Plotkara. Nie zapomnij o mnieTekst

Z serii: Plotkara #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Plotkara. Nie zapomnij o mnie
Plotkara. Nie zapomnij o mnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Plotkara. Nie zapomnij o mnie
Plotkara. Nie zapomnij o mnie
Audiobook
Czyta Zuzanna Puławska
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cecily von Ziegesar

Plotkara 11: Nie zapomnij o mnie

Saga

Na świecie jest tylko jedna rzecz gorsza od tego, gdy o nas mówią, a mianowicie, gdy o nas nie mówią.

Oscar Wilde

hej, ludzie!

plotkara.net 1

tematy ! wstecz dalej " wyślij pytanie odpowiedź

Wszystkie nazwy miejsc, imiona i nazwiska oraz wydarzenia zostały zmienione lub skrócone, po to by nie ucierpieli niewinni. Czyli ja.

Wreszcie nadszedł sierpień i wiecie, co to znaczy: w Nowym Jorku robi się gorąco, bardzo gorąco – to oficjalne oświadczenie! Nie żebym osobiście coś o tym wiedziała. Ja i moi przyjaciele spędziliśmy ostatni miesiąc, ukrywając się w naszych malowniczych domkach na plaży pośród wydm Montauk i w małych wiejskich chatkach przy Gin Lane w Southampton – a mówiąc „mały”, rzecz jasna mam na myśli osiem sypialni i pięć łazienek – przesiąkając letnim słońcem i zażywając bain de soleil.

Więc kim jesteśmy? Skoro naprawdę nie wiecie, to pojawia się inne pytanie: gdzie wy, kochani, się podziewaliście? To my jesteśmy dziewczynami w batikowych plażówkach Marni, które leczą kaca drinkami z szampanem Veuve Clicquot i chowają twarze pod słomkowymi kapeluszami z szerokim rondem Hampton Classic. To my jesteśmy tym tłumem kąpiącym się nago o świcie przy Main Beach. To my wstajemy o drugiej po południu i kładziemy się o szóstej rano; kto ma czas na sen, kiedy jest tyle imprez nad basenami, na które trzeba wpaść? To nas uwielbiacie obserwować – nie wspominając już o obgadywaniu. I jesteśmy w najlepszej letniej formie. Ale lato prawie się kończy i w powietrzu wyczuwa się zmianę. Hamptons się wyludnia, elita ściąga z Europy (prywatnymi odrzutowcami, rzecz jasna), a nasi prywatni dekoratorzy już ruszyli do pracy, zbierać próbki; wybierzemy z nich wystrój naszych pokojów w akademiku. Zgadza się, oficjalnie zaczynamy odliczanie: już za dziesięć dni świeżo upieczeni absolwenci najbardziej ekskluzywnych prywatnych szkół średnich na Manhattanie ruszą do college’ów. Już wkrótce zobaczycie, jak urządzamy się w naszych pokojach na kampusach najlepszych uczelni w Nowej Anglii, a pierwsze jesienne liście będą szeleścić pod naszymi nowiutkimi, jasnobeżowymi butami Coach do konnej jazdy, gdy będziemy szli na pierwsze zajęcia o takich tematach jak: Eksploracja w romantyzmie albo Teoria chaosu. Koniec z kawą na schodach Metropolitan Museum w czasie roku szkolnego. Koniec wymykania się z francuskiego na papierosa. Koniec z drapiącymi mundurkami z domieszką poliestru… no, chyba że zamierzasz doprowadzić wszystkich chłopców z bractwa do białej gorączki, przebierając się w Halloween za uczennicę z warkoczykami.

College to czas, żeby na nowo wykreować swój wizerunek (czytaj: macie szansę, żeby udawać, że w szkole nie byliście totalnymi ofiarami losu). Ponieważ zostało trochę ponad tydzień do wyjazdu do instytucji wyższego kształcenia, musicie zastanowić się, kim będziecie. Więc jaki kolor spadochronu wybieracie, moi kochani? Wybór jest nieskończenie szeroki, ale pozwólcie, że pomogę wam wyeliminować jedną opcję: rola obserwatorki, cudnej laski plotkującej w Sieci jest już zajęta.

My zajęte jesteśmy tworzeniem nowego wizerunku, a już wkrótce pojawi się cała masa ślicznych dziewcząt w naszych szkolnych mundurkach i kaszmirowych sweterkach TSE, które po lekcjach będą przymierzać w Barneys za duże okulary przeciwsłoneczne w szylkretowych oprawkach. Trudno uwierzyć, ale już niedługo – ech – zastąpią nas chłopcy i dziewczyny, którzy uważnie obserwowali nas z daleka. Więc uznajcie, że to nasze ostatnie chwile: ostatnia szansa, żeby o świcie przejechać się po cichych ulicach Manhattanu srebrnymi range roverami LR3, które dostaliśmy na zakończenie szkoły. To nasza ostatnia szansa, żeby obudzić inwestora bankowego mieszkającego po sąsiedzku imprezami na dachach naszych domów przy Piątej Alei. Żeby wydać fortunę na torebki Chloé i szlafroki Marchesa w Bergdorf, korzystając z czarnej karty American Express taty. Och, czuję się jak w niebie… A skoro o tym mowa…

KŁOPOTY W RAJU…

Wszyscy, którzy się liczą, widzieli lub słyszeli o przedstawieniu, jaki urządziła B z N na imprezie urodzinowej S w jej domu na wsi w Ridgefield, Connecticut w zeszłym miesiącu. Ale czy tylko ja widziałam, jak tego wieczoru S siedziała nad basenem, moczyła w wodzie stopy i dłonią ocierała oczy, po tym jak B i N zniknęli na górze? Czy to były prawdziwe łzy? Moim zdaniem wydawały się bardzo podobne do pewnej reklamy perfum… A co pomyślała o ich zniknięciu wczesnym rankiem w dniu jej urodzin? B i N być może odpłynęli ku zachodzącemu słońcu – i to dosłownie: ich łódź widziana była po raz ostatni na południe od Hyannis, ale jak długo mogą zostać na morzu? Coś mi mówi, że na skąpanym w słońcu horyzoncie czai się już jakiś dramat.

…I KŁOPOTY NA WŁASNYM PODWÓRKU

Nikt nigdy nie mógł zarzucić D, że jest szczególnie barwną postacią, ale jako pierwsza pozwolę sobie zauważyć, że teraz to już chodząca tęczowa flaga. I bynajmniej nie chodzi mi o metroseksualny styl i zakupy u Thomasa Pinka – chociaż przydałoby mu się parę porządnych ciuchów w szafie – ale po prostu o całowanie się z facetami. Czy gotów jest się ujawnić? Czy ulegnie czarowi ogolonej głowy V i znowu wróci do orientacji hetero? Jeśli nie, zawsze mogę go zatrudnić do zmiany wystroju w mojej sypialni… albo lepiej nie.

Wasze e-maile

 

 P: Droga P!

 

 Byłam na legendarnej imprezie przedurodzinowej

 

 S w Rigefield w zeszłym miesiącu i mogę przysiąc, że widziałam, jak gdzieś około szóstej rano zakradła się do astona martina N i wsunęła coś do schowka na rękawiczki. No dobra, wypiłam zdecydowanie za dużo wódki z dżinem, ale to wyglądało naprawdę podejrzanie. W ręku miała chyba kopertę, ale ciekawe, co do niej włożyła. Na pewno coś niezgodnego z prawem, ale padłam, zanim mogłam sama sprawdzić. Masz jakiś pomysł?

 

 Skołowana i Nadal Skacowana

 

 O: Droga SNS!

 

 Masz prawo czuć się skołowana. Nasza słodka S co prawda randkowała z gwiazdą rocka, ale nie bawi się na imprezach jak gwiazda – przynajmniej nie ostatnio. Postawię wszystko na to, że w jej ręku widziałaś po prostu list. Więc prawdziwe pytanie brzmi, co w nim napisała? Jestem ciekawskim kotem, więc uwierzcie mi, kociaki, jak tylko się dowiem, wszystko z radością wam wymruczę.

 

 P

 

 P: Droga P!

 

 Mój ojciec jest producentem w Beverly Hills i ostatniego wieczoru puszczał roboczą kopię Śniadania u Freda w naszej prywatnej sali projekcyjnej i cóż mogę rzec… odlot! Zawsze uważałam, że S to jeszcze jedna głupiutka, błogosławiona dobrymi genami panienka z towarzystwa, ale ta dziewczyna naprawdę potrafi grać!

 

 Bachor z Beverly Hills

 

 O: Droga BBH

 

 Powiedz mi coś, czego nie wiem. Zamieszanie wokół Śniadania u Freda dotarło też już na wschodnie wybrzeże. Podsłuchałam dwóch szefów z wytwórni filmowych na koktajlu w Amagansett (nie, nie zdradzę których). Obaj zgodnie stwierdzili, że Śniadanie będzie przełomowym hitem tej jesieni. Okładka „Vanity Fair” – coś wam to mówi?

 

 P

Na celowniku

S kręci się po Nowym Jorku w wielkich czarnych okularach Chanel w złoconych oprawkach, karmi kaczki w Central Parku i sama chodzi na stare filmy do Angeliki. Wygląda na raczej samotną. Jestem pewna, że niejeden chłopak chętnie dotrzymałby jej towarzystwa… Dziesięciometrowa łódź, bardzo przypominająca „Charlotte” przybiła do nabrzeża w Battery Park z brunetką i złotowłosym chłopakiem na pokładzie. S może mieć towarzystwo szybciej, niż się spodziewa… V w Barnes & Noble na rogu Osiemdziesiątej Trzeciej i Broadwayu stoi nerwowo w kolejce z książką Pokochaj mnie, jestem gejem pod pachą. Lekka lektura na lato? Stara przyjaciółka J na lotnisku w Pradze macha na pożegnanie do kobiety w turkusowym kaftanie i z roztrzepanymi włosami, która wchodzi na pokład samolotu lecącego do Nowego Jorku. Czy to nie J miała wracać? Może to jakaś wymiana… K i I w Coran Shop na rogu Sześćdziesiątej i Pierwszej wybierają meble do akademika, które w przyszłym tygodniu zostaną wysłane do Rollins. Hm, jedna rada, dziewczęta: możecie nie mieć miejsca na tę wiśniową sofę Eames w pokoju trzy metry na trzy, chyba że planujecie spać na niej razem… Z tymi dwiema nigdy nic nie wiadomo.

No dobrze, kochani. Zmykam na basen na dachu SoHo House z ulubionymi szmatławcami z ploteczkami, żeby nacieszyć się ostatnimi dniami tego gorącego i parnego lata. Przyłączycie się? Ups, przykro mi – tylko dla stałych członków klubu. Możecie zakraść się tylnymi drzwiami. Już prawie czas na przedwyjazdowe szaleństwo zakupowe w Barneys i zamierzam mieć rewelacyjną opaleniznę z myślą o debiucie w przymierzalni. Już od miesięcy mam na oku ten wełniany sweterek Stelli McCartney w kolorze kości słoniowej. I jak wiecie, zawsze mam na oku was!

 

Wiecie, że mnie kochacie

plotkara

Nowojorski stan świadomości

Witaj Manhattanie! – zawołała wesoło Blair Waldorf, zeskakując z pokładu „Charlotte” na nabrzeże w Battery Park. Gromadka nienaturalnie opalonych dziewczyn w bikini stała obok prywatnego jachtu „Miami Mama” i piorunowała wzrokiem Blair, podczas gdy przystojna, ubrana w koszulki polo załoga wynosiła ich wypchane worki na wypłowiałe deski nabrzeża. W oddali widać było wieżowce Battery Park City. Jasne, sierpniowe słońce odbijało się w tysiącach okien. W mieście, na deptaku South Street Seaport pełno było turystów w nietwarzowych koszulkach polo w poziome pasy, z wypchanymi plecakami w neonowych kolorach oraz agresywnych rolkarzy, którzy slalomem pędzili przez tłum.

Blair oblizała czerwone i kompletnie nieumalowane usta – komu potrzebny błyszczyk, jeśli pocałunkom nie ma końca? – i zerknęła na „Charlotte”. Na pokładzie dojrzała smukłą sylwetkę Nate’a Archibalda – opalonego, bez koszulki, uśmiechającego się od ucha do ucha, z idealnymi brązowymi włosami o złotych pasemkach, z zielonymi oczami, do których idealnie pasowały odcieniem szorty żeglarskie Billabong, nisko wiszące na biodrach.

Pychota.

Blair oparła się pokusie, żeby natychmiast wrócić na pokład i zaciągnąć go na dół do niedorzecznie wręcz maleńkiej sypialni. Chociaż przez ostatni miesiąc byli ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, pijąc przez cały dzień lodowato zimne margarity z mango i tuląc się w noce parne i gorące, nadal nie miała go dość.

Poza tym, że rozkoszowali się swoim towarzystwem, zaliczyli także wymagane wizyty w portowych miasteczkach Nowej Anglii, takich jak Rockport i Camdeb, gdzie zaglądali na kubeczek tradycyjnej zupy z owoców morza. Blair nauczyła się nawet jeść ją z przyjemnością, chociaż to była ostra i bardzo słona zupa z gumowatymi kawałkami małży. No i zaliczyli kilka pełnych przygód wypadów w górę rzek i zatoczek, żeby Nate mógł poczuć się jak prawdziwy żeglarz, którym zresztą był.

Blair zamknęła oczy i wciągnęła zapach kremu do opalania Guerlaina, który nadal chronił jej skórę. Skupiła się na delikatnych ziarenkach piasku między palcami stóp i chłodnej oceanicznej bryzie owiewającej policzki. Westchnęła ze szczęścia, kiedy przypomniała sobie ostatnią noc. Leżała na maleńkim łóżku, wyciągnięta obok Nate’a ubranego w sam dół od piżamy z lekkiego, niebieskiego lnu, i zasypiała, słysząc bicie jego serca. Przeczesała rękoma zmierzwione morską bryzą włosy i patrzyła, jak Nate wiąże ostatni węzeł i zeskakuje na brzeg.

– Wyglądasz na szczęśliwą. – Objął ją w szczuplutkiej talii i schował twarz w jej ciemnych, roztrzepanych wiatrem włosach. – I chociaż raz naprawdę ładnie pachniesz.

Blair pisnęła, gdy zaczął ją łaskotać i mu się wyrwała.

– Wielkie dzięki!

Nate wyszczerzył zęby i wsunął stopy w wysłużone, czarne klapki Teva, które nosił każdego dnia na morzu.

– Szkoda, że ja nie mogę powiedzieć tego samego!

Lekko uderzyła go w ramię, marząc o miodowo-migdałowym mydle L’Occitane i szamponie Frédéric Fekkay, które czekały na nią w domu. Prysznic na „Charlotte” był tak cholernie mały, że prawie za każdym razem, gdy się obracała, waliła twarzą w szklane drzwi. Ale z przyjemnością robiła miejsce dla jeszcze jednej osoby, gdy Nate miał ochotę się przyłączyć.

Pucu-pucu, myju-myju!

Mimo mikroskopijnej łazienki Blair zrobiło się troszkę smutno, gdy Nate zarzucił na ramię jej zieloną torbę i złapał swój brudny płócienny worek z monogramem. To był najcudowniejszy miesiąc jej życia. Po kilku dniach na morzu prawie zapomniała, dlaczego tak bardzo chciała dostać się na pokład i już tam zostać – prawie zapomniała o miłosnym liście od swojej rzekomej najlepszej przyjaciółki Sereny, podrzuconym do schowka na rękawiczki astona martina, auta ojca Nate’a. Blair znalazła list, gdy Nate skoczył do łazienki w czasie postoju po drodze, przeczytała i szybciutko podarła. Teraz to już nie miało znaczenia. Była już absolutnie gotowa wybaczyć biednej, samotnej Serenie – w końcu kto by nie kochał Nate’a? Poza tym – i przede wszystkim – Serena nie miała już szansy ponownie ich rozdzielić.

Byli w sobie zakochani bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i już za dziesięć dni razem pojadą do Yale. Oczywiście Serena też tam będzie, ale ona i Nate ledwo ją zauważą, bo zrezygnują z osobnych i absolutnie niedostosowanych do scenariusza „żyli długo i szczęśliwie” pokojów w akademiku, żeby wynająć w New Haven jakiś skromny, ale elegancki dom. Jak się już urządzą, będą mogli powrócić do miłych wspomnień z „Charlotte”. Będzie się śmiała z Nate’a, że nie potrafi niczego ugotować – nie żeby ona potrafiła przygotować coś poza kawiorem na toście – a on będzie jej szykował drinka z dżinem, żeby już czekał na nią, gdy późno wróci z wykładów przygotowujących do studiów prawniczych. Będzie cudownie!

– Do ciebie czy do mnie? – zapytała ze znaczącym uśmiechem.

Szmaragdowe oczy Nate’a zabłysły w słońcu, a Blair nadąsała się leciutko, bo wiedziała, że on wtedy nie potrafi jej się oprzeć. Odwróciła się, żeby spojrzeć na wodę i zamknęła oczy, ciesząc się słońcem jak zadowolony z siebie kot.

Miau.

Nate odłożył torby i położył dłonie na gładkich, opalonych ramionach Blair. Przysunęła się do niego, a on otarł się o jej szyję, patrząc na lśniącą, błękitną wodę. Pomyślał o ostatnich tygodniach. Był taki szczęśliwy na łodzi, gdy przed nimi ciągnęły się tylko czyste, błękitne niebo i wzburzony ocean.

W kieszeni jego szortów rozległ się dzwonek i Nate aż podskoczył. Cholera! Komórka. Na morzu nie mieli zasięgu i od kilku tygodni nie słyszał, żeby to cholerstwo dzwoniło. Wyjął motorolę z pogniecionych szortów khaki i spojrzał na ekran. Dom. Cholera do kwadratu! Rozłączył się i oparł się pokusie, żeby wrzucić telefon do wody. Znowu złapał Blair za ramiona, tym razem nieco mocniej. Już zaczął się martwić nieuniknioną konfrontacją z ojcem i rozmową na temat jego przyszłości, która z powodu ostatnich niefortunnych wydarzeń nie rysowała się w jasnych barwach.

Cały czas przypominał sobie wiadomość, którą trener Michaels zostawił mu, nim Nate wszedł na pokład „Charlotte” – powtarzała się w jego głowie jak mantra. Nie dostanie dyplomu ukończenia szkoły. Yale nie wchodziło w grę. Oczywiście trener zdążył już przekazać tę nowinę ojcu Nate’a – surowemu byłemu kapitanowi marynarki. To znaczyło, że Nate nieźle zbierze, gdy tylko przekroczy próg domu. Znając tatę, pewnie przez cały miesiąc codziennie dzwonił, żeby mu nawrzucać, ale dopiero teraz mógł się z nimi połączyć. Oczywiście Nate powinien był załatwić tę sprawę już kilka tygodni temu, jednak gdy otaczał go ocean, a pod ręką miał Blair w bikini, czy mógł rozsądnie myśleć?

Nate odsunął na bok obawy związane z rodzicami i ponownie skupił się na swojej dziewczynie. Nie powiedział jej jeszcze o dyplomie – a ściślej jego braku – i niespecjalnie się do tego palił. Zastanawiał się, czy zdoła po prostu pojechać razem z nią i Sereną do New Haven, wkradać się czasem na zajęcia na temat filmu zachodniego albo aktów w malarstwie i wmawiać wszystkim, że ma mnóstwo punktów z egzaminu, więc w tym semestrze funduje sobie labę.

Laba, o tak.

Nate westchnął. Prawda tyle już czekała – co zmieni jeden dzień więcej? Zagryzł spierzchnięte usta i spróbował się skupić na tym, jak opalone i gładkie są pod jego dłońmi ramiona Blair. Chciał tylko wpełznąć do maleńkiej sypialni na „Charlotte”, wskoczyć pod prześcieradło i nigdy stamtąd nie wychodzić, może co najwyżej na skręta.

Dobrze wiedzieć, że nadal ma jasno ustawione priorytety.

– Chodźmy do ciebie – zaproponował, puszczając ją. – Myrtle robi najlepsze quesadille, a ja umieram z głodu.

Obróciła się i uśmiechnęła szeroko.

– Dobrze więc, zbierajmy się stąd, żeglarzu.

Nate wrócił na łódź, żeby zabrać resztę ich bagażu. Wskoczył na pokład, pogwizdując. Już tak długo odwlekał chwilę prawdy z kapitanem – i z Blair – więc może uda mu się odwlec ją jeszcze trochę.

Blair zsunęła ogromne, przyciemnione okulary Prady na oczy i zaczęła iść po szarych deskach molo. Sprawy nie mogły ułożyć się lepiej: ona i Nate, para, której pisane było być razem, już za dziesięć dni rusza do Yale. To zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Święta prawda.

Słodkie oblicze diabła

Serena van der Woodsen siedziała w salonie Waldorf- -Rose’ów, mając po jednej stronie matkę Blair, Eleanor Waldorf-Rose, a po drugiej Davitę Fjorde, organizatorkę przyjęć dla mieszkańców Złotej Mili na Manhattanie. Serena nie miała pojęcia, dlaczego została zaproszona do domu Blair, ale kiedy Eleanor zadzwoniła, nie bardzo mogła odmówić matce swojej tak zwanej najlepszej przyjaciółki. W końcu raptem niecały rok temu była druhną na weselu Eleanor.

– Oczywiście chcę, żeby przyjęcie było zaskakujące, cudowne i luksusowe, ale bez przesady. Nic wulgarnego.

Eleanor zmarszczyła idealny nosek i poprawiła rąbek obcisłej, brązowej spódnicy z jedwabiu od Valentino. Od urodzenia na wiosnę małej Yale była na ostrej diecie – żadnych węglowodanów i codziennie pilates. Najwyraźniej podziałało.

– Chociaż Cyrusowi strasznie spodobał się taniec brzucha na Korfu.

– Eleanor, moja droga, przestań się zamartwiać. To będzie przecudowne przyjęcie – rzuciła przeciągle Davita.

Cały czas bazgrała złotym długopisem Montblanc w oprawionym w rażąco różową skórę notatniku. Jej charakterystyczne, proste, długie do tyłka włosy w kolorze platynowy blond, gdy siedziała, sięgały prawie kościstych kolan w kabaretkach. Davita popstrykała, upuściła wypisany długopis i wyciągnęła identyczny z ogromnej, morelowej torby Marca Jacobsa, nie wypadając nawet na chwilę z rytmu.

Serena przesunęła palcami po minispódniczce, którą zrobiła sobie ze starych obciętych dżinsów Seven. Odkąd Blair i Nate odjechali w jej urodzinowy poranek ku wschodzącemu słońcu, walczyła, żeby jak zawsze być radosna. Siedzenie w salonie Blair wcale nie pomagało. Rozejrzała się po lśniącej, dębowej podłodze, ciężkich, szkarłatnych zasłonach z jedwabiu, sofie z żakardowo-jedwabnym obiciem w kolorze toffi i pomyślała o tym, że spędziła większość dzieciństwa, biegając po tym mieszkaniu. Zwykły budować z Blair fort ze wszystkich jedwabnych poduszek. Zrzucały je z kanapy i układały w stos pośrodku pokoju. Udawały, że reszta dywanu to ocean, a one utknęły na wyspie. Godzinami siedziały w miękkiej i ciemnej kryjówce, szepcząc sobie sekrety i chichocząc. Wtedy życie było o wiele prostsze – zanim wszedł pomiędzy nie Nate. Ale to nie jego wina.

Dlaczego to nigdy nie jest wina chłopaka?

Serena westchnęła i spróbowała się skupić na denerwującym, zbyt podniesionym głosie Eleanor, która trajkotała bez przerwy. Kostki lodu pobrzękiwały o szklanki z krwawą mary, gdy wymachiwała rękoma.

– No bo wiesz, kiedy Reynoldsowie mieli w zeszłym roku przyjęcie, wybrali jako motyw przewodni ten ohydny beżowy odcień, który kompletnie nie grał z cerą Mitzi – mówiła Eleanor, marszcząc ze zmartwienia brwi. – Wyobrażałam sobie blady róż jak wnętrze muszli albo kość słoniową, bo to absolutnie najulubieńsze kolory Blair, ale nie mogę przestać myśleć o Mitzi, która wyglądała, jakby miała zwymiotować na przyjęciu na jej cześć.

Davita pochyliła się i oznajmiła konspiracyjnym szeptem:

– Moja kochana, to przyjęcie zaplanowała Samantha Powers i jej ludzie. Amatorzy! Uspokój się i zrozum, że masz do czynienia z profesjonalistką! – Odrzuciła zbytnio rozjaśnione, platynowe włosy przez ramię i odwróciła się do Sereny. Jej opalona cera wyglądała całkiem jak zniszczona torebka z cielęcej skórki, która leżała obok niej na sofie. – Eleanor mówi, że jesteś najlepszą przyjaciółką Blair – powiedziała z uśmiechem stewardesy, notując dalej w różowym notatniku.

Albo najgorszym wrogiem.

Serena skinęła głową.

– Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami…

– Od zawsze! – skończyła za nią z wielkim entuzjazmem Eleanor.

– Hm – mruknęła Davita.

Podniosła ze srebrnej tacy cieniutką kanapkę z ogórkiem.

Oczywiście chleb miał odkrojoną skórkę. Powąchała ją ostrożnie, a potem odłożyła na tacę.

– Sereno – zaczęła Eleanor, wygładzając lśniące, obcięte na pazia, sięgające ramion blond włosy. – Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że zadzwoniłam, ale Blair jest absolutnie nieuchwytna, a ponieważ wy dwie znacie się od małego, jesteś idealną osobą do pomocy przy organizowaniu przyjęcia, które postanowiłam urządzić w Metropolitan Museum. Mamy kilka przełomowych wydarzeń do uczczenia. Po pierwsze, Blair i Aaron wyjeżdżają do college’u. Po drugie…

 

W tej samej chwili złota motorola Davity zaczęła dzwonić jak oszalała, piszcząc i brzęcząc w najbardziej denerwujący sposób. Davita podskoczyła, unosząc kościsty, wymanikiurowany palec i szybko wyszła z salonu. Jej cynowej barwy pantofle bez pięty Jimmy’ego Choo błyszczały jak iskierki w świetle, które wlewało się przez wychodzące na południe okna. Serena wróciła do wyciągania nitek ze strzępiącej się spódniczki. I tak ledwo mogła się skupić. Dzisiaj właśnie mijał równo miesiąc wspólnego żeglowania Blair i Nate’a. Sami na łodzi i jak okiem sięgnąć nikogo innego. Pewnie właśnie zajadają homara na maśle i gapią się z rozmarzeniem sobie w oczy. Serena zamrugała, żeby powstrzymać gorące łzy, gdy to sobie wyobraziła.

– No więc… – zaczęła radośnie Eleanor, przysuwając się na kanapie i kładąc opaloną dłoń na ręce Sereny. – Jak ci minęło lato? Odkąd Blair wyjechała, prawie w ogóle cię nie widywałam, a raptem za kilka dni wyjedziecie do New Haven!

– W porządku.

Serena zmusiła się do uśmiechu, wiercąc się na kanapie.

Przez ostatnie cztery tygodnie kręciła się po mieście pod pretekstem nacieszenia się Nowym Jorkiem przed wyjazdem. Tak naprawdę to po prostu szukała sobie zajęcia, żeby nie myśleć o Blair i Nacie. Niestety dokądkolwiek poszła – nad jezioro w Central Parku, żeby pokarmić kaczki, na zakupy do butików z ciuchami w stylu lat sześćdziesiątych przy Little West Twelfth Street, na schody Metropolitan Museum, żeby napić się kawy, a nawet na wystawę w magazynach na Brooklynie – wszystko przypominało jej o przyjaciołach. Dorastali razem i razem poznawali miasto. I prawdopodobnie razem je opuszczą. Ale teraz – proszę – była całkiem sama.

– Jak zwykle. Nic specjalnego – skończyła Serena. Zauważyła, że nogi Eleanor są bardzo szczupłe i opalone.

Może też powinna się zdecydować na pilates.

– „Nic specjalnego”! – Eleanor wykrzyknęła tak, jak to tylko matki potrafią. – Pozwolisz, że ci przypomnę, że niedługo będzie miał premierę twój pierwszy film, a ty za półtora tygodnia zaczynasz Yale! – Uścisnęła kolano Sereny tak mocno, że zabolało.

Serena wiedziała, że ma wiele powodów do radości, ale nie potrafiła znaleźć w sobie tyle entuzjazmu, co Eleanor. Może dlatego, że myśl o wyjeździe do Yale za dziesięć dni razem z Nate’em i Blair, żeby potem patrzeć przez cztery potworne lata na ich szczęśliwą miłość, odbierała jej całą radość.

– Czy Blair… wspominała w ogóle o mnie, kiedy pani z nią rozmawiała?

Eleanor złapała białą jedwabną chusteczkę ze stylowego stolika do kawy i zaczęła nerwowo ocierać czoło. Spryskała się nawilżaczem do twarzy Evian i ponownie otarła twarz miękką tkaniną.

– Wybacz, kochana, ale czy tu nie jest gorąco? Mówię ci, nigdy nie miej czterdziestu siedmiu lat. Te uderzenia gorąca są po prostu nieznośne! – Westchnęła teatralnie, rzucając za siebie wilgotną chusteczkę. – O co pytałaś, skarbie?

Serena wzruszyła ramionami, zupełnie nieprzejęta skandalicznym zachowaniem Eleanor. Przynajmniej ta jedna rzecz się nie zmieni. Żałowała tylko, że nie ma tu Blair albo Nate’a, z którymi mogłaby się z tego pośmiać.

Davita wpadła z powrotem do pokoju, z trzaskiem zamykając komórkę.

– No dobrze, moje panie – powiedziała z szerokim uśmiechem. Miała ewidentne licówki na zębach, tak wielkie i tak białe jak tafelki z literkami w scrabble. – Na czym stanęłyśmy?

– Cóż… – Eleanor wskazała na Serenę, a złote bransoletki od Cartiera zabrzęczały głośno, uderzając o siebie.

– Właśnie mówiłam Serenie, że mamy wiele powodów do świętowania. Poza tym, że wszyscy wyjeżdżają do college’u, jest jeszcze…

– Wróciliśmy!! – drwiący, melodyjny dziewczęcy głos zabrzmiał w holu wejściowym.

Serena wszędzie by rozpoznała ten głos. Serce zabiło jej mocniej. Po odgłosie toreb rzucanych na marmurową podłogę rozległy się charakterystyczne, szybkie, lekkie kroki. Serena z trudem przełknęła ślinę, patrząc, jak Nate i Blair zjawiają się w progu wielkiego, umeblowanego antykami salonu Waldorf- -Rose’ów. Trzymali się za ręce, ozłoceni słońcem, jaśniejący i piękniejsi niż kiedykolwiek.

Jakby to w ogóle było możliwe.

Zielone oczy Nate’a rozbłysły, kiedy zobaczył Serenę siedzącą na kanapie, a ona uśmiechnęła się słabo. Jej żołądek zwinął się jak naleśnik. Już sam jego widok w poplamionych, wymiętych spodenkach khaki i znoszonym, szarym T-shircie przyprawił ją o zawrót głowy. Ostatni raz, gdy go widziała, stał na szczycie schodów w jej domu w Ridgefield, podczas gdy ona kręciła się na dole. Cały świat dosłownie zamilkł, gdy podsłuchała, jak mówi Blair, że ją kocha. Kocha! Gdy te słowa zadźwięczały w jej uszach, coś wreszcie do niej dotarło. Patrzyła, jak Nate prowadzi Blair na górę i wtedy zrozumiała z taką pewnością, jakiej nie miała nigdy wcześniej, że go kocha. A teraz stał przed nią z jej byłą-odwieczną-znów byłą przyjaciółką i Serena wiedziała, że to prawda. Kochała Nate’a całym sercem. W głębi ducha zawsze to wiedziała. Dlaczego nie zrobiła z tym niczego, zanim nie było za późno?

Pokręciła głową i nakazała sobie zachowywać się jak normalny człowiek, a nie ogłuszony miłością świr. Skoczyła na równe nogi i przebiegła przez pokój, a jej fioletowe klapki w kwiatki uderzały w podłogę. Objęła Blair i przycisnęła mocno. Natychmiast poczuła, jak dusi ją zapach dezodorantu Nate’a Right Guard, który przylgnął do skóry przyjaciółki. Odsunęła się, patrząc z nadzieją na Blair, która nadal trzymała Nate’a za rękę.

– Tęskniłam.

Ale Blair nie odpowiedziała uśmiechem. Właściwie wcale nie wyglądała na ucieszoną widokiem przyjaciółki – była wręcz wściekła. Serena zaczęła obgryzać paznokieć kciuka. Czyżby Blair znalazła list? O Boże. Dlaczego nie pomyślała o tym wcześniej?

Kiedy znowu objęła sztywną, opaloną Blair, wbrew sobie zerknęła ponad jej ramieniem na Nate’a. Od słonej wody jego kędzierzawe włosy falowały mocniej niż zwykle. Opadały mu na opalone czoło. Odgarnął je i uśmiechnął się szeroko, gdy pochwycił spojrzenie Sereny. Usta miał spękane i opuchnięte, jakby całował się z Blair przez całą noc – co pewnie rzeczywiście robił. Już sama ta myśl sprawiła, że prawie się popłakała.

– Świetnie wyglądasz, Natie – westchnęła z rozmarzeniem Serena, nie mogąc powstrzymać słów, które jej się wyrywały z ust.

Odsunęła się delikatnie od Blair. Pasemka złotych włosów wysunęły jej się z kucyka. Nate gwałtownie wypuścił rękę Blair i ruszył do Sereny z otwartymi ramionami. Serena pospiesznie go objęła, łapiąc w pasie i przytrzymując mocno. Odpowiedział z siłą, której zabrakło objęciom Blair. Czy jednak znalazł jej list?

– Co wy tu robicie?! – Serena z trudem łapała oddech, wtulając twarz w ciepłą, delikatną szyję Nate’a.

Blair gapiła się na nich, mrużąc błękitne oczy. Czy to nie oni powinni zapytać o to Serenę?