Szklany mag. Mag. Tom 2Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojej siostrze Alex,

która uwierzyła

we mnie jako pierwsza.

Rozdział 1

Przez otwarte okno w kuchni wpadł późnoletni wietrzyk, przez co zamigotały płomienie dwudziestu małych świeczek na torcie Ceony. Oczywiście to nie spod jej rąk wyszedł ten deser, bo przecież nie powinno się go nigdy piec dla samej siebie, ale jej matka świetnie radziła sobie z wypiekami, więc Ceony nie miała żadnych wątpliwości, że oblany różowym lukrem i przełożony warstwą galaretki tort okaże się przepyszny.

Ale w czasie, kiedy rodzice i troje rodzeństwa wyśpiewywali jej urodzinowe życzenia, myśli Ceony oddaliły się od deseru i świętowania. Pochłaniała je wizja, którą ujrzała w pudełku fortuny zaledwie trzy miesiące temu, odczytawszy przyszłość maga Emery’ego Thane’a. Zachód słońca, ukwiecone wzgórze, zapach koniczyny i siedzący obok niej Emery z błyszczącymi zielonymi oczami. Kawałek dalej bawiło się dwoje małych dzieci.

Minęły trzy miesiące, a wizja się nie spełniła. Trudno oczekiwać, aby było inaczej, zwłaszcza że w grę wchodziły dzieci, no ale Ceony tak bardzo za tym tęskniła. Ona i Emery – to znaczy mag Thane – stali się sobie bliscy w trakcie jej praktyki, a jeszcze bardziej w czasie, kiedy ratowała jego serce. Mimo to pragnęła, aby zżyli się jeszcze bardziej.

Nie mogła się zdecydować, czy w ramach urodzinowego życzenia prosić o miłość czy o cierpliwość.

– Wosk kapie na tort! – zawołała Zina, siostra młodsza od niej o dwa i pół roku. Odgarnęła z twarzy ciemny lok.

Jedenastoletnia Margo, najmłodsza z sióstr, szturchnęła Ceony w biodro.

– Pomyśl życzenie!

Nabrawszy powietrza, z myślami wciąż krążącymi wokół porośniętego kwiatami wzgórza i zachodu słońca, solenizantka nachyliła się i zdmuchnęła świeczki, uważając, aby warkocz nie zajął się ogniem.

Dziewiętnaście świeczek zgasło, przez co w kuchni zrobiło się prawie ciemno. Ceony szybko zdmuchnęła dwudziestą, niesforną świeczkę, modląc się, aby nie była to zła wróżba.

Rodzina zaczęła bić brawo, następnie Zina zapaliła zwisającą z sufitu elektryczną żarówkę. Ta trzykrotnie zamigotała, po czym rozległ się odgłos pęknięcia, a na świętujących spadły odłamki szkła.

– No to pięknie – sarknął trzynastoletni Marshall, jedyny brat Ceony.

Usłyszała, jak jego dłonie przesuwają się po stole w poszukiwaniu zapałek – albo po to, by nabrać ukradkiem na palec odrobinę kremu z tortu.

– Uważajcie! – zawołała matka Ceony.

– Zaraz się tym zajmę. – Ojciec ruszył ostrożnie w stronę cienia w kształcie kredensu. Chwilę później zapalił grubą świecę i zaczął grzebać w szufladzie w poszukiwaniu zapasowej żarówki. – Kiedy działają, są naprawdę przydatne.

– Cóż, odrobina ciemności jeszcze nikomu nie zaszkodziła – stwierdziła matka Ceony, upewniwszy się, że żaden odłamek nie wylądował na jej wypieku. – Pokrójmy tort! Gryź ostrożnie, Margo.

– Nareszcie. – Zina westchnęła.

– Dziękuję – rzekła Ceony, kiedy jej matka sprawnie wykroiła z tortu trójkąt i wręczyła go najstarszej córce. – Naprawdę to doceniam.

– U nas zawsze możesz liczyć na tort, bez względu na to, ile będziesz miała lat – odparła jej matka, niemal karcąco. – Zwłaszcza że odbywasz praktykę u maga. – Uśmiechnęła się z dumą.

– Zrobiłaś mi coś? – zapytał Marshall, zerkając na kieszenie czerwonego fartucha Ceony. – Obiecałaś mi dwa listy temu, pamiętasz?

Dziewczyna przytaknęła. Wzięła kęs ciasta, po czym odstawiła talerzyk i udała się do maleńkiego salonu, gdzie na zardzewiałym wieszaku wisiała jej torebka. Za nią podążyli podekscytowani Marshall i Margo.

Z torby wyjęła płaski, Złożony arkusz fioletowego papieru, w opuszkach palców czuła delikatne, znajome mrowienie. Marshall przyglądał się uważnie, kiedy przyłożyła kartkę do ściany i wykonała kilka ostatnich Złożeń tworzących skrzydła i uszy nietoperza. Pilnowała równego nachodzenia na siebie krawędzi papieru, tak by magia zadziałała. A potem ujęła nietoperza za brzuch i nakazała mu:

– Oddychaj.

Papierowe stworzenie uniosło się na jej dłoni, podpierając małymi skrzydłami.

– Niesamowite! – wykrzyknął Marshall i chwycił nietoperza, nim ten zdążył odfrunąć.

– Ostrożnie! – zawołała Ceony, gdy wybiegł na korytarz, kierując się w stronę pokoju, który dzielił razem z Ziną i Margo.

Wyjęła z torby zwykłą zakładkę do książek, długą i z jednym spiczastym końcem. Wręczyła ją Zinie.

Jej siostra uniosła brew.

– Eee, co to jest?

– Zakładka do książek – wyjaśniła Ceony. – Wystarczy, że powiesz jej tytuł książki, którą akurat czytasz, i położysz na szafce nocnej. Sama będzie śledzić to, na której jesteś stronie. – Wskazała na środkową część zakładki, na którą nałożony był mały papierowy kwadracik. – Tutaj pojawi się numer strony zapisany moim charakterem pisma. W przypadku szkicowników też tak powinno to działać.

Zina parsknęła.

– Dziwaczne. Dzięki.

Margo splotła dłonie pod brodą.

– A ja?

Ceony z uśmiechem zmierzwiła rude włosy siostry. Z bocznej kieszeni torby wyjęła małego papierowego tulipana. Łodyga utworzona została z zielonego papieru, a czerwony i żółty tworzyły sześć nachodzących na siebie płatków.

– Postaw go w oknie, a rano będzie rozkładał płatki tak jak prawdziwy kwiat – wyjaśniła, wręczając go Margo. – Tylko nie podlewaj!

Margo pokiwała głową z podekscytowaniem, po czym trzymając ostrożnie papierowy kwiat tak, jakby wycięto go z delikatnego szkła, udała się za Marshallem do ich pokoju.

Ceony dokończyła ciasto razem z rodzicami, gdy tymczasem Marshall i Margo bawili się zaklęciami u siebie. Zina wybrała się na Parliament Square na spotkanie. Bizzy, terierka, którą Ceony zmuszona była zostawić w domu, leżała skulona u jej stóp, co jakiś czas unosząc łebek i prosząc o jakiś okruch.

– No cóż – rzekła matka Ceony po drugim kawałku tortu. – Wygląda na to, że dobrze ci się układa. Mag Thane sprawia wrażenie bardzo sympatycznego nauczyciela.

– Rzeczywiście taki jest – przytaknęła Ceony, licząc, że słabe oświetlenie zamaskuje wypełzający na jej policzki rumieniec. Postawiła talerzyk na podłodze, aby Bizzy mogła go wylizać. – Jest bardzo miły.

Ojciec Ceony położył dłonie na kolanach i zrobił długi wydech.

– No dobrze, wezwijmy lepiej automobil, żebyś mogła wrócić, zanim zrobi się za późno.

Spojrzał przez okno na wieczorne niebo, a następnie wstał i rozłożył ręce.

Ceony zerwała się z miejsca i mocno uściskała najpierw ojca, potem matkę.

– Niedługo was odwiedzę – obiecała.

Przy małym ruchu droga z domu Emery’ego do Mill Squats zabierała ponad godzinę, więc Ceony nie zaglądała tu tak często, jakby chciała. Miała pewność, że papierowym szybowcem doleciałaby tutaj w kwadrans, ale Emery upierał się, że świat nie jest gotowy na taką ekscentryczność.

Ojciec Ceony wezwał automobil świadczący usługi przewozowe. Uparła się, że to ona zapłaci, no i nie minęło wiele czasu, a siedziała na tylnej kanapie. Pojazd przemierzał brukowane uliczki Mill Squats wijące się między budynkami ustawionymi jeden przy drugim. Minęli pocztę, sklep spożywczy, a na końcu park, powoli zostawiając za sobą cichnące miasto. Wkrótce ciemność rozpraszały tylko światła automobilu. Ceony wpatrywała się przez otwarte okno w gwiazdy, których było tym więcej, im bliżej domu Emery’ego się znajdowali. W wysokich trawach porastających drogę wyjazdową z Londynu cykały niewidoczne świerszcze, a płynąca wzdłuż niej rzeka burzyła się i kipiała.

Kiedy automobil zatrzymał się, serce Ceony zabiło szybciej. Zapłaciwszy kierowcy, wysiadła i przeszła przez otaczające dom zaklęcia, dzięki którym posiadłość sprawiała wrażenie rozwalającej się rudery z popękanymi szybami i odpadającymi gontami. Za ogrodzeniem znajdował się dwupiętrowy dom z jasnożółtej cegły otoczony ogrodem z kolorowymi papierowymi kwiatami. W oknie biblioteki paliło się światło. Emery cały ubiegły tydzień spędził na konferencji zatytułowanej Materiały magiczne w architekturze, na co nalegała Rada Magów. Ceony szybko obciągnęła spódnicę i na nowo zaplotła warkocz.

Nie zdążyła jeszcze wyjąć klucza z zamka, kiedy dosłyszała za drzwiami tupot papierowych łapek. Gdy tylko przekroczyła próg domu, Fenkuł, merdając papierowym ogonem, wskoczył jej na ręce i zaczął lizać Ceony po brodzie.

– Wyjechałam nawet nie na cały dzień, głuptasie. – Zaśmiała się, drapiąc psiaka za papierowymi uszami.

Kiedy postawiła go na ziemi, zrobił dwa kółka wokół niej, po czym skoczył na stertę leżących na końcu korytarza papierowych kości. Poddane zaklęciu kości te tworzyły szkielet kamerdynera Jonto, do którego obecności Ceony w końcu przywykła. Niemniej widok kościotrupa wycierającego kurz z zagłówka jej łóżka nie jest tym, co życzyłaby sobie oglądać zaraz po przebudzeniu, więc zaczęła zamykać drzwi do pokoju na klucz.

– Delikatnie! – rzuciła ostrzegawczo do Fenkuła, który zabrał się do żucia kości udowej Jonto.

Na szczęście papierowe zęby nie były w stanie wyrządzić większej szkody. Minęła psiaka i zapaliła światło w kuchni. Po prawej stronie dostrzegła kuchenkę, a po lewej ustawione w kształt podkowy szafki, za którymi znajdowały się lodówka oraz drzwi wychodzące na tył domu. W zlewie nie stały żadne brudne naczynia. Czy Emery w ogóle coś jadł?

 

Już-już miała coś na wszelki wypadek naszykować, ale wtedy jej uwagę zwrócił błysk koloru w jadalni.

Na stole stał drewniany wazon z czerwonymi różami z papieru Złożonymi tak perfekcyjnie, że wyglądały jak prawdziwe. Ceony podeszła powoli do stołu i dotknęła delikatnych płatków Złożonych z najcieńszego papieru, jakim dysponował Emery. Kwiaty miały nawet listki i kilka kolców.

Obok wazonu leżała owalna klamra do włosów wykonana z papierowych koralików i splecionych ze sobą spirali, całość zaś pokryto grubą warstwą lakieru, aby zapobiec powstawaniu zagnieceń. Ceony wzięła klamrę do ręki i przesunęła kciukiem po ozdobach. Jej stworzenie czegoś tak skomplikowanego zajęłoby wiele godzin, nie mówiąc o różach.

Róże. Ze środka bukietu wyjęła mały kwadracik. Wszystko było perfekcyjne, pochyłym pismem Emery’ego napisano na nim: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

W jej brzuchu zatrzepotały motyle.

Ceony wpięła klamrę za uchem, a bilecik wsunęła do bocznej kieszeni torby, w której nie mógł się pognieść. Udała się schodami na piętro, poprawiając po drodze bluzkę. Dochodzące z biblioteki światło elektryczne tworzyło na drewnianej podłodze korytarza przekrzywiony prostokąt.

Emery siedział przy stole na końcu pomieszczenia, tyłem do drzwi. Podpierał się na jednej ręce, a palce miał wplecione w ciemne faliste włosy. Drugą ręką odwracał właśnie kartkę książki wyglądającej na starą. Przez oparcie krzesła przerzucony był długi szarozielony płaszcz. Emery miał w swojej szafie długie płaszcze we wszystkich kolorach tęczy i chodził w nich nawet w środku lata, z wyjątkiem dwudziestego czwartego lipca, bo wtedy wyrzucił płaszcz w kolorze indygo przez okno i do wieczoru Składał i wycinał całe mnóstwo płatków śniegu. Ceony nadal znajdywała je tu i ówdzie, na przykład w szparze między lodówką a blatem albo pod legowiskiem Fenkuła.

Zapukała delikatnie we framugę. Emery podskoczył i się odwrócił. On naprawdę nie słyszał, że wróciła do domu?

Wyglądał na zmęczonego – z pewnością spędził w podróży cały dzień – ale jego zielone oczy i tak błyszczały.

– Twój widok raduje moje serce. Przez cały tydzień jedyne, co robiłem, to siedzenie na twardych krzesłach i rozmawianie z nadętymi Anglikami. – Ściągnął brwi. – Wygląda także na to, że dzięki tobie stałem się kimś w rodzaju jedzeniowego snoba.

Ceony uśmiechnęła się i odwróciła głowę, aby zaprezentować klamrę.

– I co myślisz?

Wyraz twarzy Emery’ego złagodniał.

– Ślicznie. Dobrze mi to wyszło.

Przewróciła oczami.

– Przemawia przez ciebie skromność. Niemniej bardzo dziękuję za klamrę. I za kwiaty.

Mag skinął głową.

– Obawiam się jednak, że masz teraz tydzień w plecy, jeśli chodzi o naukę.

– Mówiłeś, że jestem dwa miesiące do przodu! – Ściągnęła brwi.

– Tydzień w plecy – powtórzył, jakby jej nie usłyszał. I może tak właśnie było. Przekonała się już, że Emery Thane ma wybiórczy słuch. – Uznałem, że najlepiej, abyś przyjrzała się korzeniom Składania.

– Drzewom? – zapytała, dotykając kciukiem klamry.

– Mniej więcej. Na wschód od nas, w Dartford, znajduje się papiernia. Mają nawet osobny dział materiałów magicznych. Patrice zażyczyła sobie, abyś pojutrze stawiła się tam na czymś w rodzaju zwiedzania.

Ceony kiwnęła głową. Rzeczywiście otrzymała od mag Aviosky telegram w tej sprawie.

– Zaczniemy od tamtego miejsca. To dość ekscytujące. – Emery zachichotał.

Westchnęła. Oznaczało to, że jest dokładnie na odwrót, ale wcale nie była zaskoczona. No bo cóż ekscytującego mogło się kryć w fabryce papieru?

– Zamówimy automobil na ósmą rano – kontynuował papierowy mag – więc będziesz musiała wcześnie wstać. Mogę kazać Jonto…

– Nie, nie, sama się obudzę – weszła mu w słowo. Wycofała się na korytarz, ale jednak się zawahała. – Jadłeś coś? Chętnie coś naszykuję, jeśli jesteś głodny.

Emery uśmiechnął się do niej, bardziej oczami niż ustami. Uwielbiała, kiedy to robił.

– Nie trzeba – odparł. – Ale dziękuję ci. Śpij dobrze, Ceony.

– Ty także. I proszę, nie siedź zbyt długo.

Emery wrócił swojej książki. Ceony pozwoliła, aby jej spojrzenie pozostało przyklejone do niego jeszcze przez chwilę, po czym poszła do swojej sypialni.

Nim się położyła, na szafce nocnej postawiła róże.

Rozdział 2

Usmażywszy na śniadanie naleśniki ze śmietaną i truskawkami, Ceony wróciła na górę i otworzyła w swoim pokoju drzwi i okno, aby się w nim za bardzo nie nagrzało. Przez kilka minut bawiła się z Fenkułem w aportowanie zwiniętej w kłębek pończochy, po czym zabrała się do pracy nad zaklęciem, którego ćwiczenie Emery zlecił jej przed wyjazdem na konferencję – papierową lalką reprezentującą ją samą.

Okazało się to trudne nie z powodu abstrakcji samego pomysłu, ale dlatego że pierwszy etap prac wymagał pomocy drugiej osoby. Ceony nie dałaby przecież rady obrysować na papierze własnej sylwetki. Jako że papierowy mag wyjechał, a Jonto nie był w stanie utrzymać w ręce ołówka, wysłała do mag Aviosky telegram z prośbą o pomoc jej praktykantki Delilah Berget. Delilah, starsza od Ceony o rok, program nauczania Tagis Praff zrealizowała w dwa lata, a nie w rok, więc zdążyły dobrze się poznać. Ponieważ za sprawą mag Aviosky Delilah była potwornie zajęta, do obrysowania doszło dopiero w dzień, a raczej wieczór przed urodzinami Ceony.

Teraz usiadła na podłodze swojego pokoju wyposażona w nożyczki zakupione przed dwoma laty od Wytapiacza. Były w stanie przeciąć dosłownie wszystko i miały nigdy się nie stępić. Przyglądała im się przez chwilę, po czym przyłożyła je do długiego arkusza z obrysem swojej sylwetki. Gdyby została Wytapiaczem, o czym swego czasu tak bardzo marzyła, pewnie już by wiedziała, jak działa to zaklęcie. Co nie znaczy, że żałowała, iż odbywa praktykę u Emery’ego, bez względu na to, czy decyzję podjęła sama, czy też ktoś zrobił to za nią.

Wycinanie sylwetki to powolny proces; Emery ją ostrzegł, że jeden niewłaściwy ruch zniweczy zaklęcie, a ona nie chciała zaczynać od początku. Udało jej się wyciąć lewą stopę, a kiedy była przy lewym kolanie, w drzwiach pojawił się jej mentor odziany w swój ulubiony płaszcz w kolorze indygo.

Ceony ostrożnie odłożyła nożyce, po czym podniosła wzrok na nauczyciela. W jego oczach błyszczało rozbawienie. Czyżby zrobiła coś śmiesznego?

– Postanowiłem, że naszą pierwszą lekcją na dziś będzie nauka oszukiwania w kartach – oświadczył.

– Wiedziałam, że oszukujesz!

– Sprytnie, ale nie do końca – odparł papierowy mag, stukając palcem wskazującym w skroń. – Chyba że mi powiesz, jak to zrobiłem.

– Zaklęcie Lokalizacji albo coś w tym stylu?

Uśmiechnął się.

– Coś w tym stylu. Chodź.

Wziąwszy Fenkuła na ręce, żeby nie podeptał papierowej lalki, Ceony wyszła za Emerym na korytarz. Zamknęła starannie drzwi, po czym postawiła pieska na ziemi. Powąchał deski, a chwilę później coś interesującego zwabiło go do łazienki i zniknął im z oczu.

W bibliotece Emery usiadł na podłodze obok stołu, na którym znajdowały się schludne stosy papieru, każdy o innej barwie i grubości. Położył przed sobą deskę do Składania, następnie z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął talię kart.

Ceony usiadła naprzeciwko niego – taką pozycję przyjmowała podczas większości ich lekcji. Mag wprawnie potasował karty, a ona zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób zarabiał na życie, nim stał się Składaczem. Podróż przez jego serce nie ujawniła tych sekretów, uznała więc, że lepiej nie pytać.

– Pamiętasz zaklęcie Lokalizacji, którego cię nauczyłem, tak?

Ceony pamiętała, tak samo jak niemal wszystko, co miało miejsce w jej życiu, czy tego chciała, czy nie. Fotograficzna pamięć na ogół okazywała się darem. Emery nauczył ją tego zaklęcia dzień po tym, jak doszedł do siebie po utracie serca – tego samego dnia, kiedy Ceony zaczęła mu mówić po imieniu.

– Dopóki mam kontakt fizyczny z papierami, o których mowa, mogę użyć polecenia „sortuj”, następnie wypowiedzieć słowo w słowo zapisane określenia, których szukam – wyrecytowała.

Takie zaklęcie okazałoby się niezwykle przydatne podczas uczenia się do egzaminów w Szkole Magów Tagis Praff.

– Otóż to. – Emery kiwnął głową. – Z kartami da się zrobić to samo. I można przypisać karcie gest zamiast nazwy, tym sposobem odpowiedni gest ją wywoła. Pozwól, że zademonstruję.

Rozłożył karty niczym wachlarz, być może po to, aby mieć pewność, że rzeczywiście dotknął każdej z nich, a potem rzekł:

– Sortuj: król karo.

Jedna z ułożonych na wierzchu kart wysunęła się z talii w jego stronę. Wyjął ją drugą ręką i odwrócił, tak by Ceony mogła zobaczyć, że to rzeczywiście król karo.

Następnie ponownie odwrócił kartę i rzucił do króla:

– Sortuj ponownie: gest. – I raz stuknął palcem w prawą stronę nosa. Emery wsunął króla karo z powrotem do talii i przetasował ją. Rozdał Ceony i sobie po pięć kart, jakby grali w pokera, co stało się ich zwyczajem w większość wtorkowych wieczorów. – No dobrze. – Wziął do ręki swoje karty. – Jeśli tylko wymamroczę „sortuj” na tyle głośno, aby karty mnie słyszały, mogę przekazać królowi karo sygnał, którym jest postukanie się w nos. Na ogół najlepiej sprawdza się wypowiedzenie tego słowa przed wejściem do pomieszczenia, w którym rozgrywana jest partia. Ale miej na uwadze, że trzeba powtarzać komendę „sortuj” dla każdej karty, którą zamierza się skraść.

Zakaszlał – Ceony wydawało się, że dosłyszała w tym czasie słowo „sortuj” – i stuknął się w skrzydełko nosa. Król karo wyskoczył z talii prosto do czekającej dłoni Emery’ego.

– Jakież to podstępne z twojej strony – orzekła Ceony, uśmiechając się pod nosem. Ależ Zina byłaby zła, gdyby Ceony wykorzystała tę sztuczkę następnym razem, kiedy zagrają w kierki!

– Najłatwiej ukryć to, co się robi, podczas tasowania albo rozdawania – wyjaśnił mag. – Albo kiedy uwagę twojego przeciwnika odwróci coś, co dzieje się w kuchni.

Ceony otworzyła usta, aby zaprotestować, ostatecznie jednak zamknęła je i posłała Emery’emu spojrzenie pełne dezaprobaty. Rzeczywiście wygrał w zeszły wtorek, kiedy ona miała w piekarniku bułeczki cynamonowe. Martwiła się, że mogą się przypalić. Być może dlatego nigdy nie przyjmował wygranych pieniędzy. A to oszust.

– A jak się fałszuje talię? – zapytała.

W jego oczach pojawiło się rozbawienie.

– To lekcja na inny dzień. Nie mogę wyjawić od razu wszystkich swoich sekretów.

Wręczył jej talię i Ceony sama spróbowała zaklęcia, tyle że w odniesieniu do damy pik. Ku jej uldze szybkie pociągnięcie za warkocz przywołało kartę już podczas pierwszej próby.

– No to teraz się przekonamy, kto jest lepszy w grze w karty. – Papierowy mag zachichotał.

Schował talię do płaszcza. Aby przejść do kolejnego zaklęcia, wstał, wziął ze stołu dwa arkusze białego papieru średniej grubości i położył je na desce do Składania. Przez chwilę patrzył Ceony w oczy, ona jednak nie była w stanie odczytać jego myśli. Ostatnimi czasy Emery stał się naprawdę dobry w ich ukrywaniu.

– Zamierzam cię nauczyć zaklęcia Faluj, ale w tym akurat przypadku nie można się spieszyć – wyjaśnił i opuścił wzrok na prostokątny arkusz. – Na zaklęcie ma wpływ grubość papieru: im jest grubszy, tym silniejsza okazuje się fala.

– Jaka fala? – zapytała Ceony, ściągnąwszy brwi. – Nigdzie nie czytałam o takim zaklęciu.

Emery uśmiechnął się i wykonał Złożenie kwadratowe, a potem trójkątne, które po otwarciu tworzyło kwadrat. Następnie odciął zbędną część papieru. Wykonał Złożenie pełne, aby przekształcić Złożony trójkąt w mniejszy, symetryczny.

– Odcinanie jest konieczne – wyjaśnił. – Nie zaczynaj od kwadratowego arkusza. Możesz mi podać linijkę?

Ceony wyjęła ją z górnej szuflady biurka. Emery położył ją na papierze, aby zmierzyć szerokość, następnie długość.

– Pięć ósmych cala to magiczna liczba. Zapamiętaj to.

Przeciągnął ostrzem noża krążkowego wzdłuż linii, ale zatrzymał się tuż przed końcem arkusza. Obrócił go i ponownie zmierzył, po czym od drugiej strony, pięć ósmych cala wyżej, przeciął resztę arkusza.

– Jak w szyciu – stwierdziła Ceony, obserwując pracę jego rąk.

Choć zapamięta wszystkie cięcia, przygotowanie zaklęcia zabierze jej zdecydowanie więcej czasu. Jak to możliwe, że dokonywał pomiarów tak szybko?

Emery zerknął na nią, po czym wykonał trzecie odcięcie, obróciwszy figurę raz jeszcze. Po chwili trzymał w dłoniach równo obcięty trójkąt.

 

Ostrożnie go rozłożył, aż stał się jednowarstwowym kwadratem. Dwoma palcami uchwycił arkusz pośrodku i uniósł go. Ceony otworzyła szeroko oczy – wyglądało to jak wielowarstwowa, geometryczna meduza. Inaczej nie potrafiła tego opisać.

Mag wstał, ona także.

– To coś, co trzymałem w tylnej kieszeni, kiedy… pomagałem organom ścigania – oświadczył. Ceony oczywiście wiedziała o ściganiu Wycinaczy praktykujących zakazaną magię krwi, ale to były tematy, których Emery nie lubił poruszać. – Przydaje się to do odwrócenia uwagi albo przyprawienia kogoś, kogo się nie lubi, o ból głowy. – Wyciągnął rękę przed siebie i polecił: – Faluj. – Po czym zamachał papierem w górę i w dół, przez co ten jeszcze bardziej przypominał meduzę.

Zaklęcie zrobiło się niewyraźne. Pozostała część biblioteki także. Ceony zamrugała, ale powietrze zdawało się rozchodzić od meduzy falami, niczym okręgi wywoływane na wodzie przez rzucony na środek stawu kamień. Sufit się wyginał, a meble zdawały się pływać. Nawet ciało Ceony kołysało się w przód i w tył, w przód i w tył…

Zakręciło jej się w głowie. Próbowała złapać się krzesła, stołu, czegokolwiek, ale nie dała rady. Straciła równowagę.

Emery uczynił krok w jej stronę i złapał, mocno obejmując jej ramiona. Wypuścił zaklęcie z rąk i biblioteka wróciła do swojego wcześniejszego, nieruchomego stanu.

– Powinienem był kazać ci usiąść – rzekł przepraszająco.

Pokręciła głową.

– Nie… to bardzo, eee, przydatne.

Nagle stała się wyjątkowo świadoma dłoni Emery’ego spoczywającej na jej ramieniu i wbrew sobie oblała się rumieńcem.

Mag jej nie puszczał – martwił się, że może znowu stracić równowagę? W końcu odchrząknął i pomasował sobie kark.

– Przy okazji powinnaś to poćwiczyć, być może na początek z cieńszym papierem? – Zerknął na drzwi, następnie przeniósł spojrzenie na biurko. – No i oczywiście została ci papierowa lalka. Do czasu jutrzejszego wyjazdu masz sporo pracy.

Ceony wzięła głęboki oddech, licząc, że Emery nie zwrócił uwagi na jej płonące policzki.

– Tak właśnie zrobię. Najpierw zajmę się lalką.

Kiwnął głową, a dziewczyna wyszła na korytarz.

Wróciwszy do swojego pokoju, pozostawiła drzwi lekko uchylone. Kiedy jednak wzięła do ręki zaklęte nożyce i przyłożyła je do papierowej lalki, przekonała się, że nie jest w stanie powstrzymać drżenia rąk.