Nigdy nie mów dość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nigdy nie mów dość
Nigdy nie mów dość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Nigdy nie mów dość
Audio
Nigdy nie mów dość
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

B jest już trojaczkiem, ale być może znalazła bliźniaczkę…

– Czego się napijesz, dziecinko? – zapytał życzliwie białowłosy barman, gdy tylko Baby we wtorek po szkole otworzyła drzwi nijakiego baru na Upper West Side. Wszędzie było tak samo. Z racji jej drobnej postury ludzie często nazywali ją „dziecinką”, przez co sytuacja robiła się dość niezręczna, gdy dowiadywali się w końcu, jak naprawdę ma na imię. Zwykle ją to wkurzało, ale ten barman wyglądał jak chuda, europejska wersja Świętego Mikołaja i zapewne pracował w tym miejscu od przynajmniej trzydziestu lat. Możliwe, że cały czas w tej samej koszuli, stwierdziła Baby. Plamy na białym materiale wyglądały jak konstelacje w planetarium.

– Eee, Jacka Danielsa z colą. – Baby kiwnęła zdecydowanie głową. Bawiła się serwetką, bezwiednie składając ją w coraz mniejsze trójkąty.

– Hej! – Za plecami Baby rozległy się ciężkie kroki i obok niej usiadła Sydney Miller. Była ubrana w sznurowane, wysokie do kolan martensy na ogromnych platformach, w których miała prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, czarną koronkową spódnicę i czarną koszulkę na ramiączkach z napisem „Sama klepię się w tyłek”. Przy swojej tyczkowatej sylwetce, ciemnych, równo przyciętych włosach i z kwadratowymi oprawkami bardziej pasowała do kawiarni w Williamsburgu, gdzie pija się jakąś organiczną kawę z certyfikatem fair trade 3 , niż do tradycyjnego irlandzkiego pubu na Upper West Side. Baby uśmiechnęła się z ulgą. Kiedy pani McLean skazała ją na redagowanie „Zadry”, założyła, że będzie musiała spotykać się z jakąś miłośniczką poezji w spódnicy rodem z Domku na prerii, która chciałaby omawiać wyższość sestyny nad pantumą. Ale natychmiast rozpoznała w Sydney jedyną dziewczynę w Constance, z którą mogłaby się zaprzyjaźnić.

– Nazywasz się Baby, tak? – Sydney klapnęła na stołek obok niej, nie czekając na odpowiedź. – Można prosić guinnessa? Straszny dziś upał! – zawołała do barmana, ścierając z jasnego czoła kropelki potu. – Nie wiedziałam, że ty i Avery jesteście siostrami. Takie zupełnie do siebie niepodobne – wypaliła, przyglądając się ciekawie Baby. Złapała jej szklankę i pociągnęła łyk. – Whisky z colą – stwierdziła z wyraźnym uznaniem. – A więc co jest między tobą a Wielką Kasą Cashmanem? Chodzicie ze sobą?

Baby uśmiechnęła się, rozbawiona chaotycznym monologiem Sydney.

– Chyba tak. To znaczy: tak – powiedziała stanowczo. Upiła drinka, rozkoszując się słodyczą coli w połączeniu z palącym smakiem whisky. Przypomniała sobie, że usta J.P. smakują jak eukaliptus i pasta Marvis. Upiła kolejny łyk. Mogłaby polubić whisky i eukaliptus.

Pod warunkiem że nie będzie ich ze sobą mieszać.

– Interesujące. A więc jak to jest umawiać się z przyszłym miliarderem? – Sydney wepchnęła do ust trochę leżącej na barze mieszanki pomarańczowych krakersów z orzeszkami ziemnymi, która wyglądała na stęchłą. Wydawała się przynajmniej równie stara jak barman. – Mniam. – Sydney oblizała się, błyskając w przyćmionym świetle ćwiekiem w języku. Oprócz nich i barmana w barze nie było nikogo. Baby czuła się trochę jak w klubie dla wtajemniczonych.

– Jest wspaniały – powiedziała po prostu. Czuła się dziwnie onieśmielona, opowiadając o J.P., choć wcale nie wstydziła się swoich uczuć do niego. Mimo że po raz pierwszy pocałowali się wczoraj, błyskawicznie wskoczyli w role chłopaka i dziewczyny. Dziś rano obudził ją telefon od J.P. Podczas godziny nauki własnej przesłał jej słodkiego maila, a nawet zarezerwował dla nich na wieczór stolik w restauracji, zanim Baby powiedziała mu o spotkaniu z Sydney. To było bardzo romantyczne i stanowiło ogromną odmianę po jej ostatnim chłopaku, Tomie, którego romantyczny gest polegał na odbieraniu jej telefonów, zamiast przełączania od razu na sekretarkę. Musi minąć trochę czasu, zanim Baby przyzwyczai się do idealnego chłopaka. Ale Baby nie miała nic przeciwko temu.

Jak my wszystkie.

– To super. W ogóle go nie znam, ale wiem, że spotykał się z Jack Laurent. Możesz wyobrazić sobie randkę z tą jędzą?

– Sydney wzdrygnęła się, jak gdyby naprawdę brała pod uwagę związek z Jack.

Urocze. Mogłyby nosić pasujące do siebie koszulki z napisami: „Jestem zdzirą” i „To moja zdzira”.

– Dlaczego wszystkie uczennice Constance są takie wredne? – zapytała Baby z niekłamaną ciekawością. Wiedziała, że miały rozmawiać o „Zadrze”, ale miło było pogadać z dziewczyną, która zdawała się mieć podobny stosunek do życia.

– Dlatego że wszystkie społeczności składające się z samych kobiet są wewnętrznie niestabilne, zwłaszcza pod naciskiem heteronormatywnej kultury. – Sydney przeżuwała z namysłem, a potem wzruszyła ramionami, ścierając pomarańczowe okruszki z rubinowych ust. – Dlatego chciałam się spotkać tutaj. Po szkole wolę się trzymać jak najdalej od Constance.

– Wiem, o czym mówisz. Wciąż jestem w szkole warunkowo – przyznała Baby. – W zasadzie to pani McLean zaproponowała mi pracę w redakcji. Na co z radością przystałam – dodała szybko, nie chcąc urazić Sydney. – Ale ulżyło mi, że nie wyleciałam. Nie wiem, co bym zrobiła. – Baby wzruszyła ramionami i zastanowiła się nad tym. Co by zrobiła? Została zawodową psią opiekunką? Pełna zdzir czy nie, Constance Billard była jedną z najlepszych szkół na Manhattanie i zdecydowanie najlepszą opcją dla Baby.

– Żartujesz sobie? Nikogo by nie wyrzucili. Za bardzo się boją utraty dofinansowania – prychnęła Sydney. – Nie przejmuj się „Zadrą”. Zostałam w to wrobiona z tego samego powodu.

– Serio? – zapytała Baby, orientując się, że pije właśnie drugiego drinka. Jak to się stało?

Wpływ heteronormatywnej kultury?

– Tak, w zeszłym roku podpadłam na angielskim. Wkleiłam wszystkim wlepki „Precz z patriarchatem” do zeszytów egzaminacyjnych, bo przez cały rok czytaliśmy wyłącznie powieści starych białych pryków. Chciałam tylko zwrócić na to uwagę. To był rewelacyjny pomysł. – Westchnęła tragicznie. – A więc cieszę się, że będziesz mi pomagać. „Pomagać” to słowo klucz. Musisz przejrzeć te wypociny. – Sydney uśmiechnęła się z żalem, grzebiąc w jaskrawopomarańczowej torbie na ramię Brooklyn Industries. Baby zorientowała się, że ma w domu taką samą, tyle że neonowozieloną.

Wielkie umysły myślą… podobnie?

– A więc przyniosłam kilka tekstów – zaczęła z powątpiewaniem Sydney, przeglądając odręcznie zapisane kartki przemieszane z maszynopisami. – To mój ulubiony. Jest naprawdę głęboki. Tylko mi się nie rozpłacz – ostrzegła, podsuwając Baby pogniecioną kartkę z notesu.

Baby rozprostowała ją na ciemnym dębowym kontuarze. Bar zaczynał się zapełniać i obok nich usiadło kilku gości wyglądających na palantów. Zamówili dzbanek piwa i z ożywieniem dyskutowali o Arystotelesie, jak gdyby rzeczywiście ich to obchodziło. Podobał jej się ten pub, chociaż śmierdział mieszanką lizolu i piwa. Jedyne nowojorskie knajpy, w jakich była do tej pory, wybierała Avery. Były zawsze zatłoczone, panował w nich ogłuszający hałas i specjalizowały się w absurdalnie kolorowych drinkach, które smakowały jak płatki Froot Loops.

Baby zaczęła czytać różowe litery.

„Schody do Barneys

Barneys od zawsze zachwyca mnie,

Choć się w nim obkupię, zawsze więcej chcę. Kosmetyki, bielizna, wszystko, czego mi trzeba,

Każde piętro przypomina schody do nieba.

Lecz nie wszystko sfinansuje karta kredytowa;

Ten sklep to metafora – uczy mnie próbować.

Od torby Balanciagi po Jacobsa kreację,

Zawsze w Barneys najlepszą okazję wypatrzę”.

Baby prychnęła i się rozkaszlała. Gość obok niej zaczął walić ją po plecach wyświechtanym egzemplarzem Republiki Platona.

– Dzięki – wycharczała.

Sydney uśmiechnęła się triumfalnie.

– Dwa burbony dla nas! – krzyknęła do barmana. – Ja stawiam. Musisz się napić po przeczytaniu tego czegoś.

– Ściemniasz. Sama musiałaś to napisać. – Baby zachichotała z niedowierzaniem, zwinęła serwetkę w kulkę i cisnęła nią w Sydney. Była już trochę wstawiona. Jasne, powątpiewała w intelekt niektórych koleżanek z klasy, ale chyba nikt nie mógł napisać czegoś tak beznadziejnego? To musiał być żart albo satyra?

Sydney odrzuciła serwetkę.

– Nie. Znalazłam to dziś w skrzynce ze zgłoszeniami. To tej dziesiątoklasistki, Florydy Harris. Jej ojciec zapowiada pogodę w The Early Show, ten w tupecie, kojarzysz?

Baby jęknęła. Na Nantucket ona, Avery i Owen oglądali ten program tylko po to, by śledzić powolną wędrówkę, jaką odbywa jego tupet, zsuwając się jak lodowiec z czubka głowy do połowy wysokości czoła.

Sydney uśmiechnęła się wrednie.

– Jeszcze drinka?

– Może – zachichotała Baby. W tej samej chwili rozdzwoniła się jej cienka czerwona nokia. Podniosła klapkę.

„Tęsknię, ślicznotko. Całusy, J.P”., odczytała na ekraniku.

– Chłopak?

– Tak. – Baby kiwnęła głową, nie wiedząc, co odpisać. „Ja też, przystojniaku?” Ble.

– Super. Zaraz wpadnie tu mój chłopak. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko – oznajmiła Sydney, wcale nie dbając o to, czy Baby ma coś przeciwko, czy nie. – Tak czy inaczej, z czymś takim musimy pracować, więc każdy pomysł, co zrobić, żeby „Zadrę” dało się w ogóle czytać, jest na wagę złota.

– Sydney wybuchnęła śmiechem, dopijając drinka Baby. Schowała wiersze z powrotem do torby, którą odstawiła na lepiącą się podłogę. Spotkanie najwyraźniej się skończyło.

Właśnie wtedy podszedł do nich wysoki, wyjątkowo chudy chłopak o brązowych włosach przypominających szczotkę, które przytrzymywała opaska w stylu lat osiemdziesiątych.

– Cześć, kochanie. – Pochylił się i pocałował Sydney. Baby uprzejmie odwróciła wzrok.

 

– Webber – powiedział chłopak, wyciągając do niej dłoń. Baby z trudem powstrzymała śmiech. Webber? Takie imię mógłby nadać dwulatek swojej wypchanej kaczce.

– Wiem, ma obciachowe imię – Sydney wywróciła oczami. – Webber, a to Baby, naprawdę ma tak na imię, więc się nie nabijaj. Pomaga mi przy tej beznadziejnej szkolnej gazetce. Webber studiuje na Columbii – wyjaśniła Sydney.

– Miło mi – powiedział Webber, wciskając się na ten sam stołek co Sydney. – Czy to oznacza, że wreszcie zajmiecie się PO?

– Pe-o? – zapytała głupio Baby. Jakiś nowy skrótowiec?

– Podziemny Odzew – objaśniła Sydney. – To taka czadowa grupa, którą Webber założył razem z innymi studentami Columbii, ale ostatnio się rozrosła. Starają się promować pewne idee poprzez performance i happeningi w miejscach publicznych – trajkotała. – Właśnie coś takiego próbowałam zapoczątkować moimi wlepkami w ubiegłym roku. Ale trudno robić coś takiego bez wsparcia.

Baby kiwnęła uprzejmie głową. To brzmiało naprawdę fajnie, znacznie fajniej niż duszny krąg bywalców imprez dobroczynnych, do którego Avery tak bardzo chciała już należeć.

– Wieczorem urządzamy nagi bieg przez Grand Central. Kiedy zostanie zapowiedziany przyjazd pociągu, ściągamy spodnie i biegniemy na peron. Chcemy zwrócić uwagę na pośpiech, w jakim wszyscy żyjemy. Chcesz przyjść? – zapytał Webber. – Syd przyjdzie.

– Nie dziś… – powiedziała powoli Baby. W jej głowie kiełkował już pewien pomysł. Popatrzyła na Sydney.

– O Boże, zróbmy z tego jakiś pseudoartystyczny fotomontaż do „Zadry”! Dziwne, że wcześniej na to nie wpadłam! – zawołała Sydney, wyciągając notes i bazgrząc coś wściekle. – Mogę sfotografować całą akcję. Napiszesz coś do tego? – Choć było to pytanie, w ustach Sydney brzmiało jak rozkaz.

Baby kiwnęła głową. Czemu nie?

– Czy Constance jest na to gotowa? – Webber chwycił się za pierś, udając przerażenie.

– Nawet lepiej, jeśli nie jest. – Sydney wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.

– Chętnie coś zrobię, napiszę albo sfotografuję, nieważne – zaproponowała Baby, zaskakując samą siebie. Oprócz zwariowanych fotek, które razem z Tomem pstrykała komórką na Nantucket, nigdy nie interesowała się fotografią. Ale teraz, gdy postanowiła zostać w Nowym Jorku, zaczynała widzieć wszystko w nowym świetle.

A nagie zdjęcia z performance’u sprawią, że inni też będą na nią inaczej patrzeć!

przyjaciółce można się zwierzyć zawsze

We wtorek po szkole Jack wdrapała się po chwiejnych schodach na poddasze, ciąg pokoi dobudowanych nad przestronną rezydencją, którą zamieszkiwały kiedyś z mamą. Poddasze dobudowano w XIX wieku dla służby, ale Jack i jej matka, Vivienne, zawsze traktowały je jak przechowalnię dla nietrafionych zakupów z poprzedniego sezonu. Teraz służyło im za tymczasowe mieszkanie, umeblowane kolekcją największych pomyłek wnętrzarskich Vivienne.

Jack rzuciła torebkę na szpinakową kanapę z połowy lat osiemdziesiątych i odetchnęła głośno. Przez cienką jak papier ścianę dobiegły ją głosy Edith Piaf i matki fałszującej Je Ne Regrette Rien. Zarąbiście. Maman była w domu.

Chérie! – Vivienne wkroczyła do salonu jak na zawołanie. W wieku dwudziestu lat była uznaną primabaleriną, ale jej romans z Charlesem Laurentem, amerykańskim ambasadorem we Francji, zakończył się nieoczekiwaną ciążą, pospiesznym małżeństwem i przeprowadzką do Nowego Jorku. Po jeszcze szybszym rozwodzie Vivienne włożyła całą swoją energię w zakupy u Chanel, urządzanie dobroczynnych herbatek dla amerykańskiej szkoły baletowej i krytykowanie występów

Jack. Odkąd Charles przestał je utrzymywać, wytknąwszy Viviene rozrzutność, postarzała się z dnia na dzień. Jej bujne rude włosy sterczały na wszystkie strony, na szyi zamotała kilka różnobarwnych apaszek Hermèsa. Wyglądała jak Mała Edie z Szarych Ogrodów, przerażającego filmu dokumentalnego o szalonych kuzynkach Jackie Kennedy, które mieszkały w rezydencji Easthamptons z sześcioma milionami kotów.

Na strychu nie było przynajmniej miejsca dla sześciu milionów kotów.

– Co sądzisz o telewizji? – Vievienne prawie popchnęła Jack na pogryziony przez mole fotel, pokryty czerwonym aksamitem, i przekrzywiła głowę, czekając na odpowiedź.

– Miło by było czasem coś obejrzeć – odparła złośliwie Jack. Prawdę mówiąc, nigdy nie oglądała dużo telewizji. Nigdy nie rozumiała, po co oglądać cudze życie. To dobre dla ludzi, których własne życie nie jest samo w sobie fantastyczne.

– Nie, kochanie, nie pytam cię, co sądzisz o telewizji w naszym domu. Jesteśmy artystkami: nie oglądamy sztuki, my jesteśmy sztuką – wyrecytowała teatralnie Vivienne. Klasnęła w dłonie, jak gdyby miała zamiar dać przedstawienie.

Taniec z siedmioma welonami?

– Chcą mnie oglądać. Paryż znów chce mnie oglądać. W programie telewizyjnym. To moja chwila. C’est mon retour!

– Oczy Vivienne błyszczały, gdy przyglądała się sobie w lustrze w tandetnej pozłacanej ramie, które kupiła na aukcji w Sotheby’s sto lat temu. Nawet nie zauważyła wściekłego spojrzenia Jack. Wspaniale. Matka ucieknie do Paryża, żeby wystąpić w jakimś żenującym francuskim programie, a ona będzie musiała uczyć się odpowiedzialności na zatęchłym poddaszu, które wyglądało jak sklep ze starzyzną na Siedemdziesiątej Siódmej.

– Co oznacza, że muszę się przygotować. Przed nami wiele pracy. Och, Jacqueline. – Vivienne uśmiechnęła się, prostując się na swoją pełną wysokość metra pięćdziesięciu.

– Rezygnujemy z węglowodanów, a ja przechodzę na dietę. Tobie to też dobrze zrobi, machérie. Węglowodany czynią cię miękkim. – Vivienne rozpostarła ramiona, jak gdyby występowała przed niewidzialną widownią.

Jack wstała. Miała już dość pogadanek o tym, „że musi nauczyć się cierpieć”.

– Mam lekcje do odrobienia – burknęła i wyszła do swojej sypialni, głośno tupiąc. Podeszła do małego okienka nad łóżkiem i spojrzała w dół na ogród, który kiedyś należał do nich. Drzewa były wciąż pokryte bujną zielenią, ale za kilka tygodni liście zaczną opadać, przez co widok z okna zrobi się totalnie przygnębiający. Może za kilka tygodni w ogóle nie będzie jej już w Nowym Jorku. Wstała, wykonała kilka głębokich plié, po czym uniosła nogę w górę. Czy tylko jej się wydawało, czy kiedyś była bardziej rozciągnięta?

Jack wyciągnęła Treo i zadzwoniła do Genevieve. Były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami i choć czasami pseudozaangażowanie Genevieve w hollywoodzką scenę mocno ją irytowało, Genevieve przynajmniej była kimś.

– Mogę wpaść? – zapytała Jack, gdy Genevieve odebrała. Czuła się beznadziejnie, musząc o to pytać. Był to kolejny powód, dla którego fajnie było mieć chłopaka. Kiedy była z J.P., nigdy nie musiała pytać, czy może wpaść – po prostu do niego szła.

– Jak chcesz – westchnęła leniwie do telefonu Genevieve. Więcej entuzjazmu z jej strony nie należało się spodziewać. Jack wyszła z pokoju i trzasnęła drzwiami, ale jej matka była zbyt zajęta pozowaniem przed lustrem, żeby to zauważyć.

Dwadzieścia minut i jedną koszmarną przejażdżkę metrem później Genevieve otworzyła jej drzwi do skromnego, ale zadbanego, utrzymanego wyłącznie w bieli apartamentu przy

Trzeciej Alei. Mieszkała tam razem z matką, byłą modelką, która teraz pokazywała się głównie w filmach telewizyjnych. Genevieve wciąż miała na sobie spódniczkę Constance, podwiniętą tak wysoko, że prawie widać jej było tyłek w majtkach Cossabella, i przejrzystą, bladoróżową bieliźnianą koszulkę. Wyglądała jak rozwiedziona alkoholiczka, tyle że bez zmarszczek. Bez słowa podała Jack ogromny kieliszek Riedla wypełniony po brzegi czerwonym winem.

– Dzięki – sapnęła z wdzięcznością Jack i chlapnęła sobie, po czym z gracją odstawiła kieliszek na blat. Rozejrzała się po niewielkim apartamencie pełnym zdjęć matki Genevieve. Wzdrygnęła się, gdy jej wzrok zatrzymał się na zawieszonej nad ceglanym łukiem kominka wielkiej fotografii. Przedstawiała półnagą matkę przyjaciółki, kiedy była z nią w ciąży. Fuj. Jej własna matka może była szalona, ale przynajmniej miała trochę dobrego samku.

– Jak leci? – zapytała Genevieve. Wydawała się lekko wstawiona, a jej wargi były czerwone od wina. Genevieve miała blond włosy ze zbyt jasnymi pasemkami, mały zadarty nosek (dzięki trzem operacjom krzywej przegrody nosowej, po jednej w każde wakacje spędzane w LA z ojcem, reżyserem filmowym), piersi, które rosły w takim samym tempie, w jakim nos malał, i długie brązowe rzęsy, jak u wielbłądzicy. Kiedy miała osiem lat, zagrała główną rolę w filmie Disneya, ale potem wyrosła z „etapu bycia rozkoszną”. Teraz grywała od czasu do czasu w operach mydlanych, albo występowała gościnnie w Prawie i porządku, ale wcale nie kryła się z tym, że czeka na przełomową rolę.

– Nienawidzę J.P. i tej zdzirowatej hipiski – westchnęła Jack i rozparła się na białej kanapie, usiłując nie patrzeć na zdjęcie obnażającej się, ciężarnej matki Genevieve.

– Jak uważasz. Wiem, że zerwania są do dupy. – Genevieve siadła obok niej i westchnęła ciężko.

Nie, nie wiesz, pomyślała Jack. Najdłuższy związek Genevieve – z jednym z zaprzyjaźnionych z jej ojcem bezmózgich nastoletnich aktorów grających w filmach klasy B – trwał całe dwa tygodnie.

– Ale tak szczerze, naprawdę chodzi tylko o J.P.? Co się z tobą ostatnio dzieje? Kiedyś byłaś taka przebojowa. Teraz nie chcesz z nami wychodzić, nie wpadasz do Barneys, za to podlizujesz się Avery Carls, chociaż twierdziłaś, że jej nienawidzisz… Masz może potajemny romans z jej portierem, czy jak? – Na myśl o potajemnym romansie Genevieve rozbłysły oczy. Najwidoczniej zawiłe intrygi oper mydlanych, w których grywała, zaburzyły jej poczucie rzeczywistości.

– Nie podlizuję się Avery – zaśmiała się nieszczerze Jack i wychyliła kolejnego łyka. Przypomniała sobie ubiegłą środę, kiedy Avery urwał się pasek od torby i niosła jej książki. Próbowała jej nadskakiwać, kiedy były same, ale najwyraźniej jej przyjaciółki coś wywęszyły. A jeśli uznają ją za totalną frajerkę i wykluczą ze swojej grupy? Musiała coś zrobić. – Jak myślisz, kto wezwał gliny na jej przyjęcie? – Jack uśmiechnęła się znacząco, ciesząc się, gdy na twarzy Genevieve odmalowało się zaskoczenie.

– Ty? W takim razie po co zgrywasz jej przyjaciółeczkę? Chcesz poderwać jej brata przystojniaka, czy co? – zawołała Genevieve przez ramię, idąc do kuchni po dolewkę.

– Tak naprawdę… – Jack urwała, szukając zręcznego kłamstwa. Drżała jej dolna warga. Już od dawna niczego nie pragnęła bardziej, niż wreszcie móc się komuś wygadać. – Mój tata przestał utrzymywać mnie i moją mamę. Sprzedał nasz dom i mieszkamy na pieprzonym poddaszu, a Avery to odkryła. Nie chciałam, żeby ktokolwiek się dowiedział – wyrzuciła z siebie, gdy Genevieve była wciąż w kuchni. Łatwiej było jej to z siebie wydusić.

– Serio? – Genevieve przystanęła z butelką wina w każdej ręce.

– Serio. – Jack wzruszyła ramionami obronnym gestem. Nie przemyślała tej rozmowy. Teraz Genevieve opowie wszystkim i jeszcze zorganizują dla niej jakąś imprezę charytatywną.

– Spoko. – Genevieve opadła z powrotem na kanapę.

– Mój tata robi to na okrągło. Zwłaszcza gdy jakiś jego film okazuje się klapą. – Z wprawą wbiła korkociąg w środek korka zacnego Bordeaux L’Evangile rocznik 1980, wyciągnęła go i szczodrze nalała trunku do wciąż niedopitego kieliszka Jack.

– Jak myślisz, dlaczego moja mama grała matkę Tori Spelling w dziesięciu filmach telewizyjnych? Boże, faceci potrafią być takimi dupkami, wiesz? – Wzruszyła ramionami ze współczuciem. – Nie rozumiem tylko, dlaczego musiałaś robić z tego przed nami wielką tajemnicę. Co, myślałaś, że cię spławimy z powodu twojego ojca palanta? – Genevieve nachyliła się i objęła Jack. Przyjaciółka z wdzięcznością odwzajemniła uścisk. Cycki Genevieve były naprawdę ogromne. Obejmując ją, Jack czuła się tak, jak gdyby obejmowała panią McFadden, nauczycielkę geometrii w dziewiątej klasie, której biust, przeczący prawom grawitacji, stanowił zawsze przedmiot spekulacji. Jack załkała. Jak miło było poczuć choć raz, że ktoś się o nią troszczy.

– O Boże. – Genevieve, odsuwając się, przewróciła oczami z irytacją. – Tylko mi tu nie histeryzuj. – Czknęła i walnęła butelką w stół. Jack uśmiechnęła się z ulgą, starając się nie szczerzyć za szeroko. Nie chciała wyjść na aż taką frajerkę.

– Chodźmy do miasta i napijmy się naprawdę. W okolicy jest cała masa tanich knajp. Czasem trzeba zabalować wśród plebsu. – Genevieve ściągnęła sweter i przyjrzała się w lustrze swojemu odzianemu w koszulkę Cosabella odbiciu. – Totalna tandeta. – Kiwnęła radośnie głową swojemu odbiciu.

 

Jack się zastanawiała. Wyjście na miasto mogło być zabawne, nawet jeśli będzie to tylko jakaś fatalna knajpa z brudną podłogą.

– Jasne – zgodziła się.

Gdy tylko wyszły z domu, grupka robotników na rogu zagwizdała za nimi.

– Dupki. – Genevieve wystawiła język i uniosła środkowy palec, ale wyglądała na zadowoloną. Jack kiwnęła bez słowa głową, choć ich gwizdy i okrzyki były muzyką dla jej uszu. Czuła, że odzyskuje pewność siebie. Mogła mieć beznadziejną rodzinę i sytuację mieszkaniową, ale była w Nowym Jorku. To miasto należało do niej. Tutaj zawsze mogła liczyć na flirtujących barmanów polewających darmowe drinki.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?