3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,40  58,72 
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nabieram praktyki. Gdy kończę dwadzieścia jeden lat, zdobywam rajdową licencję.

Rok później, w 1975 roku, zajmuję się na poważnie rajdami.

Mój debiut jest spektakularny. Rajd jest w górach. Od samego początku prowadzimy (ja i mój nawigator Jerzy Pajdak). I kiedy jedziemy na odcinku specjalnym, pęka nam przednia opona. Wylatujemy w powietrze, robiąc trzy obroty. Samochód rozbity doszczętnie, ale załoga wychodzi bez szwanku (na szczęście samochód jest ubezpieczony).

W 1977 roku zdobywam mistrzostwo Polski w klasie 850 do 1150 centymetrów dla Automobilklubu Świętokrzyskiego i dziesiąte miejsce indywidualnie w plebiscycie Złota Kierownica dla najlepszego kierowcy. To większe osiągnięcie niż zdobycie mistrzostwa Polski. W nagrodę dostaję talon na malucha – fiata 126.

To wielka satysfakcja, ale nie zapewnia sponsora. Wciąż ja i ojciec w całości finansujemy moje wyścigi. Paliwo, remonty, części – za wszystko trzeba płacić.

W 1978 roku rozbijam się na Rajdzie Wisły. Remontuję samochód i startuję w Rajdzie Stomil, ale nie osiągam już dobrego wyniku. Zaczyna brakować mi pieniędzy. Wycofuję się.

Po roku zgłaszają się do mnie ludzie z Automobilklubu Świętokrzyskiego. Dają mi samochód, benzynę, opony, płacą za hotele. Chcą, żebym ścigał się na torze. Tor to prędkość, ale też przewidywalność i nuda. Nie ma nocnych jazd i różnych nawierzchni.

Nie ma tych emocji. Można nawet przekroczyć dwieście kilometrów na godzinę. Tylko że jeździ się w kółko.

Jeżdżę kopią lotusa z lat sześćdziesiątych, tylko z mniejszym silnikiem. Na torze w Miedzianej Górze mam poważny wypadek. Jest rok osiemdziesiąty pierwszy. Wycofuję się. Na tor już więcej nie wracam. Zaczynam poważnie myśleć o wyjeździe z Polski”.

Piaseczno

Mistrzostwo Polski w rajdach zdobywa na fiacie 128 Sport SL (pojemność 1300 centymetrów). Samochód jest trzydrzwiowy, bardzo nowoczesny, prawie nowy – to znaczy rzadko wykorzystywany w firmie do rozwożenia po sklepach oszlifowanych kryształów. Ma przedni napęd, sportowy wygląd i przypomina trochę forda capri z amerykańskich filmów gangsterskich. Lekko ścięty dach, wysoki przód i świetnie trzyma się drogi.

Tak przynajmniej wygląda na zdjęciach, które Marek Kaczmarek zrobił na odcinku specjalnym Rajdu Stomil w 1977 roku. (Kaczmarek prowadzi internetową stronę Rajdy-Wyścigi. Historia jakiej nie znacie). W latach siedemdziesiątych zaczął fotografować rajdowców i ich wozy. Teraz publikuje w sieci swoje zbiory z ostatnich czterdziestu lat[4].

Pamięta, że Waluś jeździł z pilotem Janem Ambrozikiem. Ale Ambrozik, jak wielu dawnych rajdowców z lat siedemdziesiątych, już nie żyje. Żyje natomiast Andrzej Wodziński, najgroźniejszy rajdowy rywal Walusia. Zaczynał pod koniec lat sześćdziesiątych. Pierwsze zwycięstwo zaliczył na trasie słynnego Rallye Monte Calvaria w Górze Kalwarii za kierownicą rajdowego trabanta z NRD. Był mistrzem Polski w klasie do 1150 centymetrów sześciennych i z oldbojami ściga się do dziś.


Fiat 128 Sport z Januszem Walusiem i Janem Ambrozikiem na trasie rajdu.

Źródło: http://www.kwa-kwa.pl/

– Rajdy to był wtedy sport dla zapaleńców – mówi. – Startowało się za własne pieniądze. Jedna profesjonalna opona kosztowała wtedy dwieście dolarów, a robotnik zarabiał piętnaście.

Na obrzeżach Piaseczna Wodziński zarządza teraz firmą sprzedającą obrabiarki. Parterowe biura, plastikowe okna, kostka Bauma na parkingu. Siwy, łysiejący, w okularach. Niepodobny do tego chłopaka ze zdjęć Kaczmarka – opartego o wyścigową zastawę, w dżinsach dzwonach i skórzanej kurtce.

O Walusiu mówi „Jasiek”. Więcej wie o jego samochodzie i technice jazdy niż o nim samym. – Był zdecydowany, szybki, odważny. Ostry, ale rozważny.

Spotykali się raz w roku na grudniowej warszawskiej Wielkiej Gali Polskiego Związku Motorowego i kilka razy w roku na drogach rajdowych. Tylko że tam nie było czasu na rozmowy. Przyjeżdżali na zawody w sobotę, rano eliminacje, a potem w dzień i w nocy ścigali się po okolicznych szosach, dróżkach, wertepach. W niedziele spotykali się wszyscy rano na śniadaniu w hotelu i rozjeżdżali do domów po całej Polsce. Każdy spieszył się do pracy na poniedziałek, bo to nie byli zawodowi rajdowcy, tylko zapaleńcy.

Pamięta, że Jasiek był prywatną inicjatywą. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych to był jedyny sposób, by mieć pieniądze na rajdy. Jemu ojciec zostawił hutę szkła w Radomiu, a sam wyjechał gdzieś za granicę.

– Musiał to być sympatyczny człowiek, bo zaprosiłem go nawet na mój ślub. Przywiózł nam piękną kryształową zastawę: karafkę i komplet kieliszków. Część się wytłukła, ale kilka przetrwało do dzisiaj.

Pewnego dnia Jasiek nie pojawił się w hotelu na porannej odprawie przed startem. Nigdy się już więcej nie odezwał. Ktoś wtedy powiedział Wodzińskiemu, że wyjechał do Afryki. Wszelki słuch po nim zaginął. O tym, że żyje, dowiedział się z radia.

– Mówili, że zabił jakiegoś Murzyna. Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem i nie mam pojęcia, co się tam stało – mówi.

Nic nie potrafi powiedzieć o tym człowieku. On znał dwudziestopięcioletniego miłego, wyluzowanego chłopaka z poczuciem humoru, a nie tego prawie dwa razy starszego faceta, który tyle lat spędził na emigracji.

– To mógł być ktoś zupełnie inny.

Warszawa

Tadeusz, Witold i Janusz Walusiowie są dziś elektronicznymi zapisami w państwowym archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Występują w postaci rekordów, które wyskakują na monitorze, gdy wpisze się do bazy archiwum ich nazwisko. Pod archiwalnymi sygnaturami są zdjęcia, listy, notatki, podania o pozwolenia na wyjazd za granicę i urzędowe odmowy, które przez lata zbierała w ramach informacji o rodzinie Walusiów Służba Bezpieczeństwa.

Najważniejszy jest ojciec: Tadeusz Witold Waluś, rocznik 1925, z zawodu: mistrz wyrobu szkieł ozdobnych. (Wzrost: 171, oczy: niebieskie, włosy: blond, sylwetka: szczupła, twarz: pociągła). Na wszystkich zdjęciach w białej koszuli, marynarce i krawacie.

Sprawa 261/46 z 16 października 1946 roku to szara kartka zapisana stalówką i atramentem.

W rubryce treść sprawy: „Podejrzany o udział w organach NSZ [Narodowe Siły Zbrojne][5]. Osadzony w areszcie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego do dyspozycji śledczych”.

Niżej dopisek innym charakterem pisma: „Z braku materiału kompromitującego zwolniony w dniu 30 października. Materiał zniszczono jako bez wartości operacyjnej”.

Sprawa 5960/I: teczka personalna tajnego współpracownika pseudonim „Jacek” (nr rejestracyjny 733/62).

Wniosek o zatwierdzenie pozyskania z dnia 9 stycznia 1962 roku:

„Rozmowa przebiegała w przyjaznej atmosferze, bo to trzecie z kolei spotkanie. Na poprzednich kandydat został przekonany o potrzebie pozostawania w stałym kontakcie z naszymi organami i udzielania nam pomocy w zwalczaniu wrogiej działalności prowadzonej przez niektórych cudzoziemców przeciwko PRL” – notował porucznik Hoc z Krosna. (Notuje, że „Jacek” przyjeżdża na spotkanie samochodem Pobieda numer rejestracyjny KA 73-62).

Odręczne zobowiązanie napisane niebieskim długopisem na kartce w kratkę:

„Niniejszym zobowiązuję się do zachowania w ścisłej tajemnicy utrzymywania kontaktu z Organami Kontrwywiadu, nie ujawniając nigdy i przed nikim zainteresowań tych organów osobami ani też faktami, o których była między nami mowa”.

(Dopisek porucznika Hoca: „»Jacek« zastrzegł, by o jego współpracy nikt z pracowników Służby Bezpieczeństwa nie wiedział”).

Odebrane przez kapitana Zielińskiego doniesienie od źródła „Jacek” z 21 lutego 1963 roku:

„20 lutego br. spotkałem się z [Francuzem] S. [Silin] w Warszawie. Był mocno zdenerwowany i rozżalony nieprzedłużeniem mu przez UB wizy pobytowej w Polsce. (...) S. twierdzi, że pomimo tych trudności wizę dostanie, a gdyby miał jej nie dostać, zastanowi się nad pozostaniem w Polsce na pobyt stały”.

Wniosek o zaniechanie współpracy z 10 czerwca 1963 roku:

„Odmawiał udzielania informacji na piśmie, natomiast informacje, które przekazywał ustnie, były bardzo powierzchowne.

»Jacek«, wykorzystując naturalne możliwości kontaktu z cudzoziemcami, prowadził z nimi rozmowy obliczone na osiągnięcie osobistych korzyści materialnych.

Prowadząc prywatny zakład wyrobów ze szkła w Krośnie, wbrew naszym ostrzeżeniom, proponował przystąpienie do spółki z Silinem przedstawicielowi kilku firm francuskich. Omawiał nawet warunki, na jakich mogą obaj prowadzić wytwórnię czekolady w Krakowie.

Nawiązuje kontakt z firmą Witocan Werke z RFN i proponuje swoje usługi w charakterze agenta handlowego.

Bez naszej wiedzy i wbrew zaleceniom usiłuje podjąć się nielegalnego pośrednictwa na rzecz firm kapitalistycznych. Postępowanie jego wskazuje na dwulicową działalność”.

Jest kilka tajnych notatek Służby Bezpieczeństwa z drugiej połowy lat siedemdziesiątych:

„Posiada szerokie kontakty z osobami wysoko postawionymi w hierarchii społecznej, zarówno w Warszawie, jak i na terenie innych województw. Należy do jednych z najbogatszych ludzi w Radomiu. Jest właścicielem zakładu szkła artystycznego produkującego kryształy w Radomiu i podobnego zakładu zarejestrowanego na syna w Kozienicach” (por. Janusz Poznański).

„Inwigilowany w ramach inwigilacji szczególnej, jako podejrzany o dokonanie przestępstw karno-skarbowych w hucie szkła kryształowego” (ppłk E. Komorowski).

 

„Podaje, że chce wyjechać na Cejlon turystycznie. Zachodzi jednak podejrzenie, iż chce swój wyjazd wykorzystać do spotkania ze swoim synem. Witold Waluś przebywa w Republice Południowej Afryki, a więc w kraju, z którym Polska nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych. Biorąc więc pod uwagę fakt nielegalnego pobytu za granicą jego syna, proponuję sprawę Walusia w Wydziale Paszportów KWMO Kraków załatwić odmownie” (st. szeregowy Zdzisław Waliński).

Mikrofilm 1755/1. Akta paszportowe z lat 1978–1981.

Podanie do wydziału paszportowego w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych w Radomiu z prośbą o zezwolenie na zagraniczny wyjazd:

„Mam 53 lata i wszystkie moje plany na przyszłość są związane z Polską. Mam dwóch dorosłych synów z pierwszego związku i dziewięcioletnią córeczkę z drugiego. Jestem dorosłym mężczyzną o ustabilizowanej pozycji zawodowej, finansowej i osobistej.

Czy kto sądzi, że mając to wszystko, pracę, którą lubię, wysoki standard życiowy, uznanie, szacunek ludzi, pojadę zaczynać gdzie indziej od zera?

To, że mój dorosły, trzydziestoletni syn, którego zawsze pociągały podróże, jest obecnie w Południowej Afryce, nie może mi chyba zamykać drogi do wyjazdów?”.

Tajna notatka z Komendy Wojewódzkiej MO w Radomiu do wydziału paszportowego z 5 października 1981 roku:

„Postępowanie przed sądem rejonowym zakończono, należności wobec skarbu uregulowano. Przyczyny powodujące zastrzeżenie do wyjazdu za granicę ustały. Wydział Przestępstw Gospodarczych nie wnosi dalszych zastrzeżeń co do osoby”.

Notatka służbowa wydziału paszportowego z lat osiemdziesiątych (data nieczytelna):

„23 października 1981 Tadeusz Waluś przekroczył granicę PRL z synem Januszem Jakubem Waluś. Nie powrócił z zagranicy”.

Pretoria

Historia życia Janusza Walusia przez niego samego spisana na potrzeby procesu resocjalizacyjnego:

„W Radomiu spotykam swoją żonę – Wandę. Jest recepcjonistką w hotelu Europa, w którym wtedy mieszkam. Pobieramy się w styczniu 1976 roku. Na początku wszystko jest fajnie. Nie ma żadnych małżeńskich nieporozumień.

W 1978 roku rodzi się nasza córka Ewa. Nasze małżeństwo ulega szybkiemu psuciu. Głównie to moja wina. Może za mało się angażowałem?

Od roku 1979 zaczęła się też pogarszać sytuacja w Polsce, i to nawet szybciej niż w naszym małżeństwie. Brak żywności, brak paliwa, rząd drukuje pieniądze bez pokrycia w towarach. Beznadzieja.

Nadszedł czas decyzji. Zawsze planowałem emigrację, ale podświadomie odkładałem ostateczną decyzję na potem. Mój starszy brat Witold mieszka w RPA od 1976 roku. Jest dla nas drogowskazem i punktem zaczepienia. Miał odwagę wyjechać, osiąść tam, gdzie nikogo nie znał, i spotkać się z czymś zupełnie nowym.

Czekam na paszport dwa lata.

Wyjeżdżam z ojcem. Najpierw jedziemy do Austrii, bo to jedyny zachodni kraj, do którego możemy wjechać bez wizy. To mój pierwszy wyjazd na Zachód. Zachód zachwyca. Czysty. Z pełnymi półkami w sklepach. I najważniejsze: uśmiechniętymi, zrelaksowanymi i uprzejmymi dla siebie ludźmi.

My jesteśmy inni. Codzienna walka o przetrwanie w idiotycznym, bezsensownym systemie komunistycznym zabiła w nas radość życia. Uprzejmość zastąpiły podejrzliwość i nieufność. Ludzie żyli w szarych domach i mieli szare twarze.

Nasz kraj był pod sowieckim butem od roku 1944. Byliśmy w beznadziejnej sytuacji. Podzieleni, rozbrojeni, mocno zdemoralizowani. Uciekłem z Polski, bo nie mieliśmy jak walczyć.

Tydzień czekamy w Wiedniu na południowoafrykańską wizę.

Lądujemy 1 listopada 1981 roku na lotnisku marszałka Jana Smutsa w Johannesburgu.

Wiem tyle o RPA, ile mi w listach napisał Witold i opowiedział ojciec, który był tu dwa razy. Wrócił od Witka zachwycony: „Zuluską maczugą przyłożę każdemu, kto opowiada o rasizmie tam panującym” – mówił.

Pierwsze, co mnie zachwyca, to widok z góry, gdy lądujemy. Widać wielkie miasto, dzielnice pełne domów, a przy każdym basen. W Polsce zimny listopad: deszcz, wiatr, plucha, a tu zieleń, słońce i ci ludzie w basenach.

Powiew nowego, wielkie przestrzenie, fantastyczne stosunki międzyludzkie. Między białymi, ale też między białymi i czarnymi. Było znacznie lepiej niż teraz.

Od pierwszego dnia wśród Burów w Pretorii czuję się jak swój. Ludzie są serdeczni, pomocni, nawet jak mówisz łamanym angielskim, to traktują cię jak swego.

Zakochuję się od pierwszego wejrzenia.

Oczywiście, nie było to dla mnie życie usłane różami. W komunistycznej Polsce mieliśmy mnóstwo pieniędzy, ale nic nie mogliśmy za nie kupić w sklepach. Tutaj było wszystko, tylko brakowało pieniędzy. Ale tu była przynajmniej nadzieja, że pewnego dnia to może się zmienić.

Ta postawiona do góry nogami sytuacja spowodowała, że ojciec po trzydziestu latach prowadzenia biznesu w Polsce nie potrafi się dostosować. Tam był problem z wyprodukowaniem czegokolwiek, ale jak się wyprodukowało (nie musiał to być towar najwyższej jakości), rynek wszystko pochłonął. Tutaj odwrotnie. Najważniejsze są marketing i produkcja. Wszystko logicznie wynika z zapotrzebowania rynku. Ale nie dla ojca wychowanego w nielogicznym systemie.

Po przyjeździe mieszkamy w Wingate Park u Witka na północnym zachodzie Pretorii. Potem ojciec wynajmuje mieszkanie i rejestruje firmę Koedoe Manufacturing Works Ltd. w Phuthaditjhaba w bantustanie QwaQwa[6]. Koedow (Kudu) – tak miejscowi nazywają antylopy. Przenosimy się do QwaQwa i uruchamiamy szlifiernię kryształów. Towar i pracowników ojciec sprowadza z Polski. Mają przyuczyć tubylców do szlifowania szkła.

Nie znam angielskiego, ale się uczę. Bardzo szybko chcę mówić, żeby poczuć się tu dobrze. Jestem dyrektorem i zaopatrzeniowcem. Robię więc to, co lubię najbardziej. Dużo jeżdżę, rozwożąc towar wyprodukowany w fabryce w QwaQwa. Dowożę do fabryki wszystko, co jest do tej produkcji konieczne: kwas do wytrawiania szkła i kamienie szlifierskie.


Janusz Waluś – pierwszy z lewej.

Fot. z archiwum rodzinnego Witolda Walusia

Mój ojciec jest jak stary lis. Może nie zna się najlepiej na kierowaniu zachodnią firmą, ale czuje zapach pieniędzy. Wie, że rząd południowoafrykański płaci dotacje firmom za zatrudnianie czarnych autochtonów. To są spore pieniądze, ale wpływają nieregularnie. Z bardzo słabą znajomością angielskiego chodzi do biur i rozdaje urzędnikom upominki z kryształu tak długo, aż trafi na właściwą osobę, która mu pomoże. Tak ojciec wychodził sobie ścieżkę i sprawił, że pieniądze z dotacji trafiały do niego natychmiast.

Czasami wszystkiego jest w bród, a czasami wszystko się wali i nie ma pieniędzy. Ojciec prowadzi interes jak hazard. Witold wycofuje się, a ja pozostaję z ojcem w kryształowym interesie aż do roku 1988, kiedy zaczyna się ostateczny upadek. Po likwidacji firmy ojciec wraca do Polski, gdzie zaczyna też upadać komunizm. Handluje tam kryształami i papierosami. Ma firmę w Polsce i w Liechtensteinie. Kiedy odwiedzam go w Polsce w 1992 roku, proponuje mi udziały, ale nie przyjmuję oferty. Nie chcę wracać do Polski. Czuję się dobrze w Południowej Afryce.

Mam tu dobrą pracę. Jeżdżę na wielkich ciężarówkach przez RPA, Zimbabwe i Botswanę, w firmie bardzo przyzwoitego człowieka, pochodzącego z Rodezji Petera Jacksona. Był nie tylko moim szefem, ale też zaufanym przyjacielem.

Mam dobrą dziewczynę, Afrykanerkę młodszą ode mnie o 10 lat. Ma na imię Marija. Jesteśmy razem od 1983 roku.

Po oszustwie referendalnym de Klerka w 1992 roku[7], gdy okazuje się, że chce oddać władzę ANC, zastanawiam się nad wyjazdem z RPA. Odwiedzam nawet ambasadę Paragwaju, żeby coś więcej wiedzieć o Ameryce Południowej. Wygląda to atrakcyjnie, ale decyduję, że jeszcze trochę zaczekam. Wydaje się, że jest wystarczająco dużo ludzi zdeterminowanych do oporu.

Tu jest mój świat. Chcę go ochronić.

W styczniu 1993 roku Clive Derby-Lewis, który jest jedną z najważniejszych postaci Partii Konserwatywnej, włącza mnie do swojego planu zabójstwa, za które zostaję potem skazany. Zaangażowałem się w walkę dla kraju, co wiele razy już wcześniej mu deklarowałem.

Żadnego innego wyjścia wtedy nie widzę. Więc dzieje się to ze wszystkimi tego konsekwencjami”.

Pretoria – Constantia Park

Pływając wieczorem w basenie przed domem, widzi się w dole połyskującą kolorowymi światełkami Pretorię. Dom stoi na wzgórzu w dzielnicy Constantia Park, na ekskluzywnych białych przedmieściach stolicy, za ogrodzonym płotem osiedla. Przy biało-czerwonych szlabanach zagradzających wjazd stoją czarni umundurowani strażnicy. Każdy dom wygląda jak twierdza. Wysoki mur, zasieki z drutu kolczastego albo instalacja pod napięciem. Na płotach tabliczki z logotypami agencji ochroniarskich, które gwarantują, że dojadą w kilka minut po włamaniu.

Mieszkają tu głównie biali, których stać na własny basen, służbę i ogrodnika.

Na niewielkim wzgórzu, w domu z tropikalną roślinnością mieszka siedemdziesięciojednoletni Witold Waluś wraz z trzecią żoną, Dorotą. Ona jest lekarzem, prowadzi prywatną przychodnię w jednej z czarnych dzielnic, on – przedsiębiorcą i kolekcjonerem pojazdów wojskowych.

Trzydzieści pięć kilometrów stąd, na północ od miasta, jest dziesięciohektarowa działka, na której od lat tworzy prywatne muzeum sprzętu wojskowego. Są tam biura, warsztaty, magazyny, garaże, a na trawniku najcenniejsze eksponaty: czołgi, transportery opancerzone, wozy pancerne, samochody wojskowe, a nawet srebrny pasażerski DC-10, sprowadzony kilka lat temu z pobliskiego wojskowego lotniska Air Force Base Swartkop.


Witold Waluś.

Fot. Cezary Łazarewicz

To tu po odejściu z firmy ojca Witold założył swój własny biznes. Odkupywał od wojska ciężarówki, remontował je i sprzedawał do innych afrykańskich krajów – Angoli, Nigerii i Sudanu.

To on w roku 1985 roku wręcza młodszemu bratu biuletyn antykomunistycznej Fundacji Stallarda, która zajmuje się przyciąganiem do afrykanerskojęzycznej Partii Konserwatywnej angielskojęzycznych zwolenników prawicy. Organizuje odczyty i spotkania z ciekawymi ludźmi. Jednym z nich jest angielski pisarz David Irving. Nie wierzy on w Holokaust i utrzymuje, że Hitler nic nie wiedział o mordowaniu Żydów w komorach gazowych. Uważa go za geniusza politycznej gry, a brytyjskiego premiera Winstona Churchilla za nieudacznika, który zrujnował imperium brytyjskie.

Na spotkanie z Davidem Irvingiem bracia Walusiowie idą razem.

Po prelekcji głos zabiera dyrektor Fundacji Stallarda – pięćdziesięciolatek z podkręconym wąsem i wyglądem emerytowanego londyńskiego dżentelmena.

Choć jest z Kapsztadu, to mówi z nienagannym akcentem angielskiego lorda. Mówi pewnie, z przekonaniem, które daje nadzieję, że sprawa nie jest jeszcze przegrana, że jak się zewrze szeregi i nie odpuści władzy, która próbuje pozbawić białych ojczyzny, to wszystko jest jeszcze możliwe.

Prezydentem Południowej Afryki jest wtedy Pieter Willem Botha, zwany przez przeciwników Wielkim Krokodylem (Groot Krokodil). Jest pierwszym przywódcą Partii Narodowej, rządzącej Południową Afryką nieprzerwanie od roku 1948, który podejmuje próbę zliberalizowania apartheidu. W 1983 roku wprowadza nową konstytucję, przyznaje w niej prawa polityczne Azjatom i kolorowym. W jego rządzie po raz pierwszy w historii pojawiają się niebiali ministrowie – kolorowy pastor Allan Hendrickse i Hindus Amichand Rajbansi. Legalizuje działalność związków zawodowych czarnej ludności, łagodzi przepisy zabraniające studiowania niebiałym na uniwersytetach, unieważnia ustawę o mieszanych małżeństwach, znosi zakaz uprawiania seksu między różnymi rasami. Świat oczekuje następnego kroku – zniesienia apartheidu i uwolnienia więźniów politycznych. Dwieście milionów ludzi czeka na to 15 sierpnia 1985 roku przed telewizorami na całym świecie, gdy Wielki Krokodyl zaczyna przemawiać na krajowym zjeździe Partii Narodowej w Durbanie. Historycy nazywają jego przemówienie Rubikon Speech, bo powiedział, że nie ma powrotu do przeszłości, bo przekroczył Rubikon i nie zejdzie z drogi reform. Ale żadnego przełomu nie ma. Ponieważ zapowiedział, że nigdy się nie zgodzi, by każdy obywatel w Południowej Afryce miał takie same prawa wyborcze. „Nie ugnę się pod naciskiem światowej opinii i nie poprowadzę swego kraju drogą samozagłady” – stwierdza.

 

Gdy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych prezydent Botha rozpoczyna demontaż apartheidu, rośnie mu we własnej Partii Narodowej opozycja. Najbardziej radykalni działacze uważają każdą próbę złagodzenia segregacji rasowej za zdradę. W 1982 roku uznają, że dalsze reformy P.W. Bothy stanowią zagrożenie dla białej mniejszości, i odchodzą z partii, tworząc Partię Konserwatywną Południowej Afryki (Conservative Party of South Africa). Partia Konserwatywna nie godzi się, by biali dzielili się władzą z innymi rasami. Jednym z dwudziestu trzech założycieli nowej partii jest wyglądający na angielskiego lorda dyrektor Fundacji Stallarda.

Nie narzeka, nie mazgai się, tylko próbuje sprostać wyzwaniom i szukać rozwiązań. Jego pomysł na ocalenie Republiki Południowej Afryki to polityka homelandów, czyli oddzielenie czarnych od białych, białych od kolorowych i Azjatów od czarnych. Niech każdy żyje osobno. Trzeba wyznaczyć terytoria, przesiedlić, dać autonomię, a z czasem może nawet niepodległość. Dzięki temu kręgosłup Południowej Afryki zostanie w białych rękach, czyli tych, którzy zbudowali z niczego bogactwo tego państwa.

Janusz jest pod wielkim wrażeniem wąsatego pilota z RAF-u. Po spotkaniu wręcza mu datek na działalność fundacji w wysokości tysiąca randów, czyli swoich miesięcznych zarobków.

Dyrektor fundacji jest wtedy jednym z najważniejszych polityków Partii Konserwatywnej i marzy o przejęciu władzy w RPA. Zaprasza poznanego właśnie Polaka na obiad do swego domu w Krugersdorpie.

Janusz Waluś jest wtedy kierowcą zaopatrzeniowcem szlifierni szkła w QwaQwa, rajdowym mistrzem Polski, posiada trzeci dan w karate, świetnie strzela z pistoletu, ale słabo jeszcze mówi po angielsku.

– Bardzo się z sobą zaprzyjaźnili – mówi Witold. – Kuba widział w nim swojego przywódcę. Ufał mu i był podporządkowany. Wierzył, że działają wspólnie dla dobra Południowej Afryki, by powstrzymać komunizm.

Widziałem później, że są bardzo mocno zaangażowani i że zaczynają konspirować, ale szczegółami nigdy się nie interesowałem.

Krugersdorp

Prezydent Fundacji Stallarda nazywa się Clive Derby-Lewis. Z zawodu jest biegłym księgowym, byłym dowódcą regimentu strzelców obrony cywilnej, strategiem politycznym i mózgiem konserwatystów, którzy oskarżają twórców apartheidu o zbyt liberalny kurs wobec czarnych.

Zaangażowany chrześcijanin, były katolik (na znak protestu przeciwko wspieraniu sił rewolucyjnych i teologii wyzwolenia zerwał z Kościołem katolickim i przystąpił do Afrykanerskiego Kościoła Protestanckiego tylko dla białych; Afrikaanse Ptotestantse Kerk głosi, że Bóg podzielił ludzkość na rasy i wyznaczył białym rolę przewodników dla zapóźnionych w rozwoju), prezydent antykomunistycznego think tanku Western Goals Institute w Londynie (zastąpił majora Rorento D’Aubuissona, dowódcę szwadronów śmierci z Salwadoru) i uczestnik Światowego Kongresu Ligi Antykomunistycznej w Brukseli.

Były radny, burmistrz, późniejszy poseł Izby Reprezentantów, członek rady prezydenckiej.

Południowoafrykański korespondent prasowy John Carlin z „The Independent” pisze, że pod koniec lat osiemdziesiątych Derby-Lewis został uznany za największego rasistę w parlamencie. Inne gazety przypominają jego najbardziej znany rasistowski bon mot: „Jeśli AIDS zatrzyma wzrost populacji czarnych, to będzie jak Święty Mikołaj”[8].

Na początku lat dziewięćdziesiątych poznaje go bliżej polski dyplomata X (prosi o anonimowość, bo dość ma polskiego piekła). X trafia do Pretorii z pierwszą grupą dyplomatów wysłanych z Warszawy, by nawiązali stosunki dyplomatyczne z Południową Afryką. Nie ma tu jeszcze wtedy nawet ambasady, bo socjalistyczna Polska z rasistowską Południową Afryką żadnych oficjalnych stosunków dyplomatycznych nie utrzymywała. Na razie Polska kupuje dopiero działkę niedaleko uniwersytetu w Pretorii przy Amor Street, na której wkrótce stanie piętrowy biały budynek z dwoma skrzydłami.

W stolicy tętni życie polityczne państwa, ale parlamentarne toczy się tysiąc pięćset kilometrów stąd – w Kapsztadzie. X krąży więc między Pretorią a Kapsztadem, budując sieć kontaktów i politycznych wpływów. W Kapsztadzie poznaje Clive’a Derby-Lewisa. Zasiada on w komisji gospodarczej Rady Prezydenta Frederika Willema de Klerka.

Miły, dobrze ubrany, kulturalny, angielskojęzyczny, ale jeśli chodzi o kwestie segregacji rasowej – bardziej ortodoksyjny niż zwykli Afrykanerzy. X pamięta, że kręciła się wokół niego grupka miejscowych Polaków, bo był wpływowy i dużo potrafił załatwić.

– Dla tych prostych chłopaków z Radomia czy z Kielc, przyjeżdżających z szarego PRL-u do południowoafrykańskiego raju na ziemi, był mistrzem i nauczycielem – mówi X. – Gdy tu przyjeżdżali, dostawali od razu kredyty na domy, dobrą pracę i dobre zarobki. Dlatego że biali byli od razu lepiej traktowani niż ci, którzy mieszkali tu od wielu pokoleń. Oni naprawdę się bali, że jak czarni przejmą władzę, to wszystko im odbiorą. A Derby-Lewis miał na to wszystko receptę. Mówił, że nie można do tego dopuścić. Takich gotowych mu pomóc Walusiów było tam więcej, ale byli mniej zdeterminowani niż Waluś, by wszystko poświęcić.

Drażnił mnie tym swoim prymitywnym rasizmem, ale pod presją miejscowej Polonii, która go bardzo szanowała, przyjąłem zaproszenie do jego domu w Krugersdorpie. Przyjechałem na obiad i szybko zrobiło się bardzo niezręcznie. Zaczął wylewać pomyje na prezydenta de Klerka, u którego przecież jako dyplomata byłem akredytowany. To sytuacja niespotykana dla dyplomaty, dlatego szybko zmieniłem temat. Do końca obiadu starałem się już tylko rozmawiać o ogrodnictwie. Był przemiły, obiecywał pomoc i wsparcie w moim ogrodzie. Wyszedłem stamtąd tak szybko, jak to było możliwe.

A gdy tylko dojechałem do domu, zadzwonił telefon. Po drugiej stronie Derby-Lewis. Dziękuje za spotkanie, prosi, by pozdrowić moją francuską żonę. Mówi, że Francja to mądry kraj, że tak wiele dobrego tam się dzieje, że jest ktoś, kto chce zaprowadzić porządek w Europie i że jest zachwycony tym, co robi dla nas Jean-Marie Le Pen.

I na pożegnanie powiedział coś, co mnie zmroziło: „Bo my – biała rasa – musimy trzymać się razem”. Nigdy więcej się z nim już nie spotkałem.

Intuicja mnie wtedy nie zawiodła. Bo wyobraża pan sobie, co by się stało, gdybym tego nie przerwał? Jak ja bym się wytłumaczył z tych kompromitujących kontaktów po zabójstwie Chrisa Haniego? Co by się stało, gdyby zaczęły wypływać w śledztwie informacje o bliskich kontaktach polskiego dyplomaty ze zleceniodawcą politycznego mordu?

Pretoria

O zamiarze zabicia Chrisa Haniego mówi tylko jednej osobie: Andrzejowi C., przyjacielowi z dzieciństwa. Poznają się pod koniec lat pięćdziesiątych na wakacjach w Sopocie. Tadeusz przywozi tam co roku całą rodzinę i wynajmuje jej dom. Andrzej ma wtedy sześć lat i mieszka po sąsiedzku. Przez całe lato chodzi z Walusiami na plażę i szwenda się z nimi po Monciaku. Dwadzieścia lat później zostaje wykwalifikowanym szlifierzem kryształów w firmie Walusiów i zaufanym rodziny. Pracuje w Radomiu i Kozienicach, a gdy Tadeusz Waluś przenosi na początku lat osiemdziesiątych firmę do Południowej Afryki, zabiera Andrzeja C. z sobą. C. wyjeżdża z całą rodziną: żoną i malutkim synem.

Bantustan QwaQwa, do którego trafiają wszyscy ściągnięci przez Tadeusza szlifierze, jest końcem świata. Początki mają trudne. Są odcięci od cywilizacji, bez znajomości języka i realiów życia w Afryce. Wszyscy mieszkają w domkach campingowych, ale lepsze to niż Polska stanu wojennego, gdzie wszystko jest na kartki. W QwaQwa są jedną wielką rodziną, której głową jest Tadeusz Waluś. Pięć dni w tygodniu szlifują kryształy, a w weekend grillują, piją piwo i się bawią.

Kiedy na widzeniu zapytałem Walusia o najbliższego przyjaciela z dzieciństwa, od razu wymienił C. i powiedział, że ten wciąż przychodzi, żeby odwiedzić go w więzieniu.

Mieszka na osiedlu parterowych domów przy głównej drodze do Menlyn Park – największego centrum handlowego w Pretorii. Nie można tam po prostu wejść. Wszystko jest otoczone murem, nie ma furtek ani drzwi, a jedyną drogę zagradza wielka żelazna brama, której gość odwiedzający osiedle nie może otworzyć. Dopiero po wywołaniu gospodarza domofonem otwierają się żelazne wrota. To dla bezpieczeństwa. Bo po tysiącach napadów na domy białych w RPA miejscowym nic nie wydaje się przesadą. Stąd stalowe kraty w oknach, kamery i powszechnie montowane instalacje antywłamaniowe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?