Plotkara. Tak jak lubięTekst

Z serii: Plotkara #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Plotkara. Tak jak lubię
Plotkara. Tak jak lubię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Plotkara. Tak jak lubię
Plotkara. Tak jak lubię
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily von Ziegesar

Plotkara 5: Tak jak lubię

Saga

Powieść autorstwa Cecily von Ziegesar

Plotkara 5: Tak jak lubię

Tytuł i data wydania oryginału:

Gossip Girl #5: I Like It Like That, 2004

Tłumaczenie z języka angielskiego: Małgorzata Strzelec


Opublikowano w porozumieniu z Rights People, London

Na licencji Alloy Entertainment, LLC

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2020 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726535907

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont

Żadna plotka nie umiera do końca,

jeżeli powtórzy ją wielu ludzi:

to też jest rodzaj nieśmiertelności.

Hezjod, ok. 800 r. p.n.e.

hej, ludzie!

plotbra.net 1

tematy wstecz dalej wyślij pytanie odpowiedź

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

Dziękuję wam wszystkim za to, że przyszliście na moją imprezę w zeszłym tygodniu. Napisałabym wcześniej, ale szczerze mówiąc, aż tyle czasu potrzebowałam, żeby dojść do siebie. Wiem, że to szalony pomysł: urządzać imprezę w poniedziałek, ale prawda, że dzięki temu reszta tygodnia przeleciała błyskawicznie?! Pewnie wciąż się zastanawiacie, czy byłam tą chudą blondynką w szmaragdowych szpilkach od Jimmy’ego Choo, czy tym wysokim czarnoskórym facetem z szafirowymi sztucznymi rzęsami. To takie słodkie, że przynieśliście mi prezenty – zwłaszcza tego prześlicznego pudelka – chociaż nawet nie wiecie, kim jestem! Prawda jest taka, że właściwie stałam się międzynarodową kobietą zagadką, więc na razie zachowam swoją tożsamość dla siebie, choćby nie wiem jak was to frustrowało. Potraktujcie to jak coś, co oderwie waszą uwagę od wlokących się dni czekania na informację, czy dostaliście się do college’u; jak puzzle do poskładania w czasie gorzkich, marcowych tygodni stresów i nudy. Ale tak naprawdę wcale nie potrzebujemy odmiany. Mamy mnóstwo przyjemności – bajeczne ubrania od projektantów, ogromne apartamenty przy Upper East Side z obsługą, mnóstwo „wiejskich” domków i wakacyjnych kurortów, karty kredytowe bez limitu, piękne brylanty, supersamochody (chociaż większość z nas nie ma jeszcze prawa jazdy) i ślepo kochających rodziców, którzy pozwalają nam na absolutnie wszystko, dopóki nie przynosimy wstydu rodzinie. Poza tym ferie wiosenne już tużtuż – wreszcie będziemy mieli mnóstwo czasu na zajęcia dodatkowe.

Na celowniku

S spaceruje po Madison Avenue i dorysowuje wąsy na swoich prześlicznych zdjęciach reklamowych nowych perfum Lesa Besta, Łez Sereny. B u Sigersona Morrisona przy Prince Street zaspokaja swoje fetyszystyczne potrzeby, kupując kolejne buty. N wyrzuca reklamówkę pełną bibułek, niedopałków, fajek wodnych, fifek i zapalniczek do kosza na śmieci przy Osiemdziesiątej Szóstej. D późnym wieczorem pali papierosy na stacji metra na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i Broadwayu. Prowokuje straż miejską, żeby go aresztowała, i zdobywa w ten sposób mnóstwo nowego materiału do swoich wierszy. J z nową najlepszą przyjaciółką E i swoim chłopakiem L pałętają się w okolicach galerii sztuki wChelsea – cholernie wyrafinowana rozrywka jak na dziewiątoklasistów. Czekajcie, właściwie to on może już chodzić do dziesiątej – czy ktoś tak naprawdę wie coś o tym chłopaku? V i jej szalejąca starsza siostra wyrzucają torby ze śmieciami na chodnik przed swoim domem w Williamsburg. Wiosenne porządki? A może ciało D pocięte na kawałki? Fuj! Przepraszam, to było obrzydliwe.

Wasze e-mail e

 

 P: Droga Plotkaro!

 

 zaczyna mnie to denerwować, że nigdy nie powiesz, kim jesteś. kim jesteś? no bo naprawdę chciałbym cię poznać. kto wie, może już cię znam! jak na razie, wydaje mi się, że przyznałaś się do jednego – że chodzisz do klasy maturalnej w constance. zgadza się? ciekafski

 

 O: Drogi ciekafski!

 

 Nie zamierzam z marszu, teraz zaraz, dać ci swojego adresu domowego. Nawet ci nie powiem, w której klasie się uczę. Gdybyś był dość wyluzowany, żeby zjawić się na mojej imprezie, to może byś mnie poznał. Chociaż zwykle nie sposób przecisnąć się do mnie z powodu mojej... świty i trudno mnie w ogóle dojrzeć. Ale nie trać ciekawości. Może w końcu mnie poznasz.

 

 P

 

 P: Droga P!

 

 Naprawdę jesteś taka zabójcza? Bo jeśli nie, to będzie ci naprawdę ciężko, gdy w końcu wszyscy się dowiedzą, kim jesteś. Będą mówić „jeszcze jedna zawistna brzydula”! rozważny

 

 O: Drogi rozważny!

 

 Nawet się nie dowiesz, co to naprawdę znaczy „zabójcza”, póki mnie nie poznasz, a najpewniej nigdy mnie nie poznasz...

 

 P

A teraz o TYM, co niektóre z nas gryzie w głębi ducha...

Stracić dziewictwo przed pójściem do college’u czy nie?

Zrobimy coś z tym fantem teraz? Z chłopakiem, którego znamy od lat? Czy uwiniemy się z tym przed feriami wiosennymi? Albo przed wakacjami? Czy raczej ulokujemy się w naszych akademikach tak, jak jesteśmy: pewne siebie, lecz niewinne, gotowe stracić dziewictwo z pierwszym lepszym studentem, który rzuci kusząco „A może byśmy...”? Może powinnyśmy posłuchać naszych matek i starszych sióstr, które mówią „poczekaj, aż nadejdzie właściwy czas”, cokolwiek to znaczy. Oczywiście, niektóre z nas rozwiązały ten problem wieki temu i zamierzają skoncentrować się w czasie studiów na istotniejszych sprawach, na przykład geologii albo Freudzie. Nie. Spójrzmy prawdzie w oczy, nawet jeśli już nie jesteś dziewicą, znowu się nią poczujesz, gdy tylko przekroczysz próg akademika. I to jest piękne.

Jeszcze raz dziękuję za prezenty! Ogromniaste buziaki – jesteście super!

Wiem, że mnie kochacie.

plotkara

nie ma jak w domu

A właściwie to na którą wyspę jedziemy? – zapytała matkę Blair Waldorf.

Eleanor Waldorf Rose siedziała na brzegu łóżka Blair i patrzyła, jak córka szykuje się do szkoły. Rozmawiały o feriach wiosennych.

– Na Oahu, kochanie. Myślałam, że ci mówiłam. Jedziemy do tego ośrodka na północnym wybrzeżu, żeby chłopcy mogli pouczyć się surfować.

Eleanor położyła dłonie na swoim ciężarnym brzuchu. To był już prawie siódmy miesiąc. Zmarszczyła brwi, patrząc na kremową tapetę, jakby próbowała odczytać preferencje przyszłego potomka co do koloru tapety. Termin wypadał w czerwcu, a zaraz potem Blair miała wyjechać do college’u. Dzisiaj Eleanor planowała omówić z dekoratorem wnętrz plany przerobienia sypialni Blair na pokój dziecięcy dla przyszłej córeczki.

– Ale ja już byłam na Oahu – jęknęła boleśnie Blair.

Od tygodni wiedziała, że na ferie wiosenne wyjeżdżają na Hawaje, ale do tej pory nie pomyślała, żeby zapytać gdzie konkretnie. Kopniakiem zamknęła szufladę antycznej, mahoniowej komody. Stanęła przed wysokim lustrem zamontowanym na drzwiach szafy i zaczęła się stroić. Krótko przystrzyżone ciemne włosy precyzyjnie zmierzwiła. Biały, kaszmirowy sweter miał mocno wycięty dekolt i prawie odsłaniał rowek między piersiami, ale nie aż tak, żeby pani M., dyrektorka szkoły, odesłała ją do domu, wymyślając od zdzir. Nowe turkusowe pantofle na płaskim obcasie od Sigersona Morrisona wyglądały tak fantastycznie na gołych stopach, że postanowiła nie zakładać rajstop, chociaż marzec był wyjątkowo zimny i wiedziała, że odmrozi sobie tyłek.

– Chcę jechać w nowe miejsce – dodała, wydymając wargi do lustra, żeby nałożyć drugą warstwę błyszczyku od Chanel.

– Wiem, pączuszku.

Matka zsunęła się z łóżka i przykucnęła, żeby przyjrzeć się gniazdku elektrycznemu w listwie przypodłogowej pod oknem. Kontakt wyglądał na wyjątkowo niebezpieczny. Kiedy już skończy przerabiać pokój, wezwie kogoś, kto zabezpieczy cały dom z myślą o dziecku.

– Ale nigdy nie byłaś na północnym wybrzeżu. Aaron mówi, że to najlepsze miejsce na świecie do surfowania.

Ku przerażeniu Blair, matka miała na sobie beżowe, welurowe spodnie od dresu z napisem Smakowita na pupie. To się nazywa brak wyczucia!

– Czy ja już przestałam dla was istnieć? – zapytała ostro Blair. Wyciągnęła z szafy błękitną sakwę z jagnięcej skórki od Diora i wrzuciła do niej rzeczy do szkoły. – Najpierw odbierasz mi mój własny pokój, a teraz nie mam nic do powiedzenia na temat wakacji?

– Chłopcy właśnie kupują sprzęt do surfowania na wyjazd. Może byś zerknęła szybko na komputer Aarona i sprawdziła, czy czegoś nie potrzebujesz – odparła niezbyt przytomnie matka. Chodziła teraz na czworakach i sprawdzała z poziomu dziecka, jakie jeszcze niebezpieczeństwa kryją się w sypialni. – Wiesz, myślałam o morelowym jako przeważającym kolorze. Żeby było dziewczęco, ale bez zbytniej różowości. Ale teraz sobie myślę, że limonkowy jest chyba ładniejszy. Odcień cykorii.

 

Blair miała tego dość. Nie chciała jechać na północne wybrzeże Oahu, nie miała ochoty kupować sprzętu do surfingu, nie chciała rozmawiać o kolorach do kretyńskiego pokoju dziecięcego i zdecydowanie nie zamierzała choćby chwilę dłużej patrzeć na słowo „smakowita” wypisane na szerokim jak szafa tyłku swojej ciężarnej matki. Spryskała się jeszcze tylko ulubionymi perfumami Marca Jacobsa i wyszła, nie mówiąc nawet do widzenia.

– Ej, Blair. Chodź tu na minutkę! – wrzasnął jej siedemnastoletni przyrodni brat, gdy przechodziła obok jego sypialni.

Blair zatrzymała się i zajrzała do pokoju. Aaron i jej dwunastoletni brat, Tyler, siedzieli na jednym, ekologicznym krześle przy biurku, jak przystało na kochających się braci, i zamawiali w internecie sprzęt do surfowania, korzystając z karty kredytowej Cyrusa Rose. Tyler przestał się czesać, bo chciał zapuścić dredy tak jak Aaron, przez co wyglądał, jakby dostał jakiegoś wstrętnego grzyba na głowie. Blair nie mogła uwierzyć, że nim wyjedzie do college’u, będzie musiała dzielić z nimi ten pokój. Narzuta z konopnego włókna na łóżku Aarona i dywan z naturalnej trawy morskiej były zawalone starymi okładkami płyt reggae, butelkami po piwie i brudnymi ubraniami. W pokoju śmierdziało ziołowymi papierosami i tymi odrażającymi sojowymi hot dogami, które jedli na surowo.

– Jaki nosisz rozmiar? – zapytał Aaron. – Możemy zamówić ci piankę. Dzięki temu nie poobcierasz się o deskę.

– Mają je w fajnych kolorach – dodał z entuzjazmem Tyler. – Jaskrawozielone i tego typu.

Blair w życiu nie włożyłaby niczego jaskrawozielonego, nie mówiąc już o piance.

Wargi zadrżały jej ze zgrozy pomieszanej z przytłaczającą rozpaczą. No proszę, jest za kwadrans ósma rano, a ona już prawie się popłakała.

– Mam! – wykrzyknął radośnie za jej plecami odrażający ojczym, Cyrus Rose.

Wytoczył się niezgrabnie z sypialni, ubrany tylko w czerwony, jedwabny szlafrok, niepokojąco luźno związany. Jego szczeciniaste, siwe wąsy wymagały przycięcia. Twarz miał błyszczącą i czerwoną. Pomachał do Blair ogromnymi kolorowymi kąpielówkami. Pomarańczowe, z wzorkiem w małe, niebieskie rybki, mogłyby wyglądać całkiem ładnie na każdym, tylko nie na nim.

– Uwielbiam je. Chłopcy zamówią mi koszulkę z pianki pod kolor! – oświadczył wesoło.

To wystarczyło, żeby doprowadzić Blair do łez. Spędzi ferie wiosenne, patrząc, jak Cyrus robi z siebie idiotę na desce w tych pomarańczowych kąpielówkach i równie pomarańczowej piance. Uciekła chyłkiem do przedpokoju, wyciągnęła z szafy płaszcz i pobiegła, żeby spotkać się z najlepszą przyjaciółką. Miała nadzieję, że Serena coś wymyśli, żeby ją podnieść na duchu.

O ile to w ogóle było wykonalne.

przebłysk geniuszu u S

Serena van der Woodsen sączyła latte i patrzyła ponuro spod zmrużonych powiek. Przycupnęła jak zwykle na schodach Metropolitan Museum of Art. Jej bujne jasnoblond włosy wysypywały się spod kaptura białego kaszmirowego płaszcza i rozsypywały na ramionach. O, znowu jest! Reklama Łez Sereny na boku autobusu M102. Właściwie nie miałaby nic przeciwko temu zdjęciu. Podobało jej się, jak zimny wiatr targał jej żółtą sukienką, odsłaniając opalone na St. Barts kolana. I chociaż miała na sobie tylko sandały i letnią sukienkę w środku lutego w Central Parku, wyretuszowali gęsią skórkę, która wyskoczyła jej na rękach i nogach. Podobało jej się nawet to, że nie użyła szminki, więc jej idealnie pełne usta wyglądały na trochę spierzchnięte i zsiniałe. Tylko te łzy w wielkich, ciemnoniebieskich oczach jej się nie podobały. Oczywiście to ze względu na nie Les Best nazwał nowe perfumy Łzami Sereny. Jednak Serena naprawdę wtedy płakała, bo tego dnia – nie: dokładnie w tej minucie – zerwał z nią Aaron Rose. A była w nim zakochana co najmniej przez tydzień, nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Teraz męczyła ją myśl, że skoro zerwali, nie ma już nikogo, kogo mogłaby kochać, i nikogo, kto by ją kochał. I przez to znowu chciało jej się płakać.

Oczywiście zakochiwała się w prawie każdym chłopaku, którego poznała, i każdy chłopak na świecie zakochiwał się po uszy w niej. Trudno, żeby było inaczej. Ale ona chciała, żeby ktoś ją kochał całkowicie i bez pamięci, żeby poświęcał jej całą uwagę. To rzadki rodzaj miłości. To prawdziwa miłość. Nigdy takiej nie zaznała.

Ogarnęło ją nietypowe dla niej przygnębienie i melancholia. Wyjęła gauloises’a z wymiętej torebki z czarnego sztruksu. Zapaliła papierosa i patrzyła, jak się żarzy.

– Czuję się brzydka jak ta pogoda – mruknęła, ale w tej samej chwili rozpromieniła się na widok najlepszej przyjaciółki, Blair, idącej w jej stronę po schodach. Podniosła drugi kubek latte, którą specjalnie dla niej kupiła, wstała i podała kawę przyjaciółce.

– Zabójcze buty – zauważyła, podziwiając najnowszy zakup Blair.

– Możesz je pożyczyć – zaproponowała Blair wspaniałomyślnie. – Ale zabiję cię, jeśli je czymś zabrudzisz. – Pociągnęła Serenę za rękaw. – Chodź, bo się spóźnimy.

Spacerkiem zeszły po schodach i ruszyły Piątą Aleją w stronę szkoły. Po drodze sączyły kawę. Zimny porywisty wiatr szalał wśród nagich gałęzi drzew Central Parku, przyprawiając dziewczyny o dreszcz.

– Jezu, strasznie zimno – syknęła Blair. Włożyła wolną dłoń do kieszeni płaszcza Sereny, tak jak to robią najlepsze przyjaciółki. – No więc... – Chciała dać upust emocjom. Zapanowała nad łzami, ale głos nadal jej drżał. – Nie dość, że moja matka w kółko głaszcze się po brzuchu, to jeszcze dzisiaj przychodzi dekorator wnętrz, żeby przerobić mój pokój na żłobek w kolorze cykorii i gówna!

Nagle tęsknota za prawdziwą miłością wydała się Serenie trywialna. Ona nie miała rozwiedzionych rodziców, jej ojciec nie okazał się gejem, a matka nie zaszła w ciążę w nieprzyzwoicie średnim wieku. I to nie Serena miała przyrodniego brata, który najpierw by się zakochał w niej, a potem w jej najlepszej przyjaciółce, a na koniec obie je spławił. I nikt jej nie wyrzucał z własnego pokoju. Co więcej to nie ona wciąż była dziewicą w wieku siedemnastu lat, nie ona pocałowała faceta z komisji rekrutacyjnej z Yale i nie ona omal nie straciła dziewictwa z absolwentem Yale, który miał przeprowadzić z nią rozmowę kwalifikacyjną, co prawdopodobnie przekreśliło wszelkie szanse na dostanie się do wymarzonego college’u. Kiedy się nad tym wszystkim zastanowiła, to doszła do wniosku, że w porównaniu z Blair wiedzie cudowne życie.

– Ale dostaniesz pokój Aarona, nie? Odnowili go dla niego, jest całkiem ładny.

– Zasłony z konopi i przyjazne naturze meble z miłorzębuszydziła Blair. – Poza tym Aaron to idiota. To on wymyślił, żebyśmy pojechali na ferie na Oahu.

Według Sereny Oahu nie brzmiało wcale tak źle, ale nie zamierzała spierać się z Blair, kiedy ta była w złym nastroju i mogła jej wydrapać oczy. Przeszły Osiemdziesiątą Szóstą na czerwonym świetle. Wpadając na siebie, umykały przed taksówkami

1cudem uniknęły rozjechania. Gdy doszły do chodnika, Serena nagle się zatrzymała. Jej błękitne oczy rozbłysły.

– Ej! A może wprowadzisz się do mnie?!

Blair przykucnęła, rozmasowując przemarznięte gołe łydki.

– Możemy iść dalej? – burknęła.

– Mogłabyś mieszkać w pokoju Erika – ciągnęła podekscytowana Serena. – I możesz całkowicie olać Oahu i pojechać z nami na narty do Sun Valley!

Blair wstała, dmuchnęła w kawę i mrużąc oczy, spojrzała poprzez parę na przyjaciółkę. Odkąd Serena wróciła ze szkoły z internatem, Blair nie mogła jej ścierpieć, ale czasami ją uwielbiała. Wzięła ostatni łyk latte i rzuciła do połowy pełny kubek z kawą do kosza.

– Pomożesz mi się przenieść po szkole?

Serena wzięła Blair pod rękę i szepnęła jej do ucha:

– Wiesz, że mnie kochasz.

Blair uśmiechnęła się i oparła głowę, ciężką od zmartwień, na ramieniu Sereny. Skręciły w Dziewięćdziesiątą Trzecią. Raptem ze trzysta metrów dalej znajdowały się błękitne, królewskie podwoje prowadzające do szkoły dla dziewcząt Constance Billard. Przed wejściem kręciły się dziewczyny w szarych, plisowanych spódniczkach, uczesane w kucyki i plotkowały o nadchodzącej niesławnej parze z najstarszej klasy.

– Słyszałam, że po tej reklamie perfum Serena podpisała fantastyczny kontrakt jako modelka. Ma zamiar sprowadzić swoje dziecko z Francji. No wiecie: to, które urodziła przed powrotem do Nowego Jorku. Wszystkie supermodelki mają dziecićwierkała Rain Hoffstetter.

– Słyszałam, że ona i Blair zamierzają wynająć mieszkanie w centrum i razem wychowywać dziecko zamiast iść do college’u. Blair postanowiła nigdy nie uprawiać seksu z facetem, a jak widać Serena ma go już dość na resztę życia. Tylko spójrzcie na nie – wyrzuciła z siebie Laura Salmon.

– Pewnie uważają to za jakąś wielką deklarację feminizmu czy coś w tym stylu – zauważyła Isabel Coates.

– Aha, ciekawe jak się będą czuły, gdy rodzice się ich wyrzekną – stwierdziła Kati Farkas.

Zadzwonił pierwszy dzwonek.

– Hej – rzuciły Blair i Serena, przechodząc koło koleżanek.

– Świetne buty – zaświergotały w odpowiedzi Rain, Laura, Isabel i Kati, chociaż tylko Blair miała nowe pantofle.

Serena nosiła te same co zwykle, zdarte, sznurowane kozaki z brązowego zamszu. Nosiła je od października. Blair zawsze miała najlepsze buty i najlepsze ciuchy, a Serena i tak zawsze wyglądała prześlicznie, nawet w postrzępionych, poprzypalanych papierosami ubraniach z internatu. To był kolejny powód, żeby nie cierpieć tej pary. Albo żeby ją uwielbiać – zależy od tego, kim jesteś i jakie masz samopoczucie.

jedyny nienajarany w drużynie lacrosse’a

Mam!

Nate Archibald zakręcił rakietą do lacrosse’a nad głową, przejął piłkę i po mistrzowsku przerzucił ją do Charliego Derna. Zaczerwienione policzki miał umazane ziemią, a złocistobrązowe loki zmatowiały mu od potu i kawałków uschniętej trawy z Central Parku, dzięki czemu wyglądał jeszcze seksowniej od najseksowniejszych modeli z katalogu Abercrombie & Fitch. Zadarł koszulę, żeby otrzeć pot zalewający zielone oczy, i nawet gołębie, które przysiadły na pobliskim drzewie, zagruchały z przyjemnością na ten widok. Dziewczyny z młodszych klas z Seaton Arms patrzyły z linii bocznych i chichotały podekscytowane.

– Jej! Musiał w więzieniu nieźle pakować – westchnęła jedna.

– Słyszałam, że rodzice wysyłają go po skończeniu szkoły na Alaskę do fabryki konserw z tuńczyka – odparła jej przyjaciółka. – Boją się, że w college’u wróci do sprzedawania narkotyków.

– Słyszałam, że ma bardzo rzadką chorobę serca. Musi palić trawkę, żeby nie dostać ataku – wyjaśniła inna. – To właściwie całkiem fajna sprawa.

Nate, nieświadomy niczego, wyszczerzył zęby w uśmiechu i dziewczyny jak na komendę zamknęły oczy, żeby nie paść z wrażenia. Boże, Nate! Chodzący ideał!

To był początek sezonu i nie wyznaczono jeszcze kapitana drużyny, więc chłopcy starali się jak nigdy. Po krótkiej rozgrzewce trener Michaels poprosił, żeby przez chwilę poćwiczyli rzuty z wolnego. Nate ćwiczył ze swoim kumplem, Jeremym Scottem Tomkinsonem, gdy usłyszał dobiegający ze stosu płaszczy i kurtek dzwonek swojej komórki. Dał znak Jeremy’emu i pobiegł odebrać telefon.

Georgina Spark, od kilku tygodni dziewczyna Nate’a, przebywała obecnie w ekskluzywnym ośrodku odwykowym dla narkomanów i alkoholików w swoim rodzinnym miasteczku Greenwich, w Connecticut. Pozwalano jej dzwonić tylko w określonych godzinach, a rozmowy monitorowano. Kiedy ostatnim razem Nate nie odebrał, była tak rozczarowana, że znowu złapała fazę i potem znaleziono ją na dachu kliniki. Żuła gumę Nicorette i wąchała zmywacz do paznokci, które ukradła pielęgniarce z torebki.

– Dyszysz – zauważyła nieśmiało Georgie. – Myślałeś o mnie?

– Mamy trening lacrosse’a – wyjaśnił. Trener Michaels splunął głośno na trawę, raptem krok od niego. – Ale chyba zaraz kończymy. Dobrze się czujesz?

Jak zwykle Georgie zignorowała to pytanie.

– Och, Nate, jesteś taki wysportowany, zdrowy i wolny od całej tej chemii! Uwielbiam to. A ja siedzę w tym więzieniu i usycham z tęsknoty za tobą. Jak księżniczka z bajki.

Albo i nie z bajki.

Kilka tygodni temu Nate’a zgarnęła policja, gdy kupował torebkę trawy w Central Parku. Wysłano go na leczenie do Wyzwolenia w Greenwich i tam na terapii grupowej poznał Georgie. Pewnego wieczoru zaprosiła Nate’a do swojej posiadłości. Ujarali się razem, a potem dziewczyna zniknęła w łazience, gdzie nawpychała się leków na receptę. Zaraz po tym straciła przytomność. Padła na łóżko w samej bieliźnie. Nate nie miał wyboru: musiał zadzwonić do ludzi z Wyzwolenia, żeby ją zabrali. Od tego czasu chodzili ze sobą.

 

Mocno zakręcona ta bajeczka.

– Dzwonię, bo... – zamruczała Georgie.

Koledzy z drużyny kręcili się koło Nate’a. Zabierali płaszcze i żłopali gatorade z butelek. Trening się skończył. Trener splunął flegmą tuż koło czubka butów Nate’a i wycelował wykrzywiony palec wskazujący w jego stronę.

– Muszę kończyć – powiedział Nate do Georgii. – Trener chyba chce mi powiedzieć, że wyznacza mnie na kapitana drużyny.

– Kapitan Nate! – pisnęła do słuchawki. – Mój śliczny kapitan!

– Zadzwonię później, dobra?

– Czekaj no, czekaj! Chciałam ci powiedzieć, że uprosiłam matkę, żeby mi załatwiła przepustkę z kliniki. Jakoś zdołała ich przekonać, wypuszczą mnie na ferie! Wychodzę w sobotę, ale muszę być pod opieką kogoś dorosłego albo odpowiedzialnego, więc na ferie wiosenne pojedziemy do domku narciarskiego mojej matki w Sun Valley, dobra? Jedziesz?

Trener Michaels warknął coś do Nate’a i oparł ręce na biodrach. Nate nie musiał się długo zastanawiać nad pytaniem Georgie. Sun Valley zapowiadało się o niebo lepiej od letniego domu w Mt. Desert, w Maine.

– Jasne, że jadę. Zdecydowanie. Słuchaj, muszę kończyć.

– Hura! – pisnęła Georgie. – Kocham cię – dodała chrapliwym głosem i rozłączyła się.

Nate rzucił telefon na swój granatowy wełniany płaszcz od Hugo Bossa i roztarł energicznie dłonie. Reszta drużyny poszła już do domu.

– O co chodzi, trenerze?

Trener Michaels podszedł do niego, pokręcił głową i głośno pociągnął nosem.

Fuj.

– W zeszłym roku, kiedy Doherty rozchrzanił sobie kolano, prawie wyznaczyłem cię na kapitana drużyny. – Trener znowu splunął i pokręcił głową. – Dobrze, że tego nie zrobiłem.

Ooo.

Nate z nadzieją uśmiechnął się leciutko.

– Dlaczego?

– Bo ty się nie nadajesz na kapitana, Archibald! – warknął trener. – Spójrz na siebie. Gawędzisz sobie przez telefon jak jakiś laluś, podczas gdy reszta drużyny jest jeszcze na boisku. Poza tym przymknęli cię za trawkę, nie myśl, że nie słyszałem. – Burknął coś pod nosem. – Nie jesteś typem przywódcy, Archibald. – Znowu splunął i odwrócił się do Nate’a plecami. Wsadził dłonie do kieszeni czerwonej parki Land’s End i zaczął odchodzić. – Jesteś jednym wielkim, śmierdzącym rozczarowaniem.

– Ale ja nie palę już od... – zawołał za nim Nate. Jego głos rozpłynął się na wietrze.

Niebo było stalowoszare, nagie gałęzie drzew skrzypiały i jęczały. Nate stał samotnie na suchej, marcowej trawie, trzymając rakietę do lacrosse’a i lekko drżąc z zimna. Jego ojciec był kiedyś kapitanem marynarki, więc Nate przyzwyczaił się do tyrad nadętych staruchów, którzy lubią innymi pomiatać. Ale mimo wszystko to skandal, że według trenera on, jedyny, który w tej drużynie nie pali trawy, nie nadaje się na kapitana. Facet nawet nie dał mu szansy się wytłumaczyć.

Schylił się i podniósł płaszcz. Gdyby teraz był najarany, uśmiechnąłby się spokojnie, wysłuchawszy zarzutów, i zapaliłby skręta. A tak zarzucił płaszcz na ramiona, pokazał środkowy palec plecom trenera i powlókł się przez ciemniejącą łąkę w stronę Piątej Alei.

Charlie, Jeremy i Anthony Avuldsen czekali na niego przy ścieżce wychodzącej z parku. Anthony, piegowaty blondyn z przystrzyżoną bródką, tak dużo palił, że w ogóle nie mógł grać, tylko od czasu do czasu pozwalał sobie na mały mecz piłki nożnej w parku. Mimo to zawsze czekał na kumpli po treningu z gotowymi skrętami i szerokim uśmiechem na twarzy. Powoli wyszli z parku na Piątą Aleję.

– Ej, gościu, wyznaczył cię na kapitana, nie? – zapytał Charlie. Głos mu się łamał jak zawsze po trawie, czyli praktycznie przez cały czas.

Nate wyjął z rąk Charliego niebieską butelkę gatorade i pociągnął łyk. Chociaż to byli jego najlepsi kumple, nie miał zamiaru im powiedzieć, co się stało.

– Trener mi zaproponował, ale odmówiłem. No bo właściwie jestem pewny, że już mnie przyjęli do Brown, więc nie potrzebuję w podaniu notatki, że byłem kapitanem drużyny. I tak pewnie opuściłbym parę meczów w weekendy, które spędzałbym z Georgie w Connecticut. Powiedziałem trenerowi, żeby wybrał kogoś z młodszej klasy.

Chłopcy unieśli brwi z zaskoczenia i podziwu.

– Jezu, gościu – sapnął Jeremy. – Jesteś wielki.

Nagle Nate poczuł przypływ emocji, tak jakby rzeczywiście powiedział trenerowi, żeby wybrał na kapitana kogoś młodszego. Tak, to rzeczywiście byłaby wielka rzecz.

– No cóż...

Uśmiechnął się zakłopotany i zapiął płaszcz. Najpierw nałgał, że trener wybrał go na kapitana, a teraz jeszcze kłamał na temat Brown. Fakt, że jego ojciec się tam uczył, a jemu oczywiście rewelacyjnie poszło na rozmowie, ale potem na każdy egzamin przychodził ujarany po uszy i od ósmej klasy na wszystkich wypadał tak samo, więc jego oceny i punkty były, delikatnie mówiąc, marne.

– Trzymaj. – Anthony podał mu żarzącego się skręta. Nie był w stanie pamiętać, że Nate rzucił palenie. – Kubańska. Kupiłem od kuzyna, który jeździ do Rollins na Florydzie.

Nate machnął odmownie ręką.

– Muszę napisać pracę – powiedział. Odwrócił się od reszty i skręcił do domu.

Trudno przyzwyczaić się do trzeźwości. Myśli miał teraz takie klarowne, że prawie go bolały. Nagle pojawiło się tyle rzeczy, na którymi trzeba się zastanowić.

Rany...