Praca i inne grzechy

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie

amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

Laura Jane Grace Dan Ozzi Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka (wyd. 2)

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)

Rachel Louise Snyder Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej

Jon Krakauer Wszystko za życie

Ewa Winnicka Greenpoint. Kroniki Małej Polski

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji (wyd. 2)

Lawrence Wright Szatan w naszym domu. Kulisy śledztwa w sprawie przemocy rytualnej

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki (wyd. 2)

Timothy Egan Brudne lata trzydzieste. Opowieść o wielkich burzach pyłowych

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje (wyd. 2)

Robert Kolker W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago (wyd. 2)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Work and Other Sins. Life in New York City and Thereabouts

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Alamy / Indigo

Copyright © by Charles LeDuff, 2004

Copyright © by The New York Times Company 1996, 1997, 1998, 1999, 2000, 2001, 2002

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Marta Höffner

Korekta Sabina Szczerbuk, Magdalena Jakubowska

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-371-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wprowadzenie

PRACA

Do widzenia, panie Dzień Dobry i Do Widzenia

Michał Anioł od trudnych przypadków

Dzień Matki? Kwiaciarnia kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba, żałuje

Mohikański szlak po miejski horyzont

„Rasputiny”

Wisielczy (no bo jaki?) humor grabarza

Jak mija czas na Czterdziestej Trzeciej Ulicy Zachodniej

Uszy mówią „Sinatra”, oczy niekoniecznie

Ponura wizja mikołaja

Kojąca aria cyrulika

Nokturn z Harlemu dla wciąż pięknej tancerki

Na szczycie świata

Gdzie jest King Kong, kiedy przepala się żarówka?

O czym się myśli na wysokości czterystu czterdziestu trzech metrów

Na rogu

Ciężka praca na wrogich przedmieściach

Brooklyńscy Polacy i Żydzi zmieniają relacje ze Starego Świata

Na lądzie i na morzu

Zmierzch zatokowców

Wiosna dla policji portowej

To jest latarnia morska. A teraz zostaw mnie w spokoju

RZEŹNIA

W rzeźni niektóre rzeczy nigdy nie umierają

KNAJPY

W tym barze wszystko jest na stole

Schlitz z beczki

Bar na szynach

Uśmiech do obiektywu

Piwiarnia i czeska nostalgia

Harbor Light nie gasi światła

Światła są jasne, a godziny zawsze szczęśliwe

Gwiazdy, paski i obelgi

Bez paprotek, proszę

Prawdziwy bar strażacki

Jak dyplomaci topią smutki tego świata

Stekownia, w której nie zjesz steku

Wstąp do marynarki, to zobaczysz światło

Scena

W poszukiwaniu pana Cudownego

Życie nieoficjalne

Maniery, moralność i majątek w Salonie Pokojowym

Nigdy nie ufaj człowiekowi, który całuje swoje własne palce

Dusza towarzystwa

Lśniące piękno w miejskiej spiekocie

Opowieść walentynkowa: szykujcie chusteczki

PAN I PANI NIKT

Kłótliwi bracia, dzięki którym zaczęła się moda na Coney Island

Etykietka „bohatera” przywraca do życia

Wyrzutki społeczne, wóda i bezczelność

Salut 4 lipca

Jej dni w Queens przeistoczą się w moskiewskie noce

Gorzka jazzowa rapsodia

Gorączka sobotniej nocy: życie

Gorączka dot-com, a po niej ochłodzenie

Na gigancie

 

Grzesznicy i ofiary domowego piekła

KOMBINACJE

Dreszczyku nie kupisz

Kurs wymiany za kratkami

Życie na ulicy

Co to jest parę kropli krwi? Mieszkanie to mieszkanie!

Slumsy dziewczyn w męskiej skórze

Loteria na rzecz sprawy bliskiej jego sercu

Jak żyć? Z nogami na stole

Ciemna strona sławy

Hazardzista

JEDNOSTKA NUMER 1

Dziedzictwo Dave’a Fontany

Pusta trumna

Pierwsze święto

Kurtka, dowód osobisty

Gwiazda bez scenariusza

Bohaterowie są zmęczeni

Samotny syn

I PO DZIELNICY

Rozdrobnieni na śmierć

Jelenie (kluby) na wymarciu

Pedro był przed Dumbo

Estakada westchnień

SŁOWA MĄDROŚCI

Dni tańca już się skończyły

Bezpłatne porady latynoskich kochanków

Bezdomny, ale nie bezradny nad rzeką Harlem

Mentor ujawnia słabo ukrywaną tajemnicę

Przeskoki kwantowe całkiem fajnego umysłu

Podziękowania

Przypisy

Kolofon

Wszystkim moim bliskim

Słowo „gazeciarz” oznacza co najmniej łajdaka. Jestem jednym z nich. Pracuję z nimi. Podaję im rękę. Podobno zacząłem nawet wyglądać jak oni. Ale nie umrę jako jeden z nich.

Anton Czechow

Wprowadzenie

Po gałęziach mojego drzewa genealogicznego przemykają rozmaite barwne postaci znikąd: para zapijaczonych latarników, senny morfinista, rabuś grobów, przemytnik rumu, dziwka, malwersant, dziekan lewej uczelni i policyjny kapuś. Niektórzy z tych krewnych jeszcze żyją, niektórzy dożyli sędziwego wieku, niektórzy zmarli młodo, bo spotkał ich jakiś niefortunny wypadek albo sami się wykończyli. Konkluzja tych smutnych życiorysów zawiera się zwykle we frazie „no i mnie wyrolowali”.

Mój dziadek Roy pracował jako bukmacher na nieistniejącym już torze wyścigowym w Detroit. Teraz pewnie stoi tam jakieś centrum handlowe, jak wszędzie. Powiadają, że z dziadka był prawdziwy matematyczny geniusz. Możliwe, choć ja akurat nigdy tego nie zauważyłem. Nosił się jak z żurnala, miał cienki wąsik, był człowiekiem wyrafinowanym i towarzyskim, ale żeby od razu geniusz? Nie wydaje mi się. Swego czasu zarobił kupę pieniędzy, ale kiedy jadasz obiady z przewodniczącym związku zawodowego Teamsters i jednym z pomniejszych bossów rodziny Bufalino, to wcale nie jest ci potrzebny jakiś specjalny talent do cyferek.

Babcia utrzymuje, że dziadek nie był gangsterem, a najprzyzwoitszym i najbardziej prawym człowiekiem, jakiego znała. Wierzę jej, ale zastanawiam się też, dlaczego trzymała zdjęcia dziadka i Jimmy’ego Hoffy na samym dnie kuferka (pod nimi leżała już tylko fotografia, na której dziadek i jakaś dziwna kobieta pękają ze śmiechu w chatce rybackiej na jakimś odludziu). Muszę tu polegać na własnej pamięci, bo moi krewni ukradli zarówno ten kuferek, jak i większość dobytku po babci i sprzedali obcym.

Ale to nie jest autobiografia. I tak za dużo ludzi je pisze. Ujawniam to i owo z własnej rodzinnej przeszłości, żeby samego siebie uwiarygodnić, pokazać wam, że każdy ma swoją historię, że prawie wszyscy pochodzą znikąd i że w każdej rodzinie jest kuzyn, do którego nikt się nie przyznaje. Ta książka traktuje właśnie o takich ludziach: zdecydowana większość to nowojorczycy, wszyscy należą do klasy pracującej.

Różni znajomi gogusie mówią, że piszę o spelunach i przegrywach, ale nie mają racji. Piszę o ludziach, którzy mieszkają na kiepskich osiedlach, w ciasnych klitkach i ponurych domach. Tacy ludzie sami sobie odgarniają śnieg łopatą i mają grube ciotki, które noszą elastyczne spodnie z plamą na dupie. To nie jest książka o ludziach, którzy mają portierów, ale o portierach. Jest o robotniku, marzycielu, handlarzu ulicznym, imigrancie – nieważne, czy jest pisarzem z Michigan, czy kelnerem z Michoacân. Pewnie trochę w tym wszystkim staram się odnaleźć samego siebie i jednocześnie go przed wami usprawiedliwić.

Kiedy na jakimś koktajl party towarzystwo oznajmia mi, że uwielbia czytać o tej bandzie nieudaczników, nie mam im tego za złe. Uśmiecham się tylko i wypijam im wódę. Oni nie mają pojęcia o pracy.

O losach rodziny usłyszałem od starszych krewnych. Najlepsze opowieści wypłynęły dopiero niedawno, bo dopiero w jesieni życia dali je sobie wyszarpać. Wcześniej ludzie nie palą się do wyznań, że względny sukces zawdzięczają oszustwom. O ile mi wiadomo, nikt dotąd nigdzie nie odnotował tych historii o półkrwi mieszańcach, półgłówkach i półprawdach, skorupiakach z bagien Luizjany i ptaszyskach z Wielkich Jezior, nie licząc tego zdjęcia z gazety, na którym dziadek i Jimmy Hoffa stoją przed torem wyścigów konnych dwa pokolenia temu.

Ta fotografia, jedyny dowód dawnej reputacji i pozycji, jest dziś bezpowrotnie stracona dla rodziny. Obcy człowiek, który kupił kuferek po babci, nie ma pojęcia, że swego czasu tego chudego faceta obok Hoffy na całej Woodward Avenue nazywano Księciem.

Ten amerykański „nikt” jest dla mnie kimś. To facet, który nauczył mnie wszystkiego, co wiem o koniach. Na stronach tej książki nie znajdziecie wspomnień o nim, ale on sam jak najbardziej tutaj jest. Razem z Petem Hazardzistą godzinami przesiadywaliśmy na torze wyścigowym Aqueduct w Ozone Park w nowojorskim Queensie i rozmawialiśmy o moim dziadku, jego systemie handikapu i filozofii na temat koni. Owa filozofia brzmiała tak: trzymaj się z dala od wyścigów. Ale to tak nie działa, zatem jest, jak jest.

W pracy reportera fajne jest to, że możesz pokazać grabarzowi legitymację prasową i zapytać go: „Mogę popatrzeć?”, a on ci pozwala. Pozwala ci wziąć łopatę do ręki i spróbować własnych sił, dopóki na dłoniach nie wyskoczą ci pęcherze i nie zacznie strzykać w krzyżu. Oddajesz mu łopatę, patrzysz jeszcze chwilę, jak pracuje, i dopiero wtedy przychodzi ci do głowy, by go spytać: „A nie bolą cię ręce i plecy?”. Zazwyczaj ludzie starają się odmalować własne życie w barwach jaśniejszych niż prawdziwe. Ale po pewnym czasie dają sobie z tym spokój i im dłużej się przy nich kręcisz, tym bardziej zapominają, że tam jesteś, a wtedy docierasz do sedna.

Reporterzy chętnie sobie wmawiają, że robią coś ważnego ze względów społecznych i kulturowych, a w najlepszych okolicznościach czynią dobro – naprawiają krzywdy, demaskują oszustów i takie tam. O tym właśnie opowiadają sobie nawzajem nad darmowymi drinkami na imprezach z okazji rozdania nagród.

Prawda jest taka, że my, reporterzy, to jedna wielka banda podglądaczy i wazeliniarzy, za brzydkich, żeby nas ktokolwiek wziął do filmu. Tak mówią normalni ludzie. To właśnie zła strona tej roboty. Dobra jest taka, że lepsze już to niż praca fizyczna.

Historie zawarte w tej książce ukazywały się na łamach „New York Timesa”na przełomie wieków. Kończą się na 11 września i pokłosiu tego dnia. Napisałem kilka tekstów o Jednostce numer 1, oddziale strażackim z Brooklynu, w którym zginęła połowa ludzi. Kiedy teraz wracam do tych opowieści, wydają mi się słone i zimne, jak łzawiące zimą oczy. Tak wiele pozostało niedopowiedziane, ale nie mogłem tego drążyć, bo życie było wówczas już i tak dość ciężkie. Mam nadzieję, że te historie są przynajmniej sprawnie spisane, że ktoś znajdzie w nich dla siebie coś dobrego.

Nowy Jork to olśniewające miasto, a większość jego mieszkańców niczym niezwykłym się nie wyróżnia. Desperacko pragną świateł, a jeśli mówią inaczej, to kłamią. Tylko marzyciele przyjeżdżają do Nowego Jorku. Rzecz jasna mało kto ma kontrolę nad własnym życiem. Jego rytm wyznacza widzimisię szefa, właściciela mieszkania, sprzedawcy w sklepie, obcego, sędziego, kierowcy autobusu czy burmistrza, który zabrania ci palić. Z drugiej strony żyjesz według własnego widzimisię, a to najbardziej ekscytująca rzecz na świecie.

Nowy Jork jest jak kanapka z gównem. Im więcej masz chleba, tym słabiej czujesz gówniany smak, a to miasto całkiem by się posypało bez pieniędzy. Tym, którzy ich nie mają, pozostaje nadzieja, że pewnego dnia się dorobią. To dla nich jest ta książka.

PRACA

Kiedy byłem żółtodziobem w redakcji „New York Timesa”, rozmawiałem z jednym redaktorem o strajku w fabryce części samochodowych we Flint w stanie Michigan. Tego dnia w gazecie poszedł tekst o robotnikach, którzy w wolnym czasie kupują antyki i ścigają się motorówkami po jeziorach.

– A co złego w tym, że ma się łódź i zarabia dobre pieniądze? – zapytałem.

Redaktor, mądry facet o wątłym podbródku, ustawił dłoń przed nosem.

– O, mniej więcej tak daleko do przodu myśleli. Powinni byli w porę przewidzieć, że zaczną się problemy, i skończyć jakieś studia.

Tak właśnie powiedział.

Ale gdybyśmy wszyscy byli poetami, to pozdychalibyśmy z głodu, bo samym słowem człowiek nie wyżyje.

Do widzenia, panie Dzień Dobry i Do Widzenia

Robert E. Mitchell zakończy aktywność zawodową 29 marca. Zabierze swoje rzeczy i swoją portierską emeryturę i wróci do domu w Nowym Orleanie, gdzie planuje zestarzeć się na werandzie wśród najbliższych.

Nie ma co składać podań, ponieważ stanowisko pana Mitchella zostało obsadzone kilka dni po tym, jak zawiadomił o planowanym odejściu.

– Tak to już jest – mówi. Jest czwarta po południu, a on obchodzi z miotłą i szufelką posesję przy 801 West End Avenue, przedwojenny budynek mieszczący siedemdziesiąt lokali mieszkalnych, usytuowany po zachodniej stronie alei, między ulicami Dziewięćdziesiątą Dziewiątą a Setną. – Czas płynie, a ludzie o wszystkim zapominają. Łącznie z nami – stwierdza. W mieście pracuje osiem tysięcy portierów.

Kto wie, może gdy na jego miejsce przyjdzie ten nowy, lokatorzy spod numeru 801 faktycznie zapomną, że przez trzydzieści trzy lata to właśnie pan Mitchell szorował im podłogi w korytarzach i odśnieżał chodnik. Albo że to on przywoływał ich dzieci do porządku, kiedy przyłapał je na rozrabianiu. Albo że to on gonił złodzieja w peruce, który zaatakował ich matkę. Albo że to on znajdował ich zmarłych bliskich w zamkniętych mieszkaniach.

Chyba jednak nieprędko to nastąpi, na co wskazuje treść laurki, którą wręczyła mu sześcioletnia dziewczynka: „Kocham pana, panie Robercie, niech pan zostanie”.

Prawie każdy kwartał w Nowym Jorku ma swojego burmistrza. Niektórzy zdobywają ten tytuł dzięki własnej wytrwałości, całymi godzinami tkwiąc na skrzynce po mleku, zawsze w tym samym miejscu, na tym samym rogu, aż w końcu zostają stałym punktem w okolicy i częścią codziennego spektaklu, a ludzie zaczynają do nich wołać: „Hej, burmistrzu”. Inni natomiast wyrabiają sobie markę, dając z siebie wszystko.

– On był dla mnie jak drugi ojciec, gdy mój własny się wyprowadził – mówi Beck Lee, czterdziestolatek, który wychowywał się w mieszkaniu 1B. Jak dodaje pan Lee, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych okolica nie należała do najlepszych. Do napadów dochodziło tu tak często, że ojcowie wyposażali dzieciaki w wieku szkolnym w zepsute zegarki i nieważne bilety autobusowe, żeby w razie potrzeby mogły oddać je złodziejom. Ale dzieci wypracowały własną metodę samoobrony. Nauczyły się grać na zwłokę, klepać po kieszeniach i czekać, aż pan Mitchell zauważy zajście ze swojego punktu obserwacyjnego.

 

W latach siedemdziesiątych przez wyłożony marmurem hol przemaszerowała cała kawalkada ojców, którzy spakowali manatki i przekraczali próg budynku po raz ostatni. Pan Mitchell był wtedy na miejscu, pomagał im wynosić walizki. Był też na miejscu, kiedy trzeba było pomóc kobietom odmalować mieszkanie i przestawić meble. Uczył ich dzieci, jak rzucać podkręconą piłkę. Jak powiedział pan Lee, zastępował mężczyznę w każdym domu.

W szarym uniformie z białymi lamówkami pan Mitchell prezentował się nader przystojnie. Nosił kolorowy sweter, wytarty krawat i gładko zaczesane włosy, które odcieniem zgrywały się z marynarką. Teraz ma sześćdziesiąt pięć lat, jest szczupły i wyprostowany. Kiedy w latach osiemdziesiątych okolica zaczęła się zmieniać i wprowadziło się towarzystwo w jedwabnych skarpetkach, poproszono go, by włożył czapkę. Odmówił. Nigdy nie nosił czapki w pracy i jest z tego dumny. Tak się robi na East Side. On jest portierem z West Side.

– Tyle razy otwierałem te drzwi, że jakby ktoś chciał policzyć, toby mu zabrakło liczb – stwierdza, stojąc w zimnym holu w cienkich butach i bez płaszcza. – Będę tęsknił za tym budynkiem. Przez pół życia to było całe moje życie.

Zaczęło się 28 września 1967 roku. Wtedy to urząd pracy wysłał go do administracji budynku.

– Administrator powiedział mi: „Jak ci się to podoba, to masz pracę na całe życie”. Od tamtej pory tu jestem.

Jak stwierdził pan Mitchell, prawdziwy dżentelmen nigdy nie wtrąca się w cudze sprawy. Pilnuje własnego nosa, nigdy o niczym nie rozmawia, chyba że ktoś go o to zapyta, i nigdy nie opowiada o ludziach w budynku, kropka.

– Co nie znaczy, że nie wiem, jak tu się sprawy mają – dodaje. – Wiem o wszystkim, co się tu dzieje. Gdybym nie wiedział, to co byłby ze mnie za portier.

Może ludzie z 801 West End Avenue o nim zapomną, powiedział. Ale on będzie o nich myślał na swojej werandzie w Luizjanie.

Michał Anioł od trudnych przypadków

Tony Razzano sprzedaje używane samochody na Złotym Wybrzeżu Long Island. Nawet w tych niepewnych ekonomicznie czasach znajduje nabywców luksusowych aut typu „patrzcie na mnie!”, ponieważ, jak mówi, rozumie podstawową zasadę życia na Long Island: „Jesteś tym, czym jeździsz”.

Jest jednym z ośmiu sprzedawców w salonie Champion Motor Group, który specjalizuje się w „lekko używanych” jaguarach, porsche i rolls-royce’ach. Rynek samochodowy załamał się po atakach na World Trade Center i Pentagon we wrześniu 2001 roku. Już w październiku odbił się i sprzedaż samochodów wzrosła do rekordowego poziomu, w dużej mierze dzięki ujemnej marży producentów.

– Duże firmy oddają samochody poniżej kosztów – mówi pan Razzano. – Ja tam towaru nie oddaję. Muszę zarabiać pieniądze, żeby spełnić marzenia.

Między 11 września a początkiem listopada sprzedał szesnaście luksusowych samochodów, w tym bentleya za trzysta tysięcy. Wyrabia dwadzieścia pięć procent sprzedaży całego salonu. Na dowód wyciągnął stos paragonów z szuflady i rzucił je na swoje mahoniowe biurko, nie przerywając rozmowy z klientem przez telefon.

– Posłuchaj, dwa i dwa to cztery. Jak chcesz, żeby ci wyszło pięć, to powodzenia – oznajmia facetowi o imieniu Richie, który martwił się, że nie zmieści w budżecie spłat za bentleya z dziewięćdziesiątego ósmego roku, przy odsetkach w wysokości 6,8 procent, co oznaczało miesięczną ratę 3657 dolarów oraz sto sześćdziesiąt tysięcy dolarów należnym ryczałtem po pięciu latach. – Zrobisz, jak będziesz chciał. Po prostu przyjdź do mnie. Wiesz, że cię uwielbiam, Richie.

Tony Razzano wręcz ocieka pewnością siebie. Odkłada słuchawkę, uśmiecha się i recytuje wyświechtane motto salonu: „Ja to bym umiał sprzedać lód Eskimosowi”.

Towar sam się sprzedaje, tak mówi pan Razzano, ale ostatnio to on pomaga wszystkim panom Jonesom i Smithom tego świata podejmować decyzje dzięki szatańsko sprytnej gadce.

Terroryści i wąglik, przypomina im.

– Dlaczego czekać do jutra, żeby kupić to, czego chcesz dzisiaj, skoro to jutro może nigdy nie nadejść? – pyta. – Posłuchaj prezydenta. Rusz się z domu, wydawaj kasę i bądź patriotą.

Tony Razzano ma czterdzieści dziewięć lat i jest zaręczony z dwudziestoośmioletnią blondynką. Siwiejące na skroniach włosy zaczesuje do tyłu, nosi nieskazitelnie skrojony garnitur i srebrną biżuterię. Dwa razy w tygodniu chodzi na solarium, nie grzeszy wzrostem, a jego nadejście zwiastują podkute metalem podeszwy. Stuk, stuk. Stuk, stuk. Stuk, stuk.

Pan Razzano to typ faceta, który nie wie, jakiej marki są jego buty, ale za to powie ci, że kosztowały siedemset dolarów. Jeździ samochodem, który nazywa bryką dla młodych kolesi, czarnym mercedesem coupé z przyciemnionymi do czerni szybami, i ma komórkę wiecznie przyklejoną do ucha. Rozmowa zazwyczaj nie dotyczy samochodów, ale tego, jak za nie zapłacić.

Oto właśnie podstawa zarobków pana Razzana, które, jak twierdzi, wynoszą około ćwierć miliona dolarów rocznie – kreatywne finansowanie. Pan Razzano mówi, że istnieją trzy sposoby na kupno samochodu: pożyczka konwencjonalna, kredyt balonowy i leasing.

Według pana Razzano na pożyczkę konwencjonalną decyduje się najczęściej Rzetelny Joe Amerykanin, ciężko pracujący facet, który chce spłacać raty za samochód i po pięciu latach posiadać go na własność. Jak mówi pan Razzano, taki klient ma żonę i dzieci i na koniec umowy chce mieć coś własnego. Druga opcja to kredyt balonowy. To coś dla mężczyzn – rzadko kobiet – którzy chcą uchodzić za grube ryby, ale brakuje im kasy. (Pan Razzano porównuje ich do „wypasionego domu bez mebli”). Kredyt balonowy pozwala im na kupno samochodu za niewielką kwotę, bo większość pieniędzy będą musieli wyłożyć dopiero za trzy lata. Samochód zazwyczaj sprzedaje się jednak przed tym terminem, a potem kupuje się nowy i cały proces znowu się zaczyna. To trochę jak żonglowanie spłatami za kartę kredytową.

– Takiego kolesia mam w garści od kołyski aż po grób – stwierdza pan Razzano. O takich transakcjach mówi, że „ustrzelił klienta”.

Trzecie rozwiązanie, czyli leasing, proponuje się tym, którzy mają kiepską historię kredytową albo cierpią na deficyt uwagi. Od czasu załamania gospodarki banki wycofują się z tej działki, bo licytacja zajętego na poczet długu samochodu nie zrekompensuje im strat. Ale Champion Motor Group ma umowę z bankami, która pozwala na przeniesienie leasingu. Luksusowe samochody zachowują wartość dłużej niż zwykłe chevrolety. Zatem zamiast trafiać na licytację, auta wracają do salonu, w którym się je odsprzedaje. Klientom pozwala się wymienić jedno auto na drugie, więc się nie nudzą i spłacają raty.

Dlatego podczas gdy inni sprzedawcy przymierają głodem, pan Razzano nie narzeka.

– To żadna sztuka sprzedać coś kolesiowi z dobrą historią pożyczek – mówi. On natomiast specjalizuje się w takich, co to zalegają z ratami, ale lubią, żeby było na bogato. Cena jest dla każdego taka sama, różni się tylko system płatności.

– Powiedzmy, na przykład, że przychodzi do mnie pastor i mówi, że chce rollsa. – Pan Razzano przytacza prawdziwą, z życia wziętą historię. – No to ja mu na to: „Nowego to ja pastorowi nie dam, ale może pastor wziąć takiego troszkę starszego. I tak nikt się nie pozna. Bierz pan tacę, idź z nią między ludzi i zanoś pan modły do Najwyższego, bo z taką historią kredytową to trzeba będzie wybulić pięć tysięcy więcej”.

A kiedy pastor zrobi, co trzeba, pan Razzano wsadza go do rolls-roysa z butelką dobrego wina i nie jednym, a dwoma kubańskimi cygarami. Pastor jest szczęśliwy, a pan Razzano, jak sam mówi, ma go w garści na całe życie.

– Widzę, kiedy ktoś bardzo chce być Kimś – oznajmia, rozsiadłszy się wygodnie w swoim biurze, wśród bukietów róż i butelek niezłych trunków, nad humidorem i zdjęciem, na którym widnieje w towarzystwie tej swojej blondynki. – Ja takiemu człowiekowi pomogę. A jak przestanie płacić, to zabiorę mu samochód i poczucie wartości, i jeszcze na tym zarobię.

Pan Razzano nie obiecuje rzeczy niemożliwych. Robi wszystko, żeby uniknąć umowy leasingowej, której klient nie da rady spłacać.

– Jak ja napiszę wniosek, to normalnie jakby Michał Anioł pisał – chwali się. – Z bankiem pracuję tak samo ciężko jak z klientem. Właśnie dlatego jestem w tym taki dobry.

Człowieka kształtuje środowisko, a pan Razzano nie różni się pod tym względem od reszty społeczeństwa. Jego dziadek wyemigrował z Włoch i sprzedawał żywność baronom rozbójnikom ze Złotego Wybrzeża. Jego ojciec przez jakiś czas prowadził sklep spożywczy i umarł młodo. Kiedy Tony Razzano o nim mówi, oczy zachodzą mu łzami. „On był artystą, kochał życie”. Pan Razzano dzwoni do swojej osiemdziesięciodwuletniej matki co najmniej dwa razy dziennie.

Urodził się ze szpotawą stopą, a później chirurg odciął mu uszy i przyszył na nowo, bo krzywo odstawały. Wychowywał się w pobliskim Westbury, skończył studium dla balsamistów zwłok, a na boku pracował u wuja w salonie Pontiaca. Tam odkrył swoje prawdziwe powołanie i tak handel stał się całym jego życiem.

– Ja rozumiem, jak to jest, gdy facet chce być kimś innym – mówi. – W głębi duszy dobry ze mnie człowiek. Staram się kochać ludzi, dobrze ich traktować, wiesz? Tak, jakbym sam chciał być traktowany. Czarny czy Włoch, katolik czy żyd, dla mnie to bez różnicy.

Chyba że trafi się przemądrzały gość. Takich pan Razzano spuszcza na drzewo. Ale zanim to zrobi, lubi trochę nad nim popracować.

– Dzwoni taki do mnie i mówi: „Przebij pan sześćset pięćdziesiąt dziewięć dolarów” – wyjaśnia pan Razzano. – Nie przebiję sześciuset pięćdziesięciu dziewięciu dolarów. No to ja mu na to: „Kupuj pan od tamtego”. Ci goście nie mają co robić z życiem. Siedzi taki cały dzień i wydzwania do dwunastu salonów. Trzech kolesi daje mu taką samą cenę, plus minus dziesięć dolarów. Mnie na to szkoda czasu. Pytam go: „Czego pan przyjeżdżasz na Long Island? Albo się pan nudzisz, albo kłamiesz, albo jesteś pan nieudacznikiem”.