Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,40  58,72 
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Nic osobistego.

Sprawa Janusza Walusia

Copyright © 2019 by Cezary Łazarewicz

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2019 for this edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: © Oryx Media Archive / Gallo Images / Contributor

Zdjęcie autora: © Adam Tuchliński

Autor map: Zbigniew Gręziak

Redakcja: Grażyna Lubińska

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Iwona Wyrwisz , Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-980-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl www.soniadraga.pl www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Konwersja: eLitera s.c.

MOTTO:

Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy.

Pierwsza – to plaga nacjonalizmu.

Druga – to plaga rasizmu.

Trzecia – to plaga religijnego fundamentalizmu.

Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik – jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność.

Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dotrzeć. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka na ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklaracje. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi – jest sprawa.

Ryszard Kapuściński (Imperium)

Początek

Czy zabić może tylko psychopata, świr, prymityw, zwyrodnialec, szaleniec czy potwór? Nic z tych rzeczy. Janusz Waluś jest sympatycznym i otwartym człowiekiem, a rozmowa z nim to przyjemność. Jak ja lubi historię, jest oczytany i rzuca co jakiś czas cytatami z literatury. Ma dystans do siebie i autoironiczne poczucie humoru, gdy opowiada mi więzienne anegdotki ze swego życia. Typ kumpla, z którym już po krótkiej rozmowie czuję się tak, jakbyśmy znali się całe życie.

Podobnie czuła się Lindiwe Hani, gdy z zażenowaniem i lekkim wstydem odkryła, że w pewien sposób polubiła tego strasznego człowieka, który zamordował jej ojca.

Jak więc taki sympatyczny człowiek mógł z zimną krwią pozbawić życia męża i ojca trzech córek, tylko dlatego, że się z nim politycznie nie zgadzał? Przez dziesiątki przegadanych z nim godzin próbowałem odkryć tę tajemnicę. Dlaczego człowiek, który sam kocha życie, jedzie z pistoletem na osiedle Dawn Park w Boksburgu, by odebrać życie komuś, kogo w ogóle nie zna?

Niech nas nie zmyli, że rzecz się dzieje dziesięć tysięcy kilometrów stąd, na innej półkuli, w egzotycznym świecie. To też opowieść o współczesnej Polsce, o tym, jak dzieli się ludzi i wykorzystuje ich łatwowierność. O tym, że łatwo rozbudzić gniew i nienawiść, a trudniej nad nimi zapanować.

Cezary Łazarewicz

Jest jak w dworcowej poczekalni przy zmianie turnusu. Chaos, tłum, nerwy.

Twarde drewniane ławki i oblegane biurko spoconego zawiadowcy w oliwkowym mundurze. Należy podejść do niego, powiedzieć „dzień dobry” i „jak się masz”, pokazać paszport, podać numer skazanego i stopień pokrewieństwa. Piszę „kuzyn”, bo tak się umówiliśmy, by nie robić dodatkowych kłopotów ani mnie, ani jemu.

Trzeba czekać. Jedni krążą, inni podpierają ściany, ja siadam w pierwszym rzędzie i uważnie się wsłuchuję, bo wywołują z nazwiska. Wtedy należy podejść do oliwkowego munduru, odebrać ostemplowaną przez biuro cenzora przepustkę i trzymając ją w dłoni, przecisnąć się przez obrotowe stalowe drzwi, które kręcą się tylko w jedną stronę. Po ich przejściu nie ma powrotu.

Z niewielkiego pokoiku, do którego wchodzę, jest tylko jedno wyjście.

Trzeba opróżnić kieszenie i wejść za kotarę. Podnoszę ręce, a ten w oliwkowym mundurze sunie dłonią po moich biodrach, pośladkach, ramionach, piersiach, plecach, brzuchu. Sprawdza każdą kieszeń, fałdkę, zgrubienie i zagniecenie. Nie można wnosić telefonów, dyktafonów, jedzenia, kwiatów (lista zakazanych przedmiotów wisi na tablicy przed wejściem).

Ja mam tylko kolorowe zdjęcie wnuczki Marysi i odręcznie napisany list od córki. To nie budzi wątpliwości, więc mogę przejść dalej, na zewnątrz, do zaparkowanego za bramą autobusu. Gdy zapełni się dziewczętami z koralikami we włosach i kobietami w kolorowych chustach, ruszamy asfaltową drogą przed siebie. Zza szyby cały kompleks wygląda jak wielki zamknięty ośrodek sportowy z kortami, boiskami piłkarskimi i do koszykówki. Jest nawet basen z turkusową wodą. Tylko nigdzie nie widać ludzi. Są za to płoty, mury, kraty, kamery, szlabany i druty kolczaste.

Po prawej szare blokowisko, po lewej parterowe baraki i domki z niewielkim ogródkiem. Na wprost coś, co przypomina otoczony murem średniowieczny angielski zamek z dwiema kamiennymi basztami. Nie ma zwodzonego mostu, ale jest masywna drewniana brama zamykana na klucz. To najstarsza część kompleksu, wybudowana pod koniec XIX wieku, zaraz po powstaniu miasta.

My jedziemy trochę dalej. Kierowca otwiera drzwi autobusu tuż za szlabanem. Zmierzamy do przyklejonego do zamku kremowego pawilonu, nad którego wejściem wisi tabliczka Medium security C.

Tam w uchylonych drzwiach stoi człowiek w mundurze, wyczytuje kolejne nazwiska:

– Polima Maslema.

– Lusi Kamudala.

– Mansyna Mugebi.

Wręczam mu podstemplowaną przepustkę i pod blaszanym dachem chowam się przed palącym lutowym słońcem.

Czekam.

Moja przepustka wędruje teraz na trzecie piętro do sekcji G4. Pod numer trzydzieści, gdzie czeka na mnie jeden z najbardziej znanych w tej części świata Polaków. Dwa miesiące temu rozmawiałem z nim krótko przez telefon. Obiecał opowiedzieć mi historię swojego życia.

Tam, na górze, każą mu się przygotować na spotkanie, a mnie, na dole, wywołują spod nagrzanego dachu.

Zapraszają znów za kotarę i znów każą wywracać kieszenie. Potem otwiera się przede mną krata. Za nią wielkie, brzęczące podwórko. Sześć rzędów drewnianych ławek wmurowanych w beton. Siedzą na nich kobiety w barwnych sukienkach, a naprzeciwko – mężczyźni w pomarańczowych uniformach. Nie wolno się dotykać, głaskać, przytulać, całować, przychodzić w odwiedziny w legginsach, minispódniczkach ani w prześwitującej bluzce. Wszystkie zakazy wypisane są zieloną farbą na otaczającym podwórko murze. Kto złamie regulamin, będzie natychmiast usunięty. Tego pilnują krążące między nami oliwkowe mundury.

Wszyscy pomarańczowi wchodzą na podwórko przez niewielkie drzwiczki w murze po lewej. Podchodzą do drewnianego masywnego biurka, meldując się przed bujającym się na krześle mundurowym. Ten wręcza im kartonik z numerkiem i włącza stoper.

Od tej chwili mają, w zależności od przyznanej kategorii, od trzydziestu do sześćdziesięciu minut na rozmowę z gościem. Numer 3616101, na który wciąż czekam, jest w najbardziej uprzywilejowanej kategorii „A”, bo jest karny i zdyscyplinowany. Można go odwiedzać w soboty, niedziele i święta narodowe od ósmej do czternastej. Czterdzieści pięć razy w roku, nie więcej niż pięć razy w miesiącu, nie dłużej niż sześćdziesiąt minut na jeden raz.

Mnie obiecał poświęcić dziesiątą część rocznego przydziału, by opowiedzieć, jak tu trafił.

Ma sześćdziesiąt sześć lat. Biały, szczupły, wysportowany, przyprószony siwizną. „Wzrost: 183 cm, włosy: ciemny blond, oczy: niebieskie” – napisał trzydzieści osiem lat temu w podaniu o paszport.

W Polsce nazywają go ostatnim żołnierzem wyklętym albo rasistowskim zbrodniarzem.

Zacina się trochę i ma kłopot z artykulacją głoski „r”.

Każe mówić do siebie „Kuba”, choć w paszporcie ma zapisane „Janusz”.

CZĘŚĆ 1

.

Pretoria. Kgosi Mampuru II

Jest sobota, 4 lutego 2018 roku.

W centralnym więzieniu Kgosi Mampuru II Janusz spędził dwieście dziewięćdziesiąt osiem miesięcy; dziewięć tysięcy sześćdziesiąt sześć dni; dwieście siedemnaście tysięcy pięćset osiemdziesiąt cztery godziny. I nikt nie wie, jak jeszcze długo.

 

To nasze pierwsze spotkanie. Siadam naprzeciwko Janusza Walusia i słucham.


Brama wjazdowa do centralnego więzienia Kgosi Mampuru II w Pretorii.

Fot. Cezary Łazarewicz

***

Miałem wtedy czterdzieści lat. Od dwunastu mieszkam w Republice Południowej Afryki, od pięciu jestem jej obywatelem. Formalnie w Radomiu mam żonę, ale jakbyśmy byli po rozwodzie. Ja nie planuję powrotu, Wanda – przyjazdu do mnie. Brakuje mi naszej córki Ewy, ale wiem, że jest za wcześnie, żeby próbować ją tu sprowadzić. W Polsce otrzyma o wiele lepsze wykształcenie, a ponadto sytuacja tutaj robi się niepewna.

Od dziesięciu lat mam dziewczynę, Afrykanerkę, Mariję. Mieszkamy osobno, ale spotykamy się w weekendy. Ja mieszkam w Pretorii, a ona koło Rustenburga. Raz ja jadę do niej, raz ona do mnie.

Czasem zabieram ją w podróż, bo jako kierowca TIR-a jeżdżę w długie trasy do Zimbabwe i do Botswany. Ale najwięcej jeżdżę po kraju, więc widzę, jak tu się wszystko zmienia na gorsze. Na moich oczach kraj się pogrąża. Rozpada się stary porządek. Nie ma już wątpliwości, w jakim kierunku to zmierza, że coś trzeba zrobić, żeby to powstrzymać. Tylko nikt nie ma pomysłu – z wyjątkiem Clive’a, bo to łebski facet.

Mieszka w Krugersdorpie. Zaprosił mnie wtedy na kolację, a po niej poszliśmy do jego gabinetu. Mówił to, co sam już wiedziałem. Że nie może się temu bezczynnie przyglądać, że trzeba to jakoś powstrzymać i że nie wszystko jeszcze stracone. Bo albo my ich, albo oni nas. Partia musi podjąć zdecydowane działania – mówił.

Ale tylko on miał pomysł. „Trzeba zmobilizować i zjednoczyć ludzi, i przygotować ich na wojnę” – powiedział.

Ja miałem jedynie uruchomić mechanizm, by zmobilizować ludzi. „Czy mógłbyś to zrobić?” – tak, chyba, o to zapytał.

***

We wrześniu 1992 roku pojechałem do Polski. Byłem tam pierwszy raz po jedenastu latach. Zupełnie inny kraj. W sklepach wszystkiego pełno – świeże pieczywo, czekolada, dobre wędliny. W najmniejszym kiosku w naszej wsi możesz sobie piwo żywieckie kupić. Trudno było uwierzyć w taką przemianę. I ludzie też jacyś inni, milsi, wszyscy uprzejmi dla siebie. Bardzo mi się te zmiany podobały.

Tylko nadal wszędzie te straszne, ponure i szare blokowiska, te same dziurawe, źle oznakowane drogi, ten sam cień komunizmu wiszący nad Polską. Nie mogło się to równać z kolorową Południową Afryką. To tak, jakbyś pojechał do Botswany. Niby wszystko to samo, ale jakieś bledsze, brudniejsze, smutniejsze.

Nie czułem z Polską już związku. Przeciwnie, ciągnęło mnie do domu, do Afryki. A tu trwała regularna wojna.

W Polsce „Solidarność” mogła pozwolić sobie na pokojową walkę, ale tu nie wchodziło to w grę. Tu była przemoc na każdym kroku. Terroryści z ANC[1] podkładali bomby na ulicach i w sklepach.

Ginęli bezbronni ludzie – biali i czarni. A liberalny rząd de Klerka, zamiast atakować ich bazy w Mozambiku, zaczyna się z nimi dogadywać. Gorzej! Chce im przekazać władzę. Ja już wtedy czuję się częścią tego wspaniałego, zdeterminowanego narodu Afrykanerów [potomków holenderskich kolonistów w Południowej Afryce] i tej walki, którą od prawie dwustu lat oni tu toczą, by istnieć. To jest moja ojczyzna z wyboru.

***

Więc gdy Clive zapytał, czy zrobię to, nawet się długo nie zastanawiałem. Od razu wyraziłem gotowość do wykonania zadania. Nie trzeba mnie było do niczego namawiać. Wiem, że w życiu trzeba zdecydowania.

Nie dopytuję o szczegóły, bo rozumiem, że to jest konspiracja. Wiem, że partia nie może wystawić mi zlecenia, ale domyślam się, że powstała tam jakaś tajna grupa, w której Clive jest jednym z najważniejszych liderów. Dobrze znam Clive’a i ufam mu. Mnie to wystarcza.

Wtedy on przyniósł kartki z nazwiskami tych, którzy najbardziej szkodzą. Był tam Mac Maharaj, Pik Botha, Richard Goldstone. Nie wszystkich znałem. Zaczęliśmy ich wtedy grupować pod względem wrogości do naszej partii. Clive podawał numery, a ja wpisywałem je przy odpowiednich nazwiskach na kartce. Numer jeden to był Mandela, numer dwa – komunista, Joe Slovo.

„Skupmy się na numerze trzy” – powiedział.

Trzy, to Chris Hani. Został wybrany ze względu na wysokie stanowisko i największą szkodliwość. Był terrorystą. Dowodził terrorystyczną armią – Umkhonto we Sizwe. Kolor skóry raczej nie miał tu znaczenia. Znaczenie miały jego komunistyczne poglądy i aktywność terrorystyczna.

Bo ja nie mam do czarnych jakichś uprzedzeń. Trzeba traktować ich z szacunkiem, widzieć ich takimi, jacy są. Ale historia dowodzi, że ich rządy się nie sprawdzają.


Chris Hani. Copyright: Media24

Między styczniem a kwietniem [1993] spotykamy się z Clive’em kilka, może kilkanaście razy. Omawiamy techniczne szczegóły – jak najlepiej to zrobić?

Brzydzę się terroryzmem. Od razu mówię, że mnie podkładanie bomb w ogóle nie interesuje. Bomba jest ślepa i nie wybiera ofiar. Przy najlepszym nawet planowaniu przeważnie giną postronne osoby. Z krótką bronią natomiast czuję się całkiem kompetentny. Clive ma dostarczyć nierejestrowaną broń, a ja w tym czasie staram się jak najwięcej o Hanim dowiedzieć. Ile ma lat? [51]. Gdzie się urodził? [Wieś Sabalele w rejonie Cofimvaba na południe od Pretorii]. Gdzie kończył szkołę? [University of Fort Hare w Ciskei, rok ukończenia 1962]. Gdzie był szkolony? [Związek Radziecki, NRD, Zambia]. Gdzie walczył? [Angola i Rodezja].

Wiem, jak wygląda, bo jego zdjęcia są ciągle w gazetach. Jest najważniejszy, zaraz po Mandeli. Tylko bardziej od niego radykalny. Dobrze wyszkolony wojskowo, więc wiem, że to nie będzie łatwe.

Tylko na filmach wszystko jest podane na tacy – broń, samochody, kryjówki, dokumenty. Ja tego wszystkiego nie miałem. Brak funduszy i czasu. Od rana do wieczora pracuję, jeżdżę na ciężarówce, a po pracy, wieczorem, przygotowuję misję.

[6 kwietnia 1993] Clive zaprosił mnie znów do siebie do Acacia Park. Przy śniadaniu rozmawiamy na tematy ogólne, potem idziemy do gabinetu. Zamknął drzwi i z żółtej torby wyciąga pudełko. W środku był nowy pistolet.

Na końcu lufy gwint, na który nakręcało się tłumik. Dał mi ten pistolet z tłumikiem i trzy specjalne do niego naboje.

[Samopowtarzalny pistolet Vektor Z88, kaliber 9 mm, wyprodukowany w RPA, o numerze seryjnym P6-101368 oraz dorabiany tłumik kaliber 9 mm].

Nie wyznaczał konkretnego planu.

„Byłoby dobrze zakończyć sprawę jeszcze przed Wielkanocą” – powiedział.

***

Wynajmowałem wtedy mieszkanie na Muckleneuk, blisko uniwersytetu w Pretorii. [105 Milewanda Flats, Bourke Street, Muckleneuk w Pretorii].

Dzielnica cicha i biała. Bo jeszcze wtedy wszystko jest tu białe.

Mieszkanie małe, ale ładne. To w zasadzie jeden duży pokój, ale dobrze zaprojektowany – fajna łazienka, kuchnia, sypialnia za przepierzeniem.

Mieszkam sam, ale teraz jest ze mną Marija. Mamy razem spędzić Wielkanoc. (Ona pracuje w ośrodku wypoczynkowym koło Rustenburga, jakieś sto kilometrów ode mnie).

Rano w Wielką Sobotę [10 kwietnia 1993] mówię Mariji: jadę na trening, wrócę na jedenastą. Trenuję karate u Stana Schmidta w Johannesburgu. To bardzo znana szkoła karate. Jeśli mam tylko pieniądze i czas, jeżdżę tam w każdą sobotę.

Do Johannesburga wyruszam moim służbowym fordem.

[Czerwony ford laser hatchback, o pojemności 1300 cm3, numer rejestracyjny PBX 237 T].

Tak na wszelki wypadek biorę z sobą broń, którą dostałem od Clive’a.

Ten tłumik wiozę z sobą zupełnie niepotrzebnie. Sprawdziłem go na strzelnicy. Nie wykorzystam go, bo jest zupełnie bezużyteczny. Trzeba mieć do niego specjalne naboje [amunicja poddźwiękowa], bo inaczej ci lufę rozerwie. I po każdym strzale musisz przeładować. Nie miałbym szans się bronić, gdyby zaczęli do mnie strzelać.

Gdy dojeżdżam do Melrose na północy Johannesburga, szkoła karate jest już zamknięta. Przerwa świąteczna. I to jest ten przypadek, który o wszystkim decyduje.

Mam nagle trochę wolnego czasu, a niedaleko jest sklep z bronią [w aktach: Guns Exchange Shop przy Corlett Drive w Johannesburgu]. Tam kupuję amunicję [25 sztuk, kaliber 9 mm parabellum produkcji czechosłowackiej].

W samochodzie zakładam rękawiczki, ładuję pistolet i decyduję, że pojadę na rekonesans pod jego dom w Down Park koło Boksburga. To niedaleko stąd.

Trzymam się wiernie faktów, niczego nie upiększam.

***

Zwyczajne podmiejskie białe osiedle. Jeszcze bez szlabanów i ochroniarzy. Wtedy to nie było potrzebne. Przestępczość nie kwitła jak teraz, choć był to już czas absolutnego schyłku normalnej Południowej Afryki. Wciąż obowiązywał ich zakaz mieszania się z białymi. Oni mieli swoje osiedla, my swoje. Tylko że oni już tego zakazu nie przestrzegali.

Wąska osiedlowa uliczka, niska zabudowa, murek, betonowy podjazd. Wszystkie domki do siebie podobne. Dokładny adres miałem zapisany na kartce od Clive’a. Znajdziesz w aktach.

[Boksburg, ulica Hakea Crescent 2 na osiedlu Dawn Park na południowy wschód od Johannesburga. Hakea Crescent przypomina wielkie rondo, w środku którego wybudowano parterowe domki z ogrodami. Wjeżdża się tam osiedlową uliczką Deon wprost na garaż przy domu Haniego. Kostka na podjeździe pomalowana jest czerwoną farbą, jak ćwierć wieku temu. Po lewej od garażu wejście do niewielkiego domu krytego czerwoną dachówką. Wokół wysoki mur z cegły, w bramie solidna żelazna krata, której wtedy nie było. A to wielkie drzewo przed domem, które rzuca teraz cień przed wejściem, na starych zdjęciach jest rachityczną roślinką.

Wygląda, jakby nikt tu nie mieszkał. Wokół domów żywego ducha, nie widać samochodów ani spacerujących po uliczkach ludzi. Biali wyprowadzili się stąd w latach dziewięćdziesiątych, a czarni nie chcieli tu mieszkać, spadły ceny domów i atrakcyjność osiedla.

Trzy lata temu dom przy Hakea Crescent 2 od prywatnych właścicieli odkupiło miasto. W ogrodzie miała być zbudowana biblioteka, w domu muzeum, a w pobliskim parku pomnik Chrisa Haniego. Ale nic się tu nie dzieje. Na chodniku leży sterta cegieł].


Dom Chrisa Haniego na osiedlu Dawn Park w Boksburgu. Fot. Cezary Łazarewicz

***

Mam kiepską orientację, więc najpierw badam teren. Chcę zobaczyć, jakich ma sąsiadów, gdzie parkuje samochód, znaleźć najlepsze drogi dojazdu i ucieczki. Dlatego byłem już tam wcześniej dwa, trzy razy. Kiedyś na podjeździe do garażu zobaczyłem zaparkowane czarne bmw. Spisałem numery, ale to nie był jego samochód. Przyjechał nim jakiś przedstawiciel wielkiej firmy budowlanej LTA. Już się im podlizywali i próbowali dogadać interesy, choć oni jeszcze nie mieli władzy.

Podczas zwiadu nigdy się nie zatrzymuję. Zawsze jestem w ruchu. Podjeżdżam wolno, jakbym szukał właściwego adresu, i obserwuję dom przez okno samochodu. Dawn Park to małe osiedle, wszyscy się tu znają i każdy obcy samochód budzi zainteresowanie, a ja nie mogę się rzucać w oczy.

Dla bezpieczeństwa za każdym razem ukrywam tablice rejestracyjne, naklejając na nie cyfry z samoprzylepnej folii. Tylko że wtedy akurat ich nie mam, bo sklep hardware, gdzie je zwykle sprzedają, był już zamknięty.

Gdy dojeżdżam pod dom, na podjeździe stoi srebrna corolla. Zatrzymuję się na moment, by zapisać numer rejestracyjny na kartce [w aktach: RGB 692T].

I w tym momencie pojawia się on.

[W aktach: ubrany w granatowy dres z czerwono-białym paskiem na piersi („Ten ulubiony, który wkłada, gdy idzie biegać” – napisze potem jego córka Lindiwe) i białe sportowe buty na grubej gumie].

Wychodzi z domu, podchodzi do zaparkowanej na podjeździe srebrnej toyoty, wsiada do środka.

Jest sam, bez żadnej obstawy. Gdyby miał obstawę, nie pozwoliliby mu chyba wyjść samemu z domu – myślę.

Obserwuję go z wnętrza swojego auta. Widzę, jak odpala samochód i rusza.

Taka okazja już się może nie zdarzyć – myślę i jadę za nim.

Żadnych wątpliwości już nie mam, bo wątpliwości możesz mieć do chwili podjęcia decyzji, a tu już wszystko jest postanowione. Nie ma odwrotu.

Czy czuję wtedy mrowienie w palcach? Raczej nie, bo nie ma w tym nic osobistego. Mam zadanie do wykonania, chcę je wykonać, jak najlepiej potrafię. Jadę więc za nim osiedlowymi uliczkami, które prowadzą mnie do centrum handlowego. [Dawn Park Center Shopping. Wtedy była tu galeria handlowa dla białych mieszkańców osiedla, a dziś tani supermarket z wielkim parkingiem, pralnią, myjnią samochodów i lokalnymi fast foodami: Steers, Fishways, Debonairs, w których przesiadują dzieciaki po powrocie ze szkoły. Stąd do domu Haniego jest niecały kilometr].

 

Wjechał na parking, wysiadł z auta, wszedł do środka, a ja czekam i się zastanawiam, czy to jest odpowiednie miejsce. Rozglądam się wokół i od razu rezygnuję. Za dużo ludzi, a ja mam w magazynku naboje głęboko penetrujące. Łatwo trafić kogoś przypadkowego. Nie chcę ryzykować. Mam wyraźną instrukcję od Clive’a: nikt inny nie może zginąć.

Sam zresztą zgadzam się z tą instrukcją w stu procentach.

Czekam.

***

Widzę, jak wraca do samochodu, z gazetą pod pachą.

Gdzie może jechać? Tylko z powrotem do domu. Nie chcę go płoszyć, więc jadę inną drogą, by mnie nie widział.

Na miejscu jest przede mną. Gdy podjeżdżam, parkuje właśnie samochód na podjeździe. Już nie pamiętam, czy zatrzymałem się zaraz za nim, czy na drodze.

Z torby na tylnym siedzeniu wyjmuję pistolet, wsadzam z tyłu za pasek spodni i wysiadam z auta.

On stoi już przy garażu, ale jest obrócony do mnie tyłem. Nie widzę twarzy, a chcę mieć pewność. Robię więc kilka kroków do przodu i wołam: „Mister Hani!”. On się odwraca... I robi gest, jakby się chciał ze mną przywitać. Nie ma to dla mnie znaczenia. Już go poznałem. Wyciągam zza paska pistolet.

Zobaczył go. Może się przestraszył? Zrobił skręt, jakby chciał tego uniknąć. Za późno. Pierwszy strzał w korpus. Gdy upadał, wydał z siebie nieartykułowany okrzyk. Może ze strachu, a może z bólu. Drugi strzał w głowę[2]. On upada na podjeździe.

Po drugim strzale zobaczyłem wolno przejeżdżający obok samochód. Rozproszyło mnie to. Za kierownicą biała, dość młoda kobieta. Za nią, na tylnym siedzeniu, dwoje starszych ludzi – rodzice albo teściowie. Patrzyli na mnie, a ja na nich, stojąc z bronią w ręku na podjeździe.

Wiedziałem, że jest bardzo źle i że coś powinienem zrobić. Nic nie przychodziło mi do głowy. Nie zastrzelę przecież trojga niewinnych ludzi. Nie jestem terrorystą, tylko żołnierzem wykonującym zadanie.

Dopiero gdy odjeżdżają, dla całkowitej pewności, strzelam dwa razy za ucho.

(Czy warto to tak dokładnie precyzować?)

Chowam pistolet i szybkim krokiem idę do auta. Staram się, by nie wyglądało to na paniczną ucieczkę. Ruszam spokojnie, bez pisku opon. Ale myślę tylko, jak stamtąd uciec.

Wszystko w rękach tej białej kobiety – z tą myślą wyjeżdżam z osiedla Dawn Park. [Według śledczych: około 10:10].

[„Czuję, że to, co zrobiłem, jest złe, ale też ulgę, że mam to już za sobą” – mówi dwadzieścia trzy lata później południowoafrykańskiej dziennikarce Melindzie Ferguson[3]].

Jeśli mam satysfakcję, to z wykonania zadania, a nie z powodu bólu i śmierci, które wtedy zadałem. Nie jest przyjemnie do tego wracać, bo to żaden dla mnie moment satysfakcji.

Ale też nic, co wraca do mnie w koszmarach i mnie prześladuje.