Zło kryje się w mroku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

Chicago, 16 października 2019 r.

Rory Moore zatrzymała się obok nieoznakowanego policyjnego samochodu tak, że kierowcy obu aut znaleźli się tuż obok siebie. Opuściła szybę i dopchnęła okulary do grzbietu nosa. W jej samochodzie było ciemno i miała pewność, że Davidson nie widzi jej oczu, co zawsze było pewnym plusem.

Detektyw podał jej przez okno sztywną kopertę.

– Wyniki z autopsji i toksykologii – oznajmił. – Do tego wszystkie notatki i rozmowy dotyczące sprawy.

Rory zabrała kopertę, na której w dolnej części nadrukowano nazwisko Camille Byrd, i pomyślała o uszkodzonej lalce Kestner należącej do dziewczyny oraz prośbie jej ojca. Odłożyła dokumenty na siedzenie pasażera.

– Oficjalnie pracujesz nad tą sprawą – powiedział Ron. – Rano wypełniłem wszystkie niezbędne papiery.

– Kiedy którykolwiek z twoich chłopaków spojrzał na to po raz ostatni? – zapytała Rory.

Davidson wydął policzki i westchnął teatralnie. Rory wiedziała, że krępuje się przed udzieleniem jej odpowiedzi na to pytanie.

– Ta sprawa ma już rok. Od wielu miesięcy nie pojawiło się w niej nic nowego, a na tapecie mamy w tej chwili pięćset nowych morderstw. Nikt już do tego nie wraca.

Rory wróciła myślami do poranka w Grant Park, kiedy Davidson pokazał jej miejsce, w którym znaleziono zamarznięte ciało Camille. Serce bolało ją z tego powodu, podobnie jak w przypadku wszystkich ofiar, nad których sprawami pracowała. Dlatego nigdy nie przebierała w zleceniach. W niewielkim świecie rekonstrukcji sądowej nikt nie był w stanie zrobić tego, co osiągała Rory Moore. Rozpalała nowy ogień w śledztwach, które zdążyły już stać się zimniejsze niż Chicago w styczniu. Miała to po prostu w genach. Jej DNA było zaprogramowane tak, by dostrzegła rzeczy przeoczone przez innych, żeby łączyła kropki, które wyglądały na przypadkowo rozrzucone w oczach każdej innej osoby. Proste rekonstrukcje, takie jak wypadki samochodowe i samobójstwa, pozostawiała innym ze swojej profesji, którym lepiej wychodziło rozwiązywanie trywialnych spraw. Takie rzeczy detektywi potrafili rozwiązywać samodzielnie z niewielkim wysiłkiem i przy odrobinie szczęścia. Tego typu przypadki kliniczne nigdy Rory nie interesowały; ona rekonstruowała nierozwiązane sprawy zabójstw, przy których inni już się poddali i które porzucili. Osiągała to, nawiązując głęboką i osobistą więź z ofiarą, poznając jej historię, odkrywając, kim była za życia. Zawsze potem sprawdzała, dlaczego doszło do morderstwa. Była to wymagająca wiele wysiłku technika, która wyczerpywała ją emocjonalnie, często zbliżała do ofiary i wzbudzała chęć domagania się sprawiedliwości. Ale był to jedyny sposób, w jaki Rory potrafiła wykonywać swoją pracę.

Wiedziała, że Ron Davidson, szef wydziału zabójstw w departamencie policji Chicago, ulega naciskom z każdej możliwej strony, zarówno politycznym, jak i społecznym, żeby podnieść wskaźnik nierozwiązanych spraw z podłogi, na której leżał. Miasto cechował najniższy w skali kraju odsetek wykrywalności sprawców morderstw, więc kiedy Rory zgodziła się wziąć na warsztat zimną jak lód sprawę Camille Byrd, była to dla niego okazja do zrehabilitowania się bez poświęcania zbyt wielu zasobów. Rory rekonstruowała sprawy samodzielnie, odrzucając oferty pomocy ze strony innych detektywów. Od wielu lat policja miała ją w zanadrzu, z uwagi na jej niezwykłą skuteczność.

– Zerknę na to i powiem ci, jeśli coś znajdę – powiedziała w końcu Rory.

– Bądź ze mną w kontakcie.

Szyba w samochodzie Rory zaczęła się podnosić.

– Hej, Szara – zawołał Davidson. Rory zatrzymała okno w połowie drogi i popatrzyła na niego. – Przykro mi z powodu twojego taty.

Rory pokiwała głową, domknęła szybę i po chwili oba samochody ruszyły w przeciwnych kierunkach.

Rozdział 7

Chicago, 16 października 2019 r.

Rory przyjechała do domu opieki i weszła do pokoju numer sto dwadzieścia jeden. Światła były w nim przygaszone, a telewizor rzucał na ścianę niebieską poświatę. Kobieta leżała nieruchomo w łóżku z otwartymi oczami, ale nie zwróciła uwagi na obecność Rory, nawet kiedy ta podeszła bliżej i położyła dłonie na metalowej barierce chroniącej pacjenta przed upadkiem. Usiadła na stojącym obok łóżku i skierowała wzrok na kobietę, która wciąż wpatrywała się w ekran telewizora, jakby Rory była zupełnie niewidzialna.

Ta wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni kobiety.

– Ciociu Greto. To ja, Rory.

Jej babka cioteczna wciągnęła wargi, wsysając je do środka, jak wtedy, gdy pielęgniarki usuwały jej sztuczną szczękę.

– Greto – powiedziała szeptem Rory. – Słyszysz mnie?

– Próbowałam cię ratować – powiedziała staruszka. – Próbowałam, ale było za dużo krwi.

– Okej – odparła Rory. – Już wszystko w porządku.

– Krwawiłaś. – Babka cioteczna spojrzała na Rory. – Krwi było za dużo.

Do pokoju weszła pielęgniarka.

– Przepraszam, próbowałam panią złapać, zanim tu pani weszła. Ona ma dziś kiepski dzień.

Kobieta poprawiła poduszkę pod głową Grety, po czym postawiła na stoliku plastikowy kubek z wystającą słomką.

– To twoja woda, kochana. I nie ma tu żadnej krwi. Nie znoszę krwi, dlatego pracuję w tym miejscu.

– Jak długo jest w takim stanie?

Pielęgniarka popatrzyła na Rory.

– Przez większą część dnia. Wczoraj było lepiej. Ale jak pani wie, demencja zabiera ich z powrotem do innych momentów życia. Czasami na krótko, czasami na dłużej. To minie.

Rory skinęła głową i wskazała kubek.

– Dopilnuję, żeby się napiła.

Pielęgniarka się uśmiechnęła.

– Proszę dzwonić, gdyby pani czegoś potrzebowała.

Kiedy kobieta wyszła, babka cioteczna Rory znów na nią popatrzyła.

– Próbowałam cię ratować. Za dużo było krwi.

Greta sama pracowała niegdyś jako pielęgniarka i choć było to wiele lat temu, demencja rujnująca jej umysł ściągała ją do najmroczniejszych momentów jej zawodu.

Staruszka umilkła i przeniosła wzrok na telewizor. Rory wiedziała już, że to będzie jedna z tych wizyt. Jej babka cioteczna skończyła dziewięćdziesiąt dwa lata i stan jej umysłu często się zmieniał. Czasami bywała bystra jak zwykle. Innym razem, jak teraz i w ciągu ostatnich dwóch tygodni, kiedy dowiedziała się o śmierci ojca Rory, zatracała się w przeszłości. Wkraczała do świata, do którego Rory nie miała wstępu. W ciągu minionych lat najczęstsze okazje, kiedy można było ją zastać w dobrym stanie, zdarzały się nocami. Bywało, że Rory przychodziła i wychodziła w ciągu kilku minut. Ale zdarzało się również, że ciotka Greta była rześka i gadatliwa, a Rory siedziała z nią do wczesnych godzin rannych, rozmawiając i śmiejąc się jak w dzieciństwie. Niewiele osób rozumiało w pełni Rory Moore. Jej babka cioteczna Greta była jedną z nich.

– Ciociu Greto, pamiętasz, jak powiedziałam ci o tacie? O Franku, twoim siostrzeńcu?

Staruszka jeszcze mocniej zassała miękkie wargi.

– Pogrzeb był w ubiegłym tygodniu. Chciałam cię zabrać, ale nie czułaś się dobrze.

Rory zauważyła, że kobieta jeszcze szybciej porusza ustami.

– Niczego nie straciłaś. Mogłaś co najwyżej uratować mnie, wijącą się w kącie i próbującą wszystkich unikać. Przydałabyś mi się jako zasłona, starsza pani przyciągnęłaby uwagę.

Greta zerknęła na nią zdawkowo i na jej twarzy zagościł krótki uśmiech. Rory wiedziała, że przebiła się przez cienki mur, którym tymczasowo odgrodziła się od niej ciotka.

– Czy istnieje lepszy sposób na to, żeby odwrócić od siebie uwagę, niż przywiezienie staruszki, którą wszyscy uwielbiają?

Rory poczuła, że ciotka ściska jej dłoń. Na powiece Grety uformowała się łza, która spłynęła jej po policzku. Rory wstała i szybko wyciągnęła z pudełka chusteczkę, żeby przetrzeć jej twarz.

– Hej – powiedziała, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, którego na co dzień tak unikała. – Mam ciężki przypadek, przy którym potrzebowałabym twojej pomocy. To lalka Kestner z brzydkim pęknięciem biegnącym przez lewy oczodół. Pęknięcie naprawię, ale przydałby się ktoś do barwienia. Porcelana wyblakła i będę musiała nadać kolor powłoce epoksydowej. Chciałabyś pomóc?

Greta popatrzyła na Rory i przestała żuć wargi. Skinęła lekko głową.

– Świetnie – powiedziała Rory. – Jesteś w tym najlepsza i wszystkiego mnie nauczyłaś. Następnym razem przyniosę twoje farby i pędzle. Sama zobaczysz.

Rory poprawiła się na krześle, ponownie sięgnęła po dłoń Grety i przez następną godzinę gapiła się w wyciszony telewizor, aż w końcu się upewniła, że jej babka cioteczna zapadła w sen.

Rozdział 8

Chicago, 16 października 2019 r.

Zaparkowała przy chodniku przed swoim domem, ustawiając samochód między autami należącymi do sąsiadów. Minęła jedenasta i Rory była w dobrym nastroju po wizycie u Grety. Nie zawsze się tak czuła po zakończeniu spotkania z babką cioteczną. Choroba Alzheimera i demencja odebrały jej większą część osobowości i zmieniały ją od czasu do czasu w niemiłą starą kobietę, która w jednej chwili rzucała obraźliwymi słowami jak pijany marynarz, żeby w następnej mamrotać bez ładu i składu. Choć to pierwsze bywało dość szokujące, Rory wolała tę wersję ciotki Grety od wpatrzonej gdzieś w dal kobieciny, do której czasami przychodziła. Tolerowała każdą z osobowości Grety, ponieważ zawsze, tak jak tego dnia, dostrzegała w niej przebłyski osoby, którą kochała przez całe swoje życie. To była naprawdę dobra wizyta.

Oszczekiwana przez psa sąsiadów Rory weszła po stopniach, otworzyła drzwi wejściowe i podniosła z podłogi korespondencję. Rzuciła stos kopert wraz z raportem z autopsji Camille Byrd na kuchenny stół i wyjęła z szafki szklankę. Na środkowej półce lodówki przechowywała sześć butelek piwa Three Floyds Dark Lord, trudnego do zdobycia w sklepach portera, którego zapas udało się jej zgromadzić dzięki swoim koneksjom w Indianie. Każda z butelek o pojemności sześciuset pięćdziesięciu mililitrów została ustawiona etykietą do przodu w idealnym szeregu – jedynym układzie, w którym według Rory można było przechowywać ten alkohol. Zabrała jedną, zdjęła kapsel, wlała zawartość do wysokiej szklanki, po czym dodała odrobinę syropu z czarnej porzeczki. Przy zawartości alkoholu równej piętnaście procent piwo to było mocniejsze od większości win i pożądany efekt można było uzyskać już po wypiciu kilku szklanek. Usiadła przy kuchennym stole, odsunęła na bok to, co przyszło pocztą, i chwyciła kopertę, którą dostała od detektywa Davidsona. Wypiła dwa duże łyki, wzięła głęboki oddech i wyjęła pierwszą stronę raportu z autopsji.

 

W chwili śmierci Camille Byrd była dwudziestodwuletnią absolwentką uniwersytetu w Illinois. Ukończyła college w maju i wciąż polowała na miejsce pracy, w którym mogłaby wykorzystać swoje umiejętności w zakresie komunikacji. Mieszkała w Wicker Park z dwiema współlokatorkami. Patolog uznał, że przyczyną śmierci było zamknięcie dróg oddechowych wynikające z ręcznego uduszenia. Charakter zgonu: zabójstwo. Żadnych śladów wykorzystania seksualnego.

Dwa kolejne łyki portera i Rory odwróciła stronę, wczytana w notatki patologa. Napisano tam o klasycznych oznakach uduszenia – krwi w drogach oddechowych, obrzęku płuc, wybroczynach na twarzy i krwotoku podspojówkowym. Na szyi Camille znaleziono liczne sińce oraz uszkodzenia kości gnykowej i krtani, co potwierdzało teorię o uduszeniu. Obecność „odcisków palców” nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Rory wyjęła zdjęcie z autopsji i ponownie przeczytała wnioski. Ciało Camille Byrd odnaleziono następnego dnia po jej zaginięciu. Stężenie pośmiertne i zasinienie pozwoliły określić czas zgonu na dwadzieścia cztery godziny przed znalezieniem zwłok. Ktokolwiek zamordował Camille Byrd, zrobił to szybko. Rory przeczytała, że w próbkach skóry wykryto obecność leukotrienów B4, co wskazywało, że siniaki na szyi powstały przed śmiercią dziewczyny i już nie zniknęły, ponieważ zdolność jej ciała do regeneracji zanikła wraz z ostatnim oddechem.

Kolejną godzinę poświęciła na analizę pozostałych stron raportu patologa, po czym przeszła do notatek detektywa. Raport z autopsji wydrukowano z komputera, natomiast wydział zabójstw departamentu policji Chicago nadal pracował z papierowymi formularzami. Kiedy spojrzała na kartkę, zobaczyła paskudne, zdawkowe notatki zapisane pismem, które trudno było jej odszyfrować. Rory nie miała wątpliwości, że istniało jakieś freudowskie powiązanie między odrażającym charakterem pisma detektywów i ich matkami, jakby dziecinnie nakreślone słowa były dowodem na ciągłe pragnienie bycia rozpieszczanym.

Przez godzinę i przy kolejnym Dark Lordzie doprawionym syropem z czarnej porzeczki Rory czytała o życiu Camille Byrd. Od dzieciństwa po dzień zaginięcia i poranek, kiedy zamarznięte ciało dziewczyny znaleziono w Grant Park. Sporządzała notatki, jedna po drugiej, aż zapełniła nimi całą stronę. W przeciwieństwie do detektywów Rory pisała doskonałą kursywą, nie robiła jednak przerw między zdaniami i stosowała niewiele znaków interpunkcyjnych, co pozwalało zakładać, że jej zapiski okazałyby się równie nieczytelne jak bazgroły jej kolegów po fachu.

Rory zamknęła akta i uznała, że wciąż jest daleko, by poznać Camille Byrd w stopniu umożliwiającym jej znalezienie odpowiedzi na postawione pytania. Ale od czegoś przynajmniej już zaczęła. Odsunęła raporty na bok i zamknęła w końcu oczy. Uspokoiła myśli i pozwoliła przejąć kontrolę faktom. Tej nocy będzie śniła o Camille Byrd, tak jak zawsze śniła o badanych przez siebie ofiarach. W taki sposób zaczynała się każda z jej rekonstrukcji. Każdą sprawę wybierała starannie i poświęcała jej pełną uwagę, aż dochodziła do konkretnych wniosków i przekazywała wszystko detektywom, żeby mogli dokończyć dzieła.

Po dwudziestu minutach medytacji otworzyła oczy i wzięła głęboki oddech. Zaniosła papiery do biura i ułożyła je na biurku. Wyjęła zdjęcie Camille Byrd w formacie dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów i przypięła je do dużej tablicy korkowej na ścianie. Upstrzona dziurkami po wcześniejszych rekonstrukcjach tablica opowiedziała w ciągu minionych lat wiele niepokojących historii. Tego dnia, kiedy Rory wpatrywała się w zdjęcie Camille, echa poprzednich spraw nie były słyszalne. Dziewczyna patrzyła na nią z jakiegoś nieziemskiego miejsca i czekała na pomoc Rory.

Zgasiła wszystkie światła i wyszła z biura. Kiedy pozostałą część domu spowiły ciemności, zabrała z lodówki następne piwo i ruszyła w stronę swojej pracowni. W pomieszczeniu nie było żadnych górnych lamp czy żarówek, jedynie starannie rozstawione reflektory punktowe. Po przestawieniu pierwszego przełącznika Rory oświetliła przymocowane do ściany półki, na których spoczywało ponad dwadzieścia starych porcelanowych lalek. Ustawione zostały po trzy sztuki na półce w idealnych kolumnach, a światła pod półkami rozjaśniały je w doskonałej kombinacji blasku i cieni. Porcelanowe twarzyczki lalek lśniły, zwracając uwagę obserwatora na doskonałe barwy i lśniącą powierzchnię.

Na półkach stały dokładnie dwadzieścia cztery lalki. Gdyby było ich mniej, dręczyłoby to Rory do momentu, w którym zapełniłaby brakujące miejsce. Próbowała już tego wcześniej – usunęła kiedyś jedną lalkę, nie zastępując jej inną. Niewypełniona przestrzeń zachwiała równowagę w jej mózgu, co nie pozwalało Rory spać, pracować i racjonalnie myśleć. Odkryła, że ta udręka skończyła się dopiero po tym, kiedy uzupełniła skład, umieszczając w tamtym miejscu inną lalkę. Ze swoimi przypadłościami pogodziła się już przed laty i w końcu przestała z nimi walczyć. Wszystko to utrwaliło się w niej, kiedy była małym dzieckiem stojącym w domu ciotki Grety i wpatrującym się w zastawione lalkami półki. Pasja Rory do ich odnawiania wywodziła się z lat, kiedy to spędzała z Gretą całe dnie, przywracając uszkodzonym lalkom dawny blask. Teraz pracownia Rory wyglądała identycznie od ponad dziesięciu lat i stanowiła replikę dawnego domu ciotki Grety. Na półkach stały rezultaty jej prac, które uznała za najlepsze. Żadnych pustych miejsc.

Pod każdą z półek znajdowała się cienka szufladka, w której spoczywały zdjęcia „przed” każdej z lalek znajdujących się powyżej. Na fotografiach widoczne były popękane twarzyczki, brakujące oczy, postrzępione pęknięcia, z których wyłaziła biała wata, poplamione ubranka, urwane kończyny i wyblakła porcelana, która utraciła po latach dawną świetność. Zdjęcia przechowywane w szufladkach kontrastowały ostro z nieskazitelnymi lalkami na półkach, które Rory starannie przywracała do życia.

Siedząc przy biurku, skierowała lampkę na elastycznym pałąku w kierunku zniszczonej lalki Kestner, której ojciec Camille Byrd użył, by ją zwabić i zachęcić do zrekonstruowania śmierci córki. Upiła łyk portera i rozpoczęła badania, fotografując uszkodzoną lalkę pod każdym kątem. W końcu ułożyła ją płasko i zrobiła ostateczne zdjęcie, które miało stać się zdjęciem „przed” i punktem odniesienia, do którego będzie można porównać efekt końcowy. Piwo w połączeniu ze skupieniem nad nowym projektem – do którego zaliczała się zarówno lalka z dzieciństwa Camille, jak i ona sama – wystarczyło, żeby spenetrować głębokie fałdy mózgu Rory i oderwać jej uwagę od dręczącego ją obrazu dokumentów czekających w kancelarii ojca. Skupienie na nowym projekcie okazało się wystarczające, żeby wyrzucić z głowy myśl o ojcu umierającym samotnie w domu.

Rozdział 9

Zakład karny Stateville, 17 października 2019 r.

Seria zabójstw sprzed dziesięcioleci na krótki czas uczyniła z niego celebrytę. Niestety tuż po tym, jak zapadł wyrok, świat nie zwolnił kroku i większość ludzi najzwyczajniej zapomniała o Złodzieju. Dopiero w ostatnich miesiącach jego gwiazda zaczęła znów lśnić, kiedy dziennikarze wrócili do lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, wspominając kobiety, które uznano za jego ofiary. Skontaktowano się z członkami rodzin. Przyjaciele, teraz posiwiali i pomarszczeni, opowiadali o dawno zapomnianych relacjach z tymi, których utracili. Ambitni prezenterzy wiadomości odtwarzali stare materiały, próbując przypomnieć panikę, która wybuchła w mieście upalnego lata, gdy Złodziej przemykał ciemnymi uliczkami Chicago i porywał młode kobiety.

Teraz, kiedy jego sława znów zaczęła nabierać blasku, musiał skorzystać z pomocy człowieka, który pomagał mu przez większość tych lat. Dysponował dostępem do więziennej poczty elektronicznej, jednak samo wysyłanie i odbieranie wiadomości było kłopotliwym procesem, a panujące zasady ograniczały długość jego maili. Szybciej i łatwiej pisało mu się listy ręcznie. Wysyłał je pocztą, co uczynił kilkakrotnie w ciągu ostatnich trzech tygodni, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Więzienna poczta zawsze była dla niego najszybszą formą komunikacji. Wydawała mu się sprawniejsza niż rozmowa telefoniczna, która wymagała złożenia formalnego wniosku, oczekiwania na zgodę oraz ustalenia daty i godziny, kiedy mógł skorzystać z więziennego płatnego telefonu. Jeśli musiał się skontaktować ze swoim adwokatem, zawsze korzystał z papieru i długopisu, zaklejał kopertę i wrzucał do skrzynki. Kiedy jednak tym razem nie otrzymał odpowiedzi po upływie dwóch tygodni, zdecydował się złożyć wniosek o rozmowę telefoniczną. Posiedzenie komisji zwolnień warunkowych zbliżało się wielkimi krokami, a jego prawnik wcześniej był z nim w stałym kontakcie w kwestii szczegółów dotyczących zwolnienia. Od ostatnich dwóch tygodni adwokat jednak milczał i nie można było się z nim skontaktować.

Złodziej leżał na swojej pryczy z założonymi na piersi rękami i czekał. We wszechświecie panowała nierównowaga, czuł to gdzieś w głębi duszy. Upływający czas nigdy nie stanowił dla niego wyzwania, przynajmniej w ostatnich latach. Ostatnio jednak, kiedy komisja postawiła przy jego wniosku pieczęć „przyjęto”, czas stał się czymś, czym trudno było mu zarządzać. Wyrok dobiegał końca i pozwalał sobie posmakować tego, co czekało na niego na wolności. Zabawianie myśli swobodą, która powoli jawiła mu się przed oczami, było mimo wszystko niebezpieczne. Jednak gdy leżał na więziennym łóżku, zamykał oczy i wyobrażał sobie ich ostateczne spotkanie. Ta świadomość napełniała go poczuciem euforii. Kobieta, przez którą się tutaj znalazł, w końcu dostanie to, na co zasłużyła.

– Forsicks – odezwał się strażnik, wyrywając go z zamyślenia. – Masz dziś pozwolenie na skorzystanie z telefonu?

Usiadł szybko i wstał.

– Tak, sir.

Strażnik odwrócił głowę i zawołał donośnym głosem w głąb korytarza:

– Jeden-dwa-dwa-siedem-sześć-pięć-dziewięć-cztery-sześć.

Jego słowa odbiły się echem od ścian i zwabiły pod kraty osadzonych, którzy wsparli łokcie na poprzeczkach i czekali na rozwój wydarzeń.

Drzwi celi Forsicksa zagrzechotały i strażnik gestem kazał mu ruszyć przodem wzdłuż długiego podestu. Nie dostrzegłszy niczego interesującego, pozostali więźniowie wycofali się w głąb swoich cel. Kiedy dotarł ze strażnikiem na koniec podestu, rozległ się brzęczyk i Forsicks przeszedł na drugą stronę, gdzie czekał na niego inny klawisz. Pobieżnie go przeszukano i skierowano w stronę płatnego telefonu zawieszonego na ścianie.

Forsicks wykonał dobrze mu znaną procedurę korzystania ze zautomatyzowanego, więziennego systemu telefonicznego, który pozwalał na nawiązywanie połączeń wychodzących. Wybrał numer z pamięci i wsłuchał się w sygnały oczekiwania. Kiedy naliczył ich osiem, połączenie zostało skierowane do poczty głosowej, a tam się dowiedział, że skrzynka jego adwokata jest zapełniona.

Wszechświat nagle się skurczył. Coś było nie tak. Nagle wszystkie jego plany związane z jej znalezieniem zaczęły blaknąć.