Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ponie­waż to wszystko niczym było dla mnie, zwró­ci­łam uwagę na coś cie­kaw­szego, na małą, głodną raszkę, która nad­le­ciała i ćwier­kała na gałę­ziach bez­list­nej cze­re­śni, przy­wią­za­nej do muru pod oknem. Reszta mojego śnia­da­nia, skła­da­ją­cego się z bułki i mleka, stała na stole; roz­kru­szyw­szy kawa­łek bułki, sta­ra­łam się wła­śnie otwo­rzyć okno, ażeby wysy­pać okru­szyny, gdy Bes­sie wpa­dła pędem do dzie­cin­nego pokoju.

– Panno Jane, pro­szę zdjąć far­tu­szek; co tam panienka robi? Czy panienka umyła dziś rano twarz i ręce?

Szarp­nę­łam oknem raz jesz­cze, zanim odpo­wie­dzia­łam, gdyż chcia­łam, żeby pta­szek dostał poży­wie­nie; okno puściło, a ja wysy­pa­łam okru­szyny, tro­chę na kamienny para­pet, a tro­chę na gałę­zie cze­re­śni, po czym, zamy­ka­jąc okno, odpo­wie­dzia­łam:

– Nie, Bes­sie, ja dopiero w tej chwili skoń­czy­łam ście­rać kurze.

– Nie­zno­śne, nie­dbałe dziecko! A cóż to panienka robi tam teraz? Cała czer­wona, z pew­no­ścią jakaś psota była w robo­cie; po co było otwie­rać okno?

Nie potrze­bo­wa­łam się silić na odpo­wiedź, gdyż Bes­sie widocz­nie za bar­dzo się spie­szyła, by cze­kać na wyja­śnie­nia; pocią­gnęła mnie do umy­walni, nie­mi­ło­sier­nie, choć na szczę­ście prędko, wyszo­ro­wała mi twarz i ręce wodą i mydłem, wytarła gru­bym ręcz­ni­kiem, wyszczot­ko­wała głowę ostrą szczotką, zdjęła ze mnie far­tu­szek i wypro­wa­dziw­szy mnie szybko na schody, kazała natych­miast zejść na dół i sta­wić się w salo­niku.

Mia­łam ochotę zapy­tać, kto się ze mną chce widzieć; mia­łam ochotę zapy­tać, czy tam jest pani Reed, ale Bes­sie już ode­szła i zamknęła za sobą drzwi dzie­cin­nego pokoju. Z wolna scho­dzi­łam ze scho­dów. Od trzech mie­sięcy pra­wie nie byłam ni­gdy wzy­wana przed obli­cze pani Reed; dla mnie, ska­za­nej tak długo na pokój dzie­cinny, jadal­nia oraz salon stały się jakąś straszną strefą, do któ­rej bałam się wkra­czać.

Sta­łam teraz w pustym hallu, przede mną były drzwi salo­niku, a ja zatrzy­ma­łam się, onie­śmie­lona i drżąca. Co za bied­nego, małego tchó­rza uczy­nił ze mnie w owych cza­sach strach, zro­dzony z nie­spra­wie­dli­wej kary! Lęka­łam się wra­cać do dzie­cin­nego pokoju, lęka­łam się iść naprzód i wejść do salo­niku; z dzie­sięć minut tak sta­łam, waha­jąc się, wzru­szona; gwał­towne dzwo­nie­nie z salo­niku zde­cy­do­wało: muszę wejść.

„Kto może chcieć się ze mną widzieć? – pyta­łam sie­bie w duszy, gdy obu­rącz naci­ska­łam klamkę, która opie­rała mi się przez chwilę. – Kogo zoba­czę w pokoju oprócz wujenki? Męż­czy­znę czy kobietę?” Klamka ustą­piła, drzwi się otwo­rzyły, a ja wszedł­szy i dygnąw­szy nisko, pod­nio­słam oczy i ujrza­łam – czarny słup! Taką przy­naj­mniej wydała mi się na pierw­szy rzut oka sztywna, wąska, czarno ubrana, wypro­sto­wana postać sto­jąca na dywa­nie; surowa twarz wyglą­dała jak rzeź­biona maska umiesz­czona na szczy­cie kolumny zamiast gło­wicy.

Pani Reed sie­działa na zwy­kłym miej­scu przy kominku; ski­nęła na mnie, bym się przy­bli­żyła; posłu­cha­łam, a ona przed­sta­wiła mnie gościowi w tych sło­wach:

– Oto dziew­czynka, w któ­rej spra­wie zwra­ca­łam się do pana. On – gdyż to był męż­czy­zna – obró­cił z wolna głowę ku mnie, a przy­pa­trzyw­szy mi się badaw­czymi, siwymi oczami mru­ga­ją­cymi pod krza­cza­stymi brwiami, orzekł uro­czy­stym basem:

– Jest małego wzro­stu. W jakim jest wieku?

– Dzie­sięć lat.

– Aż tyle? – odpo­wie­dział tonem powąt­pie­wa­nia, po czym w dal­szym ciągu przez parę minut przy­glą­dał mi się badaw­czo.

– Jak się nazy­wasz, dziew­czynko? – zwró­cił się w końcu do mnie.

– Jane Eyre, pro­szę pana.

Wyma­wia­jąc te słowa, pod­nio­słam na niego oczy. Ten pan wydał mi się wysoki, ale to prawda, że ja byłam bar­dzo mała. Rysy miał grube i wszystko w nim było surowe, wymu­szone.

– No, powiedz mi, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dziec­kiem?

Nie­po­dobna mi było odpo­wie­dzieć na to twier­dząco: moje oto­cze­nie było prze­ciw­nego zda­nia; mil­cza­łam. Pani Reed odpo­wie­działa za mnie wymow­nym potrzą­śnię­ciem głowy, doda­jąc:

– Może lepiej o tym nie mówić, panie Broc­kle­hurst.

– Przy­kro mi, doprawdy, że to sły­szę! Muszę z nią tro­chę poga­dać! – Tu łamiąc swą pro­sto­pa­dłą linię, zain­sta­lo­wał się w fotelu naprze­ciw pani Reed. – Pójdź tutaj – rzekł.

Prze­szłam przez dywan; posta­wił mnie tuż przed sobą. Jakąż on miał twarz, gdy zoba­czy­łam ją pra­wie na jed­nym pozio­mie z moją wła­sną! Co za wielki nos! A jakie usta! I co za ogromne, wysta­jące zęby!

– Nie ma smut­niej­szego widoku nad widok nie­grzecz­nego dziecka – zaczął – zwłasz­cza nie­grzecz­nej dziew­czynki. Czy ty wiesz, dokąd źli ludzie idą po śmierci?

– Idą do pie­kła – odpo­wie­dzia­łam szybko i jak nale­żało.

– A co to jest pie­kło? Czy możesz mi na to odpo­wie­dzieć?

– Pie­kło to otchłań pełna ognia.

– A czy ty byś chciała wpaść do tej otchłani i sma­żyć się tam na wieki?

– Nie, pro­szę pana.

– Co więc win­naś robić, żeby jej unik­nąć?

Zasta­no­wi­łam się przez chwilę; odpo­wiedź moja, gdy się na nią zdo­by­łam, nie spodo­bała się:

– Muszę być zdrowa i nie umie­rać.

– Jak możesz być zdrowa? Dzieci młod­sze od cie­bie umie­rają codzien­nie. Nie dalej jak dwa dni temu pocho­wa­łem małe dziecko pię­cio­let­nie, dobre, grzeczne dziecko, któ­rego duszyczka jest teraz w nie­bie. Lękam się, że nie można by tego powie­dzieć o tobie, gdyby cię Pan Bóg stąd odwo­łał.

Nie mogąc go pod tym wzglę­dem uspo­koić, spu­ści­łam tylko oczy, utkwiw­szy je w dwóch wiel­kich nogach, spo­czy­wa­ją­cych na dywa­nie, i wes­tchnę­łam, pra­gnąc być stąd jak naj­da­lej.

– Spo­dzie­wam się, że to było wes­tchnie­nie z głębi serca i że żału­jesz, iż mar­twi­łaś swą naj­lep­szą dobro­dziejkę.

„Dobro­dziejkę! Dobro­dziejkę! – pomy­śla­łam. – Oni wszy­scy nazy­wają panią Reed moją dobro­dziejką; jeżeli tak, to dobro­dziejka jest czymś bar­dzo nie­przy­jem­nym”.

– Czy odma­wiasz pacierz rano i wie­czór? – dopy­ty­wał się dalej.

– Tak, pro­szę pana.

– Czy­tu­jesz Biblię?

– Cza­sami.

– Z przy­jem­no­ścią? Czy bar­dzo ją lubisz?

– Lubię Obja­wie­nia i księgę o Danielu, i Gene­sis, i księgę Samu­ela, i kawa­łek księgi Exo­dus, i nie­które czę­ści Księgi Kró­lów, i o Hio­bie, i o Jona­szu.

– A psalmy czy ci się podo­bają? Mam nadzieję, że je lubisz.

– Nie, pro­szę pana.

– Nie? O, to źle! Ja mam małego chłop­czyka, młod­szego od cie­bie, który umie na pamięć sześć psal­mów; a gdy go zapy­tać, czy woli dostać do zje­dze­nia orzech osma­żany, czy nauczyć się wier­sza jakie­goś psalmu, odpo­wiada: „O, nauczyć się wier­sza jakie­goś psalmu! Anio­ło­wie śpie­wają psalmy!”, tak on mówi i dodaje: „A ja pra­gnę być anioł­kiem tu na ziemi!” Wtedy dostaje dwa orze­chy w nagrodę, że taki pobożny.

– Psalmy nie są zaj­mu­jące – zauwa­ży­łam.

– To dowo­dzi, że masz złe serce i powin­naś modlić się do Boga, ażeby ci je odmie­nił; ażeby dał ci nowe, czy­ste serce; ażeby ci zabrał serce kamienne, a dał ci serce z żywego ciała.

Już chcia­łam zapy­tać, w jaki to spo­sób mia­łaby się odbyć taka ope­ra­cja zamiany mojego serca, gdy wmie­szała się pani Reed, naka­zu­jąc mi, bym usia­dła. Zaraz też dal­szą roz­mowę wzięła na sie­bie.

– Panie Broc­kle­hurst, zdaje mi się, że w liście pisa­nym do pana przed trzema tygo­dniami wyzna­łam panu, że ta dziew­czynka nie ma cha­rak­teru i uspo­so­bie­nia, jakie bym sobie życzyła w niej widzieć. Jeżeli przyj­mie ją pan do szkoły w Lowood, była­bym rada, gdyby popro­szono nauczy­cielki, by baczne na nią miały oko, a przede wszyst­kim, by strze­gły jej od jej naj­gor­szej wady: skłon­no­ści do kłam­stwa i obłudy. Wspo­mi­nam o tym przy tobie, Jane, żebyś nie pró­bo­wała oszu­ki­wać pana Broc­kle­hursta.

Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz pro­sta, że musia­łam jej nie zno­sić, skoro w jej natu­rze leżała chęć zada­wa­nia mi ran okrut­nych; ni­gdy w jej obec­no­ści nie czu­łam się dobrze; i cho­ciaż sta­ra­łam się być posłuszna i dogo­dzić jej, usi­ło­wa­nia moje zawsze odpy­chała i odpła­cała zda­niami takimi jak powyż­sze. Teraz to oskar­że­nie, wypo­wie­dziane przed czło­wie­kiem obcym, dotknęło mnie do głębi; nie­ja­sno spo­strze­głam, że ona już mi zaczyna odbie­rać nadzieję pokła­daną w nowej fazie ist­nie­nia, na jaką mnie ska­zy­wała, i czu­łam, choć nie była­bym umiała uczu­cia tego wyra­zić, że sieje wstręt i nie­życz­li­wość wzdłuż drogi, jaką w przy­szło­ści iść mia­łam; widzia­łam, jak w oczach pana Broc­kle­hur­sta zamie­niam się w dziecko fał­szywe i szko­dliwe – i cóż mogłam uczy­nić, żeby tej krzyw­dzie zara­dzić? „Nic w isto­cie” – pomy­śla­łam, wal­cząc, by powstrzy­mać łka­nie, i szybko otar­łam kilka łez, bez­silne dowody mojej męki.

– Obłuda to w isto­cie brzydka wada w dziecku – rzekł pan Broc­kle­hurst. – Jest ona pokrewna z fał­szem, a wszy­scy kłamcy dostą­pią kary w jezio­rze pło­ną­cym ogniem i siarką. Będą jej jed­nak pil­no­wać, pani Reed. Pomó­wię z panną Tem­ple i z nauczy­ciel­kami.

– Pra­gnę­ła­bym, żeby Jane została wycho­wana w spo­sób odpo­wiedni do jej wido­ków na przy­szłość – cią­gnęła dalej moja dobro­dziejka – żeby nauczyła się uży­tecz­no­ści i pokory. Co do waka­cji, to jeżeli pan pozwoli, będzie je zawsze spę­dzała w Lowood.

– Życze­nia pani są naj­zu­peł­niej słuszne – odpo­wie­dział pan Broc­kle­hurst. – Pokora to cnota chrze­ści­jań­ska, szcze­gól­nie odpo­wied­nia dla wycho­wa­nek Lowood; toteż wyma­gam, żeby je jak naj­sta­ran­niej w jej duchu wycho­wy­wano. Wystu­dio­wa­łem, w jaki spo­sób można naj­le­piej w nich upo­ko­rzyć uczu­cie świa­to­wej pychy, i nie­dawno temu mia­łem miły dowód, że mi się powio­dło. Młod­sza moja córka poszła z matką zwie­dzić szkołę, a wró­ciw­szy, zawo­łała: „O, drogi papo, jak skrom­nie i nie­ład­nie wszyst­kie te dziew­częta w Lowood wyglą­dają, z wło­sami scze­sa­nymi za uszy, w tych dłu­gich far­tu­chach i z kie­szon­kami na wierz­chu sukien; wyglą­dają pra­wie jak dzieci bied­nych ludzi! A przy tym – dodała – przy­glą­dały się mojej i mami­nej sukni, jak gdyby jedwab­nej sukni ni­gdy dotąd nie widziały!”.

 

– Naj­zu­peł­niej pochwa­lam ten stan rze­czy – odpo­wie­działa pani Reed. – Gdy­bym prze­szu­kała całą Anglię, nie wiem, czy zna­la­zła­bym sys­tem wycho­waw­czy odpo­wied­niej­szy dla takiego dziecka jak Jane Eyre. Kon­se­kwen­cja, mój drogi panie Broc­kle­hurst; obstaję za kon­se­kwen­cją we wszyst­kim.

– Kon­se­kwen­cja, pani, jest pierw­szym obo­wiąz­kiem chrze­ści­jań­skim i prze­strzega się jej pil­nie w Lowood: nie­wy­bredny pokarm, pro­sty ubiór, nie­wy­myślne urzą­dze­nia, surowe prze­pisy, taki jest porzą­dek dnia dla miesz­ka­nek zakładu.

– Bar­dzo słusz­nie, łaskawy panie. Czy mogę zatem liczyć na to, że to dziecko będzie przy­jęte do szkoły w Lowood i tam cho­wane odpo­wied­nio do swego sta­no­wi­ska i przy­szłych wido­ków?

– Tak, pani; będzie przy­jęta do tej hodowli dobo­ro­wych roślin i ufam, że okaże się wdzięczna za ten nie­oce­niony przy­wi­lej, któ­rego dostą­piła.

– Poślę ją zatem moż­li­wie naj­prę­dzej, panie Broc­kle­hurst, gdyż zapew­niam pana, iż pilno mi uwol­nić się od odpo­wie­dzial­no­ści, która zaczęła się sta­wać już nazbyt dokucz­liwa.

– Nie­wąt­pli­wie, nie­wąt­pli­wie, łaskawa pani; a teraz się poże­gnam. Powrócę do Broc­kle­hurst Hall w ciągu tygo­dnia lub dwóch; mój dobry przy­ja­ciel, archi­dia­kon, prę­dzej mnie nie wypu­ści. Napi­szę do panny Tem­ple, że ma ocze­ki­wać nowej dziew­czynki, tak że nie będzie trud­no­ści z jej przy­ję­ciem. Do widze­nia!

– Do widze­nia, panie Broc­kle­hurst; pro­szę mnie przy­po­mnieć pamięci pani Broc­kle­hurst, jej córek i synów.

– Nie omiesz­kam, łaskawa pani. Dziew­czynko, oto masz książkę zaty­tu­ło­waną Prze­wod­nik dziecka; czy­taj ją i módl się, czy­taj zwłasz­cza Opo­wia­da­nie o okrop­nej nagłej śmierci Marty G., nie­do­brego dziecka grze­szą­cego fał­szem i kłam­stwem.

To mówiąc, pan Broc­kle­hurst wsu­nął mi w rękę cienką bro­szurkę, wszytą w okładkę, i zadzwo­niw­szy, by pod­sta­wiono powóz, odje­chał.

Pani Reed i ja zosta­ły­śmy same, kilka minut upły­nęło w mil­cze­niu; ona szyła, ja się jej przy­pa­try­wa­łam. Pani Reed mogła mieć wtedy ze trzy­dzie­ści sześć lub sie­dem lat; była to kobieta mocno zbu­do­wana, sze­roka w ramio­nach, o sil­nych rękach i nogach, i cho­ciaż tęga, nie tłu­sta; twarz jej była nieco sze­roka, gdyż dolną szczękę miała sil­nie roz­wi­niętą, mocną; niskie miała czoło, dużą i wysta­jącą brodę, usta i nos dosyć regu­larne, pod jasnymi brwiami błysz­czały oczy pozba­wione łagod­no­ści; cerę miała ciemną i matową, włosy pra­wie lnia­nego koloru; orga­nizm jej był zdrowy, nie wie­działa, co to cho­roba; była to dokładna, mądra gospo­dyni; domow­ni­ków i dzier­żaw­ców trzy­mała krótko, dzieci tylko opie­rały się nie­kiedy jej wła­dzy i śmiały się z niej pogar­dli­wie; dobrze się ubie­rała i nosiła się tak, aby uwy­dat­nić piękne stroje.

Sie­dząc na niskim sto­łeczku o parę kro­ków od jej fotela, przy­glą­da­łam się jej postaci, bada­łam jej twarz. W ręce trzy­ma­łam roz­prawkę zawie­ra­jącą opo­wieść o nagłej śmierci kłam­czyni, na którą zwró­cono mi przed chwilą uwagę jako na odpo­wied­nią prze­strogę. Wszystko, co zaszło przed chwilą, co pani Reed powie­działa o mnie panu Broc­kle­hur­stowi, cała treść ich roz­mowy – wszystko to było żywe, świeże, bole­sne; odczu­łam każdy wyraz rów­nie dotkli­wie, jak wyraź­nie go usły­sza­łam, i jakaś gwał­towna nie­chęć wrzała teraz we mnie.

Pani Reed pod­nio­sła wzrok znad roboty, oczy jej zatrzy­mały się na moich oczach, a rów­no­cze­śnie palce zaprze­stały zręcz­nych ruchów.

– Wyjdź stąd, wra­caj do dzie­cin­nego pokoju – roz­ka­zała. Moje spoj­rze­nie lub wyraz twa­rzy musiały jej się wydać obraź­liwe, gdyż mówiła z nie­zwy­kłym, cho­ciaż hamo­wa­nym roz­draż­nie­niem. Wsta­łam, poszłam ku drzwiom i znowu wró­ci­łam; pode­szłam do okna, prze­szłam przez pokój i sta­nę­łam przed nią, tuż bli­sko.

Czu­łam, że muszę mówić: zdep­tano mnie bole­śnie, muszę wziąć odwet, ale jak? Gdzież mia­łam siły, by się zemścić na mojej nie­przy­ja­ciółce? Zebra­łam całą ener­gię i wyrzu­ci­łam z sie­bie te szczere a zuchwałe słowa:

– Nie jestem obłudna; gdy­bym nią była, powie­dzia­ła­bym, że panią kocham, a ja oświad­czam, że nie kocham pani; nie zno­szę pani tak jak nikogo na świe­cie z wyjąt­kiem Johna Reeda; a tę ksią­żeczkę o kłam­czyni może pani dać swo­jej córce Geo­r­gia­nie, gdyż to ona kła­mie, a nie ja.

Ręce pani Reed wciąż jesz­cze bez­czyn­nie leżały na robótce, a lodo­waty wzrok prze­wier­cał mnie na wskroś.

– Co wię­cej masz mi do powie­dze­nia? – zapy­tała takim tonem, jakim ktoś mógłby raczej prze­ma­wiać do doro­słego prze­ciw­nika, niż jakim się zwy­kle prze­ma­wia do dziecka.

Te jej oczy, ten głos obu­dziły całą anty­pa­tię, jaką ku niej czu­łam. Trzę­sąc się od stóp do głów, cała drżąca sza­lo­nym wzbu­rze­niem, mówi­łam dalej:

– Cie­szę się, że pani nie jest moją krewną; dopóki żyję, już ni­gdy pani nie nazwę wujenką; ni­gdy pani nie odwie­dzę, gdy doro­snę; a gdy mnie kto zapyta, czy panią lubię i czy pani była dla mnie dobra, powiem, że sama myśl o pani wywo­łuje we mnie mdło­ści i że obcho­dziła się pani ze mną nie­li­to­ści­wie i okrut­nie.

– Jak śmiesz to twier­dzić, Jane?

– Jak śmiem? Jak śmiem? Ponie­waż to jest prawda. Pani myśli, że ja nie mam uczuć i że mogę się obejść bez odro­biny miło­ści albo dobroci; ale ja tak żyć nie mogę, a pani nie ma lito­ści. Do końca życia będę pamię­tała, jak mnie pani wepchnęła szorstko i gwał­tow­nie – z powro­tem… do czer­wo­nego pokoju i zamknęła tam, cho­ciaż byłam w takim stra­chu, cho­ciaż woła­łam, dusząc się od męki: „Miej litość! Miej litość, wujenko!”. A uka­rała mnie pani w ten spo­sób, ponie­waż jej nie­go­dziwy chło­pak zbił mnie, ude­rzył za nic, tak że upa­dłam. Każ­demu, kto mnie zapyta, opo­wiem to dokład­nie. Ludzie myślą, że pani jest dobrą kobietą, ale pani jest zła, twarde ma pani serce. To pani jest obłudna!

Zanim dokoń­czy­łam tej prze­mowy, dusza we mnie zaczęła rosnąć, rado­wać się naj­dziw­niej­szym poczu­ciem wol­no­ści i nie­zna­nego dotąd triumfu. Wyda­wało mi się, że pękły jakieś nie­wi­dzialne więzy i nie­spo­dzie­wa­nie wydo­staję się na wol­ność. I nie bez powodu odno­si­łam to wra­że­nie: pani Reed zda­wała się wystra­szona; robótka zsu­nęła jej się z kolan, pod­nio­sła ręce, koły­sząc się tam i z powro­tem i nawet wykrzy­wia­jąc twarz, jak gdyby się jej na płacz zbie­rało.

– Mylisz się, Jane. Co się z tobą dzieje? Czemu tak drżysz gwał­tow­nie? Nie chcia­ła­byś się napić tro­chę wody?

– Nie, dzię­kuję pani.

– Może czego innego życzysz sobie, Jane? Zapew­niam cię, że ci dobrze życzę.

– Nie, pani. Powie­działa pani panu Broc­kle­hur­stowi, że ja mam nie­do­bry cha­rak­ter, że mam kłam­liwe uspo­so­bie­nie; a ja opo­wiem wszyst­kim w Lowood, jaka pani jest i co pani zro­biła.

– Ty tego nie rozu­miesz, Jane: dzieci muszą być uka­rane, jeżeli zawi­nią.

– Ja ni­gdy nie zawi­ni­łam kłam­stwem! – zawo­ła­łam dzi­kim, pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Ale jesteś zło­śnicą, to musisz przy­znać; a teraz wra­caj do dzie­cin­nego pokoju… no, moja kochana… i połóż się tro­chę.

– Niech pani do mnie nie mówi „kochana”, bo to nie­prawda! Ja nie mogę się poło­żyć; niech mnie pani jak naj­prę­dzej pośle do szkoły, bo życie tutaj jest dla mnie nie­zno­śne.

– Rze­czy­wi­ście wyślę ją jak naj­prę­dzej do szkoły – szep­nęła pani Reed i zabraw­szy robótkę, wyszła nagle z pokoju.

Zosta­łam sama – zwy­cię­ska na polu bitwy. Pierw­sza to była moja walka i pierw­sze zwy­cię­stwo. Sta­łam przez chwilę na dywa­nie, w miej­scu gdzie przed­tem stał pan Broc­kle­hurst, i cie­szy­łam się samot­no­ścią zdo­bywcy. Zrazu uśmie­cha­łam się do sie­bie i czu­łam się pod­nie­siona na duchu; ale dzika radość przy­ga­sła we mnie rów­nie prędko, jak uspo­ko­iło się przy­spie­szone bicie mego tętna. Dziecko nie może wojo­wać ze star­szymi, tak jak ja to uczy­ni­łam; nie może pusz­czać wodzy uczu­ciom wście­kło­ści, nie odczu­wa­jąc zaraz potem drę­czą­cego wyrzutu sumie­nia i chłodu reak­cji. Wybuch jaskra­wego, żywego, gorą­cego, pochła­nia­ją­cego pło­mie­nia byłby obra­zem stanu mej duszy w chwili, gdy oskar­ża­łam panią Reed i gro­zi­łam jej; czarna, wypa­lona pustka z chwilą, gdy pło­mie­nie zaga­sły, byłaby obra­zem mego stanu, gdy pół­go­dzinna cisza i zasta­no­wie­nie wyka­zały mi sza­leń­stwo mojego postępku i okrop­ność sta­no­wi­ska nie­na­wi­dzo­nej i nie­na­wi­dzą­cej.

Zemsty zakosz­to­wa­łam po raz pierw­szy; wyda­wała mi się winem aro­ma­tycz­nym i krze­pią­cym, lecz jej zimny i gry­zący posmak budził we mnie uczu­cie, jak­bym była otruta. Chęt­nie była­bym teraz poszła i prze­pro­siła panią Reed. Wie­dzia­łam jed­nak, po czę­ści z doświad­cze­nia, a po czę­ści instynk­tow­nie, że ode­pchnę­łaby mnie z podwójną pogardą, tym samym pod­nie­ca­jąc tylko na nowo w mej duszy nie­spo­kojne popędy.

Pra­gnę­łam czym innym zająć wzbu­rzone myśli, zna­leźć pokarm dla uczuć mniej wro­gich niż uczu­cia posęp­nego obu­rze­nia. Wzię­łam do ręki książkę – były to bajki arab­skie; sia­dłam i spró­bo­wa­łam czy­tać. Nie mogłam jed­nak doczy­tać się sensu; moje wła­sne myśli sta­wały pomię­dzy mną a stro­ni­cami, w któ­rych zawsze znaj­do­wa­łam tyle uroku. Otwo­rzy­łam szklane drzwi od ogrodu; cisza tam pano­wała zupełna; mróz bez słońca i bez powiewu ogar­niał cały ogród. Okry­łam głowę i ramiona spód­nicą i wyszłam przejść się po zupeł­nie ustron­nej czę­ści parku. Nie zna­la­złam jed­nakże przy­jem­no­ści w widoku drzew mil­czą­cych, spa­da­ją­cych szy­szek świer­ko­wych, zmar­z­nię­tych resz­tek jesieni, rdza­wych liści, teraz zmie­cio­nych wia­trami na kupki i zesztyw­nia­łych. Opar­łam się o bramę i wyj­rza­łam na puste pole, gdzie nie było pasą­cych się owiec na krót­kiej teraz, zwa­rzo­nej i zbie­la­łej tra­wie. Szary to był dzień; nie­przej­rzy­ste niebo zapo­wia­da­jące śnieg zwi­sało ciemną oponą nad zie­mią; spły­wały stam­tąd od czasu do czasu śnieżne płatki i osia­dały, nie top­nie­jąc na twar­dej ścieżce i oszro­nio­nej tra­wie. Sta­łam tak, nie­szczę­śliwe dziecko, szep­cząc do sie­bie: „Co ja pocznę? Co ja pocznę?”.

Wtem usły­sza­łam woła­jący mnie jasny głos:

– Panno Jane! Gdzie panienka jest? Pro­szę na lunch. Wie­dzia­łam, że to Bes­sie, ale nie ruszy­łam się; jej lek­kie kroki bie­gły wzdłuż ścieżki.

– Co za nie­grzeczna osóbka! – powie­działa. – Dla­czego to panienka nie przy­cho­dzi, kiedy ją wołają?

Obec­ność Bes­sie w porów­na­niu z myślami, które mnie gnę­biły, wydała mi się rado­sna, pomimo że Bes­sie jak zwy­kle była tro­chę w złym humo­rze. Prawdę mówiąc, po star­ciu z panią Reed i po moim zwy­cię­stwie nie dba­łam wielce o przej­ściowy gniew bony, a za to mia­łam ochotę sko­rzy­stać z jej mło­dzień­czej nie­fra­so­bli­wo­ści. Toteż po pro­stu zarzu­ci­łam jej obie ręce na szyję i powie­dzia­łam:

– No, Bes­sie, nie gnie­wać się, nie besz­tać!

Szczer­szy to był i śmiel­szy odruch z mej strony niż jaki­kol­wiek dotych­czas; jakoś jej się to spodo­bało.

– Dziwne z panienki dziecko, panno Jane – rze­kła, patrząc na mnie – takie małe, samotne, zamknięte w sobie stwo­rze­nie. Ma panienka pójść do szkoły, zdaje mi się.

Ski­nę­łam głową.

– I nie żal będzie panience opu­ścić biedną Bes­sie?

– Co sobie Bes­sie robi ze mnie? Zawsze tylko bur­czy na mnie.

– Bo z panienki takie dziwne, wystra­szone, nie­śmiałe stwo­rzonko. Trzeba być śmiel­szą.

– Co? Żeby obe­rwać wię­cej sztur­chań­ców?

– Głup­stwo! Ale ponie­wie­rają tu panienką tro­chę, to pewna. Matka moja, gdy mnie tu w prze­szłym tygo­dniu odwie­dziła, powie­działa, że nie chcia­łaby, ażeby które z jej dzieci było na miej­scu panienki. No, a teraz pój­dziemy do domu, mam dobre wia­do­mo­ści dla panienki.

– Nie chce mi się wie­rzyć, Bes­sie!

– Dziecko! Co ty przez to rozu­miesz? Jakimi smut­nymi oczami patrzysz na mnie! No więc: pani, panienki i panicz wyjeż­dżają dziś po połu­dniu na her­batę, a panienka będzie piła her­batę ze mną. Popro­szę kucharkę, żeby upie­kła panience cia­ste­czek, a potem pomoże mi panienka przej­rzeć swoje szu­flady, gdyż mam zapa­ko­wać walizkę panienki. Pani chce, żeby panienka wyje­chała z Gate­shead za jaki dzień albo dwa, i ma panienka wybrać sobie mię­dzy zabaw­kami te, które mia­łaby ochotę zabrać z sobą.

 

– Bes­sie, musisz mi przy­rzec, że już aż do mojego wyjazdu nie będziesz się na mnie gnie­wała.

– Dobrze, ale pro­szę pamię­tać, żeby panienka była bar­dzo grzeczną dziew­czynką i nie bała się mnie. Pro­szę nie ska­kać, gdy­bym przy­pad­kiem coś ostrzej powie­działa, to tak drażni.

– Myślę, że już się cie­bie nie będę wię­cej bała, Bes­sie, gdyż przy­zwy­cza­iłam się do cie­bie, a wkrótce będę wśród innych ludzi, któ­rych się będę bała.

– Jak będziesz się ich bała, nie będą cię lubili.

– Tak jak ty, Bes­sie?

– Nie mogę powie­dzieć, że nie lubię panienki; zdaje mi się, że ja panienkę wię­cej lubię niż wszyst­kich tam­tych.

– Nie oka­zu­jesz tego!

– Jesteś bystrym stwo­rzon­kiem, naby­łaś zupeł­nie nowego spo­sobu mówie­nia. Skąd taka odwaga?

– Bo już nie­długo stąd odjadę, a przy tym… – mia­łam coś powie­dzieć o tym, co zaszło mię­dzy mną a panią Reed, ale po namy­śle osą­dzi­łam, że lepiej o tej spra­wie prze­mil­czeć.

– A więc cie­szy się panienka, że mnie opusz­cza?

– Wcale nie, Bes­sie; w tej chwili to raczej mi żal.

– „W tej chwili”! I „raczej”! Jak chłodno moja mała dama to mówi! Przy­pusz­czam, że gdy­bym teraz popro­siła o buziaka, powie­dzia­łaby panienka: „Raczej nie”.

– Poca­łuję cię, i jesz­cze jak chęt­nie! Nachyl tylko głowę! Bes­sie nachy­liła się, uści­ska­ły­śmy się i poszłam za nią do domu zupeł­nie uspo­ko­jona. To popo­łu­dnie upły­nęło w spo­koju i zgo­dzie, a wie­czo­rem Bes­sie opo­wie­działa mi jedną ze swo­ich naj­cud­niej­szych bajek i zaśpie­wała kilka naj­mil­szych pio­se­nek. Nawet dla mnie życie miało prze­bły­ski słońca.