Zło kryje się w mroku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Chicago

Sierpień 1979 r.

Angela Mitchell wbijała wzrok w telewizor. Stała obok swojej przyjaciółki Catherine Blackwell i oglądała wiadomości. Dziennikarka na ekranie stała na tle zacienionej alei spowitej blaskiem letniego zachodzącego słońca. Do ogrodzeń siatki przyparto przepełnione kosze na śmieci, a ze szczelin nierównego chodnika wyrastały chwasty.

– Zaginęła kolejna kobieta – powiedziała dziennikarka. – Samantha Rodgers, lat dwadzieścia dwa, zamieszkała w Lincoln Park. Została uznana za zaginioną we wtorek po tym, kiedy nie stawiła się do pracy. Władze uważają, że jest to piąta ofiara w szeregu niewyjaśnionych zniknięć, które rozpoczęły się w pierwszym tygodniu maja.

Dziennikarka ruszyła wzdłuż bulwaru. Kilkoro przechodniów minęło ją i spojrzało w kamerę z głupimi uśmiechami, nieświadomi tragedii, o której była mowa.

– Zaginięcia rozpoczęły się drugiego maja od porwania Clarissy Manning. Od tamtej pory z ulic Chicago znikły trzy kolejne kobiety. Żadnej z nich nie odnaleziono i istnieją podejrzenia, że przypadki te są ze sobą powiązane. Pojawiły się obawy, że Samantha Rodgers została ostatnią ofiarą napastnika, któremu władze nadały przydomek Złodziej. Departament policji Chicago ostrzega kobiety przed samotnym spacerowaniem po ulicach miasta. Władze proszą o jakiekolwiek wskazówki dotyczące miejsca przebywania zaginionych kobiet. Obiecano nagrody.

– Pięć kobiet w trzy miesiące – powiedziała Catherine. – Jak to możliwe, że policja nie znalazła tego faceta?

– Coś muszą wiedzieć – odparła cicho Angela. – Podejrzewam, że ukrywają informacje przed opinią publiczną, żeby ten bydlak się nie zorientował, ile o nim wiedzą.

Do pokoju wszedł mąż Angeli. Sięgnął po pilota, wyłączył telewizor i pocałował ją delikatnie w czoło.

– Chodźcie, kolacja jest już gotowa.

– To po prostu straszne – powiedziała Angela.

Mąż przeciągnął dłonią po jej ramieniu i mocno ją przytulił. Przekrzywił lekko głowę w kierunku kuchni i złapał kontakt wzrokowy z wychodzącą z pokoju Catherine.

Angela nie spuszczała wzroku z ciemnego ekranu telewizora. Profil dziennikarki utkwił jej w pamięci niczym powidok. Zapamiętała twarz kobiety, alejkę, zielone znaki uliczne w tle, nawet głupie spojrzenia przechodniów wchodzących w kadr. To, że wszystko zapamiętywała, było jednocześnie darem i przekleństwem. W końcu zamrugała oczami, pozbywając się obrazu dziennikarki. Catherine wróciła i pociągnęła ją za łokieć, kierując się w stronę stołu.

Chicago

Sierpień 1979 r.

Cała czwórka – Angela i Catherine wraz z mężami – zasiadła przy stole do kolacji. Thomas, mąż Angeli, skończył piec kurczaka z warzywami i w końcu zdecydowali się na klimatyzowaną jadalnię zamiast patio, jak to początkowo zaplanowali. Letni upał był obezwładniający, wilgotne powietrze dokuczało, a komary nie dawały żyć.

– Wybaczcie, że spędzamy kolejny letni wieczór w środku – powiedział Thomas. – Niecierpliwie czekamy na odejście zimy, a teraz i tak siedzimy w czterech ścianach.

– Spędzałem ostatnio wszystkie dni na zewnątrz – odparł Bill Blackwell, mąż Catherine. – Jeden z naszych brygadierów odszedł z pracy przed kilkoma tygodniami. Przejąłem jego ludzi, więc bardzo się cieszę z odpoczynku od upału.

– Nie zatrudniliśmy jeszcze nikogo na jego miejsce? – zapytał Thomas.

Thomas i Bill byli partnerami biznesowymi w branży betoniarskiej i zajmowali się wylewaniem fundamentów pod nowe domy, kładzeniem podłoża pod przemysłowe parkingi i wewnętrzne garaże. Firma, którą założyli w wieku dwudziestu lat, rozrosła się do średniej wielkości przedsiębiorstwa zatrudniającego pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych.

– Skontaktowali się ze mną ci z lokalu numer dwieście pięćdziesiąt pięć. Chłopaki już nad tym pracują, ale dopóki kogoś nie zatrudnimy, to ja muszę nadzorować ludzi, a to oznacza, że nie ma mnie przez cały dzień. A przy tych temperaturach cieszę się, że mogę wieczorem usiąść w chłodnym wnętrzu.

– Jeśli to cię pocieszy – odparł Thomas – ja musiałem kierować ładowarką, kiedy jeden z naszych chłopaków zachorował w tym tygodniu.

– Wcale mnie to nie pociesza – mruknął Bill. – Obsługa ładowarki to nie to samo, co pilnowanie ekip. Jeśli zostanę jeszcze mocniej pokąsany przez komary, zaszczepię się przeciwko malarii.

– Czy nie powinniśmy okazać więcej współczucia naszym ciężko pracującym mężczyznom, Angelo? – zapytała Catherine.

Jej przyjaciółka wpatrywała się w talerz nieobecnym wzrokiem.

– Angela – rzucił Thomas.

Kiedy znów nie odpowiedziała, wyciągnął rękę, żeby dotknąć jej ramienia, aż podskoczyła, i natychmiast uniosła wzrok. Na jej twarzy panował taki wyraz, jakby zaskoczył ją widok pozostałych osób przy stole.

– Bill mówił właśnie o tym, jak upierdliwe są komary – powiedział zachęcającym tonem jej mąż. – I że pracuje ciężej niż ja w warsztacie. Potrzebuję mojej żony, żeby mnie obroniła.

Angela spróbowała się uśmiechnąć, ale ostatecznie tylko skinęła do niego głową.

– Tak czy inaczej – wtrąciła Catherine, dotykając karku swojego męża – jeśli bardziej cię pogryzą, nie będziesz myślał o malarii, a o transfuzji krwi. Wyglądasz, jakby dopadł cię Dracula.

Bill przyłożył dłoń do szyi.

– Mam alergię na spray na owady – mruknął.

Thomas nie zabrał dłoni z ramienia Angeli, próbując w ten sposób zachęcić ją do udziału w rozmowie. Położyła dłoń na jego ręce i uśmiechnęła się sztucznie.

– Nie jestem pewna, czy środek na owady działa na wampiry – powiedziała w końcu.

Pozostali się roześmiali. Angela próbowała się zaangażować w dyskusję przy obiedzie, ale wciąż widziała przed oczami dziennikarkę i potrafiła się skupić jedynie na kobietach, które zaginęły tego lata.

Chicago

Sierpień 1979 r.

Kiedy goście wyszli, Angela ścisnęła górną część worka na śmieci i zawiązała go. Jej mąż otarł czoło przedramieniem, stojąc przed zlewozmywakiem i czystymi naczyniami. Tego rodzaju wieczory były dla niej nowym doświadczeniem i czymś, do czego Angela wciąż się jeszcze przyzwyczajała. Zanim poznała Thomasa, nie brała udziału w tego rodzaju spotkaniach z bliskimi przyjaciółmi, a tym bardziej ze zwykłymi znajomymi. Swoje dotychczasowe życie wiodła jako outsiderka. Żywe wspomnienia z młodości przypominały jej, dlaczego tradycyjne przyjaźnie nie wchodziły w grę.

Kiedy Angela skończyła pięć lat, w przedszkolu podeszła do niej dziewczynka, która podała jej lalkę Betsy McCall i zaprosiła ją do wspólnej zabawy. Do dziś Angela odczuwała przytłaczające poczucie dyskomfortu, kiedy ktoś stał blisko niej, pamiętała też odrazę, jaką czuła na samą myśl o dotknięciu lalki, którą wcześniej trzymało w dłoniach tyle innych dzieci. Nawet przed pójściem do przedszkola wszystkie swoje zabawki nosiła w foliowych woreczkach śniadaniowych w trosce o ich bezpieczeństwo przed bakteriami i brudem. Rodzice zorientowali się, że napady Angeli – jej całkowite zobojętnienie emocjonalne – mijały, kiedy jej rzeczy były bezpiecznie schowane w woreczkach. Nawyk ten zabrała ze sobą do szkoły, gdzie skutecznie odciął ją on od przyjaźni. Była oddzielona od świata tak samo efektywnie, jak przedmioty w woreczkach.

Zaproszenie Catherine i Billa Blackwellów na kolację oznaczało, że Angela wyszła poza własną strefę komfortu. Ale dobrze, że tak się stało. Dzięki temu jej życie zyskało nieco normalności. Za tę transformację mogła podziękować jedynie Thomasowi. Angela już zawsze miała być świadoma ukradkowych spojrzeń, które rzucali jej inni, ukojenie znajdowała jednak w fakcie, że Thomas ją zaakceptował pomimo jej licznych dziwnych przypadłości. Po zawarciu małżeństwa otworzył się przed nią zupełnie nowy świat. Catherine została pierwszą kobietą, którą Angela określiła mianem swojej przyjaciółki. W otoczeniu innych Angela z powodzeniem kontrolowała wiele nietypowych nawyków rujnujących jej życie. Catherine wiedziała o niektórych z tych dziwactw i je zaakceptowała. Należała do nich awersja Angeli do kontaktów fizycznych z kimkolwiek poza Thomasem, strach przed hałasem czy sposób, w jaki paraliżowało ją coś, czego jej mózg nie był w stanie przetworzyć – tak jak tego wieczoru, kiedy oglądała dziennikarkę opowiadającą o kolejnej zaginionej kobiecie. Aż do zaśnięcia nie była w stanie skupić się na czymkolwiek innym.

Choć przyjaźniła się z Catherine, Angela nigdy nie potrafiła przekonać się do jej męża, który był jednym z najbliższych przyjaciół Thomasa. Ale nawet to nie zniechęciło do niej Catherine. Kiedy ich mężowie byli w pracy, często spotykały się na lunchu.

– Super było – oznajmił Thomas.

– Tak.

– Zaprzyjaźniłyście się z Catherine jeszcze mocniej, prawda?

– Zgadza się. Jej mąż też jest bardzo miły.

Thomas podszedł bliżej.

– Mąż Catherine ma imię, wiesz?

Angela opuściła wzrok i popatrzyła na swoje stopy.

– Wiem, że dzisiejszy wieczór był dla ciebie trudny, ale świetnie sobie poradziłaś. Zdaję sobie sprawę, że przy Catherine czujesz się bardziej komfortowo, ale nie możesz rozmawiać tylko z nią i ze mną. Powinnaś mieć kontakt ze wszystkimi, którzy są w domu. To po prostu grzeczne.

Pokiwała głową.

– I powinnaś zwracać się do ludzi po imieniu. Bill, okej? Mąż Catherine ma na imię Bill.

– Wiem – odparła Angela. – Po prostu… jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłam, to wszystko.

– To mój partner w biznesie i dobry przyjaciel, więc będziemy spotykali się często.

– Popracuję nad tym.

Pocałował ją w czoło jak wtedy, kiedy oglądała dziennikarkę informującą o ostatnim zaginięciu, po czym wrócił do naczyń.

 

– Idę to wyrzucić – oznajmiła Angela, podnosząc zawiązany worek ze śmieciami.

Wyszła przez kuchnię na ogród. Przecięła nieduży trawnik i zauważyła, że boczne drzwi prowadzące do garażu są otwarte. Było już ciemno i ze środka sączyło się światło, rzucając na trawę na zewnątrz blask w kształcie trapezu. Kiedy Thomas piekł kurczaka, Angela zauważyła, że mąż Catherine – Bill, jak właśnie przypomniał jej Thomas – wchodził do garażu i z niego wychodził. Była to dla niej kolejny niepokojący element, związany ze świadomością, że w garażu panuje ogromny bałagan. Angela miała spory problem z rzeczami, które nie były skrupulatnie zorganizowane, a wygląd garażu wprawiał ją w takie zakłopotanie, że w trakcie spotkania rozważała nawet zamknięcie do niego drzwi, co byłoby niewerbalnym przekazem sugerującym, że mąż Catherine powinien zostać na patio.

Angela zatrzasnęła teraz drzwi, wyszła za ogrodzenie z siatki i weszła w ciemną alejkę. Uniosła pokrywę pustego kontenera i wrzuciła do środka worek ze śmieciami. Usłyszała syknięcie kota, który wybiegł ze swojej kryjówki w pobliżu. Wystraszyła się i upuściła pokrywę, wywołując głośny huk, który poniósł się echem po alejce. Stłumiła krzyk, a na sąsiednich posesjach rozszczekały się psy.

Angela wzięła głęboki oddech i spojrzała w głąb drogi. Na końcu przecznicy świeciły się uliczne latarnie, rzucając na ziemię kołyszące się cienie konarów drzew. Przywołała w głowie mapę przedmieść i zlokalizowała na niej ciemną alejkę na dalszych obrzeżach miasta. Odtworzyła w myślach diagram, który pieczołowicie stworzyła, i na którym rozmieściła czerwone punkty oznaczające przybliżone położenie każdej zaginionej kobiety. Oznaczyła na żółto łączący je obszar. Jej dom znajdował się daleko od barwnego pięciokąta.

Czując dudnienie w piersi i drżenie rąk, Angela podniosła pokrywę kontenera na śmieci i pospiesznie położyła ją na swoim miejscu. Nie zwlekając ani chwili dłużej, przebiegła przez ogród i wpadła do kuchni. Thomas skończył zmywać naczynia i usłyszała odgłosy meczu Cubsów dobiegające z salonu. Kiedy tam zerknęła, zobaczyła męża odpoczywającego w zagłębieniu rozkładanego fotela, co oznaczało, że niebawem zacznie pochrapywać. Wciąż czując efekty przypływu adrenaliny, weszła do sypialni i uklękła u stóp łóżka. Otworzyła skrzynię i znalazła plik artykułów wyciętych z gazet wraz ze sporządzoną przez nią samą mapą miasta.

Poświęciła cały wieczór na tłumienie swoich obsesyjno-kompulsywnych potrzeb. Nowo poznane samoograniczenie dobrze jej zrobiło. Otworzyło jej nowy świat z Thomasem i pozwoliło nawiązać przyjaźń z Catherine. Angela wiedziała jednak, że nie może całkowicie zignorować potrzeb swojego umysłu i żądań ośrodkowego układu nerwowego, który domagał się organizacji, porządku i odrzucenia niepotrzebnych rzeczy. Różne kwestie postrzegała jako proste i ułożone, z zachowanymi kątami prostymi, lub zupełnie nieuporządkowane. Wezwania jej umysłu do ułożenia razem w sztywnym porządku wszystkiego, co nie wpasowywało się w schemat, zawsze były bardzo głośne i nie dawały się zignorować. Jednak ostatnio krzyki te stały się wręcz ogłuszające. Świadomość, że gdzieś tam istniał człowiek, który umykał policji i przez którego oddech wstrzymało całe miasto, stanowiła dla niej prawdziwą definicję chaosu. Od kiedy Angela pozwoliła swojemu dzikiemu i nieujarzmionemu umysłowi na wpuszczenie do środka człowieka, którego władze nazywały Złodziejem, nie była w stanie myśleć o niczym innym.

Zaniosła plik artykułów na nieduże biurko w sypialni, włączyła lampkę i rozłożyła przed sobą papiery. Przeczytała je wszystkie po raz setny, zdeterminowana, by znaleźć to, co umykało wszystkim innym.

Chicago

Sierpień 1979 r.

Angela spędziła cały następny ranek przy kuchennym stole, otoczona artykułami prasowymi z minionego tygodnia na temat Złodzieja. Czytała je do późna, kiedy Thomas zasnął na rozkładanym fotelu. Teraz pojechał do pracy i Angela wróciła do swojego zajęcia. Leżały przed nią bieżące wydania „Tribune” i „New York Timesa”, z których pieczołowicie wycinała fragmenty nożyczkami. Zdołała nawet znaleźć coś w „Timesie”, gdzie napisano krótko o wydarzeniach z Chicago, porównując je z przypadkiem „Syna Sama”, który mordował trzy lata wcześniej. Angela czytała raz za razem artykuły, skupiając uwagę na pięciu zaginionych kobietach i katalogując wszystko, co zostało napisane na temat ofiar. Zgromadziła zdjęcia i opracowała ich biogramy. O każdej z nich wiedziała tak wiele, że czuła się z nimi mocno związana.

Dokładała wszelkich starań, by ukryć przed Thomasem skalę swoich dolegliwości. W przeszłości zdarzały się okresy, kiedy zaburzenia obsesyjno-kompulsywne ją pożerały, przytłaczając w stopniu, który uniemożliwiał normalne funkcjonowanie. W najmroczniejszych czasach choroba wymuszała na Angeli realizowanie zbędnych zadań, które zdaniem jej mózgu były absolutnie niezbędne. A im bardziej próbowała oderwać się od tych kłopotliwych obowiązków, w tym większą paranoję popadała, czując, że jeśli przerwie cykl nic nieznaczących czynności, to wydarzy się coś strasznego. Pętla paranoi karmiła się sama, aż Angela stała się zupełnie bezradna wobec jej mocy.

Teraz znów poczuła to samo i uświadomiła sobie szybko, że musi ujarzmić tę obsesję, jeśli pragnie zapobiec nawrotom. Kiedy jednak skupiała się na zaginionych kobietach i mężczyźnie, który je porywał, czuła się zupełnie bezradna. Wierzyła bowiem, że zdoła znaleźć jakieś powiązanie między ofiarami, choć nie miała pojęcia, co zrobiłaby z takim odkryciem. Może powinna podzielić się nim z władzami. Angela była jednak ostrożna i starała się nie wybiegać tak daleko w przyszłość. Zbyt intensywne myślenie o tym, co będzie, otwierało jej umysł na dzikie spekulacje, które wywoływały niepokój i strach. Jeśli Thomas znów zauważy jej wyrwane rzęsy i rzednące brwi, ogarnie go strach przed nawrotem. Wtedy Angela trafi z powrotem do gabinetu terapeuty, a to będzie oznaczało koniec jej pracy nad tym tematem. Nie mogła sobie na to pozwolić. Kobiety, które patrzyły na nią z wycinków z gazet, zasługiwały na jej uwagę, a Angela nie była w stanie tego zignorować.

Kiedy poukładała i skatalogowała artykuły, spakowała wszystko i schowała z powrotem do skrzyni u stóp łóżka. Wybiła dziesiąta, gdy zabrała swoją kawę i poszła do garażu. Wzięła ze sobą dwie zrobione samodzielnie kanapki owinięte w folię. Ich garaż był wolnostojącym budynkiem na dwa samochody, znajdującym się za domem. Od patio tuż przy kuchni biegła wybetonowana ścieżka aż do bramy garażowej, która otwierała się na alejkę. Ubiegłego wieczoru, kiedy przestraszył ją kot, Angela pozwoliła swojej wyobraźni stworzyć irracjonalne koszmary dotyczące tego, co czaiło się w mroku. Dziś rano słońce świeciło jasno i jej strach znikł.

Weszła do środka bocznymi drzwiami i nacisnęła przycisk na ścianie, co sprawiło, że duża garażowa brama z grzechotem pojechała do góry, wpuszczając do środka światło dzienne. W związku z tym, że rzadko się tutaj zapuszczała, garaż zupełnie odstawał od domu, o który dbała. Gdyby to miejsce należało do niej, a nie do Thomasa, Angela zadbałaby o odpowiedni porządek i poukładała wszystko tak, jak robiła to w swojej głowie. Zamiast tego zobaczyła bałagan na półkach zapełnionych starymi książkami i zakurzonymi pojemnikami. Stały tam puszki z farbą ze śladami wycieków, jeszcze z czasów, kiedy wraz z Thomasem malowali ściany w sypialni, narzędzia służące do naprawy auta, które Thomas ułożył w narożniku, i starą kanapę, przeznaczoną na sprzedaż, czego nigdy nie zrealizowali. Kanapę pokrywała teraz warstwa kurzu i brudu, stare magazyny i gazety. Pozbycie się jej wyznaczyła sobie na ten ranek.

Środa była dniem odbioru odpadów, a Angela chciała wyciągnąć na ulicę starą kanapę, by stamtąd odebrali ją śmieciarze. Kanapki miały pełnić funkcję łapówki, którą zamierzała im wręczyć w podziękowaniu za zabranie tak dużego mebla. Zanim jednak zabrała się za sam mebel, zaczęła od magazynów i gazet, które powrzucała do śmietnika. Po dziesięciu minutach kanapa była już wolna od pokrywającego ją bałaganu. Angela stanęła obok wejścia do garażu, chwyciła kanapę za oparcie i pociągnęła. Mebel był ciężki i szło jej to opornie, jednak w końcu zdołała wytaszczyć go na chodnik. Potrzebowała przeciągnąć kanapę jeszcze o kolejnych sześć metrów, w miejsce przeznaczone na odbiór śmieci, jednak na tym etapie walki z niewdzięcznym meblem zupełnie opadła z sił. Wróciła do garażu, by złapać oddech i odzyskać energię.

Biorąc głębokie wdechy, rozglądała się z niesmakiem po zabałaganionych półkach, zdając sobie sprawę, że Thomas będzie zły, jeśli wykorzysta swoją obsesję do sprzątania garażu, choć zobowiązała się tylko do wystawienia kanapy na śmietnik. Patrząc na chaos panujący na półkach, nie potrafiła się jednak wyzbyć mrowienia w palcach. Przyglądając się przedmiotom, natrafiła na kilka rzeczy, o których już zapomniała – o starym szkle sprzed czasów małżeństwa i świątecznych dekoracjach, których nigdy nie założyli.

Na kolejnych półkach Angela znalazła stare prezenty ślubne, które okazały się niepraktyczne i nietrafione. Był tam kosz piknikowy z kieszeniami na butelki z winem z każdej strony. Nigdy w życiu nie była na pikniku, a na samą myśl o sączeniu wina i siedzeniu na trawie pełnej robaków dostała gęsiej skórki. Uniosła pokrywę kosza. Coś, co się w nim znajdowało, przyciągnęło jej uwagę. Po chwili się zorientowała, że dostrzegła wąskie pudełko na biżuterię.

Rozejrzała się po garażu i wyjrzała nawet na ulicę, jakby właśnie znalazła ukryty skarb i martwiła się, że ktoś odkryje jej sekret. Wyjęła pudełko z dna kosza i je otworzyła. Blask porannego słońca wpadający przez boczne okno garażu rozświetlił kamień naszyjnika – piękny, zielony perydot. Thomas nie był raczej znany z ekstrawaganckich zakupów. Zdarzało mu się to w przeszłości, ale urodziny Angeli przypadały dopiero w przyszłym tygodniu. Natychmiast poczuła się winna, że zepsuła mu niespodziankę.

– Czy mogę pani w czymś pomóc?

Niski, nieznany głos sprawił, że Angela podskoczyła. Odłożyła naszyjnik z powrotem do kosza i się odwróciła. Zobaczyła przed sobą nieznajomego mężczyznę. Płuca natychmiast wypełniły się powietrzem, a z jej krtani wydostał się stłumiony pisk. Mężczyzna stał na ulicy obok kanapy, ale odniosła wrażenie, że jest tuż obok. Miał głęboko osadzone oczy, ciemne w porannym słońcu, które podświetlało go od tyłu. Jego cień kładł się na podłodze garażu tak blisko Angeli, że na jej ciele wystąpiła gęsia skórka.

– Chyba pani z tym utknęła.

– Nie, nie – odparła bez zastanowienia Angela. Na nieco chwiejnych nogach zaczęła się wycofywać w stronę bocznych drzwi garażu. Jeśli było to możliwe, Angela Mitchell unikała kontaktu wzrokowego z innymi, ale czarne dziury w twarzy mężczyzny nie dawały się tak łatwo zignorować.

– Pomogę pani to popchnąć – zaoferował mężczyzna. – Przesuniemy to pod śmietniki. Rozumiem, że planuje się pani tego pozbyć?

Angela pokręciła głową. Przed oczami natychmiast przewinęły się jej obrazy przedstawiające zaginione kobiety. Artykuły z gazet, które zbierała i czytała. Mapa miasta, na której oznaczyła miejsca zaginięć oraz żółty pięciokąt wyznaczający granice, których należało unikać. Wypełnił ją taki sam strach jak poprzedniego wieczoru, kiedy przypadkowo przepłoszyła zza kontenerów bezpańskiego kota. Wyczuła wtedy czyjąś obecność i musiała uciec do domu, zanim jej mózg zacząłby się zbytnio nad tym zastanawiać. Od tamtej chwili Angela starała się rozdzielić tę myśl na części, pozbyć się obawy, że ktoś naprawdę czaił się na nią w mroku alejki. Pozwolenie umysłowi, by koncentrował się na strachu, i umożliwianie mu ciągłego uderzania o krzesiwo, by rozpalił iskrę niepokoju, mogło doprowadzić ją do obłędu. Jeśli pozwoli tej myśli zapłonąć, nie będzie już w stanie zdławić płomieni.

Jeszcze kilka lat wcześniej podobna myśl była w stanie doprowadzić ją do trwającej wiele tygodni paranoi i obsesji, kiedy to zamykała się w domu, nieustannie sprawdzała wszystkie zamki, a w nocy wstawała z łóżka, by się upewnić, że wszystkie okna są pozamykane, i setki razy podnosiła słuchawkę telefonu, żeby usłyszeć sygnał wolnej linii. W ciągu kilku ostatnich lat pracowała jednak nad swoim nowym życiem i nie chciała dopuścić do tego, by zrujnowały je wewnętrzne konszachty jej zawiłego umysłu. Jednak teraz, kiedy patrzyła na stojącego na ulicy mężczyznę, żałowała, że nie zwróciła większej uwagi na ostrzeżenia wysyłane poprzedniego wieczoru przez jej mózg.

– Mój mąż zaraz przyjdzie – wydukała. – Pomoże mi to wszystko ogarnąć.

Mężczyzna zerknął za plecy Angeli, przez otwarte boczne drzwi, w kierunku domu. Wyciągnął w jego stronę dłoń.

 

– Pani mąż jest w domu?

– Tak.

Mężczyzna zrobił krok do przodu, żeby zajrzeć do wnętrza garażu, co sprawiło, że postrzępiony cień przesunął się po podłodze i wspiął po jej nogach. Poczuła go niemal fizycznie.

– Na pewno nie mogę pomóc?

Angela wycofała się jeszcze dalej. Nagle się odwróciła i przebiegła przez otwarte drzwi na podwórze. Dopadła do kuchennych drzwi i zaczęła majstrować przy klamce, aż w końcu je otworzyła i znalazła się w środku. Natychmiast zamknęła je za sobą na klucz. Odsunęła zasłony po jednej stronie, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Mężczyzna wciąż stał przy porzuconej kanapie i patrzył przez otwarte drzwi w garażu na dom Angeli. Choć dudniło jej w uszach, usłyszała wyraźnie pisk hamulców śmieciarki, który poniósł się echem w alejce. Kiedy nadjechała ciężarówka, obcy zerknął za siebie i pospiesznie się oddalił.

Angeli drżały ręce. Nie potrafiła się zmusić, żeby wyjść na zewnątrz, porozmawiać ze śmieciarzami i podarować im kanapki w zamian za zabranie kanapy. Zamiast tego pobiegła do łazienki, uniosła klapę sedesu i zwymiotowała z taką siłą, że rozbolał ją brzuch, i zalała się łzami.