Zło kryje się w mroku

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Chicago, 2 października 2019 r.

Jej telefon zabrzęczał po raz piąty tego ranka i po raz piąty go zignorowała. Rory wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze, wiążąc gumką ciemnobrązowe włosy. Nie należała do rannych ptaszków i z zasady nie odbierała żadnych połączeń do południa. Jej szef o tym wiedział, więc Rory nie miała żadnych skrupułów, by systematycznie go lekceważyć.

– Kto się do ciebie tak dobija? – Usłyszała dobiegający z sypialni głos.

– Widzę się z Davidsonem.

– Nie wiedziałem, że postanowiłaś wrócić do pracy – odparł mężczyzna.

Rory wyszła z łazienki i wsunęła zegarek na nadgarstek.

– Zobaczymy się dziś wieczorem? – zapytała.

– Dobra, nie będziemy o tym rozmawiać.

Rory podeszła do niego i pocałowała go w usta. Kim był dla niej Lane Phillips? Rory była zbytnią indywidualistką, by posługiwać się określeniem „chłopak”, poza tym po przekroczeniu trzydziestki uznała, że słowo to brzmiało cholernie dziecinnie. Nigdy nawet nie rozważała małżeństwa, choć sypiali ze sobą przez większą część minionej dekady. Ale Lane stał się dla niej kimś więcej niż tylko kochankiem. Nie licząc jej ojca, był jedynym mężczyzną na tej planecie, który ją rozumiał. Lane był… jej facetem, to było najlepsze określenie, które udało się jej ukuć, i obojgu taki układ odpowiadał.

– Opowiem ci, kiedy będę miała coś do opowiedzenia. Teraz nie wiem, w co się pakuję.

– Niech ci będzie – odparł Lane, siadając na łóżku. – Poproszono mnie o wizytę w roli świadka i eksperta na rozprawie o zabójstwo. Za kilka tygodni mam zeznawać, więc spotykam się dziś z prokuratorem stanowym. Potem czekają mnie wykłady do dwudziestej pierwszej. – Kiedy Rory spróbowała się odsunąć, uchwycił ją za biodra. – Jesteś pewna, że nie powiesz ani słowa o tym, do czego zwabił cię Davidson?

– Wpadnij wieczorem po zajęciach, to porozmawiamy.

Rory dała mu kolejnego całusa, odsunęła jego błądzące dłonie i wyszła z sypialni. Po chwili usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi wejściowych.

Kiedy tkwiła w korku na Kennedy Expressway, jej telefon zadzwonił jeszcze dwukrotnie. Zjechała na Ohio Street i zaczęła pokonywać kolejne krzyżujące się uliczki Chicago. Przedarła się przez poranny ruch, aż dojechała do Grant Park, gdzie przez kwadrans krążyła wkoło po bocznych alejkach w poszukiwaniu miejsca do parkowania, które okazało się za małe nawet dla jej hondy. W jakiś sposób zdołała wykonać odważny manewr parkowania równoległego, nie wiedząc tak do końca, czy nie zakończy tego wszystkiego stuknięciem w czyjś zderzak.

W końcu przeszła tunelem biegnącym pod Lake Shore Drive, a następnie malowniczą ścieżką, aż znalazła się na wzniesieniu. Grant Park było wyjątkowym miejscem, które oddzielało wieżowce The Loop od nabrzeża. Park zawsze cieszył się popularnością wśród turystów, a tego ranka nie było inaczej. Rory minęła tłum ludzi, zanim zauważyła Rona Davidsona siedzącego na ławce obok fontanny Buckingham.

Choć płaszcz miała zapięty po szyję, poprawiła go, uniosła kołnierz i docisnęła okulary do grzbietu nosa. Był ciepły październikowy poranek i mijający ją ludzie nosili koszulki i szorty, ciesząc się lekkim wiatrem wiejącym znad jeziora i blaskiem słońca. Rory założyła ciuchy na typowy jesienny ponury dzień: szary płaszcz z uniesionym kołnierzem, zapięty na każdy guzik, szare dżinsy i wojskowe buty Girl Eloisee, które nosiła zawsze i wszędzie, nawet w czasie upalnych letnich dni. Kiedy podeszła do detektywa, opuściła niżej na czoło luźną, wełnianą czapkę, tak by jej krawędź dotykała oprawek okularów.

Dzięki temu czuła się chroniona.

Nie witając się, zajęła miejsce obok niego.

– Uszczypnijcie mnie! Oto nasza pani w szarościach – rzucił Davidson.

Oboje pracowali razem już wystarczająco długo, żeby Davidson zdążył poznać wszystkie jej dziwactwa. Wiedział, że nigdy nie ściskała niczyjej dłoni, choć sam nauczył się tego dopiero po kilku próbach, kiedy jego ręka kolejny raz zawisła w powietrzu. Nie lubiła spotkań z osobami z biura, nie licząc Rona, i nie znosiła biurokracji. Nigdy nie zgadzała się na wyznaczony termin pracy i działała całkowicie niezależnie. Oddzwaniała, tylko kiedy miała na to ochotę, czasami wcale. Nienawidziła polityki, a jeśli ktokolwiek – od zwykłego radnego miejskiego po samego burmistrza – spróbował ustawić ją w blasku reflektorów, potrafiła zniknąć na całe tygodnie. Gdyby nie to, że jej umiejętności w zakresie rekonstrukcji sądowej były takie niespotykane, Ron Davidson nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nią.

– Zniknęłaś z radarów, Szara.

Kąciki ust Rory lekko się uniosły, kiedy spojrzała na fontannę Buckingham. Nikt oprócz Davidsona nie zwracał się do niej w taki sposób, a na przestrzeni lat przywykła już do tego przezwiska, które dotyczyło po części jej typowego stroju, a po części skomplikowanego charakteru.

– Zajęły mnie trudy życia.

– Jak tam Lane?

– Super.

– Jest lepszym szefem niż ja?

– On nie jest moim szefem.

– A mimo to poświęcasz cały swój czas, pracując dla niego.

– Pracując z nim.

Ron Davidson urwał na moment.

– Nie oddzwoniłaś do mnie przez całe sześć miesięcy.

– Mówiłam, że robię sobie przerwę.

– Mam parę spraw, przy których potrzebowałbym twojej pomocy.

– Zaczęłam się wypalać. Potrzebowałam odpoczynku. Dlaczego twoim zdaniem większość detektywów, którzy dla ciebie pracują, jest gówno wartych?

– Ach, brakowało mi twojej bezpośredniości, Szara.

Siedzieli w milczeniu przez kilka minut i obserwowali mijających ich turystów, którzy spacerowali po parkowych alejkach.

– Pomożesz mi? – zapytał w końcu Davidson.

– Ale z ciebie drań. Nieźle to wykombinowałeś – mruknęła Rory.

– Nie oddzwaniałaś przez pół roku. Byłaś zbyt zajęta Lane’em Phillipsem i jego algorytmem dla Murder Ac­countability Project. Postanowiłem więc pochwalić się swoją kreatywnością. Pomyślałem, że to docenisz. – Rory milczała. – No więc? – zapytał, gdy uznał, że dał jej wystarczająco dużo czasu.

– Chyba tutaj jestem, prawda? – Rory nie spuszczała wzroku z fontanny. – Opowiedz mi o niej.

– Camille Byrd. Dwadzieścia dwa lata, uduszona. Ciało znaleziono w tym parku.

– Kiedy?

– W styczniu ubiegłego roku. Dwadzieścia jeden miesięcy – odparł Davidson.

– I do niczego nie doszliście?

– Rozesłałem kilka pogróżek i zapukałem do paru drzwi, ale moi chłopcy utknęli w miejscu, Rory.

– Będę potrzebowała akt tej sprawy – oznajmiła Rory. Wciąż patrzyła na fontannę, ale dostrzegła subtelne wygięcie szyi Davidsona, kiedy szef wydziału zabójstw w Chicago odchylił głowę do tyłu i odetchnął z ulgą.

– Dziękuję.

– Kim jest Walter Byrd?

– Bogatym przedsiębiorcą i przyjacielem samego burmistrza, więc to sprawa niecierpiąca zwłoki. Nie możemy dać plamy.

– Bo jest dziany i ma kontakty? – rzuciła Rory. – Pośpiech powinien dotyczyć sprawy każdego rodzica, któremu zamordowano dziecko. Gdzie znaleziono jej ciało?

Davidson wyciągnął rękę.

– We wschodniej części parku. Chodź, pokażę ci.

Rory wstała i pozwoliła Davidsonowi pójść przodem. Przeszli przez część parku, aż dotarli na otoczony brzozami, trawiasty pagórek położony przy alejce. Mózg Rory zaczął natychmiast analizować, w jaki sposób ktoś przeniósł ciało w to miejsce.

Davidson wszedł na trawę.

– Tutaj leżało ciało.

– Uduszona, tak?

Skinięcie głową.

– Zgwałcona?

– Nie.

Rory podeszła do miejsca, w którym odnaleziono ciało Camille Byrd, i zatoczyła powolny okrąg, zerkając na nabrzeże i kołyszące się na powierzchni wody łodzie. Po chwili zobaczyła budynki Chicago i białe, gęste chmury przypominające nadmiernie nadmuchane balony na niebie. Wyobraziła sobie ciało dziewczyny leżące na mrozie, wzdęte i pozbawione życia, i nagie, styczniowe drzewa, które zimno okradło z liści.

– A więc leżała tutaj. Ale dlaczego? – zapytała. – To ryzykowne, bo drzewa nie zapewniają żadnej osłony. Ktokolwiek to zrobił, chciał, żeby ją znaleziono.

– Chyba że zabił ją tutaj. Coś wymknęło się spod kontroli. Może doszło do kłótni. Udusił ją i uciekł.

– Tak wyglądałaby kłótnia kochanków – odparła Rory. – A ja zakładam, że twoi ludzie już zbadali tę możliwość. Porozmawiali ze wszystkimi jej chłopakami, aktualnym i byłymi? Ze znajomymi?

Davidson pokiwał głową.

– Wszyscy sprawdzeni i czyści.

– Zatem nie był to ktoś, kogo znała. Zabito ją gdzieś indziej i przyniesiono tutaj. Dlaczego?

– Moi ludzie tego nie wiedzą.

– Potrzebuję wszystkiego, Ron. Akt, raportu z autopsji, zapisów rozmów. Wszystkiego.

– Załatwię ci to wszystko, ale żeby to zrobić, muszę oficjalnie przywrócić cię do pracy. Musisz działać formalnie. Wtedy dostaniesz to, czego chcesz.

Rory zamilkła i przyjrzała się miejscu, w którym przebywali, a w jej mózgu już rodziło się wiele scenariuszy. Znała samą siebie wystarczająco dobrze, żeby nie próbować porządkować tego napływu informacji. Nie panowała nad wszystkim, co odkrywała. Wiedziała jedynie, że powinna to przyjąć, a później, w nadchodzących dniach i tygodniach, jej mózg to posortuje i stworzy odpowiednie obrazy. A ona, powoli, wszystko idealnie zorganizuje. Najpierw zapozna się z aktami sprawy. Pozna Camille Byrd. Połączy tę biedną, uduszoną dziewczynę z nazwiskiem i opisem. Dostrzeże rzeczy, które przeoczyli inni detektywi. Jej niezwykły umysł dopasuje wszystkie kawałki układanki, którą inni uznali za niemożliwą do złożenia, aż w końcu w całości odtworzy przebieg tego przestępstwa.

 

Dzwonek telefonu wyrwał Rory z zamyślenia. To był jej ojciec. Przez chwilę pomyślała, że odrzuci połączenie, by włączyła się poczta głosowa, ale w końcu zdecydowała się odebrać.

– Tato, jestem w tej chwili zajęta. Mogę oddzwonić później?

– Rory?

Nie rozpoznała głosu po drugiej stronie linii. Należał do kobiety, która była wyraźnie spanikowana.

– Tak? – Oddaliła się od Davidsona o kilka kroków.

– Rory, mówi Celia Banner, asystentka twojego ojca.

– Co się stało? Wyświetlił mi się numer taty.

– Dzwonię z jego domu. Rory, stało się coś strasznego. Twój tata miał zawał.

– Co?

– Mieliśmy się spotkać na śniadaniu, ale nie przyszedł. Mam złe wieści.

– Jak bardzo złe? – Cisza przypominała próżnię, która pochłonęła słowa Rory. – Celia!

– Rory, on nie żyje.

Rozdział 4

Chicago, 14 października 2019 r.

Od pogrzebu upłynęła cała doba, zanim Rory znalazła czas i odwagę, żeby wejść do biura ojca. Zasadniczo należało ono również do niej, ale biorąc pod uwagę, że nie prowadziła żadnej sprawy od ponad dekady, jej zaangażowanie w Grupę Prawniczą Moore nie było widoczne i oczywiste. Nazwisko Rory widniało na papierze listowym i co rok składała zeznanie podatkowe za ograniczoną pracę wykonywaną dla ojca – przede wszystkim pomoc przy śledztwach i rozprawach – jednak funkcja, którą pełniła przez te wszystkie lata w departamencie policji Chicago, i pomoc przy opracowanym przez Lane’a projekcie MAC wymagała od niej większej uwagi. Przez to wszystko w firmie stała się zdecydowanie mniej widoczna.

Grupa Prawnicza Moore była niewielką firmą, w ramach której ojciec Rory zatrudniał dwoje pracowników – praktykanta i sekretarkę – oraz okazjonalnie prosił o pomoc córkę. Z uwagi na nieliczny personel i niewielką grupę klientów Rory założyła, że zamknięcie praktyki prawniczej ojca nie będzie wymagało wiele czasu i dużego doświadczenia, choć zapewne i tak wszystko rozciągnie się na kilka tygodni i poświęci temu trochę uwagi. Tytuł prawniczy Rory, coś, co osiągnęła ponad dziesięć lat wcześniej, a czego nigdy tak naprawdę nie wykorzystywała, czynił ją idealną kandydatką do zajęcia się sprawami biznesowymi ojca. Matka zmarła rok wcześniej, a Rory nie miała żadnego rodzeństwa.

Weszła do budynku na North Clark Street i wjechała windą na trzecie piętro. Otworzyła drzwi za pomocą klucza. Recepcja obejmowała biurko stojące obok metalowych szafek na akta pamiętających lata siedemdziesiąte. Wychodziły z niej drzwi prowadzące do dwóch biur. To po lewej zajmował jej ojciec, drugie należało do praktykanta.

Upuściła pocztę z całego tygodnia na blat i weszła do biura ojca. Jej pierwsze zadanie miało polegać na przekazaniu otwartych spraw innym kancelariom. Po wyczyszczeniu rejestru będzie musiała opłacić rachunki i zapłacić personelowi, korzystając z odłożonych pieniędzy. Wtedy będzie mogła rozwiązać umowę najmu w budynku i zamknąć kancelarię na dobre.

Celia, sekretarka i zarazem osoba, która odnalazła ciało jej ojca w jego domu, zgodziła się z nią spotkać w południe, żeby przejrzeć papiery i pomóc przy przekazaniu zleceń. Rory odłożyła torebkę na podłogę, otworzyła puszkę z dietetyczną colą i zabrała się do roboty. Przed nastaniem południa na biurku ojca urosła prawdziwa góra papierzysk. Opróżniła szafki stojące w recepcji, a ich zawartość posegregowała na trzy stosy: sprawy oczekujące, aktywne i zamknięte.

Usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Celia, kobieta, którą w ostatnich latach widziała tylko kilkakrotnie, stanęła w progu biura. Rory wstała.

– Och, Rory – powiedziała sekretarka, minęła biurko i mocno ją przytuliła.

Rory trzymała ręce przyciśnięte do boków i zamrugała kilka razy za okularami w grubych oprawkach, podczas gdy ta obca kobieta zajmowała jej prywatną przestrzeń w sposób, do jakiego nie posunęłaby się większość jej znajomych.

– Tak mi przykro z powodu twojego ojca – dodała Celia wprost do jej ucha.

Kobieta wypowiedziała oczywiście dokładnie to samo zdanie kilka dni wcześniej, na pogrzebie. Rory stała wtedy bez ruchu w słabo oświetlonym pomieszczeniu pogrzebowym. Patrzyła na trumnę, w której spoczywało coś, co wyglądało jak woskowa rzeźba przedstawiająca jej ojca. Teraz, kiedy poczuła ciepło oddechu Celii w uchu i łzy kobiety kapiące jej na szyję, w końcu położyła dłonie na ramionach tamtej i uwolniła się od jej uścisku. Wzięła głęboki oddech i wypuściła z płuc cały niepokój, który zaczęła odczuwać na wysokości mostka.

– Przejrzałam szafki z dokumentami – oznajmiła w końcu.

Celia rozejrzała się, nieco zmieszana, i objęła wzrokiem pracę wykonaną przez Rory. Poklepała przód swojej kurtki, żeby się uspokoić, po czym otarła łzy.

– Myślałam… pracowałaś nad tym przez cały ten tydzień?

Rory już dawno zaprzestała prób wyjaśniania swoich umiejętności polegających na realizowaniu tego typu zadań w ułamku czasu, którego potrzebowali na to inni. Jednym z powodów, dla których nie podjęła się praktyki prawniczej, była bijąca z niej przeraźliwa nuda. Pamiętała innych studentów, godzinami wkuwających materiał z książek, który ona zapamiętywała po jednym przeczytaniu. Pamiętała też tych, którzy decydowali się na wielomiesięczne kursy przygotowujące do egzaminu adwokackiego, zdanego przez Rory za pierwszym podejściem, bez zaglądania do notatek. Inną przyczyną, dla której unikała pracy jako prawniczka, była jej silna awersja do ludzi. Na samą myśl o spieraniu się z innym adwokatem w sprawie jakiegoś przestępcy czuła dreszcze na całym ciele, a wizja stania przed sędzią i wyjaśniania swoich racji budziła w niej lęk. Zdecydowanie lepiej radziła sobie w samodzielnej pracy przy rekonstrukcji zdarzeń, kiedy jej końcowe opinie trafiały do innych w postaci pisemnego raportu, który kończył na biurku detektywa.

Świat Rory Moore był otoczonym murami sanktuarium, do którego nie wpuszczała zbyt wielu osób, a którego wielu ludzi w ogóle nie rozumiało. To właśnie dlatego wieści z tego ranka okazały się szczególnie niepokojące. Dowiedziała się, że jej ojciec prowadził kilka aktywnych spraw zmierzających do procesu w nadchodzących miesiącach, które wymagały natychmiastowego działania. Rory rozważyła już możliwość, że zostanie zmuszona od odkurzenia swojego dyplomu, przełknięcia goryczy i pojawienia się w sądzie w celu wyjaśnienia sędziemu, że adwokat prowadzący zmarł i że sprawa będzie wymagała w najlepszym wypadku odroczenia, a w najgorszym unieważnienia. Dodatkowo będzie musiała poprosić Wysoki Sąd o wskazówki, które pozwolą się jej odnaleźć w całej tej sytuacji.

– Kilka godzin? – zapytała Celia, wyrywając Rory z zamyślenia. – Jak to możliwe? To wygląda tak, jakbyś przejrzała każdą ze spraw, którymi się zajmowaliśmy.

– Bo tak było. Wszystko, co zdołałam znaleźć w szafkach. Komputerów nie udało mi się sprawdzić.

Skłamała. Rory nie miała problemu z zalogowaniem się do bazy danych ojca. Chroniło ją oczywiście hasło, aczkolwiek proste, a Rory szybko pokonała drobne zabezpieczenia, by porównać przypadki z akt w szafkach z tymi, które znajdowały się na twardym dysku. Choć miała pełne prawo, by otwierać pliki na tym komputerze, fakt, że tak bardzo oddaliła się od tego, co się działo w kancelarii, sprawiał, iż czuła się trochę jak intruz.

– Jeśli coś było w szafce, to na pewno jest też w komputerze – wyjaśniła Celia.

– Świetnie, zatem to wszystko. – Rory wskazała biurko i pierwszy stos akt. – To są sprawy oczekujące. Skontaktowanie się z tymi klientami i wyjaśnienie sytuacji nie powinno stanowić większego problemu. Kancelaria już ich nie obsłuży i będą musieli poszukać pomocy gdzie indziej. Myślę, że wyglądałoby to profesjonalnie, gdyby przygotować listę innych kancelarii obsługujących tego typu sprawy, aby oszczędzić naszym klientom kłopotów.

– Oczywiście – odparła Celia. – Twój ojciec na pewno by to pochwalił.

– Druga sterta to zamknięte sprawy. Tutaj wystarczy prosty list informujący o tym, że Frank Moore zmarł. Zostawię te dwa stosy tobie, dobrze?

– Żaden problem – powiedziała Celia. – Ja się tym zajmę. A co z tym?

Rory popatrzyła na ostatni stos papierów leżący na biurku jej ojca. Na sam ich widok zaczęła głośniej oddychać. Poczuła, że ściany starannie przez nią zbudowanej i pieczołowicie chronionej konstrukcji, która osłania jej osobowość, zaczynają drżeć w reakcji na niechcianych intruzów nadchodzących z zewnątrz.

– To otwarte sprawy prowadzone przez kancelarię. Podzieliłam je na trzy kategorie. – Rory położyła dłoń na pierwszej kupce. – Aktualnie negocjowane ugody, dwanaście. – Wypowiedziawszy te słowa, poczuła, jak poci się pod pachami. Dotknęła kolejnego stosu dokumentów. – Oczekujące na rozprawę, szesnaście. – Kropla potu spłynęła po jej kręgosłupie i zwilżyła plecy. – I na koniec przygotowania do procesu, trzy. – Kiedy powiedziała „trzy”, jej gardło się zacisnęło i odkaszlnęła, by zamaskować strach. Trzy sprawy zmierzające ku procesom będą wymagały natychmiastowego działania.

Celia spojrzała z niepokojem, kiedy zobaczyła krew odpływającą z twarzy Rory, jakby się obawiała, że choroba serca, która pokonała jej szefa, była chorobą powszechną w jego rodzinie i mogła uderzyć dwukrotnie w ciągu miesiąca.

– Wszystko w porządku?

Rory znów zakaszlała i odzyskała panowanie nad sobą.

– Tak. Znajdę sposób, żeby zająć się tymi otwartymi sprawami, jeśli ty zdołasz zająć się resztą.

Celia pokiwała głową i podniosła stertę dokumentów dotyczących spraw oczekujących.

– Od razu zacznę dzwonić do tych klientów.

Zaniosła papiery na swoje biurko w recepcji i zabrała się do pracy.

Rory zamknęła drzwi do biura ojca i opadła na jego krzesło. Popatrzyła na akta i cztery puste puszki po dietetycznej coli, która napędzała ją tego ranka. Włączyła komputer i zaczęła szukać prawników z Chicago, gotowych wziąć te sprawy w swoje ręce.

Rozdział 5

Zakład karny Stateville, 15 października 2019 r.

Jego alter ego był Forsicks. Reagował na tę ksywę od tak długiego czasu, że nie miał pewności, jak by się zachował, gdyby ktoś zwrócił się do niego, używając prawdziwego imienia i nazwiska. Ksywa wywodziła się od numeru, który przydzielono mu pierwszego dnia po przyjeździe i który zapisano wielką, grubą czcionką na plecach jego kombinezonu: 12276594-6.

Zanim więzienni strażnicy poznali nazwisko więźnia lub paragraf, z którego został osądzony, ujrzeli jego numer. Skrócono go do ostatnich dwóch cyfr w serii – „cztery-sześć”[1] – co na przestrzeni lat spowszedniało wśród innych osadzonych i strażników do tego stopnia, że niektórzy sądzili już, że „Forsicks” to jego prawdziwe nazwisko.

Wszedł do więziennej biblioteki i kliknął przełącznikiem światła. Za murami zakładu karnego był to jego dom. Prowadził to miejsce już od dekad. Dźwiganie ciężarów i pompowanie ciała nigdy go specjalnie nie interesowało, dołączanie do zwierząt na więziennym dziedzińcu w celu wstąpienia do gangu również nie wzbudzało w nim entuzjazmu. Zamiast tego znalazł bibliotekę, zaprzyjaźnił się ze starszym więźniem skazanym na dożywocie, który się nią opiekował, i czekał na okazję. Starzec zaczął rzęzić zimą osiemdziesiątego dziewiątego i nie dotrwał do ostatniego dziesięciolecia dwudziestego wieku. Strażnik zastukał w kraty celi Forsicksa następnego ranka i oznajmił mu, że stary wyszedł na warunkowe do nieba. Od tej pory biblioteka należała do niego. „Nie spieprz tego”, usłyszał. Nie spieprzył.

Przez trzydzieści lat sprawował nad nią pełną kontrolę. Łącznie spędził tam cztery dekady, nie doprowadzając do jakiegokolwiek incydentu. To niezwykłe osiągnięcie uczyniło go niemal niewidzialnym, tak samo jak superbohaterów, o których czytał w komiksach każdego miesiąca. Gardził komiksami i powieściami obrazkowymi, ale czytał je tak jak inne książki. Dzięki temu złagodniał i zdołał pokonać tęsknoty, które wciąż odzywały się w jego duszy.

Przed więzieniem jego życie skupiało się wokół Uderzenia – uczucia, które go wypełniało, kiedy spędzał czas ze swoimi ofiarami. Uderzenie kontrolowało jego umysł i kształtowało jego życie. Było czymś, przed czym nigdy nie mógł uciec. Kiedy go schwytano, nie miał jednak żadnego wyboru i musiał dostosować się do życia panującego w więzieniu. Odstawienie było wyjątkowo bolesne. Bardzo brakowało mu poczucia władzy i dominacji zapewnianego przez Uderzenie, niezwykłego poczucia słuszności, którym się rozkoszował, kiedy zakładał nylonową pętlę na szyję i oddawał się euforii, jaką mogły mu zapewnić wyłącznie jego ofiary.

 

Po trudnym odstawieniu poddał się jednak i skoncentrował na przyszłych latach, szukając jednocześnie czegoś, co pozwoli mu wypełnić pustkę. Szybko sobie uświadomił, co to jest. Tajemnica, która wszystko mu zniszczyła, leżała zakopana gdzieś za murami tego więzienia, a on postanowił poświęcić ostatni rozdział życia na jej odkrycie.

Usiadł przy biurku we frontowej części biblioteki. Tylko w Ameryce człowiekowi, który zamordował tyle osób, zapewniano taką wolność – biurko i całą więzienną bibliotekę, nad którą sprawował władzę. Jednak po tylu latach w tym miejscu tylko kilka osób za murami znało jego historię. Niewielu w ogóle ona obchodziła. Anonimowość była kolejną przyczyną, dla której nigdy nie poprawiał nikogo, kto mówił na niego Forsicks. W ten sposób był jeszcze lepiej chroniony. Świat zgasił światła wokół niego już dawno temu i dopiero niedawno reflektor przeszłości zaczął niepewnie kierować się w jego stronę.

Siedząc samotnie w bibliotece, rozłożył egzemplarz „Chicago Tribune” i na drugiej stronie znalazł nagłówek: „40 LAT PO WYROKU Z 1979 ROKU ZŁODZIEJ WYCHODZI NA WOLNOŚĆ”. Zatrzymał spojrzenie na swoim starym pseudonimie, „Złodziej”. Nie potrafił zignorować delikatnego żaru adrenaliny, którą uwolnił w jego żyłach ten tytuł. Był jednak świadomy również złych stron związanych z taką doskonałą wizytówką – z pewnością przyciągnie ona uwagę i przywoła wspomnienia wielu osób. Kiedy zaczęły pojawiać się kolejne nagłówki i dziennikarze rozpoczęli dyskusje dotyczące lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, uznał, że musi znaleźć sposób na uniknięcie protestujących i ucieczkę przed tymi, którzy planowali go dręczyć i torturować. Potrzebował jedynie małego okna anonimowości po zwolnieniu, żeby zakończyć swoją ostatnią podróż i zrealizować plan, któremu poświęcił całe życie w więzieniu. Była to podróż, na którą czekał przez dekady, naiwnie wierząc, że inni zrealizują ją za niego. Ale Złodziej był jedyną osobą, która mogła rozwiązać dręczącą go tajemnicę. Tajemnicę, która zrujnowała mu życie.

Po tylu latach od jego rządów terroru ofiary stały się anonimowe i pozbawione twarzy. Nawet kiedy odwiedzał najmroczniejsze zakamarki swojego umysłu i próbował wykrzesać odrobinę emocji płynących z Uderzenia, które kiedyś go napędzały, ledwie udawało mu się przypomnieć którąkolwiek z kobiet. Wszystkie były już dawno martwe, skasowane z jego pamięci przez czas i obojętność.

W jego umyśle wciąż pozostawał jednak żywy obraz jednej z nich, tak wyraźny, jakby czterdzieści lat minęło w mgnieniu oka i po jednym uderzeniu serca. Była kimś wyjątkowym, kogo nigdy nie potrafił zapomnieć. Chodziła mu po głowie podczas cichych dni spędzanych w bibliotece i nawiedzała go w snach. Tylko ją jedną wciąż pamiętał, a nadchodząca wolność otwierała przed nim możliwość ostatecznego rozwiązania zaległych spraw z nią związanych.

[1] „Four-six” (ang. cztery-sześć), co brzmi podobnie jak „Forsicks” – przyp. tłum.