Zło kryje się w mroku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chicago

Sierpień 1979 r.

Przez cały tydzień po spotkaniu z obcym w alejce dokuczały jej wymioty. Nieustannie miała zawroty głowy, a na każde wspomnienie tamtego ranka żołądek Angeli skręcał się, wywołując mdłości. Stara kanapa stała tam porzucona przez cały dzień. Śmieciarze nawet jej nie dotknęli. Znalazła się pod dziwnym kątem w stosunku do otwartej bramy garażowej i Angela uznała, że mężczyźni uznali taki stan za tymczasowy, bo ktoś sprząta garaż. Przez szczelinę w zasłonach obserwowała, jak śmieciarka zatrzymuje się w alejce i jak jej obsługa opróżnia przepełnione kontenery w tylnej części ciężarówki, po czym wskakuje na zderzak i się oddala. Nie znalazła w sobie wystarczająco wiele odwagi, żeby otworzyć kuchenne drzwi, pobiec w stronę alejki i poprosić ich o wywiezienie kanapy.

Tego samego dnia wczesnym popołudniem Angela usłyszała odgłos klaksonu. Sąsiad usiłował wjechać do garażu położonego bezpośrednio naprzeciw ich garażu, nie mógł jednak tego zrobić, bo wjazd zastawiała kanapa. Jak to bywało w Chicago, ciągłe naciskanie klaksonu miało być rozwiązaniem stosowanym w celu poradzenia sobie z każdym problemem kierowcy, od wolno poruszających się aut i dzieci grających w piłkę na ulicy, po porzuconą kanapę w alejce. Kiedy trąbienie nie ustało w ciągu kolejnych pięciu minut, Angela w końcu zdecydowała się wyjść z domu. Wciągnęła kanapę z powrotem do garażu, zatrzasnęła bramę, wbiegła z powrotem do kuchni i zaryglowała za sobą drzwi.

Raz.

Dwa.

Trzy razy, żeby mieć pewność.

Kiedy tylko Thomas zjawił się w domu, opowiedziała mu o porannych wydarzeniach. Zasugerował, by zadzwonili na policję, jednak im dłużej na ten temat dyskutowali, tym bardziej Angela traciła pewność, co tak naprawdę powinna zgłosić. Czy miała powiedzieć, że obcy, zapewne dalszy sąsiad, okazał się na tyle miły, by zaproponować jej pomoc? Że poprzedniego wieczoru wystraszył ją kot, napełniając poczuciem, że jest obserwowana? Angela wiedziała, jak potoczyłaby się taka rozmowa. Wyobrażała sobie rzucane z ukosa spojrzenia policjantów, kiedy jąkałaby się w trakcie swojej opowieści, przez cały czas starając się unikać kontaktu wzrokowego. Nerwowe skubanie brwi zostałoby potraktowane niczym zaraźliwa choroba, aż w końcu funkcjonariusze postanowiliby porozmawiać na osobności z Thomasem na temat jego ogarniętej paranoją żony, która najwyraźniej wyciągnęła dziwne wnioski z prostych faktów. Im dłużej rozmawiała z mężem, tym bardziej absurdalnym pomysłem wydawał się jej kontakt z policją.

Teraz, tydzień później, bardziej niepokoił ją fakt, że mogła znajdować się na krawędzi załamania spowodowanego manią obsesyjno-kompulsywną, że rozpoznawała objawy jego nadejścia niczym ołowiane chmury na horyzoncie. Przed laty spadłoby to na nią bez najmniejszego ostrzeżenia, kradnąc tydzień lub miesiąc, kiedy żądania jej umysłu skazałyby ją na wykonywanie pozbawionych sensu zadań. Jednak jej życie się zmieniło i w nowych warunkach Angela nie tylko wyczuwała zbliżające się załamanie, lecz starała się także ze wszystkich sił mu zapobiec. Kiedy walczyła o swój stan, pracowała również nad ukryciem najgorszych symptomów przed Thomasem. Brak rzęs zamaskowała grubą warstwą tuszu, którą nałożyła na ostatnie pozostałe włoski, a kredka pozwoliła jej narysować kształtne brwi. Pomimo panującego upału zmuszała się do zakładania dżinsów i bluzek zamiast szortów czy koszulek na ramiączkach, żeby ukryć krwawe strupy na ramionach i udach po zadrapaniach.

Maskowanie objawów było jednak zgubne, przez co czuła się jeszcze gorzej. Im lepiej udawało się jej kryć nawyki samookaleczania, tym dramatyczniejsze stawało się uzależnienie od nich. Próbowała się powstrzymać za pomocą subtelnych trików, które sprawdzały się w przeszłości. Końcówki palców wkładała do wazeliny, by trudniej było jej chwytać za mieszki brwi. Przycięła też paznokcie aż do opuszków, żeby palce nie zmieniły się w groźne narzędzia podczas drapania. Wszystko to robiła po to, by ukryć najgorsze objawy załamania.

Wymioty stały się jednak pewnym problemem. Thomas zauważył to pewnego ranka. Kiedy do niej zajrzał, powiedziała, że zatruła się nieświeżym chińskim jedzeniem. W rzeczywistości nudności nadchodziły za każdym razem, kiedy wspominała nieznajomego z alejki. Kiedy Thomas wychodził rano do pracy, Angela godzinami wyglądała zza zasłon w kuchni, obserwując ulicę. Wypracowała w ten sposób pewną rutynę: odsunąć zasłonę, skontrolować alejkę, sprawdzić zamki, podnieść słuchawkę telefonu, posłuchać sygnału wolnej linii, powtórzyć. Jedyną rzeczą, która przerywała jej ten cykl, były wymioty. Za każdym razem, gdy przed oczami jawił się jej mężczyzna zaglądający przez otwarte drzwi garażu w stronę jej kuchni, biegła do toalety, gdzie poddawała się gwałtownym skurczom żołądka.

Tydzień po tamtym wydarzeniu, podczas jednego z rzadkich momentów klarowności umysłu, Angela znalazła przeterminowaną buteleczkę z tabletkami valium zapisaną przez poprzedniego lekarza. Połykając pigułkę co sześć godzin, odkryła, że udaje się jej zasnąć i oderwać myśli od spotkania przy garażu. Było to tymczasowe rozwiązanie, dopóki się nie uspokoi. Wcześniej radziła już sobie z takimi obsesjami. Teraz też da radę.

Pod uspokajającym wpływem valium Angela przekonała się, że jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że kontakt z mężczyzną na ulicy był wyłącznie ofertą pomocy ze strony ofiarnego sąsiada, który zapragnął zostać dobrym samarytaninem. Uznała za równie nieprawdopodobne, by horror porywanych kobiet mógł rozciągać się tak daleko poza granice miasta, w miejsce, w którym wiodła spokojne życie. Wzięła głęboki wdech i spróbowała uspokoić drżące dłonie, nalewając sobie porannej kawy. Powstrzymała się przed spojrzeniem po raz setny przez okno w stronę alejki. Zamiast tego zmusiła się, by skoncentrować uwagę na zaginionych kobietach i profilach, które stworzyła. Nie myślała o nich już od wielu dni.

Wyjęła wycinki prasowe ze skrzyni w sypialni i rozłożyła je na kuchennym stole. Przez dwie godziny studiowała przypadki zaginionych kobiet i notatki, które na temat każdej z nich sporządziła. Niewykluczone, że po całym tygodniu paranoi jej umysł w końcu odnalazł spokój lub po prostu valium uwalniało jej myśli w sposób, w jaki nie była tego w stanie zrobić do tej pory, ale kiedy czytała profile, dostrzegła coś, co wcześniej przeoczyła. Poukładała w głowie skatalogowane informacje, przewijając je niczym mikrofilm w bibliotece. Artykuły, które czytała w poprzednich latach, nagle połączyły się w jej mózgu w jedną całość, i dostrzegła wzorzec, który zawsze tam istniał, czekał na odkrycie, ale jak dotąd pozostawał niezauważony. Jej myśli zaczęły galopować. Zabrała się pospiesznie do pisania, jednak wysiłek, który włożyła w tygodniową walkę z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, obciążył jej umysł i sprawił, że zwątpiła w samą siebie. Nie było innej możliwości, musiała się mylić.

Odsunąwszy jednak na bok wątpliwości, Angela pisała jak opętana, notując myśli krążące w mózgu w obawie, że jeśli nie zrobi tego teraz, utraci je już na zawsze. Z wyjątkową przejrzystością umysłu przywoływała artykuły prasowe, które niegdyś czytała, po czym zapisywała daty i nazwiska z obrazów podrzucanych jej przez umysł. Kiedy skończyła, spojrzała na zegarek. Zbliżało się południe. Usiadła przy kuchennym stole przed trzema godzinami, a wydawało się jej, że upłynęło zaledwie kilka minut.

Ubrała się pospiesznie w dżinsy i bluzkę z długimi rękawami, po czym wcisnęła notatki do torebki. Kiedy wyobraziła sobie moment wyjścia z domu, ogarnęła ją fala mdłości, ale nie miała wyboru. Musiała dostać się do biblioteki, żeby potwierdzić swoje podejrzenia. Wiedziała również, że będzie zmuszona zastosować inne środki ostrożności. Potrzebowała potwierdzenia, że jej myśli są jasne i spójne i nie wynikają z paranoi. Takie potwierdzenie mogła uzyskać od tylko jednej osoby.

Angela podniosła słuchawkę telefonu i wybrała numer swojej przyjaciółki Catherine.

– Halo?

– Catherine – odezwała się cicho Angela.

– Angela?

– Tak, to ja.

– Czujesz się już lepiej? Thomas mówił Billowi, że chorujesz od naszego ostatniego spotkania.

Angela uświadomiła sobie, że może nie kryła swoich objawów tak dobrze, jak się jej wydawało.

– Wszystko w porządku, ale muszę z tobą pogadać. Możemy się spotkać?

– Pewnie. Czy coś się stało?

– Nie. Potrzebuję po prostu pomocy. Mogę wpaść na moment?

– Oczywiście – odparła Catherine.

Angela odłożyła słuchawkę bez pożegnania, pobiegła do łazienki i zwymiotowała.

Chicago

Sierpień 1979 r.

Angela Mitchell spędziła dwie godziny wśród bibliotecznych regałów, zdejmując z nich książki i przerzucając w nich strony. Usiadła przy stanowisku do obsługi mikrofilmów i przygotowała stare rolki z artykułami prasowymi datowanymi na lato tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku, czyli niemal dziesięć lat wcześniej. Sporządzała notatki, dopóki jej mózg nie dostrzegł wyraźnie wzorca, którego istnienie podejrzewała. Poświęciła trzydzieści minut, by przenieść wnioski na papier milimetrowy i narysować wykres, który prezentował sporządzone przez nią ustalenia w taki sposób, by inni mogli zrozumieć jej odkrycie.

Uporządkowała swoje notatki, zaniosła mikrofilm na półkę i wyszła pospiesznie z biblioteki. Dom Catherine znajdował się w odległości zaledwie dwóch przecznic od jej domu i o piętnastej Angela otworzyła furtkę z kutego żelaza prowadzącą na werandę. Zanim zdążyła zastukać, Catherine stanęła w drzwiach.

– Kobieto, na zewnątrz jest ponad trzydzieści stopni – zawołała, schodząc po stopniach. – Dlaczego się tak ubrałaś?

Angela popatrzyła na swoje dżinsy i rozpinaną bluzkę. Nie myślała o tym, jak zniesie w tej odzieży upał, ponieważ ukrywała ślady swoich paznokci na rękach i nogach.

 

– Wszystko się suszy po praniu – odparła w końcu.

– Chodź do środka, schłodzisz się w klimatyzacji. – Catherine otworzyła siatkowe drzwi i zaprosiła Angelę gestem do domu.

Usiadły przy kuchennym stole.

– Co cię tak rozłożyło? Jakiś wirus żołądkowy?

– Tak – odpowiedziała Angela, patrząc pospiesznie Catherine w oczy, po czym spojrzała na blat stołu. – Męczyłam się z tym przez kilka dni. Sama wiesz, jak Thomas się o mnie martwi.

Przez pierwszy rok czy dwa po ich ślubie Thomas mocno naciskał, żeby Angela zapoznała się z żonami jego znajomych. Ta jednak zawsze czuła się przez nie oceniana. Szeptały na jej temat, kiedy sądziły, że nie słyszy, i traktowały ją jak dziecko, gdy nie reagowała tak, jak ich zdaniem powinna. Catherine Blackwell była od nich inna. Przy niej Angela czuła się akceptowana, a Catherine nie zadawała głupich pytań ani nie rzucała jej dziwnych spojrzeń, kiedy nagle milkła. W obecności przyjaciółki czuła się komfortowo, a ta zawsze jej broniła, kiedy ktoś miał czelność źle ją potraktować. Za pierwszym razem, kiedy poszły razem na lunch, kelnerka zganiła Angelę za to, że mówi zbyt cicho.

„Mów głośniej, kochaniutka”.

„Ona ma na imię Angela, nie kochaniutka”, powiedziała wtedy Catherine. „I ma prawie trzydzieści lat, a nie dwanaście”.

Od tamtej pory Catherine Blackwell była nie tylko jej obrończynią, ale również najbliższą przyjaciółką.

– Napijesz się czegoś?

– Nie, nie – odparła Angela. – Ale dzięki.

– To co się takiego pilnego wydarzyło?

– Wiem, że to zabrzmi głupio – zaczęła Angela, wyciągając z torebki teczkę. Trzymała w niej wycinki prasowe i biogramy zaginionych kobiet, a do tego całe arkusze papieru, które zapisała w bibliotece. – Ale przyjrzałam się bliżej tym zaginionym kobietom – dokończyła.

Przyciągnęła tymi słowami uwagę Catherine.

– Jak to się przyjrzałaś?

– Gromadziłam informacje na ich temat z gazet i innych źródeł.

Catherine przysunęła sobie jedną z kartek. Był to artykuł z „Chicago Tribune” na temat Samanthy Rodgers, ostatniej z dziewczyn, która znikła z ulic miasta. Tydzień wcześniej, kiedy spotkali się na kolacji, Catherine oglądała z nią wiadomości w telewizji na temat tego zdarzenia. U góry widniało zdjęcie dziewczyny. Środkiem biegło zagięcie, ślad po złożeniu i umieszczeniu w segregatorze.

– Dlaczego to wszystko zbierasz? – zapytała Catherine.

Angela uniosła wzrok.

– Mam obses… – urwała gwałtownie. Używając słowa „obsesja”, przyznałaby się przyjaciółce do mrocznej przypadłości, która rujnowała jej życie. Nie wierzyła w to, że Catherine do tej pory niczego nie zauważyła, ale i tak się powstrzymała. – Nie potrafię przestać o nich myśleć – odparła w końcu.

– Dlaczego?

– Trudno to wyjaśnić. Kiedy mój mózg się na czymś skupi, trudno jest mi… odpuścić. Zaczęłam więc gromadzić informacje na temat tych dziewczyn i chyba na coś natrafiłam.

Angela rozłożyła swoje materiały na stole. Wydrukowała artykuły z gazet i mikrofilmów w bibliotece, podobnie jak strony z książek, a jej własne notatki wypełniły jedną trzecią zeszytu na spirali.

– Od wiosny zaginęły trzy dziewczyny. Tu są daty każdego z przypadków. – Angela wskazała inną stronę. – Tutaj mam listę opisującą każdą ofiarę: wiek, pochodzenie etniczne, wykonywaną pracę i cechy fizyczne, takie jak kolor włosów, odcień skóry czy kolor oczu. Sama rozumiesz.

Angela przesunęła w stronę Catherine zapisaną ręcznie listę.

– Policja uważa, że każde zniknięcie miało charakter przypadkowy. Ich zdaniem wszystkie te kobiety porwał ten sam mężczyzna, ale że jednocześnie nie ma między nimi żadnych powiązań. Z tego, co widzę, mają rację. Żadnej z tych kobiet z pozostałymi nic nie łączyło. Policja uważa jednak, że Złodziej nie uderza systematycznie. To akurat nie jest prawdą.

Catherine popatrzyła na Angelę.

– Od jak dawna nad tym siedzisz?

– Zajmowałam się tym przez całe lato, od kiedy te kobiety zaczęły znikać. W zasadzie pracuję tylko nad tym i tylko o tym potrafię myśleć. Ale dziś rano uświadomiłam sobie, że zaczęłam analizować ten przypadek jeszcze wcześniej, tyle że nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki wszystkiego nie ułożyłam w jedną całość.

– A co takiego ułożyłaś?

Angela podniosła przypadkowy arkusz spośród skserowanych stron.

– Spójrz na to. Posortowałam cechy każdej zaginionej dziewczyny – wiek, pochodzenie, zawód, cechy fizyczne, wszystko to, co widać na tej liście – a potem wróciłam nie tylko do przypadków tych zaginięć, ale również zabójstw innych kobiet o podobnych cechach w Chicago i okolicach.

Angela wskazała ręcznie sporządzony wykres, który narysowała w bibliotece.

– Popatrz tutaj. – Wskazała wykres palcem. – U dołu są lata, począwszy od tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego, aż do dziś, do lata siedemdziesiątego dziewiątego. – Przeciągnęła paznokciem u dołu kartki, od lewej do prawej strony. – Na osi pionowej zaznaczona jest liczba zabójstw kobiet, które pasują do tych kategorii. Znów mamy wiek, płeć, pochodzenie, cechy fizyczne. A teraz spójrz na lata tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt do siedemdziesiąt. Linia zabójstw pasujących kobiet jest płaska.

Na wykresie pozioma kreska biegła od roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego do tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego bez żadnych znaczących wzrostów czy spadków.

– Ale w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym – ciągnęła Angela – mamy nagły skok kwalifikujących się zabójstw.

Na wykresie Angeli linia pięła się dramatycznie ku górze w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku.

– I to są wszystkie zabójstwa popełnione w Chicago? – zapytała Catherine.

– Nie. W siedemdziesiątym w Chicago i okolicach popełniono ponad osiemset morderstw. Wykres przedstawia jedynie te dotyczące kobiet o podobnych cechach do piątki, która zaginęła latem. – Angela znów postukała w wykres. – Wzrost liczby zabójstw rozpoczyna się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym i trwa do siedemdziesiątego drugiego, po czym zwalnia, ale pozostaje wysoki w odniesieniu do całej dekady lat sześćdziesiątych. Później, w tym roku, mamy znów gwałtowny spadek do poziomu z lat sześćdziesiątych.

Catherine słuchała i kiwała głową.

– Widzę ten wzrost i spadek. Ale co to oznacza?

– Oto moja teoria – powiedziała Angela. – Osoba, która porywa teraz, mordowała podobne im kobiety od mniej więcej tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku. Od siedemdziesiątego do siedemdziesiątego ósmego facet był nieostrożny i bezczelny, ale od tego roku stał się dużo bardziej uważny. Policja przestała znajdować ciała po tygodniach od zaginięcia; teraz kobiety znikają bez śladu.

Catherine zmrużyła oczy, kiedy zaczęła dostrzegać sens w teorii przyjaciółki.

– Twierdzisz, że rządy terroru tego faceta rozciągają się nie tylko na to lato, ale na całą dekadę?

Angela po raz drugi nawiązała z nią kontakt wzrokowy.

– Tak.

Catherine wyprostowała się na krześle.

– To jest naprawdę odjechane, przyznaję.

– Ale dostrzegasz taką możliwość, prawda? – spytała Angela.

– Kiedy przedstawiasz mi to w taki sposób, to i owszem. Zakładając jednak, że twoje wnioski są właściwe.

– Są właściwe.

– I wszystkie te informacje zdobyłaś w bibliotece?

– Każdy może sobie tam tego poszukać. Trzeba to po prostu robić w odpowiednich miejscach z odpowiednimi pomysłami w głowie. Ten facet, Złodziej, ma swój typ i od dziesięciu lat żeruje na kobietach, które sobie upatrzył.

– Dlaczego w takim razie stał się taki ostrożny w tym roku? Dlaczego staranniej ukrywa ciała?

– Dobre pytanie – odparła Angela. – Co się wydarzyło w ubiegłym roku? O jakiej wielkiej sprawie się tutaj trąbiło?

Catherine pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia.

Angela wyjęła kolejne kartki z teczki i podała je przyjaciółce.

– Pamiętasz Des Plaines?

Catherine otworzyła szerzej oczy, czytając nagłówek: „KLAUN ZABÓJCA PRZYZNAJE SIĘ DO 33 OFIAR PO ODNALEZIENIU KOLEJNYCH CIAŁ”. Właśnie coś sobie uświadomiła.

– John Wayne Gacy – szepnęła.

– Zgadza się. Policja wytropiła seryjnego mordercę nazwiskiem John Wayne Gacy, który zabił ponad trzydziestu młodych mężczyzn i zakopał ich pod podłogą swojego domu.

– I co w związku z tym? Złodziej się wystraszył, kiedy aresztowano Gacy’ego?

– Właśnie tak. Policja nagle zaczęła działać sprawniej. Opinia publiczna stała się czujniejsza. A jeśli służby zyskały umiejętność dostrzegania wzorców, mogli znaleźć również tego faceta. – Angela znów postukała w wykres. – Postanowił zatem zmienić się z mordercy w złodzieja. Wciąż zabija te kobiety, tu nie mam żadnych wątpliwości, ale bardziej się stara, ukrywając ich zwłoki.

– Angela, skarbie – powiedziała Catherine. – Nie wiem tak naprawdę, co mam ci powiedzieć. Jeśli to prawda, nawet częściowo, to powinnaś udać się z tym na policję.

Angela ponownie popatrzyła na Catherine.

– Dlatego właśnie potrzebuję twojej pomocy.

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– Nie mogę pójść z tym na policję. Będą mi się przyglądać… – Angela znów zaryzykowała przelotny kontakt wzrokowy. – Sama wiesz, co sobie pomyślą.

– Zabierz ze sobą Thomasa.

Angela pokręciła głową.

– Nie mogę mu tego powiedzieć. I tak się już martwi tym, jak spędzam czas. Jeśli się dowie o mojej obsesji… – Jej własny głos wypowiadający ponownie to słowo sprawił, że podrapała się w ramię przez materiał bluzki. Poczuła nagłą frustrację, kiedy łagodnie przycięte paznokcie, skrócone do samych opuszków, nie pozwoliły jej wywołać bólu, na który liczyła. – Thomas uzna, że zajmuję się sprawami, które nie służą mojemu zdrowiu.

– Ale jeśli to prawda, Angela, jeśli to, co odkryłaś ma sens, to zdanie Thomasa na temat twojego spędzania czasu nie ma większego znaczenia. – Catherine dotknęła wykresu. – Jeśli to jest prawda, to powiedzenie o tym policji może uratować komuś życie.

Nagle otworzyły się drzwi wejściowe i w domu rozległ się tubalny głos męża Catherine.

– Catherine, jesteś w domu?

– Jestem tutaj, kochanie.

W chwili paniki, kiedy Bill Blackwell wszedł do kuchni, Angela zaczęła zbierać swoje materiały i upychać je do teczki. Mąż Catherine miał na sobie brudne dżinsy i koszulę ze śladami zaschniętego betonu. Angela natychmiast rozpoznała ten widok, gdyż Thomas również często wracał do domu w takim stanie. Bill zawiązał na głowie bandanę, która zwisała mu luźno na karku. Angela przypomniała sobie czerwone ślady na jego skórze i uwagi dotyczące komarów, reakcji alergicznych i odejścia brygadiera, które zmusiło go do przejęciem kierowania ekipami. Tamtej nocy nawet sobie nie uświadomiła, pogrążona w myślach na temat zaginionych kobiet, że te słowa Billa Blackwella do niej dotarły. Tak właśnie funkcjonował umysł Angeli – chłonął wszystkie informacje i układał je w głębokich partiach jej mózgu. Skatalogowane informacje przypadkowo powracały, aż uświadamiała sobie ich obecność. Często się to jej zdarzało. Umysł szeptał do niej, że jest czegoś świadoma, nawet jeśli nie wiedziała dokładnie, co to takiego. Później zapisany obraz lub fragment informacji odrywał się od pozostałych i wynurzał na powierzchnię. Teraz jednak coś jeszcze przyciągnęło jej uwagę. Angela starała się nie patrzeć, skupiając wzrok na papierach, żeby jak najszybciej móc stąd wyjść.

– Angela – powiedział Bill. – Jak się masz? Nie wiedziałem, że się dziś spotykacie.

Angela się uśmiechnęła i rzuciła Billowi Blackwellowi przelotne spojrzenie. W tej samej chwili zwróciła uwagę na inny obraz, który pojawił się jej przed oczami. Zobaczyła w tle innego mężczyznę.

– To Leonard Williams – oznajmił Bill, kiedy obcy wchodził do kuchni. – Pracuje dla mnie w warsztacie w Kenoshy. Wpadłem do domu, żeby coś na szybko przekąsić, zanim pojadę na zachodnią stronę.

Kiedy Leonard Williams zjawił się w kuchni, Angela natychmiast rozpoznała w nim mężczyznę z alejki, który chciał jej pomóc przy kanapie. Ciemne oczy kryły się w cieniu w mniejszym stopniu niż tamtego dnia, kiedy od tyłu podświetliło go poranne słońce, jednak czarna oprawa jego oczodołów była bardzo charakterystyczna. Gardło Angeli zacisnęło się natychmiast w panicznej reakcji na jego widok. Nie mogła oddychać, przez co jej oczy się rozszerzyły i wyszły na wierzch. To ten mężczyzna zafundował jej tydzień histerii i wywołał u niej objawy manii obsesyjno-kompulsywnej.

 

W końcu nabrała powietrza do płuc i wróciła do układania w teczce papierów, z których kilka spadło na podłogę. Pochyliła się szybko, żeby je pozbierać i zapobiec rozrzuceniu innych, ale poczuła, jak kolejne kartki lądują na jej plecach.

– Hej, hej – powiedział Bill. – Spokojnie.

Zerknął z ukosa na Catherine, po czym podniósł kilka arkuszy i podał je Angeli, która odebrała je pospiesznie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego. Nie musiała patrzeć mu w oczy, żeby dostrzec wyraz obrzydzenia na jego twarzy. Wyczuła go. Było to spojrzenie, które Angela znała jeszcze z dzieciństwa. Większość ludzi patrzyła na nią właśnie w taki sposób przez cały okres dorosłości, a dziś poczuła, jak opuszcza ją pewność siebie, nad którą pracowała przez kilka ostatnich lat. Wymamrotała słowa podziękowania i wcisnęła kartki luzem do torby.

– Czekaj, pomogę ci – zaoferowała się Catherine, przejmując kontrolę nad sytuacją i układając starannie kartki, żeby Angela mogła je schować. – Angela wpadła na kawę – wyjaśniła. – Taka niezapowiedziana wizyta.

Bill popatrzył na suchy dzbanek do kawy, pusty od rana.

– Jasne – odparł. – Lepiej się czujesz? Thomas wspominał, że ostatnio było gorzej.

Angela pokiwała pospiesznie głową.

– Tak, dzięki. – Spojrzała na Catherine. – Zadzwoń do mnie później, to pogadamy.

– Nie ma sprawy.

Angela wyminęła męża przyjaciółki i mężczyznę z alejki, wyszła do holu, otworzyła siatkowe drzwi i zeszła po stopniach. Po chwili ruszyła pospiesznie chodnikiem, trzymając torebkę ciasno pod pachą.

W domu Bill Blackwell stanął obok Catherine i odprowadził spojrzeniem oddalającą się szybkim krokiem Angelę. Mówił cicho, żeby Leonard Williams, którego Thomas zatrudnił właśnie jako brygadiera, nie usłyszał jego słów. Nie chciał, żeby trafiły one do jego wspólnika.

– Nigdy nie pytałem o to Thomasa, ale co się z nią, do cholery, dzieje? Jest jakaś taka… dziwna. Jakby trochę cofnięta w rozwoju.

Catherine odwróciła głowę i spojrzała mężowi w oczy.

– Głupia to ona na pewno nie jest, idioto.

– To dlaczego zachowuje się w taki sposób?

– Bo ma genialny umysł, Bill, a ludzie traktują ją jak trędowatą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?