Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział VI

Następny dzień roz­po­czął się jak poprzedni wsta­wa­niem i ubie­ra­niem przy świeczce; ale tego ranka musia­ły­śmy zre­zy­gno­wać z cere­mo­nii mycia się, bo woda w dzban­kach była zamar­z­nięta. Poprzed­niego wie­czoru nastą­piła zmiana; ostry pół­nocno-wschodni wiatr tak wiał przez całą noc przez szpary okien naszej sypialni, że trzę­sły­śmy się z zimna w łóż­kach, a woda w dzban­kach poza­ma­rzała.

Zanim upły­nęło dłu­gie pół­to­rej godziny modlitw i czy­ta­nia Biblii, myśla­łam, że zginę z zimna. Nade­szła wresz­cie pora śnia­da­nia; tym razem kasza nie była spa­lona, można było ją jeść, tylko ilość jej była mała. Jak mała wydała mi się moja por­cja! Wzdy­cha­łam, by mogła być podwójna.

Tego dnia zosta­łam przy­jęta do czwar­tej klasy i mia­łam wyzna­czone regu­larne zada­nia i zaję­cia; dotych­czas byłam tylko widzem tego, co się działo w Lowood, teraz mia­łam wziąć w tym czynny udział. Nie­przy­zwy­cza­jona do ucze­nia się na pamięć, uwa­ża­łam lek­cje za dłu­gie i trudne, osza­ła­miały mnie czę­ste zmiany i prze­cho­dze­nie od jed­nego zada­nia do dru­giego; toteż byłam rada, gdy około godziny trze­ciej po połu­dniu panna Smith dała mi do rąk kawał muślinu wraz z igłą, naparst­kiem itd., kazała usiąść w spo­koj­nym kąciku szkol­nego pokoju i zro­bić na tym obrę­bek. O tej godzi­nie więk­szość dziew­czy­nek rów­nież szyła; jed­nakże jedna klasa stała jesz­cze dokoła krze­sła panny Scat­cherd, czy­ta­jąc, a że było cicho, mogłam sły­szeć, jak się ich lek­cja odbywa, jak każda dziew­czynka odpo­wiada i jakie uwagi albo pochwały dostają im się od nauczy­cielki. Była to lek­cja histo­rii Anglii; wśród czy­ta­jących zauwa­ży­łam moją zna­jomą z werandy. Na początku lek­cji miej­sce jej było na czele klasy, ale za błąd w wymo­wie czy nie­uwagę w inter­punk­cji została nagle usu­nięta na sam koniec. Nawet tam panna Scat­cherd nie prze­sta­wała mieć jej wciąż na oku; co chwila robiła jej tego rodzaju uwagi:

– Burns (tak się nazy­wała; dziew­częta tutaj wołano po nazwi­skach tak jak chłop­ców w szkole), Burns, wykrzy­wiasz trze­wik, sto­jąc; ustaw nogę pro­sto, natych­miast. Burns, czemu tak szka­rad­nie wysu­wasz brodę? Cof­nij ją. Burns, wyma­gam, żebyś stała z pod­nie­sioną głową; nie pozwolę, żebyś stała przede mną w takiej posta­wie, itp., itp.

Po dwu­krot­nym odczy­ta­niu Roz­dział u zamy­kano książki i nauczy­cielka prze­py­ty­wała uczen­nice. Lek­cja była poświę­cona pano­wa­niu Karola I, ale więk­szość nie umiała odpo­wie­dzieć na pyta­nie doty­czące tonażu, wagi, opłat okrę­to­wych; każdą jed­nakże trud­ność roz­wią­zy­wała natych­miast Burns. Zda­wało się, że zapa­mię­tała całą lek­cję i na każdy punkt miała gotową odpo­wiedź. Spo­dzie­wa­łam się, że za tyle uwagi panna Scat­cherd pochwali ją, lecz zamiast tego nagle wykrzyk­nęła:

– Ty brudna, nie­zno­śna dziew­czyno! Nie wyczy­ści­łaś paznokci dziś rano!

Burns nie odpo­wie­działa; dzi­wi­łam się jej mil­cze­niu.

„Dla­czego się nie wytłu­ma­czy – pomy­śla­łam – że ani paznokci wyczy­ścić, ani twa­rzy umyć nie mogła, ponie­waż woda była zamar­z­nięta?”

Uwagę moją ode­rwała teraz panna Smith, dając mi do potrzy­ma­nia pasmo nici; pod­czas gdy je nawi­jała, mówiła do mnie, od czasu do czasu pyta­jąc, czy już byłam kiedy w szkole, czy umiem zna­czyć, hafto­wać, robić na dru­tach itd. Dopóki mnie nie zwol­niła, nie mogłam uwa­żać na to, co robi panna Scat­cherd.

Gdy wra­ca­łam na swoje miej­sce, pani ta wła­śnie wydała roz­kaz, któ­rego zna­cze­nia nie zro­zu­mia­łam, lecz zoba­czy­łam, że Burns natych­miast wyszła z klasy, poszła do małego poko­iku, gdzie się cho­wało książki, i powró­ciła za chwilę, nio­sąc wiązkę rózg zwią­za­nych z jed­nego końca. To groźne narzę­dzie oddała pan­nie Scat­cherd z peł­nym sza­cunku dygiem; następ­nie spo­koj­nie, nie cze­ka­jąc na roz­kaz, odpięła far­tuch, a nauczy­cielka natych­miast ostro wymie­rzyła jej po karku dwa­na­ście ude­rzeń tą wiązką. Ani jedna łza nie zabły­sła w oczach Burns; to ja prze­rwa­łam szy­cie, gdyż na ten widok palce zadrżały mi z darem­nego, bez­sil­nego gniewu, ale ani jeden rys jej zamy­ślo­nej twa­rzy nie zmie­nił zwy­kłego wyrazu.

– Uparta dziew­czyno! – zawo­łała panna Scat­cherd. – Niczym nie mogę wyko­rze­nić z cie­bie nie­po­rząd­nych przy­zwy­cza­jeń; odnieś rózgi.

Burns usłu­chała; przyj­rza­łam się jej uważ­nie, gdy wra­cała; wkła­dała wła­śnie do kie­szeni chustkę od nosa, a na chu­dym jej policzku błysz­czał ślad łzy.

Godzinę rekre­acji uwa­ża­łam za naj­mil­szą część dnia w Lowood; kawa­łek chleba i łyk kawy o pią­tej po połu­dniu pokrze­piał, cho­ciaż nie sycił; rygor dłu­giego dnia zła­god­niał nieco; w pokoju szkol­nym było cie­plej niż rano, gdyż pozwa­lano, ażeby ogień na komin­kach był więk­szy, ponie­kąd w zastęp­stwie świec, któ­rych jesz­cze nie zapa­lono. Czer­wony blask, dozwo­lony hałas, pomie­szane głosy dawały upra­gnione wra­że­nie wol­no­ści.

Wie­czo­rem tego dnia, kiedy widzia­łam, jak panna Scat­cherd wymie­rzała chło­stę Burns, cho­dzi­łam jak zwy­kle sama pomię­dzy ław­kami, sto­łami i śmie­ją­cymi się gro­mad­kami, ale nie czu­łam się osa­mot­niona. Prze­cho­dząc koło okien, raz po raz uchy­la­łam okien­nicę i wyglą­da­łam na dwór; śnieg padał gęsty, na niż­szych szy­bach for­mo­wał już war­stwę. Przy­kła­da­jąc ucho bli­sko do szyby, mogłam dosły­szeć, poza weso­łym roz­gwa­rem wewnątrz pokoju, żało­sny jęk wia­tru z zewnątrz.

Gdy­bym była nie­dawno opu­ściła miły dom i dobrych rodzi­ców, w tej godzi­nie była­bym praw­do­po­dob­nie naj­ży­wiej odczu­wała żal roz­sta­nia; wtedy ten wiatr byłby mi zasmu­cił serce; ten chaos w ciem­no­ści zmą­ciłby mi spo­kój. W moim poło­że­niu wszystko to pod­nie­cało mnie tylko dziw­nie i zuchwała, roz­go­rącz­ko­wana pra­gnę­łam, ażeby wiatr wył wście­klej, ażeby zmrok zamie­nił się w ciem­ność zupełną, a gwarny zamęt w gło­śną wrzawę.

Prze­ska­ku­jąc ławki, prze­cho­dząc pod sto­łami, dotar­łam do jed­nego z komin­ków; tam zasta­łam kole­żankę Burns, klę­czącą przed wysoką dru­cianą kratą. Mil­cząca, ode­rwana od wszyst­kiego, co się naokół działo, pochło­nięta była książką, którą czy­tała przy nie­ja­snym świe­tle węgli.

– Czy czy­tasz cią­gle Ras­se­lasa? – zapy­ta­łam, zacho­dząc ją z tyłu.

– Tak – odpo­wie­działa. – Wła­śnie go koń­czę.

I po pię­ciu minu­tach zamknęła książkę. Byłam z tego rada. „Teraz – pomy­śla­łam – może wycią­gnę ją na roz­mowę”. Usia­dłam przy niej na ziemi.

– Jak ci na imię? – zapy­ta­łam.

– Helena.

– Czy z daleka pocho­dzisz?

– Pocho­dzę z miej­sco­wo­ści poło­żo­nej dalej na pół­noc, tuż nad gra­nicą Szko­cji.

– Czy wró­cisz tam kiedy?

– Mam nadzieję; ale nikt nie może być pewny przy­szło­ści.

– Pew­nie pra­gniesz opu­ścić Lowood.

– Nie! Dla­czego mia­ła­bym tego pra­gnąć? Przy­słano mnie do Lowood, aże­bym zdo­była wykształ­ce­nie, i na nic by się nie zdało wra­cać, dopóki nie osią­gnę tego celu.

– Ale ta nauczy­cielka, panna Scat­cherd, jest taka okrutna dla cie­bie!

– Okrutna? By­naj­mniej! Jest surowa; nie znosi moich wad.

– A ja, gdy­bym była na twoim miej­scu, ja bym jej nie zno­siła; opie­ra­ła­bym się. Gdyby ude­rzyła mnie tą rózgą, wyrwa­ła­bym ją z ręki i poła­mała przed jej nosem.

– Praw­do­po­dob­nie nie zro­bi­ła­byś nic podob­nego; a gdy­byś to zro­biła, pan Broc­kle­hurst wyrzu­ciłby cię ze szkoły; byłoby to wiel­kie zmar­twie­nie dla two­ich krew­nych. Daleko lepiej jest cier­pli­wie zno­sić ból, któ­rego nikt nie odczuwa prócz cie­bie, niż popeł­nić czyn nie­roz­ważny, któ­rego złe następ­stwa roz­cią­gnę­łyby się na wszyst­kich two­ich bli­skich; zresztą Biblia naka­zuje nam pła­cić dobrym za złe.

– Ale prze­cież to wstyd być bitą albo zmu­szoną stać na środku pokoju peł­nego ludzi, a przy tym ty jesteś taka duża dziew­czyna; ja jestem o wiele młod­sza od cie­bie, a nie mogła­bym tego znieść.

– A jed­nak mia­ła­byś obo­wią­zek to znieść, gdy­byś tego nie mogła unik­nąć; tylko słaby i nie­mą­dry mówi, że nie może znieść tego, co los każe mu znieść.

Słu­cha­łam jej, zdzi­wiona: nie mogłam zro­zu­mieć tej zasady wytrzy­ma­ło­ści w cier­pie­niu, a jesz­cze mniej mogłam zro­zu­mieć i podzie­lać jej wyro­zu­mia­łość dla swej drę­czy­cielki. Jed­nak czu­łam, że Helena Burns widzi rze­czy w świe­tle dla mnie nie­wi­dzial­nym. Przy­pusz­cza­łam, że może ona ma słusz­ność, a nie ja, ale nie chciało mi się głę­biej roz­wa­żać tej sprawy; odkła­da­łam to do spo­sob­niej­szej pory.

– Mówisz, że masz wady, Helenko; jakie wady? Mnie się wydaje, że jesteś bar­dzo dobra.

– Naucz się ode mnie nie sądzić z pozo­rów. Jestem, jak mówi panna Scat­cherd, nie­po­rządna, rzadko skła­dam swoje rze­czy, a ni­gdy ich nie utrzy­muję w porządku; jestem nie­dbała, zapo­mi­nam reguł i prze­pi­sów; czy­tam, kiedy powin­nam uczyć się lek­cji; nie jestem sys­te­ma­tyczna, a cza­sami mówię, tak jak ty, że nie mogę pod­dać się sys­te­ma­tycz­nemu porząd­kowi. Wszystko to bar­dzo drażni pannę Scat­cherd, która jest bar­dzo porządna, punk­tu­alna i dokładna we wszyst­kim.

– I zła, i okrutna – doda­łam; ale Helena Burns nie chciała się na to zgo­dzić; mil­czała.

– Czy panna Tem­ple jest rów­nie surowa wzglę­dem cie­bie jak panna Scat­cherd?

Na wzmiankę o pan­nie Tem­ple łagodny uśmiech prze­biegł po jej poważ­nej twa­rzy.

– Panna Tem­ple jest pełna dobroci; spra­wia jej przy­krość być surową wzglę­dem kogo­kol­wiek, nawet wzglę­dem naj­gor­szych w szkole; ona widzi moje wady i łagod­nie mnie upo­mina, a jeżeli czymś zasłużę na pochwałę, nie szczę­dzi mi jej. Naj­lep­szym dowo­dem, jak zako­rze­nione są we mnie nie­szczę­sne moje wady, jest to, że nawet jej upo­mnie­nia, tak łagodne a słuszne, nie mogą mnie z nich wyle­czyć, a nawet jej pochwały, cho­ciaż tak bar­dzo je cenię, nie mogą mnie pobu­dzić do sta­łej sta­ran­no­ści i uwagi.

 

– To cie­kawe – odpo­wie­dzia­łam. – Prze­cież to tak łatwo być sta­ranną.

– Dla cie­bie, nie­wąt­pli­wie. Przy­glą­da­łam ci się w two­jej kla­sie dziś rano; widzia­łam, jak pil­nie uwa­żasz: widać było, że ci myśli nie ucie­kały, pod­czas gdy panna Mil­ler tłu­ma­czyła lek­cję i wypy­ty­wała cię. Otóż moje myśli stale gdzieś się błą­kają; wtedy, kiedy powinna bym słu­chać panny Scat­cherd i pil­nie zwa­żać na wszystko, co ona mówi, gubię czę­sto sam dźwięk jej głosu, wpa­dam w jakiś rodzaj marze­nia. Nie­kiedy zdaje mi się, że znaj­duję się w Nor­thum­ber­land i że odgłosy, które sły­szę dokoła, to szmer stru­myczka prze­pły­wa­ją­cego przez Deep­den, w pobliżu naszego domu; a wtedy, jeżeli przyj­dzie na mnie kolej odpo­wia­dać, muszą mnie budzić; a ponie­waż słu­cha­jąc wyma­rzo­nego stru­myczka, nic nie sły­sza­łam, co czy­tano, więc nie umiem odpo­wie­dzieć.

– Jed­nakże, jak ty dobrze odpo­wia­da­łaś dziś po połu­dniu.

– To był czy­sty przy­pa­dek; zain­te­re­so­wało mnie to, o czym czy­ta­ły­śmy. Dziś po połu­dniu, zamiast marzyć o Deep­den, dzi­wi­łam się, jak czło­wiek, który pra­gnął dzia­łać uczci­wie, mógł postę­po­wać tak nie­spra­wie­dli­wie i nie­mą­drze, jak to nie­raz czy­nił Karol I; i myśla­łam, jak to źle się stało, że przy swo­jej pra­wo­ści i sumien­no­ści nie umiał spoj­rzeć dalej poza przy­wi­leje korony. Gdyby był tylko potra­fił spoj­rzeć w dal­szą przy­szłość i zro­zu­mieć, dokąd zmie­rzał tak zwany duch czasu! A jed­nak ja lubię Karola, sza­nuję go, żałuję tego bied­nego ścię­tego króla! Tak, nie­przy­ja­ciele jego byli gorsi: prze­lali krew, któ­rej nie mieli prawa prze­le­wać! Jak oni śmieli go zabi­jać!

Helenka mówiła teraz do samej sie­bie: zapo­mniała, że ja jej dobrze zro­zu­mieć nie mogę – że nic albo nie­wiele wiem o tym, o czym mówi. Ścią­gnę­łam ją do mojego poziomu.

– A gdy cię uczy panna Tem­ple, czy i wtedy myśli twe gdzieś wędrują?

– Nie, chyba bar­dzo rzadko. Gdyż panna Tem­ple ma zawsze do powie­dze­nia coś, co jest cie­kaw­sze dla mnie niż moje wła­sne roz­wa­ża­nia; jej spo­sób mówie­nia jest dla mnie dziw­nie miły, a wia­do­mo­ści, któ­rych udziela, zawie­rają czę­sto to wła­śnie, czego pra­gnę­łam się dowie­dzieć.

– A więc wobec panny Tem­ple nie masz sobie nic do zarzu­ce­nia?

– Nie; ale to bierna zasługa: nie kosz­tuje mnie żad­nego wysiłku; kie­ruję się wła­sną skłon­no­ścią. W takiej dobroci nie ma zasługi.

– Ow­szem, i to wielka: jesteś dobra dla tych, któ­rzy są dobrzy dla cie­bie. Ja dla sie­bie wię­cej nie pra­gnę. Gdyby ludzie byli zawsze dobrzy i posłuszni wzglę­dem tych, któ­rzy są okrutni i nie­spra­wie­dliwi, źli ludzie byliby zawsze górą; ni­gdy by się nie bali, ni­gdy by się nie zmie­nili i sta­wa­liby się coraz gorsi i gorsi. Gdy nas kto ude­rzy bez powodu, powin­ni­śmy oddać bar­dzo mocno; jestem pewna, że powin­ni­śmy, i to mocno, ażeby ten, kto nas ude­rzył, ni­gdy tego nie powtó­rzył.

– Zmie­nisz zda­nie, mam nadzieję, gdy będziesz star­sza: tym­cza­sem jesteś jesz­cze małą, nie bar­dzo mądrą dziew­czynką.

– Ale ja tak czuję, Helenko; ja nie mogę lubić tych, któ­rzy, choć­bym się nie wiem jak sta­rała im dogo­dzić, nie chcą mnie polu­bić; muszę się bro­nić przed tymi, któ­rzy karzą mnie nie­spra­wie­dli­wie. To tak samo natu­ralne jak to, że kocham tych, któ­rzy mi oka­zują przy­wią­za­nie, lub że pod­daję się karze, gdy czuję, że na nią zasłu­ży­łam.

– Poga­nie i dzi­kie ludy gło­szą te same zasady, ale chrze­ści­ja­nie i narody cywi­li­zo­wane wypie­rają się ich.

– Jakim spo­so­bem? Nie rozu­miem.

– To nie gwałt naj­le­piej zwy­cięża nie­na­wiść i nie zemsta naj­le­piej goi krzywdę.

– A cóż innego?

– Czy­taj Nowy Testa­ment i zauważ, co Chry­stus powiada i jak postę­puje; niech Jego słowa będą ci pra­wem, a Jego postę­po­wa­nie przy­kła­dem.

– A co Chry­stus powie­dział?

– Byśmy kochali naszych nie­przy­ja­ciół; bło­go­sła­wili tym, któ­rzy nas prze­kli­nają; czy­nili dobrze tym, któ­rzy nas nie­na­wi­dzą i czy­nią nam źle.

– W takim razie ja powinna bym kochać panią Reed, czego uczy­nić nie mogę, powinna bym bło­go­sła­wić jej syna Johna, co jest nie­po­do­bień­stwem.

Z kolei Helena Burns popro­siła mnie o wytłu­ma­cze­nie, a ja też zaraz zaczę­łam jej po swo­jemu opo­wia­dać dzieje moich cier­pień i uraz. Gorzka i bez­względna w pod­nie­ce­niu, mówi­łam tak, jak czu­łam, nic nie tając, niczego nie łago­dząc.

Helenka wysłu­chała mnie cier­pli­wie do końca; spo­dzie­wa­łam się, że zrobi potem jaką uwagę, ale ona mil­czała.

– No powiedz – zapy­ta­łam nie­cier­pli­wie – czyż pani Reed to nie kobieta twar­dego serca, to nie zła kobieta?

– Była nie­do­bra wzglę­dem cie­bie, to nie ulega wąt­pli­wo­ści, ponie­waż, widzisz, ona nie znosi two­jego cha­rak­teru, tak jak panna Scat­cherd nie znosi mojego; ale jak ty dokład­nie pamię­tasz wszystko, co ona ci zro­biła i co ci powie­działa! Jak dziw­nie głę­boko jej nie­spra­wie­dli­wość wyryła się w twoim sercu! Żadne złe trak­to­wa­nie tak się w mych uczu­ciach nie upa­mięt­nia. Czy nie lepiej by ci było, gdy­byś się sta­rała zapo­mnieć o jej suro­wo­ści i o gwał­tow­nej nie­na­wi­ści, którą ta suro­wość w tobie obu­dziła? Życie wydaje mi się zbyt krót­kie, by spę­dzać je na pie­lę­gno­wa­niu nie­na­wi­ści i zapa­mię­ty­wa­niu krzywd. Na tym świe­cie jeste­śmy wszy­scy i musimy być obcią­żeni błę­dami; ale nie­ba­wem przyj­dzie czas, kiedy, ufam w to, strzą­śniemy z sie­bie błędy wraz z przy­wa­rami ciała; gdy poni­że­nie i grzech opadną z nas wraz z tą ciężką powłoką cie­le­sną, a pozo­sta­nie tylko iskra ducha – nie­uchwytny pier­wia­stek życia i myśli, tak czy­sty jak w chwili, gdy Stwórca natchnął nim stwo­rze­nie. Pier­wia­stek ten powróci do swego źró­dła; może po to, by się wcie­lić w jakieś stwo­rze­nie wyż­szego rzędu niż czło­wiek, może po to, by poprzez gra­da­cje świa­tła przejść z bla­dej duszy ludz­kiej do jasno­ści sera­ficz­nej! Z pew­no­ścią Stwórca nie dopu­ści do tego, by pier­wia­stek ten zde­ge­ne­ro­wał się, prze­cho­dząc z czło­wieka na sza­tana. Nie mogę w to uwie­rzyć! Wyznaję inną wiarę, któ­rej nikt mnie nie uczył i o któ­rej rzadko mówię, lecz z któ­rej czer­pię radość i któ­rej się trzy­mam – gdyż wiara ta daje każ­demu nadzieję, daje wiecz­ność będącą odpo­czyn­kiem, wspa­nia­łym domem, a nie groźną otchła­nią. Dzięki tej wie­rze potra­fię dosko­nale odróż­nić zbrod­nia­rza od zbrodni, potra­fię z całą szcze­ro­ścią wyba­czyć zbrod­nia­rzowi i brzy­dzić się zbrod­nią; dzięki tej wie­rze pra­gnie­nie zemsty ni­gdy nie zago­ści w moim sercu, poni­że­nie ni­gdy mnie nie obu­rza zbyt­nio, nie­spra­wie­dli­wość ni­gdy mnie zbyt­nio nie łamie i żyję w pokoju, ocze­ku­jąc końca.

Głowa Helenki, zawsze pochy­lona, opa­dła jesz­cze niżej, gdy doma­wiała tych słów. Widzia­łam po wyra­zie jej twa­rzy, że nie ma ochoty roz­ma­wiać dłu­żej ze mną, że woli raczej roz­ma­wiać z wła­snymi myślami. Nie­wiele dano jej czasu na roz­my­śla­nia; jedna z dyżur­nych, wielka, szorstka dziew­czyna, zbli­żyła się w tej chwili, woła­jąc z sil­nym pro­win­cjo­nal­nym akcen­tem:

– Heleno Burns, jeżeli w tej chwili nie pój­dziesz upo­rząd­ko­wać swej szu­flady i zło­żyć roboty, powiem pan­nie Scat­cherd, niech przyj­dzie i zoba­czy!

Helena wes­tchnęła, budząc się z zadumy i wstaw­szy bez zwłoki, w mil­cze­niu posłu­chała wezwa­nia dyżur­nej.

Roz­dział VII

Pierw­szy kwar­tał pobytu w Lowood wydał mi się wie­kiem – i to by­naj­mniej nie zło­tym. Przy­krą walkę musia­łam sta­czać, by się przy­zwy­czaić do nowych reguł i zadań. Obawa, że pod tym wzglę­dem może mi się coś nie udać, wię­cej mnie drę­czyła niż fizyczne trudy i dokucz­li­wo­ści, cho­ciaż i te były nie­małe.

Przez sty­czeń, luty i część marca leżały głę­bo­kie śniegi, a gdy te stop­niały, nie­prze­byte pra­wie drogi nie pozwa­lały nam wyj­rzeć poza mury ogrodu, z wyjąt­kiem tylko, gdy musia­ły­śmy pójść do kościoła; w obrę­bie jed­nak tych murów musia­ły­śmy codzien­nie spę­dzać godzinę na świe­żym powie­trzu. Ubra­nie nasze nie­do­sta­tecz­nie chro­niło nas od ostrego zimna: nie mia­ły­śmy wyso­kich buci­ków, śnieg wpa­dał do niskich trze­wi­ków, top­nie­jąc w nich; ręce bez ręka­wi­czek gra­biały i odmra­żały się tak jak i nogi. Dobrze pamię­tam okropne swę­dze­nie, któ­rego doświad­cza­łam co wie­czora, gdy się nogi zaogniły, i mękę wci­ska­nia co rano napu­chłych, bolą­cych i sztyw­nych pal­ców w trze­wiki. Poza tym szczu­pła ilość poży­wie­nia była sprawą bar­dzo ciężką. Przy dobrych ape­ty­tach dora­sta­ją­cych dzieci dosta­wa­ły­śmy zale­d­wie tyle, ile mogłoby utrzy­mać przy życiu deli­kat­nego cho­rego. Z tej szczu­pło­ści poży­wie­nia wyni­kło nad­uży­cie, które zwłasz­cza młod­szym uczen­ni­com ciężko dawało się we znaki: ile­kroć wygło­dzone duże dziew­częta zna­la­zły spo­sob­ność, prośbą lub groźbą wyłu­dzały od małych ich por­cje. Wiele razy musia­łam podzie­lić z dwiema star­szymi kole­żan­kami dro­go­cenny kawa­łek ciem­nego chleba dawany nam na pod­wie­czo­rek, a dopi­ja­jąc odro­binę pozo­sta­wio­nej mi w gar­nuszku kawy, ocie­ra­łam skry­cie łzy, które mi głód wyci­skał.

Nie­dziele w zimie były straszne. Musia­ły­śmy iść dwie mile do kościoła w Broc­kle­bridge, gdzie nasz patron odpra­wiał nabo­żeń­stwo. Wycho­dzi­ły­śmy zzięb­nięte, przy­cho­dzi­ły­śmy do kościoła jesz­cze gorzej zzięb­nięte; pod­czas ran­nego nabo­żeń­stwa drę­twia­ły­śmy po pro­stu z zimna. Za daleko było, by wra­cać na obiad, wydzie­lano nam tedy, mię­dzy ran­nym a poobied­nim nabo­żeń­stwem, te same gło­dowe por­cyjki chleba z mię­sem.

Po skoń­czo­nym poobied­nim nabo­żeń­stwie wra­ca­ły­śmy odsło­niętą pagór­ko­watą drogą. Ostry wiatr zimowy, cią­gnący od śnież­nych szczy­tów pół­nocy, nie­omal zdzie­rał nam skórę z twa­rzy.

Przy­po­mi­nam sobie pannę Tem­ple idącą lekko i szybko wzdłuż naszych chwie­ją­cych się sze­re­gów, w płasz­czu w kratkę, któ­rym mroźny wiatr trze­po­tał; ścią­gała go cia­sno dokoła sie­bie i szła, doda­jąc nam odwagi, sło­wem i przy­kła­dem zachę­ca­jąc, byśmy nie upa­dały na duchu i masze­ro­wały naprzód „jak dzielni żoł­nie­rze”. Inne nauczy­cielki same bywały tak stra­pione, bie­daczki, że nie pró­bo­wały nawet nas pocie­szać.

Jakże tęsk­ni­ły­śmy po powro­cie do świa­tła i cie­pła bucha­ją­cego na kominku ognia! Ale dla małych dziew­czy­nek i to bywało nie­do­stępne: każdy komi­nek w pokoju szkol­nym ota­czał natych­miast podwójny rząd dużych dziew­czyn, a za nimi przy­sia­dały na ziemi gro­mad­kami małe, otu­la­jąc far­tu­chami zzięb­nięte ramiona.

Małą pocie­chę mia­ły­śmy pod­czas pod­wie­czorku; dawano nam podwójną por­cję chleba – całą zamiast pół kromki – z wybor­nym dodat­kiem cie­niut­kiej war­stwy masła; była to uczta, na którą cie­szy­ły­śmy się naprzód od nie­dzieli do nie­dzieli. Mnie zazwy­czaj uda­wało się zatrzy­mać dla sie­bie połowę tego przy­smaku, ale resztę musia­łam zawsze odda­wać.

Wie­czór nie­dzielny scho­dził na powta­rza­niu z pamięci kate­chi­zmu, pią­tego, szó­stego i siód­mego Roz­dział u św. Mate­usza, i na słu­cha­niu dłu­giego kaza­nia, czy­ta­nego przez pannę Mil­ler, któ­rej nie­po­ha­mo­wane zie­wa­nie świad­czyło o jej wiel­kim zmę­cze­niu. Czę­sto zamie­sza­nie pod­czas tego nabo­żeń­stwa spra­wiały małe dziew­czynki z dwu naj­niż­szych klas, które zmo­rzone snem spa­dały po kilka naraz z ławek na pod­łogę, skąd pod­no­szono je na wpół żywe. Zara­dzało się temu, prze­no­sząc je na śro­dek sali, zmu­sza­jąc, by stały aż do końca kaza­nia. Zda­rzało się, że nie dopi­sy­wały im nóżki i że prze­wra­cały się jedne na dru­gie; wten­czas pod­pie­rano je wyso­kimi krze­słami dyżur­nych.

Nie wspo­mnia­łam jesz­cze o wizy­ta­cjach pana Broc­kle­hur­sta. Pana tego istot­nie nie było w domu przez więk­szą część pierw­szego mie­siąca po moim przy­by­ciu; może prze­dłu­żył pobyt u przy­ja­ciela swego, archi­dia­kona; nie­obec­ność jego była ulgą dla mnie. Nie potrze­buję mówić, że mia­łam powód oba­wiać się jego przy­by­cia – przy­był jed­nakże.

Pew­nego popo­łu­dnia (byłam wtedy od trzech tygo­dni w Lowood), gdy z tabliczką w ręku sie­dzia­łam, zasta­na­wia­jąc się nad jakimś dzie­le­niem dłu­giej cyfry, ujrza­łam, pod­nió­sł­szy przy­pad­kiem oczy do okna, prze­cho­dzącą wła­śnie postać. Pra­wie instynk­tow­nie pozna­łam tę chudą figurę; a gdy w dwie minuty póź­niej cała szkoła, nie wyłą­cza­jąc nauczy­cie­lek, powstała en masse, nie potrze­bo­wa­łam patrzeć, żeby się prze­ko­nać, czyje wej­ście w ten spo­sób witano. Dłu­gie kroki prze­mie­rzyły pokój szkolny i nie­ba­wem obok panny Tem­ple, która sama także się była pod­nio­sła, sta­nęła ta sama czarna kolumna, która z tak zło­wróżb­nym mar­sem patrzyła na mnie przed komin­kiem w Gate­shead. Spoj­rza­łam teraz spod oka na ten twór archi­tek­tury. Tak, mia­łam słusz­ność: to był pan Broc­kle­hurst, w sur­du­cie, zapięty na wszyst­kie guziki, jak gdyby jesz­cze dłuż­szy, węż­szy i sztyw­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek.

 

Mia­łam powody, żeby odczuć na jego widok przy­kre zanie­po­ko­je­nie; aż nazbyt dobrze pamię­ta­łam prze­wrotne obja­śnie­nia, jakimi pani Reed opi­sy­wała mój cha­rak­ter, oraz obiet­nicę daną przez pana Broc­kle­hur­sta, że powia­domi pannę Tem­ple i nauczy­cielki o moich wadach i złych skłon­no­ściach. Przez cały czas drża­łam przed speł­nie­niem tej obiet­nicy, codzien­nie wyglą­da­łam „tego, który przyj­dzie…” i opo­wie o mojej prze­szło­ści i roz­mo­wie ze mną i odtąd napięt­nuje mnie na zawsze jako złe dziecko. A oto teraz zja­wił się.

Stał obok panny Tem­ple; mówił jej do ucha; nie wąt­pi­łam, że odsła­nia przed nią moje nie­go­dzi­wo­ści, i z bole­snym lękiem śle­dzi­łam jej oczy, spo­dzie­wa­jąc się, że lada chwila ciemne ich źre­nice cisną na mnie spoj­rze­nie pełne wstrętu i pogardy. Nasłu­chi­wa­łam także, a ponie­waż przy­pad­kiem sie­dzia­łam nie­zbyt daleko, pochwy­ci­łam więk­szość tego, co mówił; treść jego słów uspo­ko­iła na razie mój lęk.

– Przy­pusz­czam, że nici, które kupi­łem w Low­ton, będą dobre; zauwa­ży­łem, że to odpo­wiedni gatu­nek do per­ka­lo­wych koszul, i dobra­łem także odpo­wiednie igły. Niech pani powie pan­nie Smith, że zapo­mnia­łem zapi­sać sobie igły do cero­wa­nia, ale przy­ślę jej kilka paczek w przy­szłym tygo­dniu; i żeby ni­gdy, pod żad­nym pozo­rem, nie dawała uczen­ni­com wię­cej niż po jed­nej na raz; jeżeli dostają wię­cej, stają się nie­dbałe i gubią igły. I chciał­bym, żeby weł­nia­nych poń­czoch lepiej pil­no­wano…! Będąc tu ostat­nim razem, zasze­dłem do warzyw­nego ogrodu i przej­rza­łem bie­li­znę suszącą się na sznu­rach; była tam moc czar­nych poń­czoch w bar­dzo złym sta­nie; sądząc po wiel­ko­ści dziur, nie były one dobrze napra­wione zawczasu.

Zamilkł.

– Zasto­su­jemy się do pań­skich wska­zó­wek – odpo­wie­działa panna Tem­ple.

– Dalej, pro­szę pani, mówiła mi praczka, że nie­które dziew­częta dosta­wały po dwa czy­ste koł­nie­rzyki na tydzień; to za wiele; reguła ogra­ni­cza się do jed­nego.

– Zdaje mi się, że mogę wytłu­ma­czyć tę oko­licz­ność, pro­szę pana. Agnieszka i Kata­rzyna John­stone były zapro­szone na her­batę w czwar­tek do zna­jo­mych w Low­ton, pozwo­li­łam im więc przy tej spo­sob­no­ści wło­żyć czy­ste koł­nie­rzyki.

Pan Broc­kle­hurst kiw­nął głową.

– Ach, tak… no, ale pro­szę, niech się taka spo­sob­ność zbyt czę­sto nie powta­rza. I jesz­cze jedna rzecz mnie zadzi­wiła; zna­la­złem, robiąc rachunki z gospo­dy­nią, że dru­gie śnia­da­nie, skła­da­jące się z chleba i sera, zostało dwa razy podane dziew­czę­tom w ciągu minio­nych dwóch tygo­dni. Jakże to? Przej­rza­łem regu­la­min i nie zna­la­złem tam żad­nej wzmianki o dru­gich śnia­da­niach. Kto wpro­wa­dził tę nowość i jakim pra­wem?

– To ja muszę być odpo­wie­dzialna za ten wyjąt­kowy przy­pa­dek – odpo­wie­działa panna Tem­ple. – Śnia­da­nie tak było źle ugo­to­wane, że uczen­nice po pro­stu nie mogły go jeść, a ja nie śmia­łam zosta­wić ich o gło­dzie aż do obiadu.

– Niech pani pozwoli. Wia­domo pani, że zamia­rem moim w wycho­wa­niu tych dziew­cząt nie jest przy­zwy­cza­ja­nie ich do zbyt­ków i doga­dza­nia sobie, chcę z nich uczy­nić zahar­to­wane, cier­pliwe, pełne zapar­cia sie­bie istoty. O ile by przy­pad­kowo ape­tyt ich doznał zawodu na sku­tek nie­do­go­to­wa­nej albo prze­go­to­wa­nej potrawy, nie powinno się dawać w zastęp­stwie cze­goś deli­kat­niej­szego, co by spra­wiało przy­jem­ność pod­nie­bie­niu. Byłoby to doga­dza­niem ciału i pacze­niem zadań tej insty­tu­cji; prze­ciw­nie, powinno się zda­rze­nie takie wyzy­skać ku ducho­wemu zbu­do­wa­niu uczen­nic, ku zachę­cie, by oka­zały męstwo wobec chwi­lo­wego braku. Krótka prze­mowa w takich wypad­kach byłaby na miej­scu; prze­mowa, w któ­rej mądra nauczy­cielka, korzy­sta­jąc ze spo­sob­no­ści, wspo­mnia­łaby o cier­pie­niach pierw­szych chrze­ści­jan, o tor­tu­rach męczen­ni­ków, o napo­mnie­niach samego Pana naszego, który pole­cał uczniom wziąć swój krzyż i iść za Nim; o Jego naukach, że czło­wiek nie samym chle­bem żyć winien, ale sło­wem Bożym; o Jego boskich pocie­sze­niach, że kto głód cierpi i pra­gnie­nie dla Niego, szczę­śliwy jest. O pani, jeżeli pani kła­dzie tym dzie­ciom do ust chleb z serem zamiast przy­pa­lo­nej kaszy, karmi pani, zaiste, ich nędzne ciała, lecz nie myśli, że gło­dem morzy ich nie­śmier­telne dusze!

Pan Broc­kle­hurst znowu prze­rwał – może pod wpły­wem nawału uczuć. Panna Tem­ple patrzyła w zie­mię, gdy zaczął do niej mówić; teraz jed­nak patrzyła pro­sto przed sie­bie, a twarz jej, z natury mar­mu­ro­wej bla­do­ści, zda­wała się przy­bie­rać także chłód i twar­dość mar­muru; zwłasz­cza sil­nie zacięte usta i czoło przy­brały stop­niowo wyraz ska­mie­nia­łej suro­wo­ści.

Pan Broc­kle­hurst tym­cza­sem, z zało­żo­nymi w tył rękami, sto­jąc przed komin­kiem, maje­sta­tycz­nie roz­glą­dał się po całej szkole. Nagle mru­gnął powie­kami, jak gdyby napo­tkał coś, co albo go olśniło, albo raziło jego źre­nice; odwró­ciw­szy się, prze­mó­wił szyb­ciej niż dotych­czas:

– Panno Tem­ple, panno Tem­ple, co… co to za dziew­czyna, ta, która ma krę­cące się włosy? Rude włosy, pani, w lokach na całej gło­wie? – i wycią­gnąw­szy laskę wska­zał ten okropny przed­miot, a ręka trzę­sła mu się, gdy to uczy­nił.

– To Julia Severn – odpo­wie­działa panna Tem­ple bar­dzo spo­koj­nie.

– Julia Severn! A dla­czego ona albo któ­ra­kol­wiek inna ma loki? Dla­czego wbrew wszel­kim prze­pi­som i zasa­dom tego domu tak się otwar­cie sto­suje do świa­to­wej mody – tu, w zakła­dzie dobro­czyn­nym, pro­wa­dzo­nym na zasa­dach Ewan­ge­lii – że śmie nosić włosy całe w lokach?

– Włosy Julii kręcą się z natury – odpo­wie­działa panna Tem­ple jesz­cze spo­koj­niej.

– Z natury! Tak, ale my się nie mamy sto­so­wać do natury; ja pra­gnę, by te dzieci były dziećmi łaski; a na cóż taka obfi­tość wło­sów? Mówi­łem tyle razy, że pra­gnę, ażeby włosy cze­sano gładko, pro­sto. Panno Tem­ple, włosy tej dziew­czyny trzeba zupeł­nie obciąć; przy­ślę jutro goli­brodę; ta wysoka dziew­czyna, niech jej się pani każe odwró­cić. Niech pani powie całej naj­star­szej kla­sie, że mają wstać i odwró­cić się twa­rzami do ściany.

Panna Tem­ple prze­su­nęła chu­s­teczką po ustach, jak gdyby ście­ra­jąc uśmiech, który na nich mimo woli zago­ścił; wydała jed­nakże roz­kaz, a pierw­sza klasa, skoro tylko zro­zu­miała, czego chcą od niej, usłu­chała. Prze­chy­la­jąc się tro­chę w tył na mojej ławce, mogłam widzieć spoj­rze­nia i miny, jakimi reago­wały na ten manewr; szkoda, że pan Broc­kle­hurst nie mógł ich widzieć; byłby się może prze­ko­nał, że cokol­wiek czyni z zewnętrzną powłoką tych istot, ich wnę­trze jest mu bar­dziej nie­do­stępne, niż sobie wyobra­żał.

Przy­glą­dał się odwrot­nej stro­nie tych żyją­cych medali przez jakieś pięć minut, wresz­cie wydał wyrok. Nastę­pu­jące słowa padły jak grom potę­pie­nia:

– Wszyst­kie te koki na czubku głowy muszą być obcięte. Panna Tem­ple wyglą­dała, jakby chciała zapro­te­sto­wać.

– Ja – mówił dalej – służę Panu, któ­rego kró­le­stwo nie jest z tego świata; moim posłan­nic­twem jest umar­twić w tych dziew­czy­nach popędy cie­le­sne; uczyć je ubie­rać się wsty­dli­wie i pro­sto, a nie cho­dzić z uło­żo­nymi wło­sami i w kosz­tow­nych sza­tach. Każda z tych mło­dych osób przed nami ma włosy zaple­cione w war­ko­cze, które tylko próż­ność uwić mogła; te, powta­rzam, należy obciąć; niech pani pomy­śli, ile czasu stra­co­nego, ile…