Opowieści wigilijne: Nawiedzony domTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Charles Dickens

Opowieści wigilijne: Nawiedzony dom


Tytuł oryginału

A Christmas Stories ISBN 978-83-8116-864-9 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Opracowanie redakcyjne Magdalena Wójcik Skład i opracowanie graficzne Studio graficzne Pixelnoiz Na okładce wykorzystano ilustrację J. Mahoneya Ilustracje wewnątrz książki: Fred Walker, Harry Furniss, F.A. Fraser, H. French, E.G. Dalziel, J. Mahoney O ile nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy i adnotacje w tekście pochodzą od tłumacza. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

WRAK ZŁOTEJ MARY

Bożonarodzeniowy numer „Household Words” z grudnia 1856 roku nosił nadtytuł Wrak Złotej Mary i obejmował osiem tekstów. Pierwszy, będący opowieścią kapitana, napisał Dickens, drugi i ostatni — Wilkie Collins, trzeci i piąty — Percy Fitzgerald, czwarty — Harriet Parr, szósty — Adelaide Anne Procter, siódmy — o. James White.


WRAK

zeladnictwo na morzu zacząłem w wieku dwunastu lat, zdążyłem więc naoglądać się najróżniejszej aury w sensie i dosłownym, i metaforycznym. Od czasu, gdy udało mi się dorobić czegoś takiego jak własne zdanie, zawsze uważałem, że człowiek, który wyznaje się tylko na jednej jedynej rzeczy, jest niemal równie nużący jak ten, który nie wyznaje się na niczym, dlatego przez całe życie uczyłem się wszystkiego, co mi się tylko nadarzyło. Chociaż więc trudno mnie nazwać uczonym, to jednak ośmielę się twierdzić, iż o bardzo wielu sprawach mam niezgorsze pojęcie.

Powyższe słowa mogą zrodzić w czytelniku wrażenie, że skłonny jestem bardzo rozwodzić się nad sobą, aczkolwiek sprawa ma się inaczej. Skoro, znalazłszy się w pokoju pełnym nieznanych mi osób, muszę albo zostać im przedstawiony, albo zrobić to sam, pozwoliłem sobie na tych kilka wprowadzających uwag, aby było wiadomo, kim jestem. I niczego więcej już nie dodam prócz tego, że nazywam się William George Ravender, urodziłem się w Penrith pół roku po tym, jak mój ojciec utonął, oraz że drugiego dnia owego bożonarodzeniowego tygodnia roku tysiąc osiemset pięćdziesiątego szóstego skończę pięćdziesiąt sześć lat życia.

Kiedy pojawiły się pierwsze plotki, że znaleziono złoto w Kalifornii — co, jak większość ludzi pamięta, zdarzyło się, zanim je odkryto w brytyjskiej kolonii w Australii — obracałem się w Indiach Zachodnich, zajęty handlem przybrzeżnym. Byłem kapitanem i współwłaścicielem niewielkiego szkunera, ówczesna praca zupełnie mi odpowiadała i dobrze sobie z nią radziłem, zupełnie więc nie nęciło mnie złoto w Kalifornii.

Starczyło jednak, że wróciłem znów do Anglii, a wszystko stało się widoczne jak na dłoni. Było kalifornijskie złoto w muzeach i w sklepach jubilerskich. Trzeba trafu, że ledwie odwiedziłem bank, spotkałem tam trudniącego się jak ja morzem znajomka, któremu z dewizki zwieszał się wielki nugat. Obejrzałem go uważnie; przywodził na myśl kawałek orzecha włoskiego z odłamanymi brzeżkami, wykonany tak precyzyjną metodą galwanoplastyki, jakiej w życiu nie widziałem.

Jestem samotnikiem (ona była za dobra dla tego świata i dla mnie, dlatego też umarła na sześć dni przed naszym ślubem), a kiedy nie przebywam na morzu, mieszkam w Poplar. Porządek w domu niczym na statku utrzymuje wiekowa dama, która, zanim jeszcze przyszedłem na świat, była służącą mojej matki. Jest tak schludna i porządna, jak tylko potrafi na tym świecie sędziwa niewiasta. Przepada za mną tak, jakby miała tylko jedynaka i jakbym to właśnie ja nim był. I gdziekolwiek by mnie poniósł żeglarski los, dobrze wiem, iż nie ułoży się ona do snu, jeśli wcześniej nie powie: „Boże Miłościwy! Błogosław Williamowi George’owi Ravenderowi i miej go w Swojej opiece, spraw, aby bezpiecznie wrócił do domu, w imię Chrystusa Zbawiciela!”. Tak, tak, po wielekroć o tym wspominałem, gdy w groźnych momentach nawet mi włos z głowy nie spadł.

W domu w Poplar spokojnie spędziłem większą część roku, wymarzywszy to sobie podczas pobytu na wyspach, a na dodatek poważnie się rozchorowawszy, co jest u mnie rzadkością. Jestem jednak mocny i krzepki, więc kiedy przeczytałem już wszystko, co miałem pod ręką, nie mogłem dłużej leżeć i wyszedłem się przespacerować Leadenhall Street w City, myśląc, czy nie byłoby dobrze wrócić do dawnych zajęć. Trzeba trafu, że zapatrzyłem się na okrętowy chronometr w witrynie u Smithicka i Watersby’ego z Liverpoolu, a kiedy podniosłem wzrok, ów jegomość sunął wprost na mnie.

Mówiąc ściśle, nie znam osobiście ani wspomnianego przed chwilą Smithicka, ani Watersby’ego, nigdy nie zostałem przedstawiony żadnemu z tych dżentelmenów, a nawet wyznam, że wcale nie jestem pewien, czy przez ostatnie lata ktokolwiek tego miana zjawił się w owym Liverpool House. Chodzi mi jednak o ten właśnie budynek, z którego nigdy nie wyszedł zręczniejszy kupiec czy prawdziwy dżentelmen, na dodatek zwracając się do mnie tymi słowy:

— Najdroższy kapitanie Ravender, ze wszystkich ludzi na kuli ziemskiej to pana właśnie najbardziej chciałem zobaczyć i wręcz wyprawiałem się do pana.

— Cóż, wygląda na to, że chciał pan ze mną uciąć prawdziwą pogawędkę, nieprawdaż?

Co powiedziawszy, ująłem go pod rękę i skierowaliśmy się ku Royal Exchange, by potem poprzechadzać się po tej stronie budynku, gdzie wznosi się wieża z zegarem. Zabrało nam to ponad godzinę, gdyż wiele miał mi do opowiedzenia. Nosił się mój dobroczyńca z zamysłem, aby posiadanym przez firmę statkiem przewieźć do Kalifornii towary przeznaczone dla tamtejszych kopaczy i emigrantów, nabywszy zaś na miejscu złoto, dostarczyć je do Anglii. W szczegóły tego pomysłu ani nie chcę, ani nie mam prawa wnikać, powiem natomiast tyle, iż było to przedsięwzięcie bardzo oryginalne, wymyślne, solidne i ponad wszelką wątpliwość lukratywne.

Wszystko przekazał mi tak szczerze, jakbym był częścią jego samego. To uczyniwszy, zaproponował mi tak szczodrą ofertę uczestnictwa w interesie, jakiej nigdy nie otrzymałem — ani w dzieciństwie, ani w wieku dojrzałym, ba, powiem więcej: godziwszej nigdy nie otrzymał żaden kapitan marynarki handlowej — a zakończył następująco:

— Ravender, dobrze pan wie, że na tamtych wodach i w tamtym kraju szerzy się obecnie bezprawie równie osobliwe, jak same warunki tych terenów. Załogi natychmiast się rozpierzchają, ledwie się znajdą na miejscu, załogi mustrujące się na rejsy powrotne nie tylko domagają się zawrotnych płac, ale też specjalnie nie skrywają swego zamiaru, by zamordować kapitana i przechwycić złoty ładunek: nikt tam nie może zaufać nikomu, a bies jakby został spuszczony z uwięzi. Zna pan moją opinię o panu, z którą nigdy się nie kryłem, i nie będzie żadnego pochlebstwa, gdy powiem, że jest pan jedynym człowiekiem, którego siła charakteru, sumienność oraz energia pozwalają… itd., itp.

Na tym kończę, nie zamierzam bowiem powtarzać owych pochwalnych słów, aczkolwiek wysoce ceniłem je sobie wtedy i cenię obecnie.

Chociaż byłem, jak już wspomniałem, gotów, aby wyruszyć w kolejną podróż, to jednak trapiły mnie pewne wątpliwości. Nawet gdyby przyjaciel z Liverpool House nie wspomniał o tym słowem, sam dobrze wiedziałem, jakie z podobną wyprawą wiążą się — z racji i jej długości, i charakteru współpodróżników — trudy i niebezpieczeństwa, ale nie myślcie, proszę, że bardzo się ich lękałem, tyle że jestem zdania, iż nie ma człowiek w sobie gotowości i odwagi, by sprostać niebezpieczeństwom, jeśli nie rozważy ich natury na tyle dokładnie, aby mógł powiedzieć sobie: „Nic z tego nie weźmie mnie z zaskoczenia, zawsze będę wiedział, jak najlepiej radzić sobie w danej sytuacji, reszta zaś spoczywa w potężniejszych i godniejszych niż moje dłoniach, którym też siebie samego pokornie powierzam”. Tej się trzymając zasady, tak starannie rozważyłem, czując, że to moja powinność, wszystkie zagrożenia, jakie byłem w stanie sobie przedstawić — sztormy, rozbicie statku, pożar na morzu — iż, mniemam, potrafiłbym w każdej takiej sytuacji zrobić wszystko, aby ocalić powierzone memu dowództwu żywoty.

A kiedy tak przemyśliwałem najróżniejsze sytuacje, przyjaciel mój zaproponował, iż zostawi mi, ile chcę czasu na zastanowienie, bylem tylko zdążył wieczerzać z nim w klubie przy Pall Mall, do którego uczęszczał. Skorzystałem z tej oferty, pospacerowałem więc sobie niczym po mostku kapitańskim, a zabrało mi to parę godzin, podczas których zerkałem, bywało, na wirującego w górze kurka na wietrze, albo, bywało, w głąb Cornhill.

W porze kolacji i długo jeszcze po niej omawialiśmy całą sprawę. Nie kryłem przed nim swoich opinii na temat całego przedsięwzięcia, on zaś wielce je sobie cenił, na koniec zaś oznajmiłem mu, że jestem już niemal zdecydowany, aczkolwiek ciągle jeszcze dręczą mnie pewne wątpliwości.

 

— Wszystko świetnie rozumiem — on na to — ale w takim razie niechże pan uda się ze mną jutro do Liverpoolu, aby na własne oczy zobaczyć „Złotą Mary”.

Nader mi się podobało to miano — bo i ona miała na imię Mary, a miała również złote serce — kiedy więc zgodziłem się wybrać do Liverpoolu, czułem, że rzecz właściwie jest przesądzona. Rankiem dwa dni później wkroczyliśmy na pokład „Złotej Mary”, a ja już dzięki samej sugestii, by ją obejrzeć, mogłem się spodziewać, jak będzie wyglądać: otóż deklaruję, że nigdy moje oczy nie spoczęły na statku udatniejszym i piękniejszym. Zbadaliśmy każdą jego klepkę, a kiedy wróciliśmy do trapu, bym mógł zejść na przystań, wyciągnąłem rękę do przyjaciela i rzekłem:

— Jeśli uściśnie ją pan, ja zrobię to z prawdziwą przyjemnością. Obejmuję dowództwo nad tym statkiem i oddaję się do pańskiej dyspozycji, gotów służyć dobru „Złotej Mary”, jeśli na pierwszego oficera mogę nająć Johna Steadimana.

John towarzyszył mi był w czterech rejsach. Pierwszy z nich rozpoczął jako mat, kończył już jako bosmanmat, podczas następnych trzech był już pierwszym oficerem. W chwili, gdy mustrowaliśmy się na „Złotą Mary”, miał trzydzieści dwa lata. Był żwawym, bystrym, niebieskookim mężczyzną średniego wzrostu, zawsze schludnie odzianym, nigdy niechowającym się po kątach, ale też nigdy niestającym na zawadzie, a twarz miał tak miłą, iż budziła sympatię nie tylko dorosłych, ale też garnęły się do niego wszystkie dzieci. Znakomity marynarz, zawsze podśpiewujący sobie niczym kos.

Starczyła minuta, byśmy znaleźli się w jednym z owych znanych w Liverpoolu pojazdów do wynajęcia, ale dobre trzy godziny zajęło nam poszukiwanie Johna. Miesiąc wcześniej wrócił z Ziemi van Diemena i, jak się dowiedziałem, postanowił trochę tutaj sobie odpocząć. Pośród różnych innych miejsc dopytywaliśmy o niego w dwóch pensjonatach, w których gustował, okazało się też, iż w każdym z nich spędził tydzień, ostatecznie jednak wyprawił się, aby — jak to ujął — „ułożyć się na grotbramrei najwyższej góry w Walii”, gdzie jednak był konkretnie i kiedy wróci, tego nikt nie potrafił nam powiedzieć. A jakże zaskakujący był widok, jak rozjaśniała się każda twarz, ilekroć się wspomniało o panu Steadimanie.

Rozczarowani, że nie mieliśmy więcej szczęścia, uznaliśmy, iż czas przenieść się ze statkiem, bym gdzie indziej mógł poszukać zaufanych przyjaciół, kiedy znienacka dojrzałem na ulicy Johna, jak wychodził ze sklepu z zabawkami. Trzymał za rękę małego chłopca, odprowadzając do powozu dwie niezwykle urodziwe kobiety, a nikogo z nich, jak mi później opowiedział, wcześniej nie znał, tak jednak ujął go widok, jak chciały kupić malcowi arkę Noego o tak zdezelowanym dziobie, że musiał wejść i poprosić obie damy, aby pozwoliły mu namówić chłopca na wystawiony w witrynie zupełnie znośny kuter, gdyż dzięki temu nabierze pewnych nieopacznych wyobrażeń na temat szkutnictwa.

Trzymaliśmy się na uboczu do chwili, gdy woźnica najwyraźniej już chciał ruszać, a wtedy przywitaliśmy się z Johnem. Gdy wchodziliśmy na pokład „Złotej Mary”, powtórzyłem mu, co powiedziałem memu przyjacielowi. Był pod takim wrażeniem — że powtórzę jego frazę — jak statek trafiony kulą w śródokręcie.

— Kapitanie Ravender — zakrzyknął John Steadiman — trudno o lepszą rekomendację od takiej opinii z pańskich ust i jeśli tylko pan zechce, gotów jestem żeglować z panem po całym świecie dwadzieścia lat, nigdy nie odstępując od pańskiego boku!

Przed frontem Smithick i Watersby nigdy nie zazieleni się trawa. Takielunek miał być gotowy w dwa tygodnie, zaczęliśmy więc kompletować ładunek. John nawet na chwilę nie opuszczał pokładu, gdyż sam chciał doglądać rozkładania ciężarów, ilekroć zaś ja zawitałem na statek, czy to wcześnie, czy późno, czy był John w ładowniach, sprawdzał luki na pokładzie czy też zdobił swą kabinę obrazami pąsowych róż angielskich, szkoc­kich kampanuli czy irlandzkich koniczynek, zawsze mnie doleciał jego melodyjny jak u kosa śpiew.

Miejsca mieliśmy na dwudziestkę pasażerów, a ledwie zawisły zapowiedzi rejsu, już mieliśmy chętnych dwadzieścia razy więcej. Razem z Johnem bardzo starannie zajęliśmy się mustrowaniem, przyjmując tylko najlepszych, a przynajmniej takich, od których lepszych nie znalazłoby się wówczas w porcie Liverpoolu. Mieliśmy zatem piękny, świetnie zbudowany statek, rozumnych właścicieli, dobrych oficerów, niezgorszą załogę, wszystko zostało starannie przygotowane. Czyż można zatem się dziwić, iż prowadzeni przez pilota odbiliśmy od nabrzeża kwadrans po szesnastej, siódmego marca roku pańskiego tysiąc osiemset pięćdziesiątego pierwszego, a wyprowadzeni na pełne morze, czując w żaglach pomyślny wiatr, w świetnych nastrojach ruszyliśmy przed siebie.

Nietrudno zgadnąć, że jak dotąd nie miałem czasu bliżej zaznajomić się z pasażerami. Większość z nich zwisała w kojach powalona chorobą morską, kiedy jednak teraz zacząłem się między nimi przechadzać, radząc, by lepiej wyszli na pokład i zakosztowali bryzy, jednych bawiąc dowcipem, innych zjednując przyjaznym słowem, zawarłem chyba z nimi lepszą i milszą komitywę niż przy stole w mesie.

Spośród nich wszystkich teraz chciałem dokładniej wspomnieć tylko o jasnookiej i kwitnącej młodością niewieście, która płynęła do męża w Kalifornii, a wiozła ze sobą ich jedynaczkę, malutką trzyletnią dziewuszkę, nieznającą jeszcze ojca; statecznej kobiecie w czerni, która jechała w odwiedziny do brata, oraz starszawym dżentelmenie, który przy oczach lepszych i mniej przekrwionych mógłby przywieść na myśl jastrzębia, a który to dżentelmen z rana, w dzień i z wieczora mówił tylko i wyłącznie o znajdowaniu złota. W tajemnicy trzymał jednak to, czy chce wykopywać złoto swymi wiekowymi rękami, spekulować na nim, kupując, wymieniając lub oszukując, czy też w jakiś sposób pozbawiając go innych ludzi. Taki był jego sekret.

Owa trójka dorosłych plus dziewczynka wydobrzeli najszybciej. Ta ostatnia była urzekającą istotką, która na dodatek mnie polubiła, aczkolwiek nie mogę ukrywać, że przy jej pięknych książeczkach odwracała się relacja między mną i Johnem Steadimanem, gdyż w tych rewirach to on był kapitanem, a ja — matem. Jakże wspaniale było oglądać ją z Johnem i jego z nią. Niewiele osób, widząc, jak John między masztami bawi się z dziewczynką w chowanego, uznałoby za możliwe, iż mógł porwać za żelazną sztabę i na miejscu ukatrupić pewnego Malajczyka i Maltańczyka, gdy z kordelasami w dłoniach przemykali w dół do kabiny brygu „Old Eng­land”, gdzie spoczywał na koi kapitan, którego zmogła choroba zaraz po wypłynięciu z Saugar Point. Tak jednak było, a jak już się zaparł plecami o gródź, jeszcze by ich powalił z pół tuzina. Młoda matka nazywała się Atherfield, dama w czerni — Coleshaw, starszawy dżentelmen zwał się Rarx.

Dziewczynka o imieniu Lucy miała lśniące jasne włosy, które lokami opadały jej na twarz, więc Steadiman nazwał ją Złotą Lucy. Mieliśmy przeto Złotą Lucy i Złotą Mary, John bardzo się przywiązał do tych imion i podejrzewam, że kiedy bawił się z małą na pokładzie, ta zaczynała sobie wyobrażać, że i statek jest żywą istotą, kimś na kształt siostry czy przyjaciółki. Uwielbiała bliskość koła sterowego i przy dobrej pogodzie bardzo lubiłem stawać obok tego, kto pełnił wachtę w sterówce, aby tylko podsłuchać, jak rozmawia ze statkiem, dla kurażu chwytając mnie za nogawkę. Nie sądzę, by miała jakakolwiek dziewczynka podobną lalkę, Lucy jednak „Złotą Mary” uczyniła właśnie swoją lalką i stroiła ją, przywiązując wstążki ze świecidełkami do nagli. Nikt ich nie ruszał, chyba że chodziło o to, aby uchronić je przed zdmuchnięciem na silnym wietrze. Wziąłem, rzecz jasna, pod opiekę obie młode niewiasty, zwracałem się do nich per „moje drogie”, a one nigdy nie miały o to do mnie urazy, dobrze bowiem wiedziały, że jest w tym przede wszystkim ojcowska troska o nie. Podczas posiłków siadaliśmy w mesie w ten sposób, iż panią Atherfield miałem po prawej stronie, a pannę Coleshaw po lewej, poprosiłem więc niezamężną damę, aby podsuwała smakołyki śniadaniowe, a zamężną, aby częstowała nas herbatą. W ich też obecności zwróciłem się do mego czarnoskórego stewarda następującymi słowami:

— Posłuchaj mnie, Tomie Śnieżnobiały, obie te damy są w równym stopniu paniami tego domu, więc z równą skwapliwością masz wykonywać polecenia każdej z nich.

Co słysząc, Tom zaśmiał się serdecznie, podobnie jak wszyscy inni. Co się zaś tyczy wiekowego pana Rarxa, nie było przyjemnie ani na niego patrzeć, ani z nim rozmawiać, ani z nim przebywać, niepodobna bowiem było natychmiast nie dostrzec, jak nieuczciwa i sobkowska jest to osoba, a z biegiem czasu wrażenie to się tylko pogłębiało.

Oczywiście nikt się od niego nie odwracał, gdy usiłował zachowywać się tak układnie jak reszta z nas, a nie mieliśmy zwyczaju plotkować za plecami, chodzi mi jednak o to, że nie był to człowiek, którego by się wybrało na współlokatora kajuty. Gdyby można było wybierać, każdy zgodziłby się na trochę niewygód, byle tylko uniknąć jego towarzystwa. W tej sytuacji zaskakująca była ciekawość, którą Rarx obdarzał Lucy, albowiem nie tylko nie wyglądał na człowieka, który by się przejmował dziećmi, ale też się nie przejmował ani nimi, ani żadną inną ludzką istotą. Tymczasem najwyraźniej zaczynał się niepokoić, gdy mała gdzieś na dłużej znikła mu z oczu na pokładzie, gdyż bał się, że wyleci za burtę, wpadnie do ładowni, zleci z kołowrotka, nie utrzyma się na rei, dokąd się wspinała wraz z marynarzami, czy też ulegnie jeszcze jakiemuś innemu nieszczęsnemu wypadkowi. Nieustannie ją upominał, iż naraża zdrowie, nie przestawał też przypominać matce o koniecznej ostrożności. Było to o tyle dziwniejsze, że Lucy wcale za nim nie przepadała, chowała się na jego widok i nawet ręki by mu nie podała, gdyby inni jej do tego nie zachęcali. Osobliwa ta sytuacja tak rzucała się w oczy, że John Steadiman powtarzał kilkakroć, upewniwszy się najpierw, iż pan Rarx tego nie usłyszy, że gdyby miała „Złota Mary” słabość do dżentelmena, którego niosła na swym grzbiecie, byłaby ogromnie zazdrosna o Złotą Lucy.

Zanim posuniemy się dalej w opowieści, zauważę, iż statek był trzystutonowym barkiem, liczył osiemnaście osób załogi, drugiego oficera oprócz Johna, cieślę, zbrojmistrza i dwóch chłopców okrętowych (jednym był niepozorny Szkot). Mieliśmy trzy łodzie: barkas obliczony na dwadzieścia pięć osób, piętnastoosobowy kuter oraz skifa, który mógł zabrać dziesięć osób. Podaję pojemność łodzi zgodnie z tym, ilu pasażerów mogły rzeczywiście zabrać.

Zdarzały się, rzecz jasna, momenty złej pogody i wiatru od czoła, ale przez sześćdziesiąt dni mieliśmy rejs tak znośny, jak można tego było rozsądnie oczekiwać. Potem w dzienniku zacząłem umieszczać znamienne zapiski: iż niezwykle rośnie ilość otaczających nas lodów, a także że pomimo nich noce są nieprawdopodobnie ciemne.

Przez pięć i pół dnia wydawało się, że nie ma nawet co próbować zmieniać kurs statku tak, aby zejść z drogi górom lodowym. Ile się dało, brałem odchylenie na południe, ale nic to nie pomagało. Kiedy pewnego dnia pani Atherfield postała trochę koło mnie na mostku, przypatrując się z lękiem otaczającym nas szczytom, w pewnej chwili wyszeptała:

— Kapitanie Ravender, można by pomyśleć, że nagle cała solidna ziemia zamarzła i popękała na te gigantyczne kry!

— Nie dziwię się, że tak się przedstawia pani niedoświadczonym oczom, moja droga — odrzekłem ze śmiechem, chociaż sam nigdy wcześniej nie widziałem nawet dwudziestej części tego lodu i niedaleko mi było do opinii mojej rozmówczyni.

Ale o drugiej po południu szóstego dnia, czyli sześćdziesiątego szóstego dnia rejsu, John Steadiman, który wdrapał się na jaskółkę, śpiewnie z niej oznajmił, że morze przed nami jest puste. O szesnastej powiał silny fordewind, więc wraz z zachodem słońca znaleźliśmy się na czystych wodach. Wiatr zelżał do jakichś sześciu stopni w skali Beauforta, a że „Złota Mary” była śmig­łym barkiem, przez całą noc mknęliśmy niesieni stałym podmuchem.

Zdało mi się, że niepodobna, aby było ciemniej; nawet gdyby słońce, księżyc i gwiazdy runęły z nieba, unicestwiając czas, i tak można by to nazwać jasnością w zestawieniu z mrokiem, w jakim się znaleźliśmy. Był tak gęsty, że wpatrywanie się weń sprawiało taki ból, jak patrzenie w gęsty czarny bandaż nałożony na oczy, ale ich niedotykający. Zdwoiłem wachty, razem z Johnem staliśmy na dziobie, ani na chwilę się nie rozstając. Jak długo jednak się nie odzywał, bez wyciągnięcia ręki i dotknięcia go nie wiedziałbym nawet, że mam go koło siebie, jak wtedy, gdy przychodził przespać się w kajucie. Trudno właściwie powiedzieć, że wpatrywaliśmy się w czerń przed nami, prędzej już wsłuchiwaliśmy się w nią oczyma.

 

Nazajutrz stwierdziłem, że słupek rtęci, który nieustannie unosił się w barometrze od chwili, gdy wyzwoliliśmy się od lodów, znieruchomiał. Od czasu wypłynięcia z portu prowadziłem staranne obserwacje z incydentalnymi tylko lukami, kiedy więc w południe pojawiło się słońce, mogłem ustalić, że znaleźliśmy się pod pięćdziesiątym ósmym stopniem szerokości południowej i sześćdziesiątym stopniem długości zachodniej, na północ od Szetlandów Południowych, a nieopodal przylądka Horn. Byliśmy wówczas sześćdziesiąt siedem dni w morzu. Statek był w znakomitym stanie, sprawował się świetnie, wszystko na pokładzie było w najlepszym porządku, wszyscy wywiązywali się ze swych zadań tak ochoczo i z pasją, jak to tylko było możliwe.

Kiedy nastała noc równie ciemna jak poprzednia, była to już dla mnie ósma noc na mostku. Za dnia niewiele spałem, większość czasu spędzając nieopodal steru albo wręcz przy nim, gdy lody były w pobliżu. Tym, którzy nie zakosztowali takich warunków, takiej czerni, trudno nawet wyobrazić sobie, jak trzeba się wysilać, by trzymać oczy otwarte, i jaki sprawia to ból, gdyż ciemność na nie napiera, oślepia je. Zaczynają snuć własne kształty, to skrzące się, to błyskające, zupełnie jakby opuściły głowę, aby się tobie poprzyglądać. Kiedy nadeszła północ, John Steadiman, żwawy i czujny (zawsze bowiem kazałem mu odpoczywać w dzień), powiedział:

— Kapitanie Ravender, bardzo nastaję na to, aby poszedł pan odpocząć. Jestem pewien, że ledwie trzyma się pan na nogach, a głos ma pan okropnie słaby. Niechże pan idzie, odsapnie trochę, a ja wezwę pana natychmiast, jeśli pojawi się coś niebezpiecznego.

— Świetnie, Johnie, świetnie — odpowiedziałem na to — ale poczekajmy do pierwszej, a wtedy możemy wrócić do tej kwestii.

Kazałem sobie poświecić i zobaczyłem na zegarku, że jest już dwadzieścia po dwunastej.

Za pięć pierwsza John znowu przywołał majtka z lampą, a kiedy powiedziałem, która jest godzina, Stea­diman znowu zaczął nastawać na to, abym poszedł się przespać.

— Kapitanie Ravender — rzekł — wszystko jest w całkowitym porządku, nie możemy pozwolić sobie na to, aby zamęczał się pan tutaj następną godzinę, dlatego usilnie i z uszanowaniem błagam, aby zszedł pan do kajuty.

Ostatecznie zgodziłem się, ustaliwszy zaś, że gdybym sam się nie zjawił za trzy godziny, zostanę na pewno obudzony, zostawiłem statek pod dowództwem Johna, zanim jednak zupełnie się oddaliłem, musiałem go jeszcze o coś spytać. Otóż miałem jeszcze zerknąć na barometr, a zobaczywszy, że rtęć nie drgnęła ani trochę, zawróciłem, by się raz jeszcze pokazać towarzyszowi — jeśli ma sens takie sformułowanie w sytuacji mroku choć oko wykol — a wtedy zdało mi się, że fale, które „Złota Mary” rozgarniała i zrzucała z siebie, mają jakiś głuchy pogłos, zupełnie jakby — mignęło mi w głowie — coś powtarzało ich dźwięk. Stałem obok nadbudówki rufowej przy relingu prawej burty; przywołałem Johna, aby i on nadstawił ucha. Zrobił to bardzo skrupulatnie, ale po dłuższej chwili zwrócił się do mnie:

— Proszę mi zaufać, kapitanie Ravender; od bardzo dawna pan nie odpoczywał, więc to, co pana teraz niepokoi, to tylko wytwór pańskiego zmysłu słuchu.

Zgodziłem się z tą opinią wtedy, skłonny jestem przychylić się do niej i teraz, aczkolwiek nie mam w tym względzie niezbitej pewności.

Kiedy oddawałem statek pieczy Johna Steadimana, sunął ze znaczną prędkością z wiatrem, którym dalej był fordewind. Śmigała „Złota Mary”, co się zowie, acz na skróconych żaglach, gdyż i tak zbliżała się do granic swoich możliwości, niemniej wszystko toczyło się gładko, nic nie rodziło żadnych podejrzeń. Morze było sfalowane, ale nie nazbyt wysoko i nie budziło najmniejszego niepokoju.

Ległem na koi, jak stałem, to znaczy w ogóle się nie rozbierałem, nie ściągnąłem nawet płaszcza, aczkolwiek zzułem buty, gdyż stopy miałem opuchnięte od stąpania po pokładzie. W kabinie paliła się zwisająca z sufitu lampka, a spoglądając na nią, zanim opadły moje ciężkie jak z ołowiu powieki, pomyślałem, że tak jestem utrudzony i umęczony przez ciemność, że smacznie zasnąłbym nawet pośród miliona jasno płonących lamp gazowych. Taka była moja ostatnia myśl przed zaśnięciem, jeśli nie liczyć usilnego poczucia, że w ogóle nie powinienem kłaść się spać.

We śnie znowu byłem w Penrith i usiłowałem okrążyć kościółek, który bardzo zmienił wygląd od czasu, gdy ostatnio go widziałem, gdyż był przedziwnie rozłupany do połowy wysokości dzwonnicy. Nie wiem, czemu mi tak bardzo zależało na obejściu budynku, ale starałem się tak zaciekle, jakby całe moje życie od tego zależało, o czym zresztą byłem we śnie przekonany. Zaciekłość zaciekłością, ale wysiłek był bezowocny. Natężałem wszystkie siły, gdy nagle coś strasznie szarpnęło, a ja zleciałem z koi i potoczyłem się na ścianę kabiny. Krzyki, przenikliwe wrzaski ugodziły mnie bardziej niż chropawe deski, a że pośród trzasków i łoskotów słyszałem też huk nacierającej wody, aż nazbyt dobrze wiedząc, co oznaczają te odgłosy, nie zwlekając ani chwili, pognałem na pokład. Nie było to łatwe, gdyż statek miał duży przechył i cały okropnie dygotał.

Na nikogo nie natknąłem się po drodze, ale słyszałem, jak ludzie w wielkim rozgardiaszu starają się ściągnąć żagle. Przez tubę zachęcałem ich, aby nie ustawali w wysiłkach, potem zaś zacząłem nawoływać najpierw Johna Steadimana, a następnie drugiego oficera, Williama Ramesa. Obaj natychmiast się zgłosili, a wtedy im obu i całej reszcie załogi poleciłem — jak zwykłem był zawsze robić w takich sytuacjach — aby zajęli określone pozycje i czekali, co jeszcze może się wydarzyć. Skoro słyszeliśmy nawzajem swoje głosy, uznałem, że pomimo rumoru statku, huku morza i rozpaczliwego zawodzenia pasażerów nastała chwila względnego spokoju.

— Gotów, Rames? — wrzasnąłem.

— Aye, aye, sir!

— W takim razie wszystkie światła, na miłość boską!

W jednej chwili zapłonęły race, a wtedy zdało się, że cały statek spowity jest w niebieskawą mgłę, nad którą czernieje wielka kopuła.

Światło docierało na tyle wysoko, że mogłem dojrzeć wielką górę lodową, z którą się zderzyliśmy, a która od szczytu była rozłupana niemal do połowy, zupełnie jak kościółek w Penrith w moim śnie. Zobaczyłem rozrzuconych po pokładzie członków ostatniej wachty, widziałem, jak pani Atherfield zderza się z panną Coleshaw, gdy obie starają się wyciągnąć na pokład Lucy, widziałem, jak wraz z całą „Złotą Mary” dygoczą i kolebią się maszty, widziałem ogromną wyrwę w prawej burcie, mniej więcej na połowie jej długości, a także fruwające belki i szczapy, widziałem, że kuter został zdruzgotany, ale również widziałem, że wszystkie oczy wlepione są we mnie. Jestem głęboko przekonany, że gdyby było tam dziesięć tysięcy par oczu, widziałbym je wszystkie z ich odmiennymi wyrazami. Wszystkie w jednym momencie. Musicie jednak pamiętać, co to był za moment.

Widziałem, jak ludzie z załogi — świetni, spolegliwi — patrzyli na mnie z miejsc, które im wyznaczyłem. Gdyby statek się nie wyprostował, mogliby tam tylko umrzeć — nie, absolutnie nie twierdzę, że mała to rzecz: umrzeć na wyznaczonym posterunku — to znaczy, nie byliby w stanie uczynić nic, aby ratować pasażerów czy siebie. Ale impet, z jakim zderzyliśmy się z fatalną górą lodową — jakby specjalnie wyznaczoną, aby nas zniszczyć — tak zatrząsł „Złotą Mary”, że ta, straszliwie się wzdrygnąwszy — powróciła do pionu. Nie musiał mi mówić żaden szkutnik, że statek nabiera wody i tonie: sam to widziałem i słyszałem. Kazałem Ramesowi spuścić na wodę barkas i welbota, jednocześnie wyznaczając marynarzy do każdego z tych zadań. Nikt się nie chował za plecami innych, nikt też nie wyskakiwał przed resztę. Teraz nachyliłem się do Johna Steadimana i powiedziałem:

— John, ja stanę przy zejściu tutaj, aby dopilnować, żeby nikomu nic się nie stało przy opuszczaniu statku. Przypadnie ci w udziale miejsce honorowe, gdyż będziesz przedostatnią osobą, która zejdzie z pokładu. Skieruj tutaj pasażerów, każ im stanąć w kolejce za mną, każdą z łódek zaopatrz w tyle jedzenia i picia, ile się da. Nie przegap, Johnie, niczego i pamiętaj, że nie mamy ani chwili do stracenia.