Distortion

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niedziela, 10 stycznia, godz. 8.00
Harman, prowincja Saladh, południowy Remark

Stoimy na baczność na placu apelowym. Baza Erde jest ogromna. To właściwie kawałek przedmieścia, które zostało otoczone murem, umocnione i przerobione na siedzibę naszych wojsk. Zajmujemy starą fabrykę ciągników rolniczych, kilkanaście domów, dawną szkołę zawodową i salon wystawowy, w którym mieści się sztab. Dowódca Pierwszego Pułku Piechoty – siwy, ale potężny w barach, spalony słońcem pułkownik Herbst – przemawia donośnym głosem. Za nim stoją wszyscy oficerowie, dowódcy trzech batalionów, szefowie kompanii oraz specjalistycznych pododdziałów. Sztandar pułku powiewa na maszcie. Miecze skrzyżowane na granacie i coś w rodzaju srającego orła.

Pułkownik Herbst wita nas w imieniu dowództwa Sił Stabilizacyjnych Armii Republiki Rammy, dziękuje za patriotyczną postawę i życzy sukcesów w kraju naszego sąsiada. Mówi o lokalnej społeczności, która z pewnością docenia nasze starania, oraz o wielkiej odpowiedzialności za pokojowy rozwój Remarku. Ciekawe, kto mu pisał te pierdoły?

Na koniec przechodzi do naszego wroga, czyli pospolitych bandytów i partyzantów Evana Garcii – głównie hadejczyków i arejczyków, walczących o wycofanie rammańskich wojsk i utworzenie niezależnej Rady Kapłanów.

— Żołnierze! Jestem przekonany, że jadąc tutaj, widzieliście ogrom szkód, jakie wojna z Gottanami wyrządziła temu krajowi. Bezwzględny wróg, kierowany przez komunistyczną dyktaturę, zaatakował słabe i skłócone wewnętrznie Księstwo Remarku, aby zawłaszczyć jego bogactwa naturalne i wielowiekowy dorobek. Gottanie, po przełamaniu obrony Remarczyków, bombardowali miasta i wsie, używając broni konwencjonalnej i broni masowego rażenia. Stawiali sobie za cel eksterminację remarskiej ludności. Nasze wojska, walcząc bohatersko, pokonały ich i wyparły z tego kraju, aż za pustynię Saladh. Przywróciliśmy Remarczykom godność i daliśmy im szansę na spokojne życie. I choć zapłaciliśmy za to wysoką cenę, zapłaciliśmy krwią naszych żołnierzy, jesteśmy dumni, że Republika Rammy stoi od wieków na straży pokoju i demokracji. — Ekhem, odkasłuje flegmę. — Jednak są w Remarku kulty i organizacje przestępcze, które w imię mafijnych interesów podburzają miejscową ludność przeciwko nam. Obecnie wojska Gotto, którym przetrąciliśmy kręgosłup, nie stanowią już wielkiego zagrożenia. Głównym problemem są terroryści, ukrywający się wśród przychylnej nam społeczności, których zwalczamy z całą stanowczością. — Efektowna pauza. — Kiedy spojrzycie im w twarz, nie wahajcie się zapytać, gdzie byli, gdy prawdziwy wróg zapukał do ich bram. Co zrobili dla swojego narodu, kiedy Gottanie strzelali do kobiet i dzieci, a ich samoloty zrzucały na szpitale i szkoły pociski z bronią chemiczną i zasypywały miasta homeostatycznymi minami. Zapytajcie, czy chwycili wtedy za broń i uderzyli na wroga, czy raczej ukryli się w świątyniach, modląc się do bogów o swoje nędzne życie? — Pułkownik rozgląda się po placu. — Albo nie, żołnierze! Nie próbujcie zrozumieć pobudek, którymi kierują się terroryści. Kiedy staną na waszej drodze, powalcie ich na ziemię i wgniećcie w piach. A kiedy trzeba, zastrzelcie skurwysynów bez litości. Nie wahajcie się użyć karabinów i pięści, bo występujecie w obronie uciskanych ludzi i w obronie demokracji!

— Tak jest, panie pułkowniku! — ryczy prawie tysiąc gardeł.

W powietrzu czuć elektryczność, podekscytowanie misją. Od żołnierzy bije pewność, że zwyciężą i że zabijanie wroga jest szlachetne. Nie widziałem tej pewności w oczach weteranów, którzy opuszczali bazę w dniu naszego przyjazdu. Dostrzegłem zmęczenie i skórę wysmaganą wiatrem.

Myślę o tych ludziach, słuchając następnych wystąpień. I chce mi się pić.

Poniedziałek, 11 stycznia, godz. 10.40

Ten dzień jest wyjątkowy. Po raz pierwszy jedziemy na patrol. Cztery skorpiony, cały Pluton Szybkiego Reagowania Dziewiątej Kompanii, stłoczony w opancerzonych pojazdach, wyrusza z bazy Erde, kierując się w stronę centrum miasta.

Wcześniej nie mieliśmy szansy przyjrzeć się temu krajowi, więc gapimy się dosłownie na wszystko. Celem misji jest sprawdzenie wybuchu na stacji benzynowej w dzielnicy Saho. Ktoś podłożył ładunek w jednym z samochodów czekających w dwudniowej kolejce. Na pewno zginęli cywile, straty materialne są znaczne, a tłum ogarnęła panika. Sytuacja jest raczej poważna, ale moją uwagę przyciągają śmieci.

Na przedmieściach Harmanu jest ich pełno, zwały papierów, kartonów, plastikowych opakowań i biologicznych odpadów oblepiają pobocza i place, wypełniają rowy, zakrywają czerwień ziemi. Miejscami śmierdzi tak straszliwie, że musimy podnosić szyby, chociaż sierżant Gola kazał jechać przy otwartych oknach i mieć oczy dookoła głowy.

W mojej drużynie strzelcem ściskającym kolbę MG2 na dachu pojazdu jest Daniel Puric. Obwiązał sobie chustą prawie całą twarz. Zerkam w górę i widzę, jak co parę minut przeciera gogle i potężnie kicha. Musi się niestety przyzwyczaić, wszyscy musimy przywyknąć do syfu.

Skorpiona prowadzi Rot, a ja siedzę obok niego. To miejsce szczególnie niebezpieczne, mówiono nam o tym na szkoleniu. Większość ajdików wybucha z tej strony samochodu, na wysokości przednich drzwi, i pomimo pancerza rozrywa pasażera na strzępy. Dlatego nie siedzę z tyłu. Przynajmniej na początku misji muszę pokazać chłopakom, że mam jaja. Pocę się ze strachu i gadam przez radio.

Rozwielitka i Gaus siedzą z tyłu. Wlepiają wzrok w każdy kamień na poboczu, w każdego mijanego człowieka. Trzymają kurczowo MBS-y, zaciskają zęby. Są gotowi strzelać do dziadka pchającego wózek z kapustą i do kozy skubiącej trawę przy drodze. To dobrze, muszą być tacy. Wracam do obserwacji.

Remark to dziwaczne połączenie pięknych domów i byle jak skleconych chałup. Chaos zabudowy potęgują rozstawione wszędzie stragany z warzywami, ubraniami, skórami, narzędziami, rybami i nie wiadomo czym. Harman nie ucierpiał podczas wojny tak bardzo jak Portsail, ale ciągle spotykamy ruiny, których mieszkańcy nie zdążyli uprzątnąć od końca wojny. Czasem widać potrzaskany słup latarni lub spalone drzewo, czarny kikut strzelający w górę. Mijamy blok mieszkalny bez jednej szyby w oknie i wysoką na trzy metry kupę gruzu.

Ludzie są ubrani bardzo różnie: w ciemne długie płaszcze, w kolorowe kurtki lub swetry albo w coś w rodzaju wyszywanych chust. Niekiedy błyśnie też biały lub purpurowy chiton kapłana. Jedziemy dość szybko, więc jeszcze nie rejestruję szczegółów, ale wszystko jest tu trochę popieprzone i nie układa się w całość.

* * *

Im bliżej centrum, tym robi się ciaśniej i musimy torować sobie drogę klaksonami. Samochody, w większości kilkunastoletnie trupy, zjeżdżają posłusznie na bok, a grupki ludzi pierzchają w popłochu.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to mnóstwo pieszych idących ulicą, przechodzących na ukos i przebiegających przed pojazdami. Można dostać oczopląsu i zwymiotować od ciągłego hamowania. Ale, z drugiej strony, nie mogą korzystać z chodników, bo zastawiają je stragany i poprzewracane kubły ze śmieciami.

— Ale burdel! — odzywa się Gaus. — Trzeba uważać, żeby nie złapać tu jakiegoś świństwa. Normalnie, Markus, syf, kiła i mogiła.

— A co, nastawiasz się na dymanie? — pyta Rozwielitka.

— Skupcie się, kurwa, na drodze! — ucinam rozmowę. — Już się wyluzowaliście? Mordy w kubeł i prowadzić obserwację.

Sierżant Gola podaje przez radio, że w jednej z bocznych ulic słychać strzały, ale rozkazuje jechać dalej. Nie będziemy teraz sprawdzać, kto strzelał i do kogo, bo mamy inne zadanie. Zajmie się tym regularny patrol, chłopaki z Trzeciego Plutonu.

Skręcamy w aleję Goździków, jedną z głównych ulic miasta, i widzimy długi na kilometr sznur aut czekających na benzynę. Z jeszcze większym trudem przeciskamy się przez ten „pas postojowy”, coraz więcej ludzi włazi nam pod koła. Ale w końcu docieramy do małego placu, na którym stoją trzy dystrybutory i rozwalony kontener obsługi.

Paliwo ma przyjechać jutro, tak mówi napis na łańcuchu zagradzającym podjazd. Dobrze, że Puric zna trochę remarski i umie przekrzyczeć warkot silnika. Sierżant rozkazuje, aby ze skorpionów wysiadły drużyny Dwa i Trzy. Pierwsza i ostatnia załoga mają czekać na rozwój wypadków.

Drużyna Dwa to prawie sami weterani. Nie rozumiem, dlaczego nie przemieszano nas bardziej. W mojej drużynie tylko starszy szeregowy Rot jest drugi raz na misji, pozostali nie mają doświadczenia. Co innego turlać się na poligonie i czytać instrukcje, a co innego zrozumieć ten świat i nie oszaleć. Nigdy nie zrozumiem armii.

Sierżant wyławia z grupki gapiów remarskiego policjanta i podchodzi do niego z tłumaczem. Rozmowa staje się nerwowa i widzę, że nasz dowódca coraz mocniej wymachuje rękami. Kiedy wraca, jest porządnie wkurwiony.

— Nie było żadnego zamachu — mówi, czerwony ze złości. — Te cymbały z policji myślały, że to bomba, a to tylko jakiś palant z obsługi stacji wysadził się niechcący w kontenerze. Miał nieszczelną butlę z gazem i zapalił papierosa. Trupa już zabrało pogotowie.

— No to pięknie. — Kapral Norman pluje na ulicę, chociaż w Remarku to chyba zakazane. — Dlaczego zwiad nie puścił drona?

— Bo stare pojechały na przegląd z Czwartym Kontyngentem, a nowych, kurwa, jeszcze nie uruchomili — odpowiada Gola i każe nam się pakować.

— Jak to dobrze, że te brudasy nie mają benzyny — zauważa ktoś z Drużyny Dwa. — Wszystko wyleciałoby w powietrze.

Pierwszy patrol okazuje się pomyłką. Nie będzie się czym chwalić po powrocie do bazy, ale nie mamy o to żalu. Wracamy inną trasą, żeby nie kusić losu i objechać korki. Pierwszy skorpion potrąca zdziczałego psa. Widzę, jak kościste zwierzę ucieka pomiędzy domami, kulejąc na złamanej nodze.

 

Wtorek, 12 stycznia, godz. 20.25

Wieczorami wszyscy dostają pierdolca. Tak właśnie muszę to nazwać. To dzwonienie, czatowanie, pisanie długich maili: do dziewczyn, narzeczonych, żon, rodziców, dzieci, krewnych i znajomych królika, kumpli z osiedla i kochanek z pracy albo innych zrozpaczonych dusz, które najbardziej na świecie potrzebują wiadomości o tym, co dzisiaj robiliśmy, co jedliśmy na obiad, ile jest stopni ciepła i czy pachwiny nam się nie otarły. Żołnierze siedzą przy komputerach i stukają w klawiaturę, ze słuchawkami na uszach pociągają nosem albo krążą z komunikatorem po korytarzach, szukając odrobiny prywatności.

Po takich rozmowach zastanawiają się pewnie, czy dziewczyna ich nie zdradza, dzieci nie zaczęły wagarować, a żona nie przepuściła forsy, którą trzymali na czarną godzinę, i czy pies, chorujący na żołądek, naprawdę wyzdrowiał. W ciągu kilku dni może się zdarzyć tak wiele, kurwa mać.

Kręcę głową z niedowierzaniem, nie piszę listów i nie dzwonię. Powiedziałem ojcu, że odezwę się po przyjeździe do Harmanu, i wysłałem mu krótką wiadomość.

— Przejdzie im — mówi sierżant Gola, siedząc pod daszkiem kantyny; popija ze mną i kapralem Usilem bezalkoholowe piwo, którego jedyną zaletą jest niska temperatura. — To znaczy, przejdzie, ale nie wszystkim. Niejednego trafi szlag, gdy ktoś życzliwy prześle mu fotkę przyjaciela z jego osobistą narzeczoną. Zaraz będzie chciał urlopu na żądanie. Ale większość wystygnie na tym słońcu, mówię wam.

— A pan żonaty, sierżancie, jeśli można spytać?

— Od piętnastu lat z tą samą jędzą — odpowiada Gola z krzywym uśmiechem. — Tylko czeka, kiedy zrobią nabór na kolejną misję, żebym pojechał i przywiózł trochę forsy. Założyła salon fryzjerski, ale uwierzcie mi, chłopaki, że ta zdzira zna się tylko na goleniu z kasy. Obie córki takie same, a syn jeszcze gorszy, bo siedzi na tłustej dupie i gra. W ogóle, kurwa, nie wychodzi z domu, jak mnie nie ma.

— A na ilu był pan misjach? — pyta Usil.

— Ta jest piąta. Jeśli liczyć zeszły rok, bo siedziałem zaraz za granicą, w Jonie, i ochraniałem konwoje z pomocą humanitarną. Dwa razy byłem lekko ranny, raz mi chcieli nawet urżnąć nogę, ale jakoś się wylizałem. Ale chuj z tym, nie chcę o tym mówić. Teraz to jest bajka, chłopaki. Trzy lata temu mieliśmy na wyposażeniu hecklery, którym trzeba było taśmą przyczepiać magazynki do korpusu, bo potrafiły wypaść w biegu.

— Coś o tym czytałem. — Kiwam głową.

— A ja, Markus, widziałem takie przypadki. Oklejaliśmy karabiny, z silikonu robiliśmy uszczelki do gogli, bo przepuszczały pył, a skorpiony setki to był taki chłam, cienki jak papier, że spawaliśmy do nich blachę wyciętą z kontenerów na śmieci. A potem się modliliśmy, żeby nam ajdiki dupy nie urwały.

— Ja pierdolę! — komentuje Usil i idzie po kolejne siki zero procent.

— Ale dwusetki i dwieście pięćdziesiątki też nie są bezpieczne. Trzydzieści poszło na złom po zamachach w trakcie czwartej misji — mówię zdecydowanie, bo jeszcze w Rammie sprawdzałem statystyki wymiany sprzętu.

— Zorientowany jesteś, synu. — Sierżant Gola patrzy mi w oczy. — Ale nie wychylaj się z takimi rewelacjami. Ktoś może pójść do Ostina albo do Mullera i im elegancko przykablować. Rozumiemy się, kapralu?

— Tak jest.

— Dobrze. — Sierżant pociąga ostatni łyk i rozgląda się za Usilem. — Gdzie ten Peter, kurwa jego mać? Nie widzę go przy barze.

— Chyba poszedł się odlać.

— To ja też idę, miło się gawędziło. Muszę coś poczytać przed snem. W przyszłym tygodniu mam z wami taktykę, bo się porucznikowi nie chce gębą popracować. Pierdolę Ostina, Mullera i tych wszystkich oficerów wyciągniętych z dupy.

Patrzę za odchodzącym sierżantem i czuję się lekko pijany. Słońcem, zmęczeniem i napięciem, które nie opuszcza nas nawet na chwilę. Usil wraca po kilku minutach i dziwi się, że zostaliśmy sami. Gadamy o wczorajszym patrolu, ale rozmowa się nie klei. W końcu podnosimy tyłki i dołączamy do Larsa Normana, który zmierza w kierunku dawnego internatu. Szeregowcy i niżsi rangą podoficerowie mają tam swoje koszary.

Rozdział drugi
Piątek, 15 stycznia, godz. 5.35
Harman, prowincja Saladh, południowy Remark

Piszę do ciebie, ukochany synku, i do nikogo innego. Piszę te listy w przyszłość, zupełnie jakbym wierzył, że przyszłość nadejdzie. Nie wysyłam wiadomości od razu, bo jesteś jeszcze za mały, żeby to wszystko zrozumieć. Odkładam je do specjalnej skrzynki, która potem odszuka cię w sieci. Kiedy skończysz piętnaście lat, przeczesze fora, profile i co tam jeszcze wymyślą brodaci czarodzieje, i jeśli cię odnajdzie, zaczniesz je dostawać, kawałek po kawałku.

Firma FutureBox zapewnia, że będą aktualizować algorytmy i za dziesięć lat narzędzie nadal zachowa swoją sprawność. Muszę w to wierzyć, zwłaszcza teraz, kiedy wiara jest mi szczególnie potrzebna.

Wczoraj zginął pierwszy żołnierz z naszego kontyngentu, kapral z Trzeciego Batalionu. Nie było to nic spektakularnego, facet zwyczajnie nie miał szczęścia. Jego skorpion trafił na ajdika, pierdolnęło i odłamek rozorał mu szyję. Pewnie nawet nie wiedział, co się stało. Wykrwawił się, zanim ktokolwiek zdążył udzielić pomocy. Drugiemu chłopakowi urwało dłoń, a strzelec na wieżyczce ogłuchł. Żadnego z nich nie znałem osobiście.

Bomby drogowe to skuteczna broń: prosta i trudna do wykrycia. To zwykle kawałek rury, wypełnionej żelastwem i materiałem wybuchowym. Na przedzie ma metalową płytę, która wygina się po detonacji, przyjmuje kształt stożka i wali w pancerz pojazdu. Rozpieprza go, choćby nie wiem co gadali konstruktorzy i dowódcy. Taka rura leży sobie, zamaskowana, przy drodze, i odpalają ją zazwyczaj za pomocą długiego kabla.

Nieraz idąc wzdłuż takiego kabla, da się wytropić sukinsyna, który zdetonował ładunek. Ale najczęściej zanim go znajdziemy, zanim ktokolwiek połapie się, o co w ogóle chodzi, jest już za późno.

Mówią nam, kochany, żebyśmy się nie bali, bo jeśli będziemy ostrożni, powinniśmy uniknąć ataku. Przecież większość wraca po roku do domu i uszczęśliwia sobą stęsknioną rodzinę. Ale nawet ty poczułbyś pewnie, że to kłamstwo. Bo choćbyś wypatrzył sobie oczy, nie dostrzeżesz w stercie śmieci dobrze zamaskowanego diabła.

Poniedziałek, 18 stycznia, godz. 7.05

Porucznik Marcel Ostin pofatygował się na zajęcia i zamęcza ludzi ideologiczną gadką. Powtarza wszystkie slogany, którymi raczył nas wcześniej dowódca pułku. Miała być taktyka, a tymczasem dostajemy prelekcję o wadze naszej misji, o odpowiedzialności za cywilów, którzy są największymi ofiarami tej wojny, oraz o różnicach kulturowych, na które trzeba zwracać uwagę. Nie wspomina o wczorajszym „incydencie” z ajdikiem.

Jednym uchem wpuszczam, a drugim wypuszczam daty remarskich świąt religijnych i państwowych, podział na główne Świątynie, zakaz zbliżania się mężczyzn do niektórych miejsc kultu czy rozmawiania z kapłankami. Nienawidzę tego wszystkiego i myślę, że trzy czwarte kompanii też nienawidzi pieprzenia porucznika. Siedzimy w dawnej hali montażowej, przerobionej byle jak na salę gimnastyczną i miejsce spotkań dla setki żołnierzy. Na zewnątrz pada deszcz i w powietrzu wisi mokra szmata, od której nie można złapać tchu.

W końcu Ostin oddaje głos dwóm sierżantom, dowódcom plutonów, i zaczyna się robić ciekawiej. Szczególnie dla młodych żołnierzy, ale ja również chętnie posłucham wykładu, dłubiąc językiem w zębie dla higieny, szczególnie psychicznej.

Sierżant Sewerin mówi o tym, że wojna przeniosła się na stałe z pól bitewnych do terenów zurbanizowanych i szkolenie żołnierza powinno obejmować specyfikę walki na takim obszarze. Dodaje, że musimy zapomnieć o ćwiczeniach, które przeszliśmy w Syrakus i w swoich macierzystych jednostkach, bo mogą nam tylko zaszkodzić. Nowoczesne pole walki to nie las i pole, ale wąskie ulice i budynki pełne okien, bram i balkonów, z których nieprzyjaciel może prowadzić skuteczny ostrzał poruszającej się kolumny lub pieszego patrolu.

Mówi, że musimy zwrócić uwagę na sposób poruszania się w mieście, prowadzenie obserwacji, pokonywanie przeszkód i murów oraz terenu otwartego, który może stać się dla nas zabójczy, jeśli przyzwyczaimy się do myśli, że zawsze mamy osłonę. Podkreśla też, jak duży nacisk powinno się kłaść obecnie na szkolenie pojedynczego żołnierza piechoty i działanie w małych grupach, drużynach lub sekcjach. Tak, Borys, szczególnie w Garnizonie Koden ten nacisk był tak ogromny, że podczas zajęć młodzi latali po jednostce z kotłem gorącej wody na herbatę albo sprzątali okoliczne skwerki, bo miał przyjechać ktoś ze sztabu.

Gola każe nam rozwiesić płachty szarego papieru na ścianach. Nie wiem, skąd go wytrzasnął, ale płachty są ponumerowane i zarysowane sylwetkami ludzi oraz kształtami budynków, ulic i skrzyżowań. Jeśli zrobił te plansze samodzielnie, muszę przyznać, że ma odrobinę talentu.

— Panowie, w tym pierdolniku nie mamy rzutnika, o dużym ekranie nie wspominając, więc skupcie się na tych rysunkach — zaczyna spokojnie, ale w głosie czuć delikatną groźbę. — Nie po to się tak męczyłem, żebyście wy tam, z tyłu, plotkowali teraz o jakimś gównie. — Sala momentalnie zamiera. — Ustaliliśmy z sierżantem Sewerinem, że poduczymy was podstaw poruszania się po ulicy. Obserwujemy was od przyjazdu i nadal chodzicie na patrolu jak baby na zakupach. Dzisiaj w nocy chłopak z Siódmej Kompanii dostał postrzał centralnie w czoło, bo nikt go nie ubezpieczał.

— A my nie mamy zamiaru ładować was w worki i dzwonić po rodzinach — dodaje od niechcenia Sewerin.

Zapada taka cisza, że słyszę bzyczenie komara, który lata gdzieś nad moją głową. Krople deszczu uderzają o blaszany dach.

Sierżant Gola zaczyna od wysiadania z samochodu. Zakazuje oddalania się od niego bez potrzeby, bo wiadomo – skorpion zawsze daje jakąś osłonę. Zakazuje też grupowania się w jednym miejscu i stania na wyprostowanych nogach. Nawet kiedy jest cicho i spokojnie, musimy zająć pozycję w przyklęku i zabezpieczać swoją ćwiartkę, przyklejeni do karoserii.

— A jeśli macie dodatkową osłonę, bierzcie dupę w troki i idźcie w kierunku celu. Jak ktoś trafi z RPG w skorpiona, może zabić was wszystkich — dodaje sierżant Sewerin; porucznik Ostin odbiera w tym czasie telefon i opuszcza salę.

— Właśnie tak. — Gola pokazuje pierwszy rysunek. — Będziecie tutaj podchodzić drużynami i oglądać schemat wyjścia z samochodu. Każdy kapral jest odpowiedzialny za to, żeby go przećwiczyć i pilnować na patrolu. I chuj mnie to obchodzi, że go zna na pamięć czy nie ma kiedy pogadać z rodziną. — Wodzi wzrokiem po sali. — Potem nauczycie się szyku podczas marszu wzdłuż budynków, pokonywania załomów i skrzyżowań i znajdowania osłony. Każdy ma wiedzieć, po kim idzie, który sektor zabezpiecza i co należy do jego obowiązków.

— Za dwa tygodnie macie już o tym nie myśleć — potakuje Sewerin. — Wtedy przejdziemy do walki wewnątrz budynków, poruszania się po schodach, wchodzenia do pomieszczeń, użycia zestawów sygnalizacyjnych, i tak dalej. Potem będzie sekcja o pracy z samolotami bezzałogowymi.

Młodzi żołnierze, chłopaki z plutonów Pierwszego i Trzeciego, mają skamieniałe twarze. A ja myślę, że starzy dowódcy postanowili napędzić im stracha, żeby zmobilizować do ćwiczeń.