Z zimnym sercemTekst

Autor:Caz Frear
Z serii: Cat Kinsella #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

Podziękowania

przypisy końcowe

Tytuł oryginału: STONE COLD HEART

Redakcja: Beata Wójcik

Projekt okładki: Magda Kuc

Korekta: Aleksandra Ślósarska, Adam Osiński

Text copyright © 2019, Caz Frear

Originally published in the English language as Stone Cold Heart by Zaffre, an imprint of Bonnier Books UK.

The moral rights of the author have been asserted.

Copyright © for the Polish translation by Joanna Golik-Skitał

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-294-8


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Thomasowi, Katie i Charliemu

@MadLou żałuje, że podczas porodu nie udławiłam się łożyskiem.

@daveholby2 zastanawia się, jak mogę patrzeć na siebie w lustrze.

Nie zamierzam zaszczycić Mad Lou odpowiedzią na jej komentarz, za to uwaga Dave’a wydaje się słuszna. Prawda jest taka, że od zawsze wiedziałam, że byłabym w stanie kogoś zabić. Pytanie tylko, czy mogłabym z tym dalej żyć.

Bo można się oszukiwać, że człowiek wie, kim jest, że zna siebie. Można uważać się za osobę silną, słabą albo za kogoś pośrodku, kto raz jest wojownikiem, a raz mięczakiem, w zależności od tego, którą nogą wstał z łóżka. Ale zaufaj mi, dopóki nie zobaczysz, jak gaśnie światło w czyichś oczach, wiedząc, że to ty nacisnąłeś na pstryczek, to ty zabrałeś komuś ostatnie sekundy nadziei, nie dowiesz się, co to siła i słabość. Nie masz pojęcia, z jakim koszmarem można nauczyć się żyć.

Bo widzisz, koniec końców to właśnie życie uczy cię z tym żyć. Jego rutyna. Codzienny reżim. To, że każe ci przejść do następnej rzeczy, zanim dobrze zastanowiłeś się nad poprzednią.

I zasadniczo nic się nie zmienia. Świat wciąż się kręci. Po dniu przychodzi noc. A ty wciąż stoisz w kolejce do kasy, zastanawiając się, jak to jest, że zawsze wybierzesz tę najwolniejszą. Nadal narzekasz na wysokie ceny biletów komunikacji miejskiej, rachunki za telefon, niedziałające bankomaty.

Żyjesz dalej.

I ona też by żyła, gdyby się tylko, kurwa, przymknęła.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Sierpień 2017

– Cat, zaczekaj…

Zna moje imię. Skąd on zna moje imię? Idę dalej, udając, że go nie słyszę przez nieustający odgłos bulgotania ekspresu do kawy i pozbawionej wyrazu muzyki jazzowej w tle. Jestem już prawie przy drzwiach. Jeszcze kilka kroków i zaraz znajdę się na zewnątrz, poza zasięgiem wzroku casanovy, z radością będę wdychać zapach brudnego londyńskiego lata. Ciepłego piwa. Spalin autobusów z silnikiem Diesla. Kropli deszczu spadających na chodniki.

Rozkosz.

– Hej, Cat, poczekaj… – Ta chwila musiała w końcu nadejść i mogę pluć sobie w brodę, że nie zaufałam swojej intuicji i nie zaczęłam chodzić po kawę gdzie indziej. Tak właściwie to wina posterunkowego Bena Swainesa. Odkąd zaczął się spotykać z baristą z Sydney, stał się potwornym kawowym snobem i od tej pory ta ma smak „ziemisty”, a tamta „żywiczny”, bo po co używać jednego przymiotnika, skoro można użyć trzech lub czterech?

Ja nawet tego cholerstwa nie piję.

Casanova, właściciel kawiarni The Grindhouse, wykorzystywał ten fakt, by ze mną flirtować przez ostatnich kilka tygodni, proponując, że porwie mnie do Wiednia – pierwszą klasą, rzecz jasna – gdzie z pewnością urzekną mnie tradycyjne dorożki. Zapewniał przy tym, że „tylko seks i partyjka golfa w Gleneagles” mogą się równać przyjemności znalezienia nowego smaku jednorodnej kawy z konkretnej plantacji.

Świat jest pełen dziwaków, jak mawiała moja matka.

– Proszę cię… zaczekaj chwilę. – Tym razem mówi głośniej. Jest natarczywy. Fakt, że jest późne popołudnie i kawiarnia świeci pustkami, nie działa na moją korzyść. Jako że jestem tu tylko ja i jakaś babcia, która resztkami cierpliwości karmi papką wiercącego się niemowlaka, nie mogę go ponownie zignorować, nie wychodząc przy tym na bezczelną albo głuchą jak pień. Nie mając innego wyjścia, ze stoickim spokojem odwracam się na pięcie i posyłam mu uśmiech. Zdążył już wyjść zza kontuaru i przez moment uderza mnie fakt, że widzę go w całej okazałości. Przez cały czas, odkąd tu przychodzę, jawił mi się jako półczłowiek, umięśniony tors w koszuli od Ralpha Laurena, serwujący pretensjonalne gadki i caffè macchiato.

– O Boże, niech zgadnę. – Uderzam się dłonią w czoło. – Pewnie znowu zostawiłam kartę w automacie?

Czyżby to była moja wina? Może go zwiodłam? Może wziął moje roztargnienie za zawiłą formę gry wstępnej?

– Nie, nie, nie, nic z tych rzeczy – jąka się, co samo w sobie jest dziwne. – Chciałem cię tylko o coś spytać. To dość delikatna sprawa. Usiądziemy?

To brzmi bardziej jak polecenie niż zaproszenie i zdecydowanie powinnam odmówić. Powinnam była powiedzieć „nie” wiele tygodni temu. Powinnam była powiedzieć: „Nie, nie chcę jechać do Wiednia. Nigdzie nie zamierzam z tobą jechać. Mam chłopaka, który przyprawia mnie o motyle w brzuchu”, zamiast droczyć się z nim, mówiąc, że zgubiłam paszport. Tyle że ja nigdy nie potrafiłam kogoś tak po prostu odtrącić. Zawsze starałam się przypodobać innym. Z tego właśnie powodu chodzę po kawę, chociaż wcale jej nie piję.

 

I z tego samego powodu niechętnie siadam, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Nie wiem czemu, ale za kontuarem nie wydawał się taki atrakcyjny. Czarne jak smoła włosy. Oczy koloru dojrzałej whisky. Rzęsy, na które chętnie bym się zamieniła. Ma niewiele więcej niż czterdzieści lat i to fantastyczne połączenie chłopięcej urody z dojrzałością dorosłego mężczyzny. Wątpię, by sypiał sam, i chyba rzadko która daje mu kosza.

– Więc co mogę dla ciebie zrobić? – pytam jak jakaś wyrośnięta harcerka. – Tylko będziesz musiał się streszczać. Nie mogę przecież zanieść ludziom zimnej kawy. Nie za takie rzeczy wylatuje się z pracy.

Milczy przez chwilę, a potem chrząka.

– Cóż, to dość niezręczna sytuacja i przepraszam, że zawracam ci tym głowę, ale chodzi o moją żonę. Zachowuje się, hmm… dziwnie i mówi dość niepokojące rzeczy. To zupełnie do niej niepodobne i prawdę mówiąc, zaczynam się martwić.

Jego żona?

Dzieciak zaczyna krzyczeć, a ja udaję zainteresowanie, próbując zyskać kilka sekund, by na nowo ustalić kierunek naszej rozmowy, gdyż jak się okazuje, gość wcale nie zamierza mnie poderwać. Niestety, nie da się długo udawać zainteresowania faktem, że dzieciakowi zabrano jego ulubioną żyrafkę, więc niechętnie odwracam twarz w jego kierunku z naklejonym współczującym uśmiechem.

– Przykro mi to słyszeć. Nie wiem jednak, jak mogłabym pomóc.

– Myślałem, że to oczywiste – mówi. – Jesteś z policji.

– Skąd wiesz?

– Co wiem?

– Że jestem z policji. – Skoro moja instytucjonalizacja jest tak oczywista, mogę już dziś pomachać na do widzenia przyszłym ofertom pracy tajniaka.

– Często widuję cię z tym grubym gościem, a on na pewno jest gliną. Uwierz mi, jak się pracuje obok posterunku policji ponad dziesięć lat, da się zauważyć pewne oznaki. Źle dopasowane garnitury, zgrywanie ważniaka. To są jasne wskazówki. – Jego twarz łagodnieje. – Ciebie to jednak nie dotyczy.

Do rzeczy.

– Nadal nie rozumiem, jak to, że jestem policjantką, może pomóc ci w kwestii twojej żony.

– Potrzebuję porady, rzecz jasna.

Od razu się rozluźniam, wiedząc, że za dziesięć minut będę się z tego śmiać. Wraz z ekipą będziemy żartować sobie z gościa, który pomylił policję metropolitalną z poradnią małżeńską. To podobna sytuacja jak z tym głupkiem, który poprosił Parnella – wspomnianego „grubego gościa” – by zaaresztował jego sąsiadów za to, że ich drzewo blokuje sygnał do anteny satelitarnej i przez to nie może oglądać wrestlingu. Jestem jednak profesjonalistką, więc silę się na właściwy ton i z powagą mówię:

– Słuchaj, przykro mi z powodu waszych problemów, naprawdę, ale to nie jest sprawa dla policji. Nie masz przyjaciela albo kogoś z rodziny, z kim mógłbyś o tym porozmawiać? Na pewno ktoś taki się znajdzie. A jeśli szczerze martwisz się o jej zdrowie psychiczne, to może lekarz…

– Lekarz? Że niby martwię się o nią? – Przez jego zdrowy, rubaszny śmiech przebija złośliwość. – Nie rozumiesz. To nie o nią się martwię. Tu chodzi o mnie. Ona jest niezrównoważona. Groziła mi, i to kilka razy.

To zmienia postać rzeczy. Tej historyjki nie będę opowiadać przy posiłku.

– No dobrze, groźby to faktycznie sprawa policji. Czy ona groziła ci fizycznie? Bo jeśli tak, to tego rodzaju pogróżki traktujemy bardzo poważnie. Ale musisz pójść i złożyć oficjalną skargę w najbliższym komisariacie. Tak ci radzę.

Zdenerwowany kręci młynek kciukami.

– To nie są groźby fizyczne. Ona jest na to za mądra. Widzisz, ona jest subtelna. Przebiegła. Ludzie jej nie doceniają.

– Możesz mówić konkretniej?

– Konkretniej?

Staram się nie wkładać mu słów w usta, ale czas leci, a mnie czeka ślęczenie nad zeznaniami świadków – napad z użyciem noża w barze szybkiej obsługi na Caledonian Road, gdzie, w co trudno uwierzyć, wszyscy byli zbyt zajęci kupowaniem smażonego plamiaka i nie zauważyli, że kilka kroków dalej ktoś kogoś morduje.

– Czy ona cię szantażowała? Zniszczyła coś, co do ciebie należy?

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. – Jego ton zdradza, że spodziewał się po mnie więcej. Chryste, sama mam siebie dosyć. Chyba nie czytam podtekstów. – Tu chodzi raczej o to, że ona… powtarza, że sprawi, bym cierpiał, że jeszcze za to zapłacę. I tak codziennie. Huśtawki nastrojów. Groźby. Czy teraz wyraziłem się konkretnie?

Konkretnie, tak. Tyle że nie podchodzi to pod kategorię przestępstwa – choć to szara strefa, w której robi się coraz bardziej szaro. W świetle prawa słowa wciąż nie są uznawane za broń, ale dzięki nowej ustawie uprzykrzanie komuś życia nie jest już tak tolerowane jak niegdyś. No i bardzo dobrze.

– Za co więc musisz zapłacić? Przepraszam, że pytam, ale przy tego rodzaju skargach kontekst jest bardzo istotny.

Tłumi ironiczny uśmiech, który mówi „No zgadnij”.

– Cóż mogę powiedzieć? Żadne z nas nie jest ideałem, Cat. Nie twierdzę, że jestem najuczciwszym mężem na świecie.

Wyznanie, na które zdobywa się tylko dziesięć procent facetów.

W tej chwili postanawiam rzucić mu kość i spadać stamtąd. Chcę wrócić do bezpiecznego chaosu pokoju Czwartego Zespołu Dochodzeniowo-Śledczego. Mogę nawet kupić Swainesowi jeden z tych modnych ekspresów do kawy, żeby tylko nie musieć tu więcej przychodzić.

– Słuchaj, jeśli to zdarza się codziennie, to istnieje możliwość – podkreślam – możliwość zgłoszenia tego jako przestępstwa, które przepisy definiują jako regularne krzywdzące działanie mające na celu kontrolę i wymuszanie zachowań na partnerze.

Zafascynowany pochyla się w moim kierunku, jak dla mnie trochę za bardzo. Widać, facet ma za nic przestrzeń osobistą.

– To dość nowe przestępstwo, które dotyczy przemocy emocjonalnej w związkach. Nie było dotąd zbyt wiele spraw z tego paragrafu i od razu ostrzegam: bardzo, ale to bardzo trudno jest je udowodnić.

– Kontrola i wymuszanie zachowań – powtarza, a oczy mu błyszczą, gdy zastanawia się, czy będzie mógł to wykorzystać. – Dziękuję.

Wstaję, zabierając ze stołu teraz już letnie kawy.

– Tak jak mówię, nie znając szczegółów, nawet nie jestem w stanie ci zagwarantować, że to podpada pod tę kategorię. Obawiam się, że to nie moja działka. Ale pogadaj z kimś z miejscowej policji, zobaczysz, co ci powiedzą.

Kiwa głową.

– Nie. Nie muszę już z nikim rozmawiać. Bardzo mi pomogłaś.

Nie sądzę. I chyba nawet tego nie chcę.

– A poza tym wcale nie zamierzam złożyć skargi. Nawet jej nie wspomnę, że z tobą rozmawiałem. Nie o to tutaj chodzi. – Jego uśmiech sprawia, że w środku cała drżę. – Zabezpieczam się tylko i tyle. Sprawdzam, czym mogę jej zagrozić, na wypadek gdyby jej zachowanie się pogorszyło.

To jakieś szaleństwo. A przyszłam tu tylko po trzy kubańskie espresso i naleśnika z morelami. Odprowadza mnie do drzwi, po czym staje, blokując mi dostęp do klamki.

– Więc czym się zajmujesz, Cat? Niech zgadnę… morderstwami?

– Trafiony, zatopiony.

– Naprawdę? – pyta rozbawiony. – Żartowałem. Jesteś zbyt… zbyt urocza, by zajmować się morderstwami. To pewnie przez te loki. I piegi oczywiście. – Dotyka nasady mojego nosa, ruchem tak szybkim i lekkim, że nawet nie mam czasu drgnąć, a co dopiero kopnąć go w krocze. – Powiedz: jak długo jesteś policjantką?

– W zeszłym tygodniu minęło pięć lat. – Ruchem głowy wskazuję na drzwi. – I jeśli chcę przepracować szósty, to naprawdę muszę już iść.

– Wow, pięć lat i wciąż biegasz po kawę? – Uśmiecha się znacząco i niech mnie szlag, jeśli wiem, co teraz myśli. – Musisz to bardzo lubić.

No i proszę. Przywilej elegancika. To rozbuchane ego, które każe mu myśleć, że robię to z jego powodu.

– W takim razie musisz to wziąć. Nalegam. To w ramach podziękowania. – Sięga za moje plecy po rzeźbiony drewniany ornament – czarno-czerwoną pomarszczoną, groteskową maskę diabła. – Zgodnie z tradycją prezenty z okazji piątej rocznicy powinny być wykonane z drewna. Poza tym i tak chciałem się jej pozbyć. Tylko straszy klientów, zwłaszcza dzieci. To antyk, wart kupę forsy. – Przykłada ją do twarzy, a przez wąskie, nierówno wycięte otwory widać jego błyszczące bursztynowe oczy. – Kupiłem ją podczas podróży służbowej do Huehuetenango. To w Gwatemali, gdybyś nie wiedziała. To podobno El Conductor, znany również jako prawa ręka Lucyfera.

Uśmiecham się nieznacznie, siląc się na resztki dobrych manier.

– Dzięki, to bardzo miłe z twojej strony, ale obawiam się, że nie mogę jej przyjąć. Przyjmowanie prezentów od ludzi jest niezgodne z przepisami, a ja ściśle trzymam się przepisów. – To oczywiście czyste brednie, biorąc pod uwagę, ile razy skłamałam. Ile razy przekroczyłam granice. Ale przecież ja nigdy nie uważałam się za najbardziej uczciwą policjantkę na świecie.

Kolejne wyznanie, na które zdobywa się zaledwie dziesięć procent osób.

2

Listopad 2017

Wtorek

Dopiero gdy ostatnia karetka odjeżdża i odsłania graffiti na murze, dociera do mnie, że już kiedyś byłam w Coronation Gardens. I to nawet kilka razy. Minęło prawie dwadzieścia lat, odkąd, siedząc w salonie domu z numerem trzydzieści dziewięć, rzępoliłam Incy Wincy Spider na fortepianie pani Flint, a ten wypisany wielkimi literami ponury slogan wciąż widnieje niewypłowiały nad śmietnikiem.

WIDZĘ CZŁOWIEKA, ALE CZŁOWIECZEŃSTWA NIE DOSTRZEGAM

Za to pani Flint musiała już pewnie całkiem wypłowieć. Ma teraz chyba z osiemdziesiąt albo i więcej lat. Biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie cieszyła się dobrym zdrowiem – blada, wręcz przezroczysta, przeraźliwie kaszląca – myślę, że śmiało można założyć, iż prawdopodobnie już nie żyje. Za to Naomi Lockhart nie żyje na pewno. A miała zaledwie dwadzieścia dwa lata.

– Wesoła sentencja, co nie? – mówi Parnell, zapinając biały kombinezon. – Wyobraź sobie, że widzisz coś takiego za każdym razem, gdy wychodzisz z domu. Raczej nie uskrzydla. – To mówiąc, rzuca mi parę ochraniaczy na obuwie. – Chociaż akurat dziś pasuje do sytuacji, co nie?

Pomrukuję twierdząco, choć tak naprawdę do końca się z nim nie zgadzam. Dostrzegam człowieczeństwo na całej długości zewnętrznego kordonu. Jest w głosie emerytów, którzy gapią się i biadolą, wspominając czasy, gdy wychodząc z domu, można było zostawić drzwi otwarte, a policjanci nie wyglądali jak małolaty. Widzę je w zafrasowanych minach rodziców, którzy przytulają dzieci do siebie dziś jeszcze mocniej, obiecując im więcej czasu na zabawę tego wieczoru – w nagrodę za to, że po prostu żyją. Słyszę je we wrzasku dzieciaków, tych małych, które śmieją się z psa obsikującego koło audi inspektor Steele, i tych troszkę starszych, które na widok Parnella i mnie w szeleszczących papierowych kombinezonach krzyczą: „Pora na Teletubisie!”. Człowieczeństwo jest wszędzie. Uwidacznia się w najlepszych i najgorszych sytuacjach. Rzadko bywa tak, że w ziemi nagle pojawia się wielka dziura, która wchłania wszystko, co lekkie, czyste i pogodne. Kiedy tak się jednak zdarza, wtedy do akcji wkracza Czwarty Zespół Dochodzeniowo-Śledczy.

Coronation Gardens to labirynt szarych parterowych budynków z płaskimi dachami. Wszystkie wyglądają tak samo i każdy otoczony jest wysokim betonowym murkiem, który, owszem, daje poczucie prywatności, ale jednocześnie zabiera dużo światła – dosłownie i w przenośni. To po prostu posępne małe osiedle przy bocznej uliczce w ponurej północnej części Londynu, jakieś pięć minut spacerkiem od tętniącej życiem stacji metra Turnpike Lane. Okolica, jeśli wierzyć agentom nieruchomości, obfitująca w wielokulturowość. Jeśli wierzyć Parnellowi, obfitująca w przestępstwa i beznadziejne sklepy.

Innymi słowy, miejsce, w którym ląduje ktoś, kto ma do dyspozycji skromny budżet i mało możliwości do wyboru, czyli większość londyńczyków przed trzydziestką. Choć z pewnością lepiej tu żyć, niż umierać.

– Dwadzieścia dwa lata. To najmłodsza w mojej karierze – mówię Parnellowi, gdy stoimy bezczynnie przed domem z numerem pięćdziesiątym, czekając na sygnał od wartowników. Teoretycznie moglibyśmy już wejść do środka, ale Parnell czeka na wyraźne polecenie Mo Vickery, naszej radosnej pani patolog, która „nie pozwoliła mu wpuszczać nikogo, choćby to był komisarz czy arcybiskup Canterbury”. A sądząc po jego minie zbitego psa, Vickery pewnie już na niego nawarczała albo nawet go pogryzła. Jedno i drugie mrozi krew w żyłach.

 

Parnell jest zaskoczony.

– Najmłodsza? Dwudziestodwulatka? Cóż, szczęściara z ciebie. Moja druga sprawa dotyczyła sześciolatki porzuconej na huśtawce w parku Violet Hill. Oszczędzę ci szczegółów, ale powiem, że przez miesiąc prawie nic nie jadłem. Schudłem chyba ze sto kilo.

No i sam sprowokował pytanie.

– To ile ci już ubyło?

Parnell gładzi się po znacznie szczuplejszym brzuchu.

– Dziesięć kilogramów. Może nie jestem Chudzielcem Roku, ale i tak nieźle, co nie?

– Kilogramów? Tylko fanatycy fitnessu rozmawiają o kilogramach. Mów do mnie jak do laika.

– W takim razie dwadzieścia jeden funtów. I nie jestem fanatykiem fitnessu, Kinsella, ja tylko zacząłem prowadzić zdrowszy tryb życia.

– Wiem, co za tym stoi – mówię, na próżno próbując zachować kamienną twarz. – Oblałeś test sprawnościowy, prawda?

– Nie zgadłaś.

– Daj spokój, mnie możesz powiedzieć. – Daję mu kuksańca.

– Przecież mówię, że nie oblałem.

– Nieee. Nie wierzę ci. – Kiwam z niedowierzaniem głową. – Nie zamieniłbyś kurczaków z KFC na nasiona chia, gdyby nie kazała ci zadbać o zdrowie.

Ona, czyli inspektor Kate Steele. Kobieta, dla której tak chętnie przeskakujemy przez trzymetrowy mur, ideał, któremu nigdy nie dorównam. Parnell nie stawia jej na piedestale tak jak ja, gdyż znają się jak łyse konie; jeszcze z czasów, gdy jej samej zdarzało się zaliczać wpadki. Tyle że to, co ja zrobiłam, nie było wpadką, ale poważną próbą zatajenia faktów.

– Kate Steele nie miała z tym, do cholery, nic wspólnego – upiera się Parnell. – Skoro już chcesz wiedzieć, Maggie zmusiła mnie, abym poszedł do tej Kliniki Zdrowego Mężczyzny. To coś jak przegląd techniczny, tyle że dla starych pryków.

– No i co ci powiedzieli?

– Że nie jestem zdrowym mężczyzną, że mam mocno podwyższony cholesterol, grozi mi cukrzyca, dna moczanowa i wszystko inne.

– Myślałam, że dna moczanowa to choroba ludzi z wyższych sfer.

– Nie dna mnie martwi, ale niewydolność serca.

Mówi to z pełną powagą.

– Nie mogę ot tak kopnąć teraz nagle w kalendarz. Mam dzieci, które jeszcze chodzą w krótkich spodenkach.

– No cóż. Służy ci ta dieta – mówię szczerze, choć tak naprawdę mam na myśli, że lepiej wygląda. Luigi Parnell chyba nigdy dobrze nie wyglądał. Nawet na ślubnej fotografii jest w dość opłakanym stanie. – Podoba mi się też ten nowy garnitur. Dobrze ci w granatowym.

– Miło mi to słyszeć. Kosztował prawie sześćset funtów.

– Ale z ciebie rozrzutnik. To skandalicznie wysoka kwota. Ja za mniejszą wyposażyłam mieszkanie.

– Wiesz, że zawsze powtarzam: kto mało płaci, ten płaci dwa razy.

Kto mało płaci, ten płaci dwa razy. Kto dwa zające goni, ten żadnego nie złapie. Parnell znajdzie przysłowie adekwatne do każdej sytuacji. Brakowało mi tego, gdy na początku roku oddelegowano mnie do biura burmistrza. Muszę przyznać, że godziny pracy były w porządku i automaty z kawą rzadziej się psuły, ale poza tym było nudnawo. Tylko spotkania, notatki służbowe, arkusze kalkulacyjne i odpowiedzialność. Ale przynajmniej nie było martwych dwudziestodwulatek. Uważaj, o co prosisz.

W drzwiach pojawia się Vickery.

– O, dobrze, że to wy.

Mam pokusę, by odwrócić się i sprawdzić, czy za mną nikt nie stoi – na przykład posterunkowa Renée Akwa, bo Renée wszyscy lubią, albo sierżant Seth Wakeman, którego Vickery lekceważy najmniej tylko dlatego, że oboje studiowali na Oksfordzie.

– Miło czuć się potrzebnym, Mo. – Parnell ostrożnie robi krok w przód. – Możemy wejść?

– Wy możecie. – Vickery przesuwa się na bok. – Martwiłam się, że znowu przysłali tego całego Flowersa. Nie żebym coś do niego miała, ale on sam zabiera tyle przestrzeni co mały kontynent, a nasze miejsce zbrodni jest, jak widzicie, niewielkie.

Drzwi prowadzą nas do ponurej kuchenki, o powierzchni nie większej niż dziesięć metrów kwadratowych, zagraconej szafkami i sprzętem kuchennym, który wygląda, jakby potrzebował kopa, by zadziałać. Żeby było jeszcze ciaśniej, na podłodze leży ciało Naomi Lockhart. Długie jasnofioletowe włosy, brokatowy cień do powiek, ładna figura, którą kolorowe czasopisma określają jako apetycznie zaokrąglona, co oznacza, że wygląda na dobrze odżywioną i raczej nosiła rozmiar powyżej trzydzieści osiem. Leży na plecach w luźnej srebrnej sukience pomarszczonej na udach. Lewą rękę ma wykręconą do góry, podczas gdy druga leży luźno przy boku, na nadgarstku ma bransoletkę z wisiorkiem – dziesięć różowych koralików tworzących napis DISCOBUNNY. Paznokcie u stóp ma pomalowane na miętowy kolor. Dłonie ma owinięte folią, oznakowane i opieczętowane.

Vickery przygląda się swej martwej podopiecznej.

– Przykra sprawa.

– Jak wszystkie – mówi Parnell. – Więc co tu mamy?

Kucamy przy denatce – każde z różnym stopniem łatwości – zesztywniałe stawy Parnella dają o sobie znać.

– Przyczyna śmierci jest prawie pewna – uraz czaszkowo-mózgowy, wywołany uderzeniem bezpośrednio w tył czaszki, najprawdopodobniej o to – mówi, wskazując na poplamiony krwią, ostry jak brzytwa róg małej szklanej szafki. – Możecie wezwać techników od identyfikacji śladów krwi, jeśli chcecie – to działka Steele, ona za to płaci – ale jestem pewna, że nawet posterunkowa Kinsella jest w stanie odtworzyć bieg zdarzeń i powiedzieć, co tu zaszło.

Posyłam jej bezmyślne spojrzenie, wdzięczna, że mówi to za mnie.

– Wasza ofiara uderzyła głową o tę ostrą krawędź ze znaczną siłą, w wyniku czego osunęła się na podłogę i ostatecznie wykrwawiła na śmierć. Na ten moment nie jestem w stanie powiedzieć, jak szybko to nastąpiło, choć śmiem twierdzić, że wokół ciała wciąż unosi się zapach alkoholu, a, o czym pewnie wiecie, alkohol rozrzedza krew, więc trzeba wziąć to pod uwagę.

Obok kuchenki mikrofalowej jest stojak na noże, a przy zlewie leżą nożyce. Tym chyba prościej kogoś zabić.

– A może to jednak był wypadek? Może poślizgnęła się i upadła na plecy? – pytam. Parnell kiedyś miał przypadek, gdy okazało się, że ofiara robiła przysiady z wyskokiem przed telewizorem, poślizgnęła się i walnęła głową o kominek. Dokonała żywota w pogoni za zgrabnymi udami. To się dopiero nazywa tragedia.

– Nie, nie, oczywiście, że nie – zaprzecza Vickery. Oczywiście. – Już sama siła uderzenia wynikająca z zakresu uszkodzeń czaszki sugeruje, że to przestępstwo, podobnie jak te słabo widoczne ślady wokół gardła i pod brodą, które oznaczają, że była za nie trzymana i popchnięta. – To mówiąc, trąca twarz Naomi latarką w kształcie długopisu – beznamiętnie, jak przystało na dobrego patologa. – W dodatku ten delikatny siniak na prawym policzku sugeruje, że tuż przed śmiercią brała udział w jakiejś sprzeczce. Powiedziałabym, że została spoliczkowana, gdyż siniaki są równoległe i w linii prostej, co bardziej pasuje do otwartej dłoni niż do pięści albo jakiegoś przedmiotu.

Parnell i ja wymieniamy się spojrzeniami. Oboje myślimy o tym samym. Po pierwsze: to kobiety częściej policzkują. Nie jest to jakaś naukowa prawda, ale raczej pewniak. Po drugie: policzek jest zwykle odruchem wyrażającym gniew, a nie realnym zamiarem zrobienia komuś krzywdy. To oznacza, że jeśli to mężczyzna, to prawdopodobnie ktoś, kto Naomi znał i lubił, na swój kretyński, popieprzony sposób. Innymi słowy, to było coś osobistego. A przynajmniej takie mam podejrzenie, a podejrzenia to wszystko, co mamy na wczesnym etapie badania sprawy.

– Napaść na tle seksualnym? – pyta Parnell.

– Na chwilę obecną nic na to nie wskazuje. – Co ma oznaczać: poczekaj na wynik sekcji zwłok, ty mały nudziarzu. – Niby sukienkę ma podciągniętą, ale może akurat tak upadła. Bielizna wygląda na nienaruszoną, a na dolnej części ciała nie ma żadnych siniaków.

– A coś pod paznokciami?

– Na pierwszy rzut oka nic godnego uwagi. Na dłoniach i paznokciach na pewno nie ma żadnych wyraźnych uszkodzeń.

To znaczy, że nie była to uczciwa walka i tym samym wchodzimy w fazę przygnębienia.

– Godzina zgonu? – pytam.

Vickery wstaje.

– Z tego, co mówiła inspektor Steele, ostatni raz widziano ją na przyjęciu w sobotę wieczorem, ale dokładną godzinę trzeba jeszcze ustalić. Biorąc pod uwagę, że mięśnie są jeszcze lekko zwiotczałe, szacuję, że zgon nastąpił mniej więcej dwanaście godzin po wyjściu z imprezy, najpóźniej w niedzielę rano. – Coś przykuwa jej uwagę. – O, inspektor Steele, o wilku mowa. Wprowadziłam ich w temat, tak mniej więcej, a teraz muszę już iść.

Steele jest w towarzystwie dowódcy ekipy technicznej, którego przedstawia jako Wielkiego Bal Sanghę, choć postury jest raczej niewielkiej. Tylko pół głowy wyższy od Steele, która w płaskich butach włożonych na oględziny miejsca zbrodni sama wygląda niepokaźnie. Sangha kiwa głową w kierunku Parnella, który wydaje się go znać, a do mnie lekko salutuje. Czekamy kilka minut, uprawiając tę gadkę szmatkę w stylu „czyż to nie okropne?”, podczas gdy Vickery pakuje się i zwija żagle, nie mówiąc nawet „do widzenia”. Kiedy mam już pewność, że mnie nie usłyszy, zwracam się do Steele:

– Mam pozwolenie na zadanie głupiego pytania?

– Powiedzmy, że masz.

– Kto ją znalazł?

– Jej współlokator. Nazywa się Kieran Drake i ma trzydzieści cztery lata. Jest trenerem personalnym – i na takiego wygląda. Renée właśnie spisuje jego pełne zeznanie, ale mówiąc krótko, był poza domem od soboty popołudnia, imprezował ze znajomymi gdzieś w Hounslow. Wrócił dziś około trzynastej trzydzieści. Musiał, bo we wtorki wieczorem ma trening HIT, cokolwiek to oznacza.

– Intensywny trening interwałowy – wtrąca Parnell, wielce z siebie zadowolony. – To teraz bardzo popularne. Dzieciaki myślą, że to coś nowego, ale już Sebastian Coe mocno wierzył w jego skuteczność.

– Taa, dzięki, Lu, za bardzo przydatną informację. – Twarz Steele mówi wszystko i nie ona jedna musi zmagać się z tą nową wersją Parnella. Chodzi o to, że podczas gdy wszyscy zgadzamy się, że to, co robi, jest dobre, większość z nas nawet lubiła tę starą wersję, tę dziesięć kilo cięższą wersję, która na śniadanie zjadała wieprzowe zapiekanki i kupowała pączki, „bo jest wtorek”.

– Tak czy inaczej, Drake twierdzi, że ostatni raz widział Naomi – która, nawiasem mówiąc, jest Australijką – w sobotę rano. Nie rozmawiali ze sobą za dużo, bo sprzątała, odkurzała, zmieniała pościel i takie tam. Nie bardzo wiem, na czym polega ich relacja; jest od niej sporo starszy, co zdaje się trochę dziwne w kontekście wspólnego wynajmowania mieszkania, prawda? Mimo to wydawał się mówić szczerze. Był w szoku, roztrzęsiony. Renée mówi, że wymiotował.

– Ale? – Wyczuwam w tonie Steele jakieś niedopowiedzenie.

– Ale w mieszkaniu nie ma śladów włamania. Więc albo musiała znać zabójcę i go wpuściła, albo sam wszedł, albo już był wewnątrz. Współlokator pasuje do każdego z tych scenariuszy.

– No tak, ale jeśli „imprezował w Hounslow”, to z pewnością ma na to całe mnóstwo świadków, prawda?

Steele usuwa się, ustępując trzem śledczym niosącym sprzęt oświetleniowy.

– Zgadzam się z tobą, ale dopóki nie znajdzie się wiarygodny świadek, który tkwił przy nim przez całą sobotnią noc i niedzielny poranek, Drake wciąż pozostaje potencjalnym podejrzanym. Musi nim być, zważywszy na brak śladów włamania, a co najistotniejsze…