Wakacje wśród duchów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Antologia grozy

Wakacje wśród duchów


ISBN 978-83-8202-358-9


Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021

Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021

All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Projekt graficzny okładki Aleksandra Zwolankiewicz Łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Oscar Wilde

Duch Canterville

Romans hyloidealistyczny

I

Gdy Hiram B. Otis, amerykański pastor, nabywał Canterville Chase, wszyscy mu powtarzali, że bardzo niemądrze robi, gdyż miejsce to jest bez wątpienia nawiedzone. Zresztą sam lord Canterville okazał się człowiekiem tak drobiazgowo przestrzegającym zasad honoru, iż uznał za swój obowiązek napomknąć o tym fakcie panu Otisowi, kiedy omawiali szczegóły transakcji.

— My sami nie paliliśmy się do tego, by tam pomieszkiwać od czasu, gdy moja stryjeczna babcia, owdowiała księżna Bolton, została okropnie wystraszona — z czego już się nie podniosła — przez dwie dłonie kościotrupa, które spoczęły na jej ramionach, kiedy przebierała się do kolacji — oznajmił lord Canterville. — Czuję się też zmuszony, by pana powiadomić, panie Otis, że ducha widziało jeszcze na własne oczy kilkoro innych członków mojej rodziny, a także proboszcz naszej parafii, wielebny Augustus Dampier, który jest członkiem King,s College w Cambridge. Po nieszczęsnym wypadku z księżną nikt z młodszych służących nie chciał u nas zostać, a lady Canterville nie mogła sypiać po nocach na skutek tajemniczych odgłosów dobiegających z korytarza i biblioteki.

— Milordzie — odrzekł pastor — rozumiem, że duch wliczony jest w cenę, podobnie jak meble. Pochodzę z nowoczesnego kraju, gdzie dostępne jest wszystko, co można kupić, a nasi dziarscy młodzieniaszkowie lubią zaszaleć w Starym Świecie, podprowadzając też wam najlepsze aktorki i primadonny. Zakładam przeto, że jeśli nawet są w Europie jakieś duchy, to bardzo szybko i u nas się pokażą w publicznych muzeach albo w objazdowych teatrzykach.

— Ja jednak sądzę, że duchy istnieją — odparł z uśmiechem lord Canterville. — Chociaż mogą się opierać poczynaniom waszych przedsiębiorczych impresariów. Wiadomo od trzech stuleci, a ściśle mówiąc, od roku tysiąc pięćset osiemdziesiątego czwartego, że pojawienie się tego konkretnie ducha zapowiada śmierć kogoś z członków naszej rodziny.

— Zgodzi się pan chyba ze mną, lordzie ­Canterville, że nie inaczej rzecz się ma z lekarzami. Nie ma jednak żadnych duchów, łaskawy panie, a mniemam, iż prawa natury nie zawieszą swego działania na życzenie brytyjskiej arystokracji.

— Brzmi to z pewnością bardzo naturalnie w Ameryce — odpowiedział lord Canterville, który nie do końca zrozumiał ostatnią uwagę wielebnego Otisa. — W każdym razie, jeśli tylko nie trapi pana obecność ducha w domu, to nie ma problemu. Proszę jedynie pamiętać, że ostrzegałem.

Kilka tygodni później transakcja została sfinalizowana i pod koniec sezonu pastor przeniósł się wraz z rodziną do Canterville Chase. Pani Otis, jeszcze jako panna Lucretia R. Tappan, mieszkająca przy Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy Zachodniej, słynęła jako nowojorska piękność. Obecnie była nader powabną kobietą w średnim wieku, o pięknych oczach i doskonałym profilu. Liczne amerykańskie damy, opuszczając swą ojczyznę, natychmiast zaczynają nieustannie chorować, gdyż odnoszą wrażenie, że na tym polega europejskie wyrafinowanie, ale pani Otis nie popełniła tego błędu. Miała znakomitą kondycję cielesną, a także urzekającą żywotność ducha. Właściwie pod wieloma względami była bardzo angielska, stanowiąc w ten sposób znakomity przykład, jak dużo mamy obecnie wspólnego z Ameryką, z wyjątkiem, oczywiście, języka. Najstarszy syn państwa Otisów, ochrzczony przez rodziców w przypływie patriotyzmu (którego nie mógł przeboleć) Washingtonem, był jasnowłosym, dość przystojnym młodzieńcem, mającym znakomite zadatki na amerykańskiego dyplomatę, jako że przez trzy kolejne sezony prowadził kotyliona w Newport Casino1, a w Londynie zasłynął jako świetny tancerz. Jedynymi jego słabościami były gardenie i tytuł para. Poza tym cechowała go niezwykła wrażliwość. Panna Virginia E. Otis, nieduża piętnastolatka, gibka i urocza niczym sarenka, czarowała dużymi niebieskimi oczyma, które emanowały nieskrępowaną wolnością. Była wyśmienitą amazonką, a gdy na swym kucu stanęła do wyścigu z nobliwym lordem Biltonem na dystansie dwóch okrążeń parku, na mecie wyznaczonej przez pomnik Achillesa pokonała konkurenta o półtorej długości. Ogromnie to ucieszyło młodego księcia Cheshire, który natychmiast jej się oświadczył i jeszcze tego samego wieczoru zalany łzami musiał wracać do Eton w towarzystwie swych opiekunów. Następnych w kolejności po Virginii — ciągle gdzieś śmigających bliźniaków — potocznie (co też było wyrazem patriotyzmu) zwano „gwiazdami i pasami”. Urzekający chłopcy byli oprócz wielebnego pastora jedynymi prawdziwymi republikanami w rodzinie.

Ponieważ Canterville Chase leżało o siedem mil od najbliższej stacji kolejowej w Ascot, pan Otis zatelegrafował, aby czekał na nich brek, którym ruszyli we wspaniałych humorach. Tego uroczego lipcowego wieczoru powietrze było przesiąknięte delikatnym aromatem sosen. Co jakiś czas dobiegało ich wdzięczne gruchanie grzywacza, a w szeleszczących paprociach niekiedy dostrzegali płomienną pierś bażanta. Wiewióreczki wyzierały na nich z mijanej buczyny, króliki w podskokach śmigały z zadartymi białymi ogonkami w chaszcze i za porośnięte mchem pagórki. Kiedy jednak wykręcili w aleję prowadzącą do Canterville Chase, niebo nagle zaciągnęło się chmurami, dokoła zapanowała osobliwa cisza, nad głowami przemknęło im bezgłośnie duże stado gawronów i zanim dotarli do domu, spadły pierwsze duże krople deszczu.

Na szczyt schodów wyszła im na powitanie starsza kobieta w schludnej sukni z czarnego jedwabiu, białym czepku na głowie i białym fartuszku. Była to pani Umney, gospodyni, którą na wyraźne życzenie lady Canterville pan Otis zgodził się pozostawić na dawnym stanowisku. Gdy wchodzili, każde z nich przywitała niskim dygiem i uroczą starodawną formułką: „Pokornie życzę szczęśliwego pobytu w Canterville Chase”. Przez piękny, utrzymany w stylu Tudorów hol przeszli za nią do biblioteki — długiego, niskiego, wyłożonego czarnym dębem pomieszczenia, na którego końcu znajdowało się duże witrażowe okno. Tutaj czekała już na nich herbata; zdjęli wierzchnie odzienia i zaczęli się rozglądać, podczas gdy pani Umney im usługiwała.

Pani Otis nagle spostrzegła zmatowiałą czerwoną plamę na podłodze koło kominka i nie zdając sobie sprawy z jej znaczenia, zwróciła się do pani Umney:

— Chyba coś tu się rozlało.

— Owszem, łaskawa pani — ściszonym głosem odparła gospodyni. — Krew.

— To okropne! — zawołała pani Otis. — Nie życzę sobie żadnych plam krwi w moim salonie. Trzeba to natychmiast usunąć.

Starsza kobieta uśmiechnęła się i oznajmiła tym samym tajemniczym, ściszonym głosem:

— To krew lady Eleanore de Canterville, która dokładnie w tym miejscu została zamordowana w tysiąc pięćset siedemdziesiątym piątym roku przez swego męża, sir Simona de Canterville,a. Sir Simon przeżył ją o dziewięć lat, po czym nieoczekiwanie zniknął w bardzo tajemniczych okolicznościach. Ciała nigdy nie odnaleziono, ale jego obciążony winą duch ciągle straszy w Chase. Tej plamy krwi, podziwianej przez najróżniejszych turystów i innych gości, niepodobna usunąć.

— Nonsens! Odplamiacz Pinkertona czy detergent Paragon uwiną się z nią w mig! — zawołał Washington Otis i zanim przerażona gospodyni zdążyła interweniować, padł na kolana i zaciekle zaczął szorować podłogę kawałeczkiem czegoś, co wyglądało na czarny kosmetyk. Po kilku chwilach nie można było dojrzeć żadnego śladu plamy.

— Dobrze wiedziałem, że Pinkertonowi nic się nie oprze! — zawołał triumfalnie młodzian i rozejrzał się po zachwyconej rodzinie.

Ledwie jednak wymówił te słowa, gdy straszna błyskawica oświetliła posępne wnętrze, a przeraźliwy grzmot poderwał wszystkich Otisów na nogi, natomiast pani Umney zemdlała.

— Cóż za okropny klimat — skonstatował amerykański pastor, przypalając długie cygaro. — Moim zdaniem tylu się tu namnożyło ludzi, że nie wystarcza porządnej pogody dla każdego. Zawsze uważałem, że jedynym ratunkiem dla Anglii jest emigracja.

— Najdroższy Hiramie! — zawołała pani Otis. — I co teraz poczniemy z tą omdlałą kobietą?

— Pewnie tylko się potłukła — odrzekł wielebny. — Potem już drugi raz nie będzie robiła takich szopek.

I po kilku chwilach pani Umney rzeczywiście doszła do siebie. Nie ulegało jednak najmniejszej wątp­liwości, że bardzo poruszona ostrzegała panią Otis, iż na dom spadną jakieś kłopoty.

— Na własne oczy widziałam tu takie rzeczy, że każdemu chrześcijaninowi włosy stanęłyby dęba na głowie, i przez wiele, ale to bardzo wiele nocy nie mogłam zmrużyć oka na wspomnienie tego, co się tu wyrabiało.

 

Jednak pastorostwo solennie zapewnili tę pobożną duszę, że oni nie lękają się duchów, zatem wiekowa gospodyni, przyzwawszy Opatrzność, aby czuwała nad jej nowym panem i jego małżonką, a także przy okazji zadbawszy o podwyżkę pensji, podreptała do swego pokoju.

II

Burza dziko szalała przez całą noc, ale nie wydarzyło się nic szczególnego. Kiedy zaś nazajutrz rano zeszli na śniadanie, znowu znaleźli na podłodze okropną plamę krwi.

— Nie wydaje mi się, żeby zawinił odplamiacz — skwitował Washington. — Bo sprawdził się on już na wszystkim. Czyli jednak musi chodzić o ducha.

Po raz drugi wyszorował plamę, ta jednak znowu pojawiła się w tym samym miejscu następnego ranka. To samo nastąpiło kolejnego dnia, chociaż pan Otis zamknął bibliotekę na noc, a klucz wziął ze sobą na górę. Cała rodzina teraz była już zaintrygowana. Pan Otis zaczął przemyśliwać, czy aby nie nazbyt dogmatycznie negował istnienie duchów, pani Otis wyraziła chęć wstąpienia do Towarzystwa Parapsychologicznego, Washington zaś sporządził długi list do panów Meyersa i Podmore,a poruszający temat niedającej się usunąć plamy krwi, powstałej w związku ze zbrodnią2. Tego wieczoru wszystkie wątpliwości co do obiektywnego istnienia fantazmatów znikły raz na zawsze.

Dzień był ciepły i słoneczny, a wraz z nastaniem wieczornego chłodu rodzina wybrała się na przejażdżkę. Wrócili dopiero o dziewiątej, po czym zasiedli do lekkiej kolacji. Rozmowa zupełnie nie dotyczyła duchów, nie zostały więc spełnione nawet te wstępne warunki nieświadomych oczekiwań, które często poprzedzają wystąpienie pewnych psychologicznych zjawisk. Jak udało mi się później dowiedzieć od wielebnego Otisa, była to najnormalniejsza rozmowa kulturalnych Amerykanów z wyższych sfer, a zatem dotyczyła wyższości kunsztu aktorskiego Fanny Davenport nad Sarah Bern­hardt, problemów z dostępnością nawet w najlepszych angielskich domach młodej kukurydzy, ciastek gryczanych i mamałygi, znaczenia Bostonu dla rozwoju duszy świata, korzyści z systemu kontroli bagażu na dworcach kolejowych oraz uroku nowojorskiego akcentu w zestawieniu z londyńskim cedzeniem słów. Nie padła najmniejsza nawet wzmianka na temat rzeczy nadnaturalnych, nie poczyniono też żadnej aluzji do sir Simona de Canterville,a. O jedenastej rodzina rozeszła się do sypialń i po półgodzinie wszystkie świat­ła pogasły. Jakiś czas potem pana Otisa zbudził dziwny dźwięk dochodzący z korytarza. Brzmiał jak szczęk metalu, a powtarzał się wielokrotnie. Wielebny zerwał się natychmiast, potarł zapałkę i spojrzał na zegarek. Była dokładnie pierwsza. Chociaż czuł się zupełnie spokojny, wymacał puls, ale ten też nie zwiastował żadnego podniecenia. Dziwny odgłos uparcie rozbrzmiewał, a towarzyszył mu dźwięk kroków. Wielebny Otis włożył pantofle, z nocnego nesesera wyjął małą, podłużną fiolkę i otworzył drzwi. Naprzeciw siebie w bladej księżycowej poświacie zobaczył okropnie wyglądającego starca. Oczy płonęły mu niczym rozgrzane do czerwoności węgielki. Długie, siwe i zmierzwione włosy spływały na ramiona. Strój o wyraźnie staroświeckim kroju był brudny i obszarpany, a z przegubów rąk i kostek nóg zwisały ciężkie, zardzewiałe okowy.

— Szanowny panie — odezwał się wielebny Otis. — Z przykrością muszę nastawać na to, aby naoliwił pan te łańcuchy. W tym celu przyniosłem panu małą buteleczkę mazidła Tammany Rising Sun Lubricator. Powiadają, że jest niezwykle skuteczne już po pierwszym użyciu, co zostało poświadczone na piśmie przez kilku naszych najwybitniejszych duchownych. Zostawiam panu ten specyfik obok sypialnianych świeczek, a w razie potrzeby będę rad dostarczyć go w większej ilości.

Z tymi słowami pastor Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej umieścił fiolkę na marmurowym stoliku i zamknąwszy drzwi, udał się na spoczynek.

Oburzony nie na żarty duch Canterville na chwilę znieruchomiał, a potem z rozmachem cisnął fiolką o wypolerowaną posadzkę i pognał korytarzem, wydając głuche jęki i promieniując widmową zieloną poświatą. Kiedy był już jednak u samego szczytu wielkich dębowych schodów, najbliższe drzwi gwałtownie się otworzyły, ukazały się w nich dwie odziane na biało osóbki, które cisnęły ogromną poduchę tuż koło głowy ducha! Najwyraźniej nie było czasu do stracenia, zatem pospiesznie wykorzystując czwarty wymiar przestrzeni jako sposób ucieczki, duch przeniknął przez boazerię i w domu znowu zapanowała cisza.

Dotarłszy do małego, sekretnego gabinetu w lewym skrzydle, duch oparł się o księżycową smugę, aby odzyskać dech, i zaczął rozważać swoją sytuację. Nigdy jeszcze podczas swojej znakomitej i niczym niezakłóconej trzystuletniej kariery nie został tak nikczemnie znieważony. Przypomniał sobie owdowiałą księżnę, którą doprowadził do załamania nerwowego, gdy stała przed lustrem, strojąc się w koronki i brylanty. Także cztery służące, które histerycznie zrezygnowały z pracy, podczas gdy on ledwie tylko uśmiechnął się do nich spoza zasłony w jednej z rzadko odwiedzanych sypialni. Wspomniał proboszcza, któremu zdmuchnął świecę, gdy ten po nocy wracał z biblioteki, i którym od tego czasu troskliwie opiekował się sir William Gull3. Duchowny stał się prawdziwym męczennikiem szoków nerwowych. Przypominał sobie wiekową madame de Tremouillac, która po tym, jak zbudziła się wcześnie pewnego ranka, zobaczyła szkielet siedzący w fotelu przy kominku i czytający jej pamiętnik, została na sześć tygodni złożona do łóżka z objawami gorączki mózgu. Powróciwszy do zdrowia, pogodziła się z Kościołem i zerwała wszystkie związki z notorycznym sceptykiem, monsieur Voltaire,em. Przypomniała mu się straszliwa noc, gdy nikczemnego lorda Canterville,a znaleziono w garderobie duszącego się, gdyż w krtani utkwił mu walet karo. Przed śmiercią zdążył jeszcze wyznać, że u Crockforda4 oszukał Charlesa Jamesa Foxa na pięćdziesiąt tysięcy funtów przy użyciu tej właśnie karty, a teraz przysięgał, że to duch kazał mu połknąć owego waleta. Powróciły do niego wszystkie wspaniałe osiągnięcia, poczynając od lokaja, który zastrzelił się w spiżarni, gdyż zobaczył zieloną rękę stukającą w okno, a kończąc na pięknej lady Stutfield, która zawsze musiała nosić czarną aksamitną opaskę na szyi, aby ukryć wypalone na jej skórze ślady pięciu palców, a która ostatecznie utopiła się w stawie z karpiami na końcu King,s Walk. Z entuzjastycznym egotyzmem prawdziwego artysty dokonywał przeglądu swoich najznakomitszych występów, uśmiechając się gorzko do siebie, gdy wspominał swój ostatni popis w spektaklu Kanapka z pieprzem, czyli zadławione dziecię, debiut w znakomitym Wyschłym Gibeonie, krwiopijcy z Bexley, a także furorę, jaką wywołał pewnego uroczego czerwcowego wieczoru, gdy na korcie tenisowym po prostu zagrał w kręgle swoimi własnymi kośćmi. I po tym wszystkim jacyś obrzydliwie nowocześni Amerykanie mieli czelność przyjeżdżać i proponować mu Rising Sun Lubricator, i ciskać w głowę poduszką?! To było zupełnie nie do przyjęcia. Poza tym żaden jeszcze duch w dziejach nie został potraktowany w ten sposób. Dlatego też Canterville postanowił się zemścić i głęboko się nad tym namyślał aż do bladego świtu.

III

Następnego ranka, gdy rodzina Otisów spotkała się na śniadaniu, głównym tematem rozmowy był duch. Pastor nie krył niesmaku, że jego prezent został wzgardzony.

— Nie zamierzam — oświadczył — czynić duchowi afrontów, zwłaszcza że spędził w tych murach tak wiele czasu, sądzę więc, że ciskanie w niego poduszką to już pewna przesada.

Z przykrością muszę stwierdzić, że ta zupełnie zasadna uwaga została przez bliźniaków powitana wybuchem śmiechu.

— Z drugiej zaś strony — ciągnął wielebny Otis — jeśli naprawdę nie zamierza skorzystać z Rising Sun Lubricator, będziemy musieli sami pozbawić go tych łańcuchów. Przy takim rumorze pod sypialniami niepodobna przecież dobrze wypoczywać.

Przez całą resztę tygodnia nic im jednak się nie naprzykrzało, a jedyną rzeczą zwracającą uwagę było stałe odnawianie się krwawej plamy na podłodze biblioteki. Można to uznać za bardzo dziwne, jako że wielebny Otis nigdy nie zaniedbał zamykania drzwi na noc. Nie zapominał też o ryglowaniu okien. Sporo komentarzy powodowała też kameleonowa przemiana barwy. W niektóre poranki była matowoczerwona (niemal jak skóra Indian), potem cynobrowa, następnie soczyście purpurowa, a kiedy pewnego poranka (zgodnie z prostymi rytuałami Wolnego Zreformowanego Amerykańskiego Kościoła Episkopalnego) Otisowie zeszli na rodzinną modlitwę, plama okazała się szmaragdowozielona. Te dokonujące się jak w kalejdoskopie zmiany dziwiły naturalnie wszystkich i każdego wieczoru czyniono zakłady, jaki kolor ukaże się następnego ranka. Jedyną osobą nieangażującą się w te żarty była mała Virginia, która z jakiegoś trudnego do wyjaśnienia powodu zawsze z wielkim przygnębieniem spoglądała na krwawą plamę, a niemal wybuchła płaczem, gdy ta stała się szmaragdowa.

Duch pojawił się po raz wtóry w noc niedzielną. Niedługo po tym, gdy wszyscy udali się na spoczynek, nagle zostali poderwani przez straszliwy łoskot w holu. Kiedy zbiegli po schodach, stwierdzili, że pokaźna stara zbroja opuściła miejsce, w którym stała, i runęła na kamienną posadzkę, podczas gdy w fotelu o wysokim oparciu siedział duch lorda Canterville,a, z wyrazem wielkiego cierpienia na twarzy rozcierający sobie kolano. Bliźniacy, którzy nigdy nie rozstawali się ze swoimi dmuchawkami na groszek, natychmiast wystrzelili w niego dwa pociski, z celnością, jaką można osiągnąć tylko dzięki długiej i cierpliwej praktyce. Pastor natomiast wycelował w ducha z rewolweru i zgodnie z kalifornijską etykietą zażądał, aby tamten podniósł ręce do góry.

Duch poderwał się z dzikim wrzaskiem oburzenia i przemknął obok nich jak mgła, w przelocie gasząc świecę trzymaną przez Washingtona Otisa, w wyniku czego wszyscy znaleźli się w kompletnej ciemności. Dosięgnąwszy schodów, duch jednak doszedł do siebie i postanowił uraczyć wszystkich pokazem swego demonicznego śmiechu. Ten wielokrotnie okazywał się niezwykle skuteczny. Powiadano, że śmiech ten w jedną noc sprawił, że peruka lorda Rakera posiwiała, a z całą pewnością trzy francuskie guwernantki lady Canterville złożyły wymówienie przed terminem. Także i teraz duch śmiał się tak długo i przeraźliwie, że sklepione korytarze wpadły w wibracje, zanim jednak to okropne echo całkiem umilkło, drzwi się otworzyły i w niebieskiej koszuli nocnej pojawiła się pani Otis.

— Mam wrażenie, że nie czuje się pan najlepiej — oznajmiła. — Przyniosłam więc panu buteleczkę mikstury doktora Dobella. Jeśli jest to niestrawność, już po pierwszym użyciu zazna pan znacznej ulgi.

Duch spojrzał na nią z furią i natychmiast zaczął się szykować, aby przemienić się w wielkiego czarnego psa, z którego to popisu był powszechnie znany, jako że rodzinny lekarz właśnie z nim związał trwałe otumanienie wuja lorda Canterville,a, imć Thomasa ­Hortona. Przed zamysłem tym powstrzymał go jednak odgłos zbliżających się kroków, ograniczył się więc tylko do lekkiej fosforyzacji i zniknął z głuchym cmentarnym jękiem dokładnie w chwili, gdy bliźniacy podskoczyli ku niemu.

Kompletnie załamany duch, dotarłszy do swego gabinetu, wpadł w wielkie wzburzenie. Oczywiście, że prostactwo bliźniaków i niewzruszony materializm pani Otis bardzo go zirytowały, najmocniej jednak przygnębiło go to, że nie był w stanie przywdziać zbroi. Miał zaś nadzieję, iż nawet najbardziej nowocześni Amerykanie przerażą się widokiem widma w pełnym rycerskim rynsztunku. Jeśli już nawet nie ze zrozumiałego powodu, to przynajmniej z szacunku dla ich narodowego poety Longfellowa5, nad którego wdzięcznymi i uroczymi wierszami duch strawił wiele żmudnych godzin, gdy Canterville’owie przebywali na mieście. Poza tym była to jego własna zbroja. Z wielkim powodzeniem ubrał się w nią na turniej w zamku Kenilworth, zyskując obfite komplementy od samej Królowej Dziewicy. Gdy teraz jednak nadział zbroję na siebie, tak został przygnieciony ciężarem wielkiego napierśnika oraz stalowego hełmu, że zwalił się na kamienną posadzkę, boleśnie tłukąc oba kolana i kalecząc knykcie prawej dłoni.

Przez kilka dni potem czuł się bardzo chory i niemal nie opuszczał swojego pomieszczenia, z wyjątkiem tych chwil, gdy musiał udawać się w celu utrzymania krwistej plamy w odpowiedniej przerazistości. Kiedy udało mu się dopieścić swój stan, postanowił podjąć trzecią próbę wystraszenia pastora oraz jego rodziny. Na popis wybrał piątek, siedemnasty sierpnia, kiedy to cały dzień spędził na przeglądaniu garderoby; ostatecznie zdecydował się na wielki, obwisły kapelusz z czerwonym piórem, prześcieradło obwiązane wokół nadgarstków i szyi, jak również zardzewiały sztylet. Pod wieczór nadeszła gwałtowna ulewa z piorunami, a wiatr dął tak silny, że wszystkie okna i drzwi w starym domu trzęsły się i grzechotały. Była to w gruncie rzeczy pogoda, jaką duch uwielbiał. Jego plan był następujący. Zamierzał cichaczem zakraść się do pokoju Washingtona Otisa, spłoszyć go, wyskakując zza nóg łóżka, a potem trzykrotnie przy dźwiękach posępnej muzyki dźgnąć się w gardło. Washington wyjątkowo mu się naraził, bo to on właśnie wprowadził zwyczaj usuwania przesławnej krwawej plamy Canterville’ów przy użyciu jakiegoś tam detergentu Pinkertona. Doprowadziwszy już bezczelnego i upartego młodziana do stanu skrajnego przerażenia, duch chciał przenieść się do pokoju zajmowanego przez pastora i jego żonę, aby przyłożyć oślizgłą dłoń do czoła pani Otis, a jednocześnie szeptać do ucha roztrzęsionemu mężowi straszliwe sekrety grobowców. Co się tyczy Virginii, duch na razie nic nie postanowił. Ta nigdy go w żaden sposób nie obraziła, a poza tym była po prostu ładna i grzeczna. Uznał, że w zupełności wystarczy kilka głuchych pojękiwań z szafy, a gdyby to jej nie zbudziło, wtedy mógłby przeciągnąć po szybie palcami, których sam widok budził grozę. Natomiast jeśli chodzi o bliźniaków, był absolutnie zdecydowany dać im nauczkę. Przede wszystkim, rzecz jasna, zamierzał przysiąść im na piersiach, aby zrodzić w nich wrażenie duszenia się we śnie. Potem, jako że ich łóżka znajdowały się tuż obok siebie, chciał stanąć między nimi w postaci zielonkawych, zimnych jak lód zwłok, co powinno obu malców sparaliżować ze strachu. W następnym zaś kroku miał zrzucić owijające go prześcieradło i okrążyć pokój, demonstrując swoje białe, trzeszczące kości oraz wylatującą z oczodołu gałkę, tak bowiem prezentował się jako główny bohater Głupiego Daniela, czyli szkieletu samobójcy. Kilkakrotnie osiągał przy tym popisie znakomite efekty, które porównać mógł tylko z sukcesem swej słynnej roli w Martinie Psychopacie, czyli zamaskowanej tajemnicy.

 

O wpół do jedenastej posłyszał, że rodzina zbiera się do łóżek. Jeszcze przez jakiś czas przeszkadzali mu bliźniacy, którzy — jak na hałaśliwą dziatwę przystało — przed udaniem się na spoczynek nie mogli sobie odmówić ostatniej porcji wrzasków. Niemniej jednak kwadrans po jedenastej wszędzie już zapadła cisza, a gdy zegar wydzwonił północ, duch wyślizgnął się ze swojej komnaty. Sowa trzepotała skrzydliskami o szyby okienne, kruki złowieszczo pokrzykiwały na starym cisie, a wiatr niczym potępiona dusza, pojękując, krążył wokół domu. Wszystko to nie przeszkadzało rodzinie Otisów spać w nieświadomości swego losu, a ponad łoskotem deszczu i burzy duch mógł dosłyszeć równomierne chrapanie pastora ze Stanów Zjednoczonych. Ukradkiem wyłonił się z boazerii, ubierając swe okrutne pomarszczone usta w nikczemny uśmieszek, i nawet księżyc skrył się za chmurą, gdy duch Canterville przemykał obok wielkiego okna wykuszowego, na którym lazurowo i złociście lśniły herby jego i zamordowanej żony. Niestrudzenie sunął niczym złowrogi cień. I można było pomyśleć, że brzydziła się go nawet sama ciemność, przez którą przenikał. W pewnej chwili zdało mu się, że słyszy jakiś okrzyk, zatrzymał się więc, było to jednak tylko szczekanie psa z Czerwonej Farmy, niepowstrzymanie więc przemieszczał się przed siebie, mrucząc wyszukane szesnastowieczne przekleństwa i co rusz wymachując w nocnym powietrzu zardzewiałym sztyletem. Wreszcie dotarł do korytarza prowadzącego do pokoju nieszczęsnego Washingtona. Przystanął tu na moment, a wiatr okręcił mu siwe loki wokół głowy, nadając też groteskowe i fantastyczne fałdy przerażającemu nie do opisania całunowi. Zegar wydzwonił właśnie kwadrans po północy, duch więc poczuł, że nadszedł jego czas. Zachichotał do siebie i skręcił za róg, ledwie jednak to zrobił, a z żałosnym skowytem strachu padł na plecy, skrywając bladą jak kreda twarz w długich, kościstych dłoniach. Tuż przed sobą miał przerażające widmo, nieruchome tak, jakby zostało wyrzeźbione, i okropne jak sen szaleńca! Zjawa była łysa i błyszcząca, twarz miała okrągłą i bladą, a wstrętny uśmiech zdawał się zmieniać jej rysy w wieczysty grymas. Z oczu tryskały promienie szkarłatnego światła, usta zionęły ogniem, a strój wydawał się nie mniej obrzydliwy niż Canterville,a. Na piersiach widmo miało tabliczkę z napisem w gotyku, zapis okropnych grzechów czy jakąś straszliwą kronikę zbrodni, a w prawym ręku trzymało bułat z błyszczącej stali.

Nigdy wcześniej nie spotkawszy innego ducha, Canterville był naturalnie przerażony i ledwie zerk­nąwszy na okropną zjawę, uciekł do swojego pokoju. Podczas biegu korytarzem zaplątał się w długie prześcieradło, co ostatecznie sprawiło, że sztylet wylądował w bucie pastora, gdzie następnego ranka znalazł go lokaj. Gdy duch dotarł w zacisze własnego pomieszczenia, rzucił się na łóżko, a twarz ukrył w widmowych szatach. Po pewnym czasie jednak dzielny, leciwy duch Canterville zebrał się w sobie i postanowił porozmawiać z tym drugim widmem, gdy już stanie się jasno. Kiedy więc brzask zaczął srebrnym otokiem ozdabiać wzgórza, powrócił na miejsce, gdzie dojrzał ową posępną zjawę, czując, że ostatecznie co dwa duchy, to nie jeden, a gdy połączą siły w słusznej sprawie, mogą skuteczniej dać się we znaki bliźniakom. Wszelako gdy dotarł do upatrzonego miejsca, jego oczom odsłonił się okropny widok. Najwyraźniej tamtemu widmu coś się przydarzyło, gdyż jego oczodoły zupełnie przygas­ły, lśniący bułat wypadł z ręki, zaś sam upiór spoczywał pod ścianą w mocno niewygodnej pozycji. Duch Canterville podskoczył doń i chwycił go w ramiona, ale wtedy ku jego przerażeniu głowa się odłączyła i potoczyła po podłodze, korpus zaś zległ bezwładnie, sam zaś Canterville pozostał z białym żakardowym baldachimem, miotłą, kuchennym tasakiem oraz wydrążoną rzepą, która legła mu u stóp. Nie mogąc pojąć, jak doszło do tej przedziwnej transformacji, rozgorączkowanymi dłońmi chwycił tabliczkę i w szarym świetle poranka przeczytał te okropne słowa:

Duch Otisów

Jedyny godny tego miana duch w tym domu

Uwaga na tanie imitacje

Wszystkie inne to podróbki

Cały zatrząsł się z wściekłości i oburzenia. Został oszukany, przechytrzony, a jego plany udaremniono. Do oczu lorda Canterville,a powrócił dawny płomień. Zacisnął bezzębne dziąsła i uniósłszy wychudzone ręce nad głowę, poprzysiągł, przy użyciu wyszukanej frazeologii pradawnej szkoły, że kiedy kur dwa razy zapieje donośnie, dokonają się czyny krwawe, a morderstwo bezszelestnie wkroczy na scenę.

Ledwie tylko skończył tę złowieszczą klątwę, a z pobliskiego domu pod czerwoną dachówką dobiegło pianie koguta. Duch Canterville zaniósł się przeciągłym, gorzkim śmiechem i — czekał. Czekał godzinę, drugą, ubiegły jeszcze kolejne, tymczasem kogut z jakiejś dziwnej przyczyny nie zapiał po raz drugi. W końcu o wpół do ósmej pojawienie się służby zmusiło ducha do porzucenia okrutnego planu, pokuśtykał więc z powrotem do siebie, myśląc o czczej przysiędze i czczych zamierzeniach. Wyszukał na półce kilka książek, z których posiadania był dumny, a które traktowały o dawnych obyczajach rycerskich, i wyczytał, że za każdym razem, gdy sięgnięto po tę przysięgę, kur zawsze piał także drugi raz.

— Na pohybel temu wstrętnemu kurakowi — mruknął duch. — Pamiętam dni, gdy tak bym nadział jego gardziołko na mą niezawodną włócznię, że zapiałby aż do zdechu!

Co wykrzyknąwszy, wygodnie ułożył się w ołowianej trumnie, w której spędził czas aż do wieczora.