Dziwne losy Jane EyreTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Kto może chcieć się ze mną widzieć? – pytałam siebie w duszy, gdy oburącz naciskałam klamkę, która opierała mi się przez chwilę. – Kogo zobaczę w pokoju oprócz wujenki? Mężczyznę czy kobietę?”. Klamka ustąpiła, drzwi się otworzyły, a ja wszedłszy i dygnąwszy nisko, podniosłam oczy i ujrzałam – czarny słup! Taką przynajmniej wydała mi się na pierwsze wrażenie sztywna, wąska, czarno ubrana, wyprostowana postać stojąca na dywanie; surowa twarz wyglądała jak rzeźbiona maska umieszczona na szczycie kolumny zamiast głowicy.

Pani Reed siedziała na zwykłym miejscu przy kominku; skinęła na mnie, bym się przybliżyła; posłuchałam, a ona przedstawiła mnie gościowi w tych słowach:

– Oto dziewczynka, co do której zwracałam się do pana.

On – gdyż był to mężczyzna – obrócił z wolna głowę ku mnie, a przypatrzywszy mi się badawczymi, siwymi oczami mrugającymi pod krzaczastymi brwiami, orzekł uroczystym basem:

– Jest małego wzrostu. W jakim jest wieku?

– Dziesięć lat.

– Aż tyle? – odpowiedział tonem powątpiewania, po czym w dalszym ciągu przez parę minut przyglądał mi się badawczo.

– Jak się nazywasz, dziewczynko? – zwrócił się w końcu do mnie.

– Jane Eyre, proszę pana.

Wymawiając te słowa, podniosłam na niego oczy. Ten pan wydał mi się wysoki, ale to prawda, że ja byłam bardzo mała. Rysy miał grube i wszystko w nim było surowe, wymuszone.

– No, powiedz mi, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dzieckiem?

Niepodobna mi było odpowiedzieć na to twierdząco; moje otoczenie było przeciwnego zdania; milczałam. Pani Reed odpowiedziała za mnie wymownym potrząśnięciem głowy, dodając:

– Może lepiej o tym nie mówić, panie Brocklehurst.

– Przykro mi, doprawdy, że to słyszę! Muszę z nią trochę pogadać! – tu łamiąc swą prostopadłą linię, zainstalował się w fotelu naprzeciw pani Reed. – Pójdź tutaj – rzekł.

Przeszłam przez dywan; postawił mnie prosto przed sobą.

Jakąż on miał twarz, gdy zobaczyłam ją prawie na jednym poziomie z moją własną! Co za wielki nos! A jakie usta! I co za ogromne wystające zęby!

– Nie ma smutniejszego widoku nad widok niegrzecznego dziecka – zaczął – zwłaszcza niegrzecznej dziewczynki. Czy ty wiesz, dokąd źli ludzie idą po śmierci?

– Idą do piekła – odpowiedziałam szybko i jak należało.

– A co to jest piekło? Czy możesz mi na to odpowiedzieć?

– Piekło to otchłań pełna ognia.

– A czy ty byś chciała wpaść do tej otchłani i smażyć się tam na wieki?

– Nie, proszę pana.

– Więc co winnaś robić, żeby jej uniknąć?

Zastanowiłam się przez chwilę; odpowiedź moja, gdy się na nią zdobyłam, nie spodobała się:

– Muszę być zdrowa i nie umierać.

– Jak możesz być zdrowa? Dzieci młodsze od ciebie umierają codziennie. Nie dalej jak dwa dni temu pochowałem małe dziecko pięcioletnie, dobre, grzeczne dziecko, którego duszyczka jest teraz w niebie. Lękam się, że nie można by tego powiedzieć o tobie, gdyby cię Pan Bóg stąd odwołał.

Nie mogąc go pod tym względem uspokoić, spuściłam tylko oczy, utkwiwszy je w dwóch wielkich nogach spoczywających na dywanie i westchnęłam, pragnąc być stąd jak najdalej.

– Spodziewam się, że to było westchnienie z głębi serca i że żałujesz, iż martwiłaś swą najlepszą dobrodziejkę.

„Dobrodziejkę! Dobrodziejkę! – pomyślałam – oni wszyscy nazywają panią Reed moją dobrodziejką; jeżeli tak, to dobrodziejka jest czymś bardzo nieprzyjemnym”.

– Czy odmawiasz pacierz rano i wieczór? – dopytywał dalej.

– Tak, proszę pana.

– Czytujesz Biblię?

– Czasami.

– Z przyjemnością? Czy bardzo ją lubisz?

– Lubię Objawienia i księgę o Danielu, i Genesis, i księgę Samuela, i kawałek księgi Eksodus, i niektóre części księgi Królów, i o Hiobie, i o Jonaszu.

– A Psalmy czy ci się podobają? Mam nadzieję, że je lubisz.

– Nie, proszę pana.

– Nie? O, to źle! Ja mam małego chłopczyka, młodszego od ciebie, który umie na pamięć sześć Psalmów; a gdy go zapytać, czy woli dostać do zjedzenia orzech osmażany, czy nauczyć się wiersza jakiegoś Psalmu, odpowiada: „O, nauczyć się wiersza jakiegoś psalmu! Aniołowie śpiewają psalmy!”, tak on mówi i dodaje: „A ja pragnę być aniołkiem tu na ziemi!”.

Wtedy dostaje dwa orzechy w nagrodę, że taki pobożny.

– Psalmy nie są zajmujące – zauważyłam.

– To dowodzi, że masz złe serce i powinnaś modlić się do Boga, ażeby ci je odmienił; ażeby dał ci nowe, czyste serce; ażeby ci zabrał serce kamienne, a dał ci serce z żywego ciała.

Już chciałam zapytać, w jaki to sposób miałaby się odbyć taka operacja zamiany mojego serca, gdy wmieszała się pani Reed, nakazując mi, bym usiadła. Zaraz też dalszą rozmowę wzięła na siebie.

– Panie Brocklehurst, zdaje mi się, że w liście pisanym do pana przed trzema tygodniami wyznałam panu, że ta dziewczynka nie ma charakteru i usposobienia, jakie bym sobie życzyła w niej widzieć. Jeżeli przyjmie ją pan do szkoły w Lowood, byłabym rada, gdyby poproszono nauczycielki, by baczne na nią miały oko, a przede wszystkim, by strzegły ją od jej najgorszej wady: skłonności do kłamstwa i obłudy. Wspominam o tym przy tobie, Jane, żebyś nie próbowała oszukiwać pana Brocklehursta.

Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz prosta, że musiałam jej nie znosić, skoro w jej naturze leżała chęć zadawania mi ran okrutnych; nigdy w jej obecności nie czułam się dobrze; i chociaż starałam się być posłuszna i dogodzić jej, usiłowania moje zawsze odpychała i odpłacała zdaniami takimi jak powyższe. Teraz to oskarżenie, wypowiedziane przed człowiekiem obcym, dotknęło mnie do głębi; niejasno spostrzegłam, że ona już mi zaczyna odbierać nadzieję pokładaną w nowej fazie istnienia, na jaką mnie skazywała, i czułam, choć nie byłabym umiała uczucia tego wyrazić, że sieje ona wstręt i nieżyczliwość wzdłuż drogi, jaką w przyszłości iść miałam; widziałam, jak w oczach pana Brocklehursta zamieniam się w dziecko fałszywe i szkodliwe – i cóż mogłam uczynić, żeby tej krzywdzie zaradzić? „Nic w istocie” – pomyślałam, walcząc, by powstrzymać łkanie, i szybko otarłam kilka łez, bezsilne dowody mojej męki.

– Obłuda to w istocie brzydka wada w dziecku – rzekł pan Brocklehurst. – Jest ona pokrewna z fałszem, a wszyscy kłamcy dostąpią kary w jeziorze płonącym ogniem i siarką. Będą jej jednak pilnować, pani Reed. Pomówię z panną Temple i z nauczycielkami.

– Pragnęłabym, żeby Jane została wychowana w sposób odpowiedni do jej widoków na przyszłość – ciągnęła dalej moja dobrodziejka – żeby nauczyła się użyteczności i pokory. Co do wakacji, to jeżeli pan pozwoli, będzie je zawsze spędzała w Lowood.

– Życzenia pani są najzupełniej słuszne – odpowiedział pan Brocklehurst. – Pokora to cnota chrześcijańska, szczególnie odpowiednia dla wychowanek Lowood; toteż wymagam, żeby ją jak najstaranniej wpośród nich hodowano. Wystudiowałem, w jaki sposób można najlepiej w nich upokorzyć uczucie światowej pychy i niedawno temu miałem miły dowód, że mi się powiodło.

Młodsza moja córka poszła z matką zwiedzić szkołę, a wróciwszy, zawołała: „O, drogi papo, jak skromnie i nieładnie wszystkie te dziewczęta w Lowood wyglądają, z włosami sczesanymi za uszy, w tych długich fartuchach i z kieszonkami na wierzchu sukien; wyglądają prawie jak dzieci biednych ludzi! A przy tym – dodała – przyglądały się mojej i maminej sukni, jak gdyby jedwabnej sukni nigdy dotąd nie widziały!”.

– Najzupełniej pochwalam ten stan rzeczy – odpowiedziała pani Reed. – Gdybym przeszukała całą Anglię, nie wiem, czy znalazłabym system wychowawczy odpowiedniejszy dla takiego dziecka, jak Jane Eyre. Konsekwencja, mój drogi panie Brocklehurst; obstaję za konsekwencją we wszystkim.

– Konsekwencja, pani, jest pierwszym obowiązkiem chrześcijańskim i przestrzega się jej pilnie w Lowood: niewybredny pokarm, prosty ubiór, niewymyślne urządzenia, surowe i pracowite zwyczaje, taki jest porządek dnia dla mieszkanek zakładu.

– Bardzo słusznie, łaskawy panie. Czy mogę zatem liczyć na to, że to dziecko będzie przyjęte do szkoły w Lowood i tam chowane odpowiednio do swego stanowiska i przyszłych widoków?

– Tak, pani; będzie przyjęta do tej hodowli doborowych roślin i ufam, że okaże się wdzięczna za ten nieoceniony przywilej, którego dostąpiła.

– Poślę ją zatem możliwie najprędzej, panie Brocklehurst, gdyż zapewniam pana, iż pilno mi uwolnić się od odpowiedzialności, która zaczęła się stawać już nazbyt dokuczliwa.

– Niewątpliwie, niewątpliwie, łaskawa pani; a teraz się pożegnam. Powrócę do Brocklehurst Hall w ciągu tygodnia lub dwóch; mój dobry przyjaciel archidiakon prędzej mnie nie wypuści. Napiszę do panny Temple, że ma oczekiwać nowej dziewczynki, tak że nie będzie trudności z jej przyjęciem. Do widzenia!

– Do widzenia, panie Brocklehurst; proszę mnie przypomnieć pamięci pani Brocklehurst, jej córek i synów.

– Nie omieszkam, łaskawa pani. Dziewczynko, oto masz książkę zatytułowaną Przewodnik dziecka; czytaj ją i módl się, czytaj zwłaszcza Opowiadanie o okropnej nagłej śmierci Marty G., niedobrego dziecka grzeszącego fałszem i kłamstwem.

To mówiąc, pan Brocklehurst wsunął mi w rękę cienką broszurkę wszytą w okładkę i zadzwoniwszy, by podano powóz, odjechał.

Pani Reed i ja zostałyśmy same; kilka minut upłynęło w milczeniu; ona szyła, ja się jej przypatrywałam. Pani Reed mogła mieć wtedy ze trzydzieści sześć lub siedem lat; była to kobieta mocno zbudowana, szeroka w ramionach, o silnych rękach i nogach, i chociaż tęga, nie tłusta; twarz jej była nieco szeroka, gdyż dolną szczękę miała silnie rozwiniętą, mocną; niskie miała czoło, dużą i wystającą brodę, usta i nos dosyć regularne, pod jasnymi brwiami błyszczały oczy pozbawione łagodności; cerę miała ciemną i matową, włosy prawie lnianego koloru; organizm jej był zdrowy, nie wiedziała, co to choroba; była to dokładna, mądra gospodyni; domowników i dzierżawców trzymała krótko, dzieci tylko opierały się niekiedy jej władzy i śmiały się z niej pogardliwie; dobrze się ubierała i nosiła się tak, aby uwydatnić piękne stroje.

 

Siedząc na niskim stołeczku o parę kroków od jej fotela, przyglądałam się jej postaci, badałam jej twarz. W ręce trzymałam rozprawkę zawierającą opowieść o nagłej śmierci kłamczyni, na którą zwrócono mi przed chwilą uwagę jako na odpowiednią przestrogę.

Wszystko, co zaszło przed chwilą, co pani Reed powiedziała o mnie panu Brocklehurstowi, cała treść ich rozmowy – wszystko to było żywe, świeże, bolesne; odczułam każdy wyraz równie dotkliwie, jak wyraźnie go usłyszałam i jakaś gwałtowna niechęć wrzała teraz we mnie.

Pani Reed podniosła wzrok znad roboty, oczy jej zatrzymały się na moich oczach, a równocześnie palce zaprzestały zręcznych ruchów.

– Wyjdź stąd, wracaj do dziecinnego pokoju – rozkazała.

Moje spojrzenie lub wyraz twarzy musiały jej się wydać obraźliwe, gdyż mówiła z niezwykłym, chociaż hamowanym rozdrażnieniem. Wstałam, poszłam ku drzwiom i znowu wróciłam; podeszłam do okna, przeszłam przez pokój i stanęłam przed nią, tuż blisko.

Czułam, że muszę mówić; zdeptano mnie boleśnie, muszę mieć odwet, ale jak? Gdzież miałam siły, by się zemścić na mojej nieprzyjaciółce? Zebrałam całą energię i wyrzuciłam z siebie te szczere a zuchwałe słowa:

– Nie jestem obłudna; gdybym była, powiedziałabym, że panią kocham, a ja oświadczam, że nie kocham pani; nie znoszę pani, tak jak nikogo na świecie z wyjątkiem Johna Reeda, a tę książeczkę o kłamczyni może pani dać swojej córce Georgianie, gdyż to ona kłamie, a nie ja.

Ręce pani Reed wciąż jeszcze bezczynnie leżały na robótce, a lodowate oczy mroźno tkwiły w moich.

– Co więcej masz mi do powiedzenia? – zapytała takim tonem, jakim ktoś mógłby raczej przemawiać do dorosłego przeciwnika, a nie jakim się zwykle przemawia do dziecka.

Te jej oczy, ten głos obudziły całą antypatię, jaką ku niej czułam. Trzęsąc się od stóp do głów, cała drżąca szalonym wzburzeniem mówiłam dalej:

– Cieszę się, że pani nie jest moją krewną; dopóki żyję, już nigdy pani nie nazwę wujenką; nigdy pani nie odwiedzę, gdy dorosnę; a gdy mnie kto zapyta, czy panią lubię i czy pani była dla mnie dobra, powiem, że sama myśl o pani wywołuje we mnie mdłości i że obchodziła się pani ze mną nielitościwie i okrutnie.

– Jak śmiesz to twierdzić, Jane?

– Jak śmiem? Jak śmiem? Ponieważ to jest prawda. Pani myśli, że ja nie mam uczuć i że mogę się obejść bez odrobiny miłości albo dobroci; ale ja tak żyć nie mogę, a pani nie ma litości. Do końca życia będę pamiętała, jak mnie pani wepchnęła – szorstko i gwałtownie – z powrotem… do czerwonego pokoju i zamknęła tam, chociaż byłam w takim strachu, chociaż wołałam dusząc się od męki: „Miej litość! Miej litość, wujenko!”. A ukarała mnie pani w ten sposób, ponieważ jej niegodziwy chłopak zbił mnie, uderzył za nic, tak że upadłam. Każdemu, kto mnie zapyta, opowiem to dokładnie. Ludzie myślą, że pani jest dobrą kobietą, ale pani jest zła, twarde ma pani serce. To pani jest obłudna!

Zanim dokończyłam tej przemowy, dusza we mnie zaczęła rosnąć, radować się najdziwniejszym poczuciem wolności i nieznanego dotąd triumfu. Wydawało mi się, że pękły jakieś niewidzialne węzły i niespodziewanie wydostaję się na wolność. I nie bez powodu odnosiłam to wrażenie: pani Reed zdawała się wystraszona; robótka zsunęła jej się z kolan, podniosła ręce, kołysząc się tam i z powrotem i nawet wykrzywiając twarz, jak gdyby się jej na płacz zbierało.

– Mylisz się, Jane. Co się z tobą dzieje? Czemu tak drżysz gwałtownie? Nie chciałabyś napić się trochę wody?

– Nie, dziękuję pani.

– Może czego innego życzysz sobie, Jane? Zapewniam cię, że ci dobrze życzę.

– Nie, pani. Powiedziała pani panu Brocklehurstowi, że ja mam niedobry charakter, że mam kłamliwe usposobienie; a ja opowiem wszystkim w Lowood, jaka pani jest i co pani zrobiła.

– Ty tego nie rozumiesz, Jane: dzieci muszą być ukarane, jeżeli zawinią.

– Ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem! – zawołałam dzikim, podniesionym głosem.

– Ale jesteś złośnicą, to musisz przyznać; a teraz wracaj do dziecinnego pokoju… no, moja kochana… i połóż się trochę.

– Niech mi pani nie mówi „kochana”, bo to nieprawda! Ja nie mogę się położyć; niech mnie pani jak najprędzej pośle do szkoły, bo życie tutaj jest dla mnie nieznośne.

– Rzeczywiście wyślę ją jak najprędzej do szkoły – szepnęła pani Reed i zabrawszy robótkę, wyszła nagle z pokoju.

Zostałam sama – zwycięska na polu bitwy. Pierwsza to była moja walka i pierwsze zwycięstwo. Stałam przez chwilę na dywanie, w miejscu gdzie przedtem stał pan Brocklehurst, i cieszyłam się samotnością zdobywcy. Zrazu uśmiechałam się do siebie i czułam się podniesiona na duchu; ale dzika radość przygasła we mnie równie prędko, jak uspokoiło się przyśpieszone bicie mego tętna.

Dziecko nie może wojować ze starszymi, tak jak ja to uczyniłam; nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości, nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji. Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam jej; czarna, wypalona pustka z chwilą, gdy płomienie zagasły, byłaby obrazem mego stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi szaleństwo mojego postępku i okropność stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej.

Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie, jakbym była otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części instynktownie, że odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą, tym samym podniecając tylko na nowo w mej duszy niespokojne popędy.

Pragnęłam czym innym zająć wzburzone myśli, znaleźć pokarm dla uczuć mniej wrogich niż uczucia posępnego oburzenia.

Wzięłam do ręki książkę – były to bajki arabskie; siadłam i spróbowałam czytać. Nie mogłam jednak doczytać się sensu; moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami, w których zawsze znajdowałam tyle uroku.

Otworzyłam szklane drzwi od ogrodu: cisza tam panowała zupełna; mróz bez słońca i bez powiewu ogarniał cały ogród.

Okryłam głowę i ramiona spódnicą i wyszłam przejść się po zupełnie ustronnej części parku.

Nie znalazłam jednakże przyjemności w widoku drzew milczących, spadających szyszek świerkowych, zmarzniętych resztek jesieni, rdzawych liści, teraz zmiecionych wiatrami na kupki i zesztywniałych. Oparłam się o bramę i wyjrzałam na puste pole, gdzie nie było pasących się owiec na krótkiej teraz, zwarzonej i zbielałej trawie.

Szary to był dzień; nieprzejrzyste niebo zapowiadające śnieg zwisało ciemną oponą nad ziemią; spływały stamtąd od czasu do czasu śnieżne płatki i osiadały, nie topniejąc, na twardej ścieżce i oszronionej trawie. Stałam tak, nieszczęśliwe dziecko, szepcąc do siebie: „Co ja pocznę? Co ja pocznę?”.

Wtem usłyszałam wołający mnie jasny głos:

– Panno Jane! Gdzie panienka jest? Proszę na lunch.

Wiedziałam, że to Bessie, ale nie ruszyłam się; jej lekkie kroki biegły wzdłuż ścieżki.

– Co za niegrzeczna osóbka! – powiedziała. – Dlaczego to panienka nie przychodzi, kiedy ją wołają?

Obecność Bessie w porównaniu z myślami, które mnie gnębiły, wydała mi się radosna, pomimo że Bessie jak zwykle była trochę w złym humorze. Prawdę mówiąc, po starciu z panią Reed i po moim zwycięstwie nie dbałam wielce o przejściowy gniew bony, za to miałam ochotę skorzystać z jej młodzieńczej niefrasobliwości.

Więc też po prostu zarzuciłam jej obie ręce na szyję i powiedziałam:

– No, Bessie, nie gniewać się, nie besztać!

Szczerszy to był i śmielszy odruch z mej strony niż jakikolwiek dotychczas; jakoś jej się to spodobało.

– Dziwne z panienki dziecko, panno Jane – rzekła, patrząc na mnie – takie małe, samotne, zamknięte w sobie stworzenie. Ma panienka pójść do szkoły, zdaje mi się.

Skinęłam głową.

– I nie żal będzie panience opuścić biedną Bessie?

– Co sobie Bessie robi ze mnie? Zawsze tylko burczy na mnie.

– Bo z panienki takie dziwne, wystraszone, nieśmiałe stworzonko. Trzeba być śmielszą.

– Co? Żeby oberwać więcej szturchańców?

– Głupstwo! Ale poniewierają tu panienką trochę, to pewna. Matka moja, gdy mnie tu w przeszłym tygodniu odwiedziła, powiedziała, że nie chciałaby, ażeby które z jej dzieci było na miejscu panienki. No, a teraz pójdziemy do domu, mam dobre wiadomości dla panienki.

– Nie chce mi się wierzyć, Bessie!

– Dziecko! Co ty przez to rozumiesz? Jakimi smutnymi oczami patrzysz na mnie! No więc: pani, panienki i panicz wyjeżdżają dziś po południu na herbatę, a panienka będzie piła herbatę ze mną. Poproszę kucharkę, żeby upiekła panience ciasteczek, a potem pomoże mi panienka przejrzeć swoje szuflady, gdyż mam zapakować walizkę panienki. Pani chce, żeby panienka wyjechała z Gateshead za jaki dzień albo dwa, i ma panienka wybrać sobie między zabawkami te, które miałaby ochotę zabrać z sobą.

– Bessie, musisz mi przyrzec, że już aż do mojego wyjazdu nie będziesz się na mnie gniewała.

– Dobrze, ale proszę pamiętać, żeby panienka była bardzo grzeczną dziewczynką i nie bała się mnie. Proszę nie skakać, gdybym przypadkiem coś ostrzej powiedziała, to tak drażni.

– Myślę, że już się ciebie nie będę więcej bała, Bessie, gdyż przyzwyczaiłam się do ciebie, a wkrótce będę wśród innych ludzi, których się będę bała.

– Jak będziesz się ich bała, nie będą cię lubili.

– Tak jak ty, Bessie?

– Nie mogę powiedzieć, że nie lubię panienki; zdaje mi się, że ja panienkę więcej lubię niż wszystkich tamtych.

– Nie okazujesz tego!

– Jesteś bystrym stworzonkiem, nabyłaś zupełnie nowego sposobu mówienia. Skąd taka odwaga?

– Bo już niedługo stąd odjadę, a przy tym… – miałam coś powiedzieć o tym, co zaszło między mną a panią Reed, ale po namyśle osądziłam, że lepiej o tej sprawie przemilczeć.

– A więc cieszy się panienka, że mnie opuszcza?

– Wcale nie, Bessie; w tej chwili to raczej mi żal.

– „W tej chwili!” i „raczej!”. Jak chłodno moja mała dama to mówi! Przypuszczam, że gdybym teraz poprosiła o buziaka, powiedziałaby panienka: „Raczej nie”.

– Pocałuję cię, i jeszcze jak chętnie! Nachyl tylko głowę!

Bessie nachyliła się, uściskałyśmy się i poszłam za nią do domu zupełnie uspokojona.

To popołudnie upłynęło w spokoju i zgodzie, a wieczorem Bessie opowiedziała mi jedną ze swoich najcudniejszych bajek i zaśpiewała kilka najmilszych piosenek. Nawet dla mnie życie miało przebłyski słońca.