gnę­łam umrzeć. Łka­jąc z tym życze­niem w duszy, usły­sza­łam, że ktoś się zbliża. Zerwa­łam się. Przy świe­tle doga­sa­ją­cego ognia ujrza­łam Helenę Burns, idącą wzdłuż dłu­giego, pro­stego pokoju; nio­sła mi chleb i kawę.

 

– No, zjedz coś­kol­wiek – prze­mó­wiła, ale ja odsu­nę­łam wszystko, czu­jąc, że w tej chwili każdą kro­plą, każdą okru­szyną musia­ła­bym się zadła­wić. Helena przy­glą­dała mi się ze zdzi­wie­niem zapewne. Nie mogłam opa­no­wać wzbu­rze­nia pomimo wysił­ków; w dal­szym ciągu pła­ka­łam gło­śno. Ona usia­dła na ziemi obok mnie; objęła rękami kolana, oparła na nich głowę; w tej pozy­cji mil­czała jak indyj­ski der­wisz. Ja prze­mó­wiłam pierw­sza.

– Helenko, dla­czego ty zada­jesz się z dziew­czyną, którą wszy­scy uwa­żają za kłam­czu­cha?

– Wszy­scy, Jane? Ależ tutaj jest tylko osiem­dzie­siąt osób, które sły­szały, że cię tak nazwano, a na świe­cie są prze­cież setki milio­nów.

– A co mnie obcho­dzą miliony? Te osiem­dzie­siąt, które znam, pogar­dza mną.

– Mylisz się: nie ma praw­do­po­dob­nie ani jed­nej osoby w szkole, która by tobą pogar­dzała albo nie lubiła cie­bie, a wiele, jestem tego pewna, bar­dzo cię żałuje.

– Jakże mogą mnie żało­wać po tym, co pan Broc­kle­hurst powie­dział?

– Pan Broc­kle­hurst to nie Pan Bóg; nie jest nawet żad­nym wiel­kim ani podzi­wia­nym czło­wie­kiem, nie bar­dzo go tutaj lubią; ni­gdy nie posta­rał się o to, żeby go lubiono. Gdyby cię był potrak­to­wał jako spe­cjalną ulu­bie­nicę, zna­la­zła­byś dokoła sie­bie nie­przy­ja­ciółki – jawne lub ukryte; tak, jak jest, więk­szość oka­zy­wa­łaby ci współ­czu­cie, gdyby tylko śmiała. Nauczy­cielki i uczen­nice popa­trzą może na cie­bie chłodno przez jeden czy dwa dni, ale przy­ja­zne uczu­cia kryją się w ich ser­cach; a jeżeli w dal­szym ciągu będziesz się dobrze zacho­wy­wała, te uczu­cia nie­ba­wem ujaw­nią się tym widocz­niej, że chwi­lowo są stłu­mione. A zresztą, Jane… – tu prze­rwała.

– Co, Helenko? – zapy­ta­łam, ujmu­jąc jej ręce; dłońmi potarła mi łagod­nie palce, ażeby je roz­grzać, i mówiła dalej:

– Gdyby cały świat cię nie­na­wi­dził i wie­rzył, że jesteś zła, to jed­nak, byle wła­sne sumie­nie było z tobą w zgo­dzie i nie uzna­wało w tobie winy, nie była­byś bez przy­ja­ciół.

– Nie; ja wiem, że mia­ła­bym o sobie dobre mnie­ma­nie, ale to nie dosyć. Gdyby mnie inni nie kochali, wola­ła­bym raczej umrzeć niż żyć; ja nie mogę znieść osa­mot­nie­nia i nie­na­wi­ści, Helenko. Bo posłu­chaj: dla pozy­ska­nia praw­dzi­wego uczu­cia two­jego albo panny Tem­ple, albo kogoś, kogo bym naprawdę kochała, chęt­nie bym dała sobie kość w ręku zła­mać albo bykowi wziąć się na rogi, albo sta­nę­ła­bym za wierz­ga­ją­cym koniem, ażeby jego pod­kowa ude­rzyła mnie w pierś…

– Cicho, daj pokój, Jane! Zanadto myślisz o miło­ści istot ludz­kich; zanadto jesteś poryw­cza, gwał­towna. Wszech­mocna ręka, która stwo­rzyła twoje ciało i tchnęła w nie życie, dała ci inne skarby, wyż­sze od two­jej sła­bej istoty i stwo­rzeń rów­nie sła­bych jak ty. Oprócz tej ziemi i oprócz rasy ludz­kiej ist­nieje świat nie­wi­dzialny i kró­le­stwo duchów. Ten świat nas ota­cza, gdyż jest wszę­dzie, a duchy patrzą na nas, gdyż mają zle­cone czu­wa­nie nad nami. I gdy­by­śmy umie­rali w męce i wsty­dzie, spo­nie­wie­rani pogardą, zdu­szeni nie­na­wi­ścią, anio­ło­wie widzie­liby nasze męki, roz­po­zna­liby naszą nie­win­ność. Tak i ja wiem, że ty nie jesteś winna tego zarzutu, który pan Broc­kle­hurst lek­ko­myśl­nie a pom­pa­tycz­nie powtó­rzył za panią Reed z dru­giej ręki: wiem, gdyż roz­po­znaję prawą naturę w gorą­cych two­ich oczach i na czy­stym czole, Jane. Pan Bóg tylko czeka na oswo­bo­dze­nie duszy z ciała, ażeby ją uwień­czyć pełną nagrodą. Dla­cze­góż więc mie­li­by­śmy upa­dać pod cię­ża­rem cier­pie­nia, kiedy życie tak rychło minie, a śmierć jest tak pew­nym przej­ściem do szczę­ścia i chwały?

Mil­cza­łam, Helena uspo­ko­iła mnie; w tym spo­koju, jaki szedł od niej, była przy­mieszka nie­wy­po­wie­dzia­nego smutku. Odno­si­łam jakieś wra­że­nie żalu, pod­czas gdy ona mówiła, ale nie umia­łam zdać sobie sprawy, skąd on pły­nie; gdy jed­nakże zauwa­ży­łam, że prze­staw­szy mówić, oddy­cha szybko i raz po raz sucho kaszle, zapo­mnia­łam natych­miast o wła­snych zmar­twie­niach. Ogar­nął mnie nie­okre­ślony nie­po­kój o nią.

Oparł­szy głowę o ramię Heleny, obję­łam ją wpół, a ona przy­gar­nęła mnie do sie­bie i tak odpo­czy­wa­ły­śmy w mil­cze­niu. Nie­długo sie­dzia­ły­śmy w ten spo­sób, gdy do pokoju wszedł ktoś inny. Wiatr roz­gar­nął cięż­kie chmury i odsło­nił księ­życ; świa­tło jego padło jasno na nas obie i na zbli­ża­jącą się postać, w któ­rej od razu pozna­ły­śmy pannę Tem­ple.

– Przy­szłam umyśl­nie, żeby cie­bie odszu­kać, Jane Eyre – prze­mó­wiła. – Przyjdź do mojego pokoju; a skoro Helenka Burns jest z tobą, to i ona może przyjść.

Poszły­śmy. Idąc za prze­ło­żoną, musia­ły­śmy przejść przez kilka krę­tych kory­ta­rzy i wyjść na schody, zanim dotar­ły­śmy do jej pokoju; palił się tam suty ogień i pokój wyglą­dał przy­tul­nie. Panna Tem­ple kazała Hele­nie zająć niski fotel przy kominku, sama zajęła drugi, a mnie kazała sta­nąć przy sobie.

– No i cóż, czy już minęło? – zapy­tała, przy­glą­da­jąc się mojej twa­rzy. – Czy spłu­ka­łaś łzami swoje zmar­twie­nie?

– Ach, to się chyba ni­gdy nie sta­nie!

– Dla­czego?

– Ponie­waż zosta­łam nie­słusz­nie oskar­żona i teraz pani i wszy­scy inni będą myśleli, że jestem taka zła.

– Będziemy cię uwa­żały za taką, jaką cię poznamy. Zacho­wuj się dalej rów­nie dobrze jak dotąd, a będę z cie­bie zado­wo­lona.

– Naprawdę, pro­szę pani?

– Z pew­no­ścią – odpo­wie­działa, obej­mu­jąc mnie ramie­niem. – A teraz powiedz mi, kim jest ta pani, którą pan Broc­kle­hurst nazwał twoją dobro­dziejką?

– To pani Reed, żona mojego wuja. Mój wuj umarł i pole­cił mnie jej opiece.

– A więc ona nie z wła­snej woli wzięła cię na wycho­wa­nie?

– Nie, pro­szę pani; bar­dzo była nie­rada, że musi to uczy­nić; ale mój wuj, jak czę­sto sły­sza­łam od służby, wymógł na niej, zanim umarł, przy­rze­cze­nie, że na zawsze zatrzyma mnie u sie­bie.

– A teraz posłu­chaj, Jane. Ty wiesz, a jeśli nie wiesz, to ci powiem, że jeżeli zbrod­niarz jest oskar­żony, wolno mu zawsze prze­mó­wić we wła­snej obro­nie. Zosta­łaś oskar­żona o kłam­stwo; broń się przede mną, jak możesz. Powiedz mi to, co uwa­żasz za prawdę, ale niczego nie doda­waj i nie prze­sa­dzaj.

Posta­no­wi­łam w głębi serca mówić z całym umiar­ko­wa­niem, z całą ści­sło­ścią, a zasta­no­wiw­szy się przez parę minut, by upo­rząd­ko­wać i powią­zać, co mam do powie­dze­nia, opo­wie­dzia­łam jej całe dzieje mego smut­nego dzie­ciń­stwa. Wyczer­pana byłam wzru­sze­niem, więc mówi­łam spo­koj­niej niż zazwy­czaj, gdy doty­ka­łam tego bole­snego tematu. Pamię­ta­jąc zaś o prze­stro­gach Heleny, by nie pod­da­wać się uczu­ciom urazy i nie­na­wi­ści, mniej niż kie­dy­kol­wiek dotąd wla­łam żalu i gory­czy w swoje opo­wia­da­nie. Tak opa­no­wane i uprosz­czone brzmiało wia­ro­god­niej: czu­łam, że panna Tem­ple wie­rzy mi naj­zu­peł­niej.

W toku opo­wia­da­nia wspo­mnia­łam o panu Lloy­dzie, że przy­szedł mnie odwie­dzić po ataku; ni­gdy bowiem zapo­mnieć nie mogłam o tym strasz­nym dla mnie epi­zo­dzie z czer­wo­nym poko­jem. Opi­su­jąc go, czu­łam, że wzbu­rze­nie w pew­nym stop­niu mnie ponosi, gdyż nic nie mogło zła­go­dzić we wspo­mnie­niu tego napadu stra­chu i roz­pa­czy, jaki mi ści­snął serce, gdy pani Reed odrzu­ciła moje osza­lałe bła­ga­nie o litość i zamknęła mnie powtór­nie w ciem­nym pokoju, gdzie stra­szyło.

Skoń­czy­łam. Panna Tem­ple patrzyła na mnie dłuż­szą chwilę w mil­cze­niu, a potem rze­kła:

– Znam tro­chę pana Lloyda; napi­szę do niego, a jeżeli odpo­wiedź jego potwier­dzi twoje opo­wia­da­nie, zosta­niesz publicz­nie oczysz­czona od wszel­kiego zarzutu, a w moich oczach, Jane, już teraz jesteś oczysz­czona.

Poca­ło­wała mnie i wciąż jesz­cze trzy­ma­jąc mnie przy sobie (gdzie bar­dzo rada sta­łam, gdyż mia­łam dzie­cinną przy­jem­ność w podzi­wia­niu jej twa­rzy, jej ubra­nia, jej paru klej­no­tów, bia­łego czoła, lśnią­cych pukli wło­sów i pro­mie­nie­ją­cych ciem­nych oczu), zwró­ciła się do Heleny Burns.

– Jak się dziś wie­czór czu­jesz, Helenko? Czy dużo dzi­siaj kasz­la­łaś?

– Zdaje mi się, że nie tak bar­dzo dużo, pro­szę pani.

– A ten ból w pier­siach?

– Tro­chę słab­szy.

Panna Tem­ple wstała, ujęła jej rękę i zba­dała puls, po czym wró­ciła na swoje miej­sce; sły­sza­łam, jak cicho wes­tchnęła. Mil­czała w zamy­śle­niu przez parę minut, w końcu, jak gdyby budząc się, powie­działa wesoło:

– Ale wy obie jeste­ście dziś w gości­nie u mnie, muszę was god­nie przy­jąć!

Zadzwo­niła.

– Bar­baro – rze­kła, gdy weszła słu­żąca – nie piłam jesz­cze her­baty; przy­nieś tacę i postaw fili­żanki rów­nież dla tych dwóch panie­nek.

Wnie­siono nie­ba­wem tacę. Ach, jakie ładne wydały mi się te por­ce­la­nowe fili­żanki i błysz­czący imbryk, gdy usta­wiono to wszystko na okrą­głym sto­liku przed komin­kiem! Jak wonna była para napoju, jak pach­niały grzanki! Tych jed­nakże, ku mojemu zawo­dowi (gdyż zaczy­na­łam odczu­wać głód), była tylko bar­dzo mała por­cyjka; panna Tem­ple zauwa­żyła to także.

– Bar­baro – rze­kła – czy nie mogła­byś przy­nieść tro­chę wię­cej chleba i masła? To nie wystar­czy dla trzech osób.

Bar­bara poszła i zaraz też wró­ciła.

– Pro­szę pani, pani Har­den powiada, że posłała zwy­kłą ilość.

Pani Har­den, nawia­sem mówiąc, była to gospo­dyni: nie­wia­sta zupeł­nie wedle serca pana Broc­kle­hur­sta, sucha jak kość, twarda jak żelazo.

– No dobrze, dobrze! – odpo­wie­działa panna Tem­ple. – Więc musi nam to wystar­czyć. – A gdy dziew­czyna wyszła, dodała z uśmie­chem: – Na szczę­ście mam tym razem moż­ność dopeł­nie­nia braku!

Popro­siw­szy Helenę i mnie do sto­lika i posta­wiw­szy przed każdą z nas fili­żankę her­baty z jed­nym wyśmie­ni­tym, ale cien­kim kawał­kiem grzanki, wstała, otwo­rzyła szu­fladę, dobyła stam­tąd paczkę zawi­niętą w papier i uka­zała oczom naszym duży kawał cia­sta z makiem.

– Mia­łam każ­dej z was dać po kawałku cia­sta, byście zabrały z sobą – rze­kła – ale skoro tak mało dano nam grza­nek, musi­cie to teraz dostać. – I szczo­drą ręką zabrała się do kra­ja­nia.

Uczta ta była dla nas czymś jak nek­tar i ambro­zja, a nie naj­mniej­szą roz­ko­szą tego przy­ję­cia był uśmiech zado­wo­le­nia na twa­rzy gospo­dyni przy­glą­da­ją­cej się, jak syci­ły­śmy nasze wyostrzone ape­tyty deli­katną strawą obfi­cie przez nią dostar­czoną.

Po wypi­ciu her­baty i usu­nię­ciu tacki panna Tem­ple zapro­siła nas znowu do kominka; sie­dzia­ły­śmy, mając ją pośrodku, i teraz wywią­zała się mię­dzy nią a Helenką roz­mowa. Przy­słu­chi­wa­nie się tej roz­mo­wie było dla mnie praw­dziwą roz­ko­szą.

Panna Tem­ple miała zawsze w sobie jakąś pogodę, jakąś god­ność wyrazu, jakąś wytworną pro­stotę wysło­wie­nia, która wyklu­czała wpa­da­nie w pod­nie­ce­nie, w gorącz­ko­wość: coś, co widzów i słu­cha­czy napa­wało czcią dla niej; odczu­wa­łam to teraz; ale w zdu­mie­nie wpra­wiła mnie Helena Burns.

Krze­piące poży­wie­nie, pło­nący ogień, obec­ność i dobro­tli­wość uko­cha­nej nauczy­cielki, a może bar­dziej niż to wszystko coś swo­istego w wyjąt­ko­wej jej duszy roz­bu­dziło drze­miące w niej moce. Naj­pierw zapło­nęły żywą barwą jej policzki, tak zawsze blade i bez­kr­wi­ste, potem zaświe­ciły wil­got­nym bla­skiem oczy, które zaja­śniały nagle urodą odrębną od pięk­no­ści oczu panny Tem­ple, bo pięk­no­ścią nie barwy i oprawy, lecz wyrazu. A potem dusza jej osia­dła na war­gach i popły­nęły słowa, z jakich źró­deł, nie rozu­miem. Czyż czter­na­sto­let­nie dziew­czę może mieć serce tak wiel­kie i silne, by pomie­ścić wez­brane źró­dło czy­stej, peł­nej, gorą­cej wymowy? Taką uka­zała mi się Helena owego pamięt­nego dla mnie wie­czora; zda­wało mi się, że duch jej śpie­szy prze­żyć w krót­kiej chwili tyle, ile inni prze­ży­wają w ciągu dłu­go­trwa­łego ist­nie­nia.

Roz­ma­wiały o rze­czach, o któ­rych ja ni­gdy nie sły­sza­łam; o naro­dach i cza­sach minio­nych, o dale­kich kra­jach, o tajem­ni­cach przy­rody odkry­tych albo któ­rych się domy­ślano; mówiły o książ­kach. Jakże ich wiele prze­czy­tały! Jakież skarby wie­dzy posia­dały! i jak były obe­znane z fran­cu­skimi auto­rami! Ale już zdu­mie­nie moje dosię­gło szczytu, gdy panna Tem­ple zapy­tała Helenę, czy znaj­duje cza­sem chwilę, by przy­po­mnieć sobie łacinę, któ­rej ją ojciec uczył, i gdy bio­rąc książkę z półki, dała jej do prze­czy­ta­nia i do prze­tłu­ma­cze­nia stro­nicę Wergi­liu­sza; Helena usłu­chała, a mój podziw rósł z każ­dym wier­szem. Zale­d­wie skoń­czyła, roz­legł się dzwo­nek wzy­wa­jący na spo­czy­nek. Nie można się było spóź­nić; panna Tem­ple uści­skała nas obie i powie­działa, przy­ci­ska­jąc nas do serca:

 

– Niech was Bóg bło­go­sławi, moje dzieci!

Helenę tro­chę dłu­żej przy­tu­lała niż mnie; jesz­cze nie­chęt­niej ją pusz­czała; odpro­wa­dziła dziew­czynkę oczyma do drzwi; za nią po raz drugi wes­tchnęła ze smut­kiem, w tro­sce o nią otarła łzę z twa­rzy.

Wcho­dząc do sypialni, usły­sza­ły­śmy głos panny Scat­cherd; robiła prze­gląd szu­flad. Wła­śnie wycią­gnęła szu­fladę Heleny i zaraz od wej­ścia przy­wi­tała ją ostrą burą, zapo­wia­da­jąc, że jutro będzie miała przy­pięte do ramie­nia pół tuzina nie­po­rząd­nie zło­żo­nych czę­ści gar­de­roby.

– Moje rze­czy były istot­nie tak poroz­rzu­cane, że aż wstyd – szep­nęła mi Helena do ucha. – Chcia­łam je poskła­dać, ale zapo­mnia­łam.

Naza­jutrz rano panna Scat­cherd wyraź­nymi lite­rami wypi­sała na pasku tek­tury wyraz „flą­dra” i prze­wią­zała tą opa­ską sze­ro­kie, łagodne, inte­li­gentne czoło Heleny. Helena nosiła tę opa­skę aż do wie­czora, cier­pli­wie, bez żalu, uwa­ża­jąc to za zasłu­żoną karę. Z chwilą gdy panna Scat­cherd wyszła po skoń­czo­nych poobied­nich lek­cjach, pobie­głam do Heleny, zdar­łam jej tę prze­pa­skę z czoła i rzu­ci­łam ją w ogień; pasja, do któ­rej ona była nie­zdolna, przez cały dzień wrzała w mojej duszy i gorące łzy wciąż spły­wały mi po twa­rzy; widok bowiem jej smut­nej rezy­gna­cji nie­zno­śnym bólem ści­skał mi serce.

W tydzień mniej wię­cej po opi­sa­nych wypad­kach panna Tem­ple, która napi­sała do pana Lloyda, otrzy­mała odpo­wiedź: list jego potwier­dził moje opo­wia­da­nie. Panna Tem­ple, zgro­ma­dziw­szy całą szkołę, oznaj­miła, że posta­rała się o zba­da­nie zarzu­tów pod­nie­sio­nych prze­ciwko Jane Eyre i cie­szy się nie­zmier­nie, że może ją ogło­sić zupeł­nie nie­winną. Nauczy­cielki wtedy podały mi rękę i uca­ło­wały mnie, a szmer miłego zado­wo­le­nia prze­biegł sze­regi kole­ża­nek.

W ten spo­sób czu­jąc, że spadł mi z serca wielki cię­żar, zabra­łam się na nowo do pracy, z zamia­rem prze­bi­cia się przez wszyst­kie trud­no­ści; pra­co­wa­łam usil­nie, a powo­dze­nie towa­rzy­szyło moim wysił­kom. Pamięć z natury nie­zbyt świetna popra­wiała mi się przez ćwi­cze­nia, sys­te­ma­tyczna nauka roz­wi­nęła mój umysł. Po paru tygo­dniach prze­nie­siono mnie do wyż­szej klasy; w nie­całe dwa mie­siące pozwo­lono mi zacząć fran­cu­ski i rysunki. Pierw­szego dnia nauki nauczy­łam się dwóch cza­sów cza­sow­nika être, nary­so­wa­łam pierw­szy domek (któ­rego ściany, nawia­sem mówiąc, mogły kon­ku­ro­wać z pochy­ło­ścią wieży w Pizie). Tego wie­czora, idąc spać, zapo­mnia­łam zaba­wiać się w myśli obra­zem kola­cji zło­żo­nej z gorą­cych pie­czo­nych kar­to­fli lub bia­łego chleba ze świe­żym mle­kiem, czym zwy­kła byłam oszu­ki­wać nie­za­spo­ko­jony głód; kar­mi­łam się nato­miast wyobra­że­niem ide­al­nych rysun­ków, dzieł mej wła­snej ręki, swo­bod­nie wyry­so­wa­nych domów i drzew, malow­ni­czych skał i ruin, bydła na pastwi­sku, ślicz­nie malo­wa­nych motyli uno­szą­cych się nad nie­roz­kwi­tłymi różami, pta­ków dzio­bią­cych doj­rzałe wiśnie, gniazd mysi­kró­lika z jajecz­kami jak perełki w obra­mo­wa­niu gałą­zek blusz­czu. Zasta­na­wia­łam się też w myśli, czy to moż­liwe, żebym mogła kiedy bie­gle prze­tłu­ma­czyć pewną fran­cu­ską ksią­żeczkę, którą mi tego dnia poka­zy­wała madame Pier­rot; nim roz­wią­za­łam te pyta­nia, zapa­dłam w słodki sen.

Dobrze powie­dział Salo­mon: „Lepiej jest być pro­szo­nym na jarzynę z miło­ścią niż na cielę tłu­ste z nie­na­wi­ścią”.

Nie była­bym zamie­niła Lowood z wszyst­kimi jego nie­do­stat­kami na Gate­shead z wygo­dami i codzien­nymi zbyt­kami stołu.